niedziela, 2 kwietnia 2017

Ghost in the Shell - recenzja


Kilka miesięcy temu powtórzyłem sobie anime. Jakie to było dobre! Oglądałem już kilka razy w życiu, ale ostatnio jeszcze w ubiegłej dekadzie, zapomniałem już jaki to jest fantastyczny film. Powiem więcej, dopiero teraz należycie doceniłem jego wartość, bo byłem zmieciony tym, jak wiele idei filozoficznych oraz cyberpunkowych zawarto w tak krótkim filmie (82 minuty!), jednocześnie przykładając uwagę do sensacyjnej treści osadzonej w gatunku sci-fi, detali militarystycznych oraz intrygujących futurystycznych pomysłów, a przy okazji zadbano o zapadające w pamięci sceny akcji, piękną oprawę muzyczną i oświetlenie. Ghost in the Shell to wzorcowy przykład na to, jak treść z wyższej półki należy mieszać z porządną rozwałką, dbając o to, żeby na dłużej nie przysypiało ani serce widza, ani jego mózg. Dawniej wystawiłem 8/10, bez wahania podniosłem teraz ocenę na 9/10.

Amerykańska wersja natomiast… No cóż, jest dłuższa o ponad 20 minut, poświęca sporo uwagi porządnej rozwałce, stawia na piękną oprawę wizualną, ładnie zaprojektowany świat przyszłości, jest nawet jakaś tam intryga, ale pożywki dla mózgu tyle, że szybko skonałby z głodu, gdyby to było jego głównym źródłem pokarmu. Nie jest to jednak zła adaptacja materiału. Całkiem zgrabnie sklecono z tego trzymającą się kupy fabułę, która czerpie garściami z japońskiego materiału, ale zarazem lepi z tego coś nowego. Sceny akcji są atrakcyjne, dobrze pomyślane, cieszą w nich różne drobne detale, choreografia jest dobrze ułożona i czytelna, wprawdzie często powielająca oryginał, ale w tym wypadku jest to dobrym pomysłem. Jak już wspomniałem, film prezentuje się przepięknie, ale zarazem jest dość nierówny pod tym względem, bo czasem zbyt bardzo daje po oczach nadmiarem efektów komputerowych i to takich niedopracowanych, dziś jeszcze akceptowalnych, ale za 10 lat niektóre sceny będą już razić kiepskim CGI.

Amerykański GITS jest więc przygodą przyjemną dla oczu, jest tu szereg elementów, które prezentują się wprost przepięknie (włącznie z Johansson), scenom i scenografiom nie brakuje klimatu, przyjemnie jest znowu zobaczyć na dużym ekranie starannie zaprojektowany cyberpunkowy świat, ale brakuje temu głębi, dodatkowych warstw, które z taką przyjemnością odkrywało się w oryginale. Film Ruperta Sandersa ogląda się z zadowoleniem, ale oferuje niestety niewiele więcej, jak tylko doznania czysto estetyczne. Nie zmarnowano zupełnie potencjału oryginału, nie wypaczono materiału, ale spłycono go strasznie, serwując ładnie przygotowaną papkę dla oczu, które szybko się tym „najedzą”, ale niewiele z tego pozostanie dla mózgu, który prędko zapomni o całym doznaniu.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza