niedziela, 9 kwietnia 2017

The Lost City of Z - recenzja


Jeżeli ktoś szuka pełnego atrakcji przygodowego kina awanturniczego to lepiej niech omija szerokim łukiem nowy film Jamesa Gray’a. „The Lost City of Z” jest tak bardzo niedzisiejsze jak to tylko możliwe. Prawdziwe plenery (ekipa filmowa naprawdę wybrała się do dżungli), niespieszne tempo, surowa forma, brak podśmiechujek, czyste mięcho – czyli długa, żmudna, niebezpieczna wyprawa po nieodkrytych terenach Amazonii, zamieszkiwanej przez niebezpieczne zwierzęta i agresywne prymitywne plemiona, oddające się praktykom kanibalistycznym. Film Gray’a sprawia wrażenie zapomnianej produkcji z lat 70. i kojarzy się nieco z filmem „Aguirre, gniew boży” Wernera Herzoga. Jeżeli tamten przypadł Wam do gustu to zapewne poczujecie się jak w domu.

The Lost City of Z” opowiada o losach autentycznego brytyjskiego podróżnika, Percy’ego Fawcetta, który na przestrzeni kilku dekad, trzykrotnie zapuszczał się do Amazońskiej dżungli w poszukiwaniu zaginionego miasta, które miałoby stanowić dowód, że amazońskie plemiona, uważane przez Europejczyków i Amerykanów za prymitywnych dzikusów, miały kiedyś rozwiniętą cywilizację, która mogła być nawet starsza od europejskiej i azjatyckiej. Wyśmiewany przez ówczesne elity, niezłomnie dążył do odnalezienia zapomnianego miasta, co byłoby przełomowym odkryciem archeologicznym i pozwoliłoby oczyścić rodowe nazwisko, które zostało zhańbione w przeszłości przez jego ojca. Amazonia stała się życiową obsesją Fawcetta, dla której poświęcił spokojne życie rodzinne, trzykrotnie decydując się na opuszczenie żony i trójki dzieci na wiele lat, żeby zapuszczać się w głąb dżungli, a w międzyczasie zaliczył jeszcze piekło okopów i gazu musztardowego podczas I wojny światowej.


Jest to bardzo interesująca historia, ale zarazem cholernie wymagająca, zwłaszcza przez pierwszą godzinę seansu. Tempo filmu jest powolne, nastrój ponury, a widoki w gruncie rzeczy takie same. Nie pomaga, że nakręcone jest to w sposób stonowany, pozbawiony śladowego nawet efekciarstwa, kadry i praca kamery pełnią rolę informacyjną, nie mają na celu oszołomić i zachwycić widza, a przekazać mu wszystkie potrzebne dane do zrozumienia określonej sytuacji w filmie. W kilku momentach narracja się ożywia (co ciekawe, zazwyczaj ma to miejsce poza dżunglą), a wraz z nią również odbiorca, który budzi się z lekkiego transu w jaki wprowadza go styl w jakim Gray opowiada historię.

„The Lost City of Z” to film, którego najlepiej jest obejrzeć w kinie. Bynajmniej nie dlatego, że jest oszałamiający wizualnie. Po prostu jest to ten rodzaj filmowej podróży, którą ciężko będzie odbyć w domu, gdzie otacza nas zbyt wiele rozpraszaczy uwagi, tym bardziej kuszących, gdy na ekranie niewiele się dzieje. Na sali kinowej jesteśmy skazani na film, siedzimy zanurzeni w ciemnościach, odcięci od bodźców zewnętrznych, więc łatwiej nam poddać się powolnemu nurtowi historii i popłynąć w wyznaczonym kierunku. A warto się temu poddać, by zrozumieć nieco losy bohaterów, to jak kolejne koszmarne wyprawy naznaczały ich do końca życia, a zarazem stawały się jedynym, co było w nim znajome i pewne, tym co kochali i czemu chcieli się poświęcić.

Nie był to łatwy film dla Charliego Hunnama. Bez przesady można powiedzieć, że to była najbardziej wymagająca rola w jego dotychczasowej karierze. Nie oznacza to, że wyszedł z tego starcia w pełni zwycięsko, ale nie poległ w boju, raczej wyszedł z niego nieco poharatany i bardziej doświadczony. Gdy musi epatować charyzmą, czy to w trudnych sytuacjach w dżungli, czy też w starciach z zapatrzoną w siebie brytyjską elitą, wywiązuje się z zadania elegancko. Gorzej, gdy musi wchodzić w interakcje ze swoją filmową rodziną, wtedy bywa już chwilami nierówno, ale tragedii nie ma. Sienna Miller nieco się marnuje w roli porzucanej na całe lata żony, ale gdy reżyser pozwala jej się rozkręcić w niektórych scenach to Hunnam musi się pilnować, żeby nie kulić pod siebie uszu. Pewną niespodzianką jest udział Toma Hollanda, czyli najnowszego Spider-Mana, który w filmie pojawia się dość późno, ale zdecydowanie zaznacza swoją obecność.


I jeszcze jest ON. Znaczy się Robert Pattinson, który od czasu zakończenia przygody z nieszczęsnym „Zmierzchem” zaliczył występy u boku wielu znakomitych kolegów i koleżanek po fachu, zazwyczaj dbając o to, żeby nie wchodzić im zbytnio w drogę, a zarazem za bardzo nie odstawać od nich aktorsko. W „The Lost City of Z” musi głównie partnerować Hunnamowi, który sam nie jest wybitnym aktorem, więc Robert wychodzi z tego obronną ręką, ale też nie zaznacza jakoś specjalnie swojej osoby. Zazwyczaj po prostu zanika w granej postaci, skrywając się pod bujną brodą i okularami na nosie, które stają się najważniejszymi elementami jego roli.

Film nie ogląda się łatwo, ciężko się o nim również pisze, bo łatwo zrobić krzywdę dobrej produkcji, odstraszając od niej odbiorców, ale zarazem należy pamiętać o tym, że nie jest to film dla każdego i nie będzie dobrym pomysłem zwabianie na niego publiczności żądnej historii wypełnionej atrakcjami oraz wartką fabułą. „The Lost City of Z” bywa męczące, problem w tym, że takie właśnie (chyba) miało być. Gdy wszystkie elementy wskakują już na swoje miejsce, jest to zrozumiałe dla widza, który cieszy się, że poznał interesującą historię niebanalnego człowieka i miał okazję zaznać namiastki niełatwej podróży w głąb Amazonii.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza