poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Una - recenzja


„Una” była jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tytułów z tegorocznego programu Nowych Horyzontów. Świetna obsada, intrygująca fabuła oraz wyraźna pasja, jaką w projekt włożyła Rooney Mara, która od dawna dokładała starań, żeby wystąpić w filmowej adaptacji sztuki „Blackbird”. To mogło zaowocować czymś bardzo dobrym, nieoczywistym, stawiającym przed widzem niełatwe pytania i nieoferujące prostych odpowiedzi. A tymczasem…

Zacznijmy jednak od początku. Zgodnie z obietnicą, film zaczyna się intrygująco. Główną bohaterkę poznajemy jako osobę zagubioną życiowo. Uprawia seks w publicznej toalecie z obcym facetem, wraca bladym świtem do domu, w którym się wychowywała, niepotrafi odnaleźć się w rzeczywistości i dorosłym życiu. Jednocześnie widzimy sceny z przeszłości, gdy jeszcze była niewinną nastolatką, bez obaw i strapień spoglądającą w przyszłość. Dorosła Una przypadkowo odkrywa zdjęcie mężczyzny (Ben Mendelsohn), którego nie widziała od lat. W tajemnicy przed bliskimi postanawia się z nim spotkać i jedzie do jego miejsca pracy. Mężczyzna zmienił nazwisko, przeprowadził się, założył nową rodzinę, ewidentnie próbował zostawić coś za sobą, a może uciec od czegoś? Gdy Una ponownie pojawia się w jego życiu, Ray natychmiast blednie, najwyraźniej zobaczył ducha z przeszłości, o której próbuje zapomnieć. Una jest niestabilna emocjonalnie, zafiksowana na jego punkcie, pełna wyrzutów, ale też nieporadnie skrywanego przywiązania, a może nawet zakochana w nim. Szalona kochanka z przeszłości przed którą to Ray próbował się ukryć? No cóż, poniekąd…

Ray przeżył trzymiesięczny romans z bohaterką, gdy Una miała trzynaście lat. Skończyło się to dla niego kilkuletnim wyrokiem, więziennymi traumami (wiadomo, pedofile dostają „specjalne” traktowanie) oraz zupełnym porzuceniem dawnego życia. Una nie jest jednak typową ofiarą pedofila, w przeszłość spogląda z goryczą, ale najwyraźniej nigdy nie przestała kochać starszego mężczyznę i wciąż liczy na wspólną przyszłość. Jest to ciekawy punkt wyjścia dla fabuły, ale niewiele z niego wynika. Ciężko w tym filmie z kimś sympatyzować, bo zarówno Ray, jak i Una, są postaciami antypatycznymi. Ona jest manipulantką o obsesyjnej osobowości. On chciałby wzbudzać sympatię i współczucie, ale ciężko obdarzyć ciepłymi uczuciami dorosłego mężczyznę wykorzystującego seksualnie dziecko. Ray próbuje tłumaczyć swoje zachowanie z przeszłości i zapewnia, że jego uczucie było szczere oraz nietypowe dla niego, bo zupełnie nie pociągają go młode dziewczynki, a jego relacja z Uną była oparta na wzajemnej miłości i oddaniu. Nie chciał krzywdzić, chciał kochać. Reżyser stara się zrobić z niego postać niejednoznaczną i budować niedopowiedzenia w kwestii jego prawdziwej natury, ale to nie działa. Wprawdzie nie jest oczywiste, czy Ray jest seksualnym drapieżnikiem, czy też pogubił się w pewnym momencie życia i pozwolił sobie na „niewłaściwe” uczucie, ale jest to mało istotne, bo odpowiedź na to pytanie niespecjalnie obchodzi odbiorcę. Niezależnie od intencji, jego czyn był haniebny, a próby usprawiedliwiania tego tym bardziej świadczą na jego niekorzyść.

Jedno w tym filmie błyszczy – Rooney i Ben. On z dyscypliną i rozwagą odgrywa złożoną postać, ona odkrywa się przed widzem zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Reżyser jednak zbyt subtelnie rozgrywa ich historię, stawiając na powolne tempo i niespieszny rozwój (oczywistych) wypadków, składając widzowi obietnicę kina pobudzającego intelektualnie, ale rozczarowując końcowym efektem. Benedict Andrews nie potrafi zaangażować odbiorcę emocjonalnie, szybko traci jego uwagę przez zbyt szybkie odkrycie wszystkich kart, a także banalne poprowadzenie niebanalnej historii. Miało być intrygująco, a wyszedł z tego fabularyzowany odcinek „Rozmów w toku”.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza