środa, 9 sierpnia 2017

The Party - recenzja


Nie mogłem wybrać lepszego filmu na początek dnia. 71 minut popisowego koncertu komediowego na siedem skrzypiec. Film Sally Potter może i jest krótki, ale wyciska z tych kilkudziesięciu minut więcej humoru, jak dziesięć ostatnich komedii amerykańskich razem wziętych. Formalnie jest to kino bardzo teatralne. Siedem aktorów, kilka pomieszczeń mieszkalnych i ogród. Z taką obsadą jednak, obdarowaną do tego prześmiesznymi dialogami, wystarczyło postawić kamerę w rogu pokoju i obserwować magię. Nie przeszkadza więc, że zdecydowano się na czarnobiałe zdjęcia i subtelnie komponowane kadry, które nie odciągają uwagi od najważniejszego – popisowych kreacji całej obsady.

No właśnie, obsada, pozwólcie, że popełnię szybką wyliczankę, żeby nikogo nie pominąć: Kristin Scott Thomas, Patricia Clarkson, Timothy Spall, Cillian Murphy, Emily Mortimer, Bruno Ganz i Cherry Jones. Wszyscy bez wyjątku błyszczą, każde jednak w nieco inny sposób. Najłatwiej miała Patricia Clarkson, którą obdarowano wyszczekaną, cyniczną i do bólu szczerą bohaterką, sypiącą soczystymi tekstami („You are a first-rate lesbian and a second-rate thinker”; „Tickle an aromatherapist and you’ll find a fascist”). Wszyscy tutaj uosabiają jakiś stereotyp przedstawiciela klasy wyższej, ale nie ma w tym fałszu, nie ma zwątpienia, że ta konkretna grupa ludzi, tak różnych od siebie, a zarazem tak podobnych, mogłaby utrzymywać ze sobą długoletni kontakt.

Aktorzy bawią się powierzonymi im rolami. Cillian Murphy jako napędzany kokainą, nadmiernie pobudzony, znerwicowany i paranoiczny – Tom, pokazuje coś, czego dawno nie widzieliśmy w jego wykonaniu na dużym ekranie, talent i charyzmę, tym bardziej zasmucając odbiorcę, że dobrzy reżyserzy najwyraźniej zapomnieli o tym zdolnym aktorze. Timothy Spall, który w „Panie Turnerze” pokazał, że przy pomocy samych chrząknięć, parsknięć i warknięć potrafi oddać paletę emocji nieosiągalną dla wieku aktorów, tym razem balansuje na granicy stanu delirycznego. Kristin Scott Thomas magnetyzuje, Bruno Ganz rozbawia do łez, Cherry Jones i Emily Mortimer zapewniają wdzięczną rolę ofiar bezlitosnych komentarzy April (Clarkson). Ich bohaterki są lesbijską parą, jedna właśnie odkryła, że urodzi trojaczki, druga jest specjalistką akademicką od zróżnicowania płciowego w amerykańskim utopizmie. Nuff said.

Scenariusz filmu jest dopięty na ostatni guzik, zabawny, inteligentny, wciągający, oparty na błyskotliwych dialogach, do tego oferujący kilka zaskoczeń, starannie rozłożonych w czasie, a całość jest poprowadzona pewną ręką przez panią reżyser. Na party w takim towarzystwie niewypada się nie pojawić.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza