niedziela, 3 września 2017

Czas Apokalipsy: 5 przystanków do jądra ciemności


„Czas Apokalipsy” to już klasyk kina antywojennego. Fatalistyczna wizja konfliktu w Wietnamie trwale odcisnęła swe piętno na kinematografii, zapewniając sobie poczesne miejsce w panteonie arcydzieł. Nalot na wietnamską wioskę przy dźwiękach „Cwałowania Walkirii”, bombardowanie dżungli jako swoista wizualizacja „The End” Doorsów, pamiętne słowa porucznika Kilgore’a po zrzuceniu napalmu na wrogi teren, czy też głowa Martina Sheena wynurzająca się nocą z tafli wody – to obrazy, które niewątpliwie zapisały się w pamięci niejednego kinomana.

„Czas Apokalipsy” można interpretować na dwa sposoby. Przede wszystkim jako krytykę amerykańskiej polityki z okresu wojny wietnamskiej, ilustrację paradoksów ówczesnego świata oraz świadectwo okrucieństwa tegoż konfliktu. To jednak powierzchowny odczytanie, dość oczywiste i mimo wszystko przebrzmiałe, większe wrażenie wywołujące na współczesnych filmowi odbiorcach, wciąż zmagających się z uczuciem niesmaku po tym niefortunnym konflikcie. Dla widza dzisiejszego, w takim ujęciu film pozostaje jedynie świadectwem epoki, brutalnym w swej szczerości zapisem wydarzenia historycznego utrwalonego w świadomości Amerykanów. Podobnych dzieł jest jednak wiele, cóż więc takiego sprawia, że film Coppoli wyrasta ponad nie? Oczywiście można wyliczać zalety, takie jak reżyseria, aktorstwo, realizacja, pamiętne sceny. Ale to w zasadzie dodatkowe plusy dodające smaku najważniejszemu elementowi, czyli ukrytej pod powierzchownym przekazem historycznym, dokładnie przemyślanej i dopracowanej wizji, którą reżyser następnie z wyczuciem przystroił wymienionymi wyżej składnikami, nie szczędząc życia i zdrowia realizacji swoich założeń.

Trzon fabuły opiera się na „Jądrze ciemności” Josepha Conrada. Tematem opowiadania jest wyprawa rzeką Kongo w głąb afrykańskiej dżungli w poszukiwaniu kryjówki Kurtza, ogarniętego szaleństwem pracownika angielskiej kompanii handlowej. Coppola przeniósł tę historię w realia wietnamskiej wojny, uwagę skupiając przede wszystkim na wątku podróży w głąb ogarniętego chaosem lądu, aż do samego jego jądra, nad którym władzę sprawuje obłąkany człowiek. Jego wizja, w której bohaterowie pokonują kolejne, coraz koszmarniejsze etapy podróży prowadzące ich do przedsionka piekła położonego w głębi azjatyckiej dżungli, niezmiennie fascynuje już od prawie 40 lat. W swej analizie skupiłem się właśnie na tym aspekcie filmu. Opierałem się na poszerzonej wersji reżyserskiej. Świadomie zignorowałem jednak dodaną w niej sekwencję wizyty na francuskiej plantacji. Uważam, że powstała ona głównie dla zaakcentowania pewnych politycznych tez, a więc wpisuje się we wspomnianą wyżej, powierzchowną warstwę filmu i jest tym samym nieistotna w świetle przedmiotu mojej analizy. Tyle tytułem wstępu, czas zabrać się za danie główne i wzorem bohaterów rozpocząć podróż do jądra ciemności…


1. Przystanek pierwszy: pomiędzy piekłem a niebem

Pokój hotelowy w Sajgonie. Zawieszenie pomiędzy piekłem – dżunglą, obłąkanym miejscem, po którym można się spodziewać wszystkiego najgorszego a niebem – domem, czymś racjonalnym, spokojnym, mieszczącym się w granicach normalności. Jakże nierzeczywiste wydają się te ostatnie określenia w świecie ogarniętym wojną. Sajgon jest swoistym punktem granicznym pomiędzy dwoma przeciwstawnymi przestrzeniami. Niewątpliwie nie mieści się on w granicach normalności wyznaczanych przez dom. Wciąż, przy braku zachowania środków ostrożności, można tu łatwo zginąć. Tym niemniej jest to miejsce nieporównywalnie bezpieczniejsze od wietnamskiej dżungli. Pobyt tam stanowi coś w rodzaju lekkiego zaczerpnięcia powietrza przed ponownym zanurzeniem się w otchłań szaleństwa, czającą się poza murami miasta. A każdy kontakt z tymi głębinami pozostawia na nurkującym niezatarty ślad. Przebywając pod wodą, marzy się tylko o powrocie na powierzchnię, o normalności, cieple i spokoju. Wspomnienie tego wyidealizowanego miejsca, do którego kiedyś się wróci, kawałka lądu, na którym nie ma miejsca na okropieństwa dżungli, pozwala zachować resztki rozumu w okrutnej wojennej rzeczywistości. Wtedy jeszcze nie myśli się o tym, co będzie później. Nie dopuszcza się do swej świadomości mglistego, lecz dojmującego przeczucia, że nawet po powrocie do rodzinnych stron wspomnienie otchłani nie opuści już nigdy. Jej mroczne wezwanie będzie wciąż wabić, kusić do zanurkowania w niej raz jeszcze. Ten, kto przeżył wojnę, nie może już uwolnić się od tego ponurego zewu nawet będąc już w ciepłym rodzinnym domu, miejscu, gdzie czuje się komfortowo, bezpieczny i nie zaszczuty przez wroga. Jak więc można mieć nadzieję na prawdziwy odpoczynek w Sajgonie, miejscu, które leży o krok od otchłani? To właśnie w mieście poznajemy Willarda. Kapitan wielokrotnie spoglądał już w mroczną czeluść wojny. Ledwie tydzień separacji od linii frontu zamienił go w swoisty przypadek narkomana na głodzie, odstawionego od kolejnego zastrzyku mocnych wrażeń. Bohater pozostawiony sam sobie w hotelowym pokoju, szaleje, rozbija lustro, popada w stany obłędu, przechodząc następnie zapaść. Dopiero perspektywa kolejnego zanurkowania w otchłań podaruje mu siłę do dalszego funkcjonowania…


2. Przystanek drugi: szalony surfer

Pierwsza przystań w podróży ku głębinom. Porucznik Kilgore i jego powietrzna kawaleria – „Kowboje”, dumni spadkobiercy mitologii Dzikiego Zachodu, którzy kolty zamienili na M-60, konie przehandlowali za helikoptery, a prerię zastąpili przestworzami. Porucznik Kilgore wyraźnie odczuwa już skutki długotrwałego przebywania w głębinach. Bezmyślna brawura i kurczowe trzymanie się resztek normalności przetransferowanych z domu (surfowanie) – to jego sposoby na odnalezienie się w szaleństwie tej wojny. Codzienna dawka rzezi, desanty powietrzne, zrzucanie napalmu na partyzantów w dżungli, jest dla niego czymś nierealnym. Obowiązkiem, do którego nie podchodzi się na poważnie. Podczas ataków powietrznych można zapomnieć się w takt „Cwałowania Walkirii” Wagnera, podczas oględzin zwłok uciec w absurd za pomocą talii kart, którymi znakuje się ciała. To wszystko jest przykrym obowiązkiem, który wykonuje się jak najszybciej, żeby zdążyć na surfowanie o zmierzchu, przy którym raz jeszcze odpędzi się od siebie niewygodne myśli i palące sumienie. Mając to na uwadze, przestaje dziwić rozpaczliwe poszukiwanie Willarda i reszty załogi statku, po tym jak ukradli deskę surfingową. Utrata tego przedmiotu staje się dla Kilgore’a osobistym dramatem – po utracie prywatnego azylu bohater ten zostaje rzucony na pastwę demonów wojny.



3. Przystanek trzeci: załoga, cywilny kuter i „króliczki” Playboya

Każdy z towarzyszy Willarda w jego podróży ku głębinom szaleństwa przechodzi własną drogę przez piekło i radzi sobie z nią na swój sposób.

Młodziutki „Czyścioch” wydaje się pochodzić z innego świata. Chudy, energiczny, siedemnastoletni miłośnik rock’n’rolla, sprawia wrażenie osoby nie w pełni pojmującej ogrom okropieństwa, jakiego jest świadkiem. Ekscytuje się muzyką graną przez radio, króliczkami Playboya, pierwszym stosunkiem seksualnym, paczką od mamy. Świat, w jakim przychodzi mu wchodzić w dorosłość, wydaje się nie wywierać na niego wpływu. Ale to tylko pozory, za którymi ukrywa się kłębek nerwów, bomba gotowa wybuchnąć w każdej chwili, czego namiastkę doświadczamy w scenie rewizji rybackiej łodzi. Nagły wybuch paniki, bezmyślna seria z karabinu maszynowego przerwana dopiero z chwilą wykorzystania całego magazynku… A po wszystkim kubeł zimnej wody wylany na głowę. Brutalna rzeczywistość owocuje niekontrolowanymi wybuchami agresji. Obłęd szaleństwa dopiero kiełkuje w tym młodym żołnierzu, nie dane nam jednak będzie sprawdzić, jak bardzo się on rozwinie. Dżungla ma bowiem wobec „Czyściocha” inne plany…

Scena jest pewnego rodzaju psychologiczną kulminacją definiującą charaktery załogi kutra. Mamy więc wybuch przemocy ze strony niestabilnych emocjonalnie „Czyściocha” i Lance’a, „Le Chefa” zagubionego w tym irracjonalnym, wymykającym się jego rozumowaniu świecie, kapitana przechodzącego nad tym do porządku dziennego, usiłując zachować przy tym resztkę humanizmu oraz zdystansowanego do całego wydarzenia Willarda. Ten ostatni bez chwili wahania dokonuje egzekucji na Wietnamce. Działa z zimną krwią, wiedząc, że musi to zrobić dla dobra misji. Interesujące, że tylko on zostaje ofiarą milczącego napiętnowania ze strony współtowarzyszy. W tym obłędnym świecie, bezsensowna, opętańcza rzeź nie dziwi tak bardzo jak wyrachowane zabójstwo. I podczas gdy obydwa wydarzenia nie są niczym więcej, jak zwyczajnym morderstwem, to jednak w szalonej rzeczywistości wietnamskiej dżungli dochodzi do gradacji obu zdarzeń.


O ile w przypadku innych bohaterów, scena ta służy zdefiniowaniu ich postaw życiowych, tak dla Lance’a stanowi przełomowy moment, nadający dalszy kierunek jego czynom. Z chwilą, gdy przyłącza się do bezmyślnej egzekucji cywili, rozpoczętej przez „Czyściocha”, coś w nim pęka, ostatecznie umiera w nim człowiek cywilizowany, rodzi się natomiast kolejna obłąkana ofiara dżungli. Poprzednie akty historii pokazują, jak powoli to w nim narasta. Widzimy, jak miejsce stopniowo coraz bardziej zaciska na nim swoje szpony, wywierając coraz większy wpływ na beztroskiego surfera. Początkowo wyprawa jest dla niego przygodą, zaznaniem wojennego dreszczyku, o którym będzie mógł opowiadać znajomym przy piwie podczas wesołych imprez na plażach Kalifornii. To pozornie człowiek nieskażony jakąkolwiek refleksją. Zażywa kąpieli słonecznych podczas rejsu, surfuje za ciągnącym go na linie statkiem, zalicza playmate roku. O tak, to zdecydowanie są rzeczy, o których warto będzie kiedyś opowiedzieć przy grillu. A jednak coś zdaje się nie grać, wszystko to nie pasuje do obrazu wojny, jakiego oczekiwał. Gloria i odwaga, jakich zapewne spodziewał się zaznać na froncie, przyjmują w tym miejscu postać przedziwną.

Mamy więc adorującą go powietrzną kawalerię z porucznikiem Kilgorem na czele, dla którego możliwość zobaczenia Lance’a w akcji zdaje się być ważniejsza nie tylko od żołnierskich obowiązków, ale i bezpieczeństwa samej gwiazdy surfingu. Późniejsza przed nim ucieczka i ukrywanie się w chaszczach z powodu skradzionej deski to wydarzenia zbyt surrealistyczne jak na jego wyobrażenie o wojnie. Absurd tego szalonego świata jeszcze bardziej daje się odczuć z chwilą dotarcia do rozświetlonej sceny estradowej, umieszczonej w samym środku wrogiej dżungli, na której mają wystąpić króliczki Playboya. Następnie bohaterowie docierają do owładniętej anarchią wojskowej bazy, pozbawionej dowódcy. Deszcz leje się strugami z nieba, wszystko topi się w błocie, co jest, swoją drogą, zgrabną metaforą tego miejsca. Obrazu przestrzeni pozbawionej wszelkich reguł dopełnia scena seksu z „króliczkami” Playboya. Kobiety dotychczas co najwyżej adorowane i podziwiane przez bohaterów na stronach magazynu, zdawałoby się nieosiągalne, niemal wręcz nierealne – tutaj, w głębi wietnamskiej dżungli, „użyczają” bohaterom swych ciał. Od tej pory można się już spodziewać absolutnie wszystkiego i chyba paradoksalnie za sprawą tego, zdawałoby się, przyjemnego wydarzenia, Lance zmienia swoje beztroskie podejście. Przybiera barwy wojenne, podkreślając tym samym swoją obawę, jak i wzmożoną czujność, oraz pełną gotowość zmierzenia się ze wszelkimi zagrożeniami i niespodziankami, jakie może mu przynieść dżungla. A to prowadzi już prostą drogą do sceny rewizji wietnamskiej łodzi, podczas której „Czyściochowi” puszczają hamulce. Obserwując szaleńczą rzeź dokonaną na niewinnej rodzinie, w Lance’u ostatecznie coś pęka, otwierając drogę dla nadciągającej fali obłędu. I o ile dżungla nie dała „Czyściochowi” szans do rozwinięcia zalążków szaleństwa na większą skalę, tak Lance nie miał już tego „szczęścia”. Ale do tego wrócę w dalszej części analizy.


„Le Chef” wydaje się być wojakiem zaprawionym w boju i świadomym niebezpieczeństw, jakie kryje w sobie dżungla. Jest to jednak, jak się okaże, wrażenie złudne. Bohater po prostu nauczył się z czasem odsuwać od siebie świadomość wszechobecnego obłędu i irracjonalności miejsca, w które został wysłany przez amerykański rząd. W głębi ducha wciąż nie może pojąć, jak to się stało, że miłośnik gotowania wbrew sobie skończył w miejscu ogarniętym przemocą. W miejscu, w którym wyprawa poza bezpieczny (jakże iluzoryczne jest to wrażenie w tym świecie) teren łodzi, może się zakończyć śmiertelnie niebezpiecznym spotkaniem z tygrysem. Spotkaniem, które załamuje w „Le Chefie” pewność siebie. Przypomina mu bowiem o tym, jak daleko jest od domu i jak bardzo to miejsce się od niego różni.

I w końcu kapitan statku. To niemalże monument z brązu, którego nic nie jest w stanie poruszyć. Doświadczenie w wyprawach w głąb dżungli najwyraźniej wypracowało w nim gruboskórność, wzmocniło postawę obronną względem wszechobecnego obłędu i nauczyło przyjmować świat takim, jakim jest. Nie zastanawia się on zbytnio nad rzeczywistością, nie dopuszczając tym samym do tego, żeby wywoływała ona duży wpływ na jego psychikę. Wciąż potrafi się śmiać, kiedy trzeba – ostro zareagować, podkreślając swój autorytet, ale nigdy nie pozwala na zbytnie odsłonięcie emocji i zapomnienie się w chwili relaksu. Aż za dobrze wie, że w tym miejscu odpuszczenie samemu sobie może się skończyć w bardzo zły sposób. Zastanawiające jest jego zachowanie w obecności „króliczków”, z którymi jako jedyny nie zamierza współżyć, z czego pokrętnie się tłumaczy. Czy spowodowane jest to kompleksami i podświadomym strachem osoby, która doświadczała rasizmu w rodzinnych stronach? Czy kochanie się z białymi kobietami, ba, z teoretycznie jednymi z najpiękniejszych, spośród żyjących w Ameryce, jest czymś, co nie mieści się w jego świecie? Pytanie tym bardziej zasadne, gdy pamiętamy jego późniejszą reakcję na śmierć „Czyściocha”, jedynego oprócz niego czarnoskórego członka wyprawy.



4. Przystanek czwarty: kwasowa jazda

Most Do Lung, ostatni przystanek przed osiągnięciem celu wyprawy. Cała ta sekwencja to najbardziej surrealistyczny epizod w filmie, co dodatkowo podkreśla jeszcze perspektywa wydarzeń przedstawionych z punktu widzenia Lance’a na silnej dawce LSD. Miejsce to wydaje się odbiegać od wszelkich norm logiki. Stacjonujący tam żołnierze zmuszeni zostali przez dowództwo do bezsensownej obrony mostu. Mostu, który każdego dnia na nowo odbudowują tylko po to, żeby po kilku godzinach został ponownie zniszczony przez oddziały Vietcongu. Nocne prace remontowe prowadzone są przy akompaniamencie serii karabinowych i wybuchów ładunków z moździerzy, w towarzystwie wszechobecnych rozbłysków ognia. Oszołomieni narkotykami żołnierze, oświetleni wywieszonymi w okopach świątecznymi lampkami, prują na oślep z karabinów maszynowych. Uzbrojony w granatnik żołnierz w stanie silnego odurzenia posiada fenomenalny zmysł geolokalizacji za pomocą słuchu. To miejsce egzystuje jakby na wiecznym haju. Jedynie oszołomienie narkotykowe umożliwia tu funkcjonowanie z dnia na dzień. Most Do Lung to dla bohaterów ostatnie ostrzeżenie, szansa na wycofanie się przed osiągnięciem celu wyprawy – jądra wszechobecnego szaleństwa, ostatecznego końca cywilizacji, jaką znają. Po przekroczeniu tego punktu nie ma już dla nich odwrotu…


5. Przystanek piąty: przedsionek piekła

Finał wyprawy. W usuniętych z filmu scenach znajdowała się ciekawa sekwencja poprzedzająca przybycie bohaterów do obozu pułkownika Kurtza (próżno jej szukać nawet w wersji reżyserskiej, była po prostu jedną z wielu scen obecnych w wyjściowej, ponad pięciogodzinnej wersji, którą następnie przycięto do bardziej przystępnej formy). Warto ją przedstawić, ponieważ świetnie charakteryzuje to miejsce. Tak więc bohaterowie zbliżając się do celu swej podróży, mijają po drodze rybacką łódkę, z której żagla zwisa nagie ciało mężczyzny. Pokonując na rzece kolejne metry, natrafiają jeszcze na sterczący z wody niemalże pionowo ogon samolotu odrzutowego. W międzyczasie obserwujemy migawki z jakiegoś obrzędu w obozie, podczas którego tubylcy śpiewają łamanym angielskim, dziwaczny cover „Light my fire” The Doors. Sekwencja ta jest mieszaniną surrealizmu (sceny w obozie) z grozą (bohaterowie na rzece). Zdaje się zapowiadać, że jesteśmy w samym sercu szaleństwa, stanowiącym kraniec cywilizacji, do którego nawet samoloty nie dolatują, miejscu, po którym spodziewać się można najgorszego,. Oto przedsionek piekła…


Kontynuację tego przekazu mamy także w scenach znanych już z filmu, w których Willard dopływając wraz z dwójką pozostałych przy życiu towarzyszy do obozu, widzi wszechobecne nagie zwłoki – zwisające z drzew, pływające po rzece i walające się po ziemi. Ciała pozbawione głów, głowy pozbawione ciał, trzewia wypuszczone ze zbezczeszczonych korpusów. Iście dantejskie sceny, pokazujące, do jakiego poziomu zezwierzęcenia zszedł pułkownik Kurtz i jego świta.

I tak jak wcześniej można było mówić o różnych poziomach obłędu trawiącego świat, w głąb którego podróżuje Willard, tak tutaj dotarliśmy już do jego ostatecznej, ohydnej, odstręczającej a zarazem jakże fascynującej formy. Zanim przyjrzymy się bliżej relacji Willard-Kurtz, warto jeszcze wspomnieć o jedynym ocalałym z załogi statku żołnierzu – Lance’u. Aktor, wielokrotnie pytany w wywiadach o to, co się stało ze szczeniakiem, którego uratował z cywilnej łodzi, odpowiadał, że pod koniec historii to Lance stał się psem. Motywował to tym, że od chwili, gdy krzyczał w poszukiwaniu zwierzaka, nie wypowiedział już ani jednego zdania. Jakkolwiek wytłumaczenie to wydaje się grubo przesadzone i nie sposób traktować go serio, to jednak zwraca uwagę na istotny fakt. Uosobienie kalifornijskiego, uśmiechniętego luzaka, jakim Lance był na początku wyprawy, pod koniec przeistoczyło się w milczącego obserwatora wydarzeń, o obłąkanym wyrazie twarzy. W kontekście całej historii, surrealizmu i obłędu stanowiących podstawę kolejnych przystanków w podróży, zdegradowanie człowieka do poziomu zwierzęcia wydaje się nagle przerażająco realne.

Zostawmy już jednak nieszczęsną załogę wojskowej łodzi w spokoju i przyjrzyjmy się osobie będącej powodem eskapady w głąb dżungli. Okrutnemu władcy tego obłąkanego miejsca, zagubionej duszy skażonej wojennymi okropieństwami, pułkownikowi Kurtzowi. Jest to niewątpliwie szaleniec, ale u podłoża jego działań leżą jak najbardziej sensowne powody, których istoty łatwo nie zauważyć w całym tym oszołomieniu rozmiarem okrucieństwa i obłędu. Co warte podkreślenia, sam Kurtz zachowuje trzeźwość umysłu na tyle, żeby zdać sobie sprawę z tego, jak daleko przekroczył granice człowieczeństwa. Odebrał sobie tym samym prawo do osiągnięcia zrozumienia wśród „normalnych” ludzi, nigdy nie mających kontaktu z esencją tej wojny. Pułkownik, zaślepiony ideą stworzenia idealnych żołnierzy, zabrnął za daleko w swych czynach i gdy zdał sobie z tego sprawę, było już za późno, żeby naprawić wyrządzone zło. Wiedząc, że zarówno on, jak i jego „dzieci”, są już przeklęci przez cywilizowany świat, potrzebował osoby, która spełni dwie role. Człowieka, który byłby godzien zakończyć jego żywot, a zarazem posłańca, który będzie w stanie przekazać ludzkości ideę działań Kurtza, tłumacząc przy tym, dlaczego jej twórca się po drodze zagubił i doszło do wypaczenia jego intencji.


Ideę, której moment powstania jest doskonale znany. Wyjawia go sam twórca. Pułkownik Kurtz był wzorcowym żołnierzem, absolwentem prestiżowych szkół, kontynuatorem długiej wojskowej tradycji obecnej w rodzinie. Twardym mężczyzną, który podjął się trudu szkolenia komandosów będąc dwa razy starszy od pozostałych adeptów. Można powiedzieć, że został on wręcz stworzony do zawodu żołnierza i to było celem jego istnienia. Życie Kurtza zmieniło się podczas pierwszej wyprawy do Wietnamu. Był tam świadkiem wyjątkowego okrucieństwa, kiedy żołnierze Vietcongu poobcinali rączki wszystkim dzieciom zaszczepionym wcześniej w dobrej wierze przez pułkownika i jego ludzi. Obserwując przypadek tak czystego w formie, a zarazem okrutnego zła, pułkownik doznał w pierwszej chwili szoku, puściły mu wszelkie emocjonalne hamulce i zwyczajnie się rozpłakał. Po przywołaniu się jednak do porządku zrozumiał, że zetknął się z ludźmi, którym nie jest w stanie dorównać w walce. Żołnierzami, którzy są tak oddani sprawie, że bez wahania są gotowi zgotować własnym rodakom tak okrutny los. Ludźmi będącymi fanatycznymi wojownikami, a nie zbieraniną przypadkowych cywili, wcielonych siłą do armii i wysłanych na rok do dzikich dla nich regionów, skupiających swoją uwagę głównie na przetrwaniu tego doświadczenia. Dowodzenie podobnie oddanymi oddziałami niewątpliwie pomogłoby zakończyć tę beznadziejną wojnę przy wykorzystaniu niepomiernie mniejszej liczby jednostek. Jednostek gotowych do poświęcenia swego humanitaryzmu w imię zwycięstwa, traktujących dżunglę jako swój nowy dom, a nie przymusową roczną eskapadę poza granice kraju. Na pewnym podstawowym poziomie pułkownik miał rację, ale jego zgubą było niedostrzeganie tego, do czego wyplenienie w ludziach humanitarnych odruchów może doprowadzić.

Kapitan Willard jest słabym odbiciem Kurtza, uosobieniem jego ideałów z początków życiowej misji. Uzależniony od eskapad w głąb dżungli, jest gotów do okrucieństwa, jeżeli tylko wymagają tego okoliczności, kwestionuje politykę amerykańskiej armii i dostrzega dualizm moralny nią kierujący. Z drugiej strony zachowuje trzeźwość osądu, nie przekracza za bardzo cienkiej granicy dzielącej obłęd od chwil niestabilności psychicznej, nieuchronnie pojawiających się w tej sytuacji. Kurtz zachowuje go przy życiu, gdyż chce powierzyć mu misję bardzo szczególną – uczynić swoim własnym oprawcą. Zanim to jednak nastąpi, ofiara musi się upewnić, że zostanie zrozumiana przez swego kata. Bez trudu może odejść w niesławie jako psychopata i sadysta, który pogubił się w apokaliptycznym świecie wojny. Do tego wystarczyłoby popełnić samobójstwo, generalicja przeszłaby nad tym do porządku dziennego, o sprawie szybko by zapomniano, a przypadek Kurtza stałby się kolejnym niewygodnym tematem zamiecionym pod dywan historii i znanym jedynie wąskiemu gronu wtajemniczonych ludzi. Pułkownik pragnie jednak czegoś więcej, chce być zrozumiany, pragnie wytłumaczyć swe idee komuś, kto pod wpływem jego osobowości nie popadnie w obłęd, jak to było z fotoreporterem, czy też poprzednim zamachowcem wysłanym przez rząd. Wydaje się, że Willard posiada odpowiednio silny kręgosłup moralny, żeby pojąć pełnię wizji Kurtza, a jednocześnie nie załamać się psychicznie pod wpływem tego doświadczenia, ani też nie podążyć krwawym śladem wyznaczonym przez pułkownika.


Przetrzymywanie w niewoli, konfrontowanie z najgorszą stroną osobowości pułkownika (podrzucenie obciętej głowy „Le Chefa”), dyskusje na temat przyświecających mu idei i ich genezy są rodzajem testu mającego na celu sprawdzenie, czy Willard jest w stanie unieść brzemię odpowiedzialności i przekazać światu spuściznę po Kurtzu. Całkiem prawdopodobne, że i jego poprzednik, wysłany przez rząd, przeszedł podobną drogę, oblewając końcowy egzamin i stając się kolejną ofiarą pułkownika. Kapitan Willard w końcowym akcie znajduje jednak w sobie dość siły, żeby zakończyć szaleństwo, którego przyczyną stał się pułkownik Kurtz. Z chwilą, gdy w końcu podejmuje się zamachu, Kurtz przyjmuje to ze spokojem, ponieważ wie, że jego archanioł wykona swoje zadanie, zakończy piekło przez niego stworzone, ale będzie w stanie zrozumieć i wytłumaczyć innym (w tym synowi pułkownika), co kierowało szalonym dowódcą i dlaczego doszło do zwyrodnienia jego idei. O tym, że posiadał świadomość, iż poniósł porażkę, zapewnia nas nie tylko milczące przyzwolenie na zabójstwo, ale także wyraźny nakaz zniszczenia całego krwawego „imperium” (notka w dokumentach o treści: „zrzuć na nich bomby”). Ale w tym ostatnim zadaniu Willard go zawiódł, udowadniając, że jest w stanie podążyć inną życiową ścieżką. Jednak obłęd i skaza po kontakcie z dżunglą już na zawsze pozostawią w nim ślad i pewnie jeszcze nie raz pchną go w objęcia otchłani…

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza