niedziela, 10 września 2017

It (To) - recenzja


Andres Muschietti nie może się jeszcze pochwalić bogatą filmografią. Na koncie ma jedną trzyminutową krótkometrażówkę, którą później przerobił na długometrażowy horror. „Mama” była przeciętnym, ale solidnym straszakiem, skierowanym raczej dla „koneserów” gatunku. Wątek paranormalny był głupi, straszenie polegało głównie na prymitywnym atakowaniu dźwiękiem, nastroju grozy było w tym tyle, co w późniejszych filmach o Harrym Potterze, ale pamiętam, że spora część widowni przeżywała seans jednak dość mocno (głównie piętnastoletnie dziewczynki). Nie brakowało oczywiście też osób, które miały ubaw po pachy z wielu chybionych elementów (głównie faceci powyżej piętnastego roku życia). Film ratowała jedna osoba - Jessica Chastain, w roli wytatuowanej punkrockowej basistki w krótkich włosach o kolorze smoły. Z postaci, która mogła być jedynie wypełniaczem czasu, aktorka wycisnęła wszystkie soki i stworzyła ciekawą bohaterkę, a jej wątek był jedynym interesującym elementem fabuły.

Nie bez obaw przyjąłem więc informację, że Muschietti zastąpi Cary’ego Fukunagę w roli reżysera kinowej ekranizacji książki „To”, jednej z moich ulubionych powieści Stephena Kinga. Nie opuszczała mnie jednak nadzieja na zobaczenie dobrego filmu, bo przecież gorzej od telewizyjnej wersji z ubiegłego stulecia już być nie mogło. I nie jest. Powiem więcej, jest to jedna z najlepszych produkcji opartych na twórczości pisarza z Maine. Niestety, jest to zarazem słaby horror, bo zupełnie niestraszny, ale do tego jeszcze wrócę. Najpierw trzeba film pochwalić, a jest za co.


„To” już w otwierającej scenie przekazuje dwie ważne informacje: reżyser nie zamierza stawiać na subtelności i niedopowiedzenia w temacie przemocy, a Pennywise w interpretacji Billa Skarsgårda będzie postacią fascynującą, ale dość problematyczną w odbiorze. Widok małego chłopczyka z odgryzioną rączką zapewne niejednego zaszokuje, ale każdy fan książki pokiwa z uznaniem dla tak makabrycznego otwarcia historii, które jest istotne dla dalszego odbioru filmu. Scena pokazuje jakie zagrożenie stanowi krwiożerczy klaun i podkreśla dobitnie, że w tej opowieści małe dzieci nie są bezpieczne. Później niestety zostaje to zanegowane, bo okazuje się, że dopisano aneks - młodociani wprawdzie nie są bezpieczni, ale wyjątek stanowią główni bohaterowie, z którymi Pennywise cały czas sobie tylko pogrywa, nie robiąc im jednak specjalnej krzywdy. Jak dobrze wiemy z poprzedniej ekranizacji (oraz literackiego oryginału) jest to uzasadnione fabularnie, ale kiepsko wpływa na nastrój grozy, którego zwyczajnie tutaj brakuje. Świadomość tego, że bohaterom najprawdopodobniej nic złego się nie stanie, nie usprawiedliwia jednak braku napięcia, bo przecież sprawny horror powinien straszyć pomimo tego. Wszakże filmy z tego gatunku zazwyczaj oglądamy ze świadomością, że główny bohater ducha wyzionie (w najgorszym wypadku) dopiero w finale historii. Jeżeli klimat budowany jest umiejętnie to film będziemy i tak oglądać z rozszerzonymi źrenicami, wiercąc się nerwowo w fotelu.

Muschietti nie potrafi zbudować nastroju prawdziwej grozy, zamiast tego znowu napastuje więc widza jump scare’ami, ale tym razem jakby subtelniejszymi, nie gwałcącymi uszu nagłymi bodźcami dźwiękowymi, a do tego uzasadnionymi fabularnie. Jednego mu natomiast zdecydowanie nie brakuje – kreatywności. Kolejne sceny z Pennywisem są pomysłowe, fajnie zaplanowane, w każdej tkwi duży potencjał na straszenie odbiorcy, ale żadna niestety nie działa tak, jak powinna. Problem tkwi chyba w tym, że przy realizowaniu ich zbyt często korzystano z kiepskiego CGI, które zupełnie wybija odbiorcę z historii. Gdy więc filmowi brakuje napięcia, bo reżyser nie potrafi zbudować odpowiedniego klimatu, a do tego widz jest spokojny o losy bohaterów, wtedy zmora przestaje przyprawiać o palpitację serca, zamiast tego stając się ciekawostką, trochę zabawną, po części niepokojącą, ale przede wszystkim – intrygującą. Oglądając kolejne zwiastuny filmu nie mogłem się zdecydować, co myśleć o roli Billa Skarsgårda. Film bynajmniej nie pomógł w jednoznacznej ocenie. Bill jako Pennywise ma momenty genialne, sporo kapitalnych, ale czasem miałem wrażenie, że stara się zbyt bardzo. Aktor ma problem z leniwym lewym okiem, co wykorzystano w filmie, pozwalając klaunowi na zezowanie gałkami ocznymi, co w połączeniu ze świetną charakteryzacją dało mocny końcowy efekt. Werbalnie jego głos skacze pomiędzy tonacjami, najczęściej oscylując w górnych granicach, ale w odpowiednich momentach płynnie przeskakuje w niski ryk i różne gardłowe odgłosy. Intrygujący i pobudzający efekt. Gorzej, że często zostaje to zaprzepaszczone tym nieszczęsnym CGI, które z niepokojącej istoty czyni cyfrową pokrakę. Gdyby tylko położony większy nacisk na tradycyjne efekty specjalne to wykończenie byłoby miażdżące. Szkoda.


W twórczości Kinga największe zagrożenie często nie płynie ze strony sił paranormalnych, ale ludzkiej skłonności do okrucieństwa i przemocy. Stanowiło to również istotny wątek książkowego oryginału, gdy poznawaliśmy długą i paskudną historię Derry, miasta od samego początku skażonego złem, przemocą, nietolerancją, okrucieństwem, patologicznymi zachowaniami i obojętnością na cierpienie innych. Nie zapomniano o tym w filmie, wręcz przeciwnie. Jeżeli „To” mrozi krew w żyłach to właśnie nie w scenach z klaunem, ale gdy aptekarz patrzy lubieżnie na nastolatkę, gdy relacje ojca z młodą dziewczyną balansują na granicy gwałtu, gdy szkolni chuligani maltretują swoje ofiary przy pomocy noży, a dorośli zupełnie to ignorują, gdy nastolatek próbuje zastrzelić żywego kota dla zabawy, gdy matka z rozmysłem uniezależnia od siebie swojego syna przy pomocy kłamstwa, gdy… no długo można by wymieniać. Filmowe Derry nie odbiega więc daleko od tego książkowego, w tym względzie Muschietti nie zawiódł, dostarczając społeczność przeżartą złem, żyjącą w patologicznej rzeczywistości, której rytm wyznacza Pennywise.

„To” nie straszy, ale wcale nie musi, bo kradnie serce odbiorcy czym innym, opowieścią o dziecięcej przyjaźni, wchodzeniu w dorosłość i wspólnemu radzeniu sobie z przeciwnościami. Młodocianych bohaterów obsadzono fantastycznie, nikt tutaj nie odstaje od reszty, ale niektórzy lśnią nieco jaśniej, zwłaszcza Sophia Lillis, której wróżę dużą karierę w przyszłości. Scenariusz szczodrze obdarowuje wartościową treścią wszystkich młodych bohaterów, o każdym dowiadujemy się wystarczająco dużo informacji, żeby nie robił jedynie za tło dla reszty postaci. Dzieciaki dostały ciekawe sceny i dobrze napisane dialogi, poprowadzono ich wzorcowo, grają bez nuty fałszu, naturalnie, a co najważniejsze, jest pomiędzy nimi chemia. Scenariusz to zresztą mocny element filmu, śmiało sięgający po treść drastyczną, ale płynnie przechodzący w humorystyczne wątki, bywa zabawny i nostalgiczny, nie żeruje jednak na tym, składa nie tyle hołd takim filmom jak „Goonies”, co czerpie z nich inspiracje i przekłada na realia kina współczesnego.


Nie jest to więc udany horror, ale jest to dobra ekranizacja książki Kinga, sprawnie przenosząca na język filmu, częsty w jego twórczości, motyw zestawienia dziecięcej niewinności z czymś złym, paskudnym i przerażającym. Z jednej strony patologia i groza, a z drugiej chłopięce wygłupy i wzdychanie do urodziwej koleżanki. Idealnie obsadzone, świetnie zagrane i napisane, ale niestety słabo wykończone, bo kiepskie efekty specjalne sabotują nieco film. Obejrzeć jednak trzeba, bo nieczęsto można zobaczyć na dużym ekranie dobrą ekranizację powieści Stephena Kinga, o czym boleśnie przypomniała nam koszmarna „Mroczne wieża”.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza