sobota, 14 października 2017

Botoks - recenzja


Kino eksploatacji i taniej sensacji, które udaje cięty komentarz społeczny i krytykę patologii drążących polską służbę zdrowia. Patryk Vega chciałby wstrząsnąć środowiskiem i narodem, od miesięcy wyciera sobie gębę misyjnym zaangażowaniem, a tak naprawdę jest tylko kabotynem, cynicznie żerującym na polskim widzu. „Botoks” to jakiś alternatywny wymiar, świat utkany z patologii, wyzbyty empatii, zaludniony istotami pozbawionymi uczuć, ludźmi nie zachowującymi się jak ludzie, lekarzami, którzy chyba rano brandzlują się do zdjęcia doktora Mengele, a przed snem oglądają torture porn w poszukiwaniu inspiracji na następny dzień. Nie wierzę w ten świat, nawet jeżeli rzeczywiście jest patchworkiem złożonym z prawdziwych historii z całej Polski, to wciąż jest obrazem zakłamanym, tkaniną opartą na przejaskrawionych barwach, zapominającą o wszystkim tym, co jest pomiędzy – o ludzkich odruchach. Nie wierzę w świat, w którym wszyscy lekarze tylko czyhają na okazję dopierdolenia pacjentowi, oszpecenia go, okaleczenia i zamordowania. Nie wierzę w świat, w którym pracownicy szpitala widząc koleżanką z pracy w ciężkim stanie, mają to w dupie, a nawet pogarszają sytuację. Nie wierzę w ten świat i jestem zirytowany, gdy przez cały seans reżyser tłucze mi do głowy, że to jest prawdziwy obraz rzeczywistości. Jeżeli już, to raczej bezpośredni transfer majaków kogoś, kto ma poważne problemy z własną głową.

Jest to zły film, trwający nieco ponad dwie godziny, a sprawiający wrażenie, jakby się ciągnął przez dwadzieścia. Vega już w Pitbulach udowodnił, że nie potrafi złożyć opowieści o czymś, bo próbuje opowiedzieć o wszystkim. W „Botoksie” nieco doszlifował formę, bo tym razem przynajmniej sprawia to wrażenie, jakby wszystkie te wątki podążały w podobnym kierunku, a nie tylko stanowiły zbiór epizodycznych sytuacji. I są w tym jakieś zalążki ciekawej historii, gdy bohaterki odstawione w szałowe kiecki maszerują na plażę, żeby dokonać „rytualnego” pogrzebania nieprzyjemnych wspomnień, na ułamek sekundy przebudziłem się z letargu spowodowanego dwudziestogodzinnym nużącym seansem i pomyślałem sobie: „yeah, girl power!”. Zresztą ogólnie postać doktor Banach, która jest inicjatorką zdarzenia, stanowi największy plus filmu, bo w całym tym moralnym, przerysowanym, nierzeczywistym, moralnym szambie, stanowi jakiś głos rozsądku, posiada ludzkie odruchy, o dziwo, chce leczyć, pomagać i być szczęśliwa, a do tego nie osiąga tego kosztem innych. Vega miał pewnie torsje, jak ją tworzył. Pochwalić za to należy jednak przede wszystkim aktorkę. Marieta Żukowska jest wyrwana z innej bajki, tworzy kreację opartą na subtelnościach, przemyślaną wizualnie, rozpalaną cudowną furią, gdy zachodzi taka potrzeba, ale przez większość czasu stonowaną, delikatną, rzeczową i konkretną. W świecie zaludnionym przez wynaturzone i złowieszcze wykwity mózgu reżysera, stanowi przystań normalności. Szkoda, że jedyną.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza