piątek, 9 lutego 2018

I, Tonya (Jestem najlepsza. Ja, Tonya) - recenzja


„Jaka jest prawda? Nie ma czegoś takiego. Każdy ma własną prawdę”, mówi bohaterka filmu, osądzona, przeklęta i wyklęta przez sportowe środowisko za próbę wyeliminowania z olimpijskich zawodów swojej konkurentki przy pomocy wynajętego zbira. Przyklaskuje temu autor scenariusza, który napisał wielogłosową opowieść o drodze do sławy i upadku w niesławę łyżwiarki figurowej z lat 90. Fabułę napędzają stylizowane na dokument wypowiedzi postarzałej już Tonyi oraz jej rodziny, przyjaciół i różnych osób zamieszanych w cała aferę. Składane świadectwa się często wzajemnie wykluczają, a postacie co jakiś czas burzą czwartą ścianę, zwracając się bezpośrednio do widza i komentując wydarzenia opowiadane z perspektywy innego bohatera („gówno prawda, nigdy tego nie zrobiłam!”). Jest to bardzo odświeżająca, pobudzająca i fascynująca próba ożywienia formuły kina biograficznego. Coś w rodzaju mieszanki „Chłopców z ferajny” z „Deadpoolem”. W pewnym momencie, zapomniana przez reżysera od dłuższego czasu, pojawia się nagle na ekranie matka głównej bohaterki żeby powiedzieć: „Well, my storyline is disappearing. What. The. Fuck.”. I cała sala rży ze śmiechu.

Humor jest ważnym elementem filmu „I, Tonya”. Zarówno przy pomocy nieprzewidywalnej strony formalnej, jak i dialogów i żartobliwych pomysłów fabularnych, reżyser do spółki ze scenarzystą, dystansują się od dość ponurej historii dziewczynki z nizin społecznych, którą przez całe życie ktoś pomiatał. Najpierw była to matka, surowa, oschła i wymagająca kobieta, która równie chętnie znęcała się nad córką psychicznie, co fizycznie. Następny był chłopak, późniejszy mąż, który notorycznie podnosił na nią rękę. Pogardzało nią środowisko sportowe, zwłaszcza sędziowie oceniający występy, nienawidziło społeczeństwo, gdy już wyszła na jaw haniebna afera. Tonya stale była czyjąś ofiarą, ale nie zachowywała się jak ofiara, jeżeli surowa matka czegoś ją nauczyła to walki o swoje. I walczyła, często pogarszając sprawę. Sporo w tym filmie patologii, kontrastowanej jednak humorem, co z jednej strony wtłacza do historii sporo energii, a z drugiej może nieco razić albo wręcz odrzucić od historii jeżeli ktoś ma podobne doświadczenia z własnego życia.

Obsada jest doskonała, zwłaszcza Margot Robbie i Allison Janney. Robbie włożyła kawał serca w rolę, szczególnie w sceny na lodzie. Zbyt często wprawdzie straszy tam paskudne CGI, bo dość topornie wklejono twarz aktorki w miejsce dublerki wykonującej te bardziej skomplikowane układy, ale gdy już rzeczywiście widać na ekranie Robbie na łyżwach to obserwujemy dość imponujący efekt starannych przygotowań do roli. Allison Janney natomiast jest cudowna w roli matki, chodzącej spalarni nikotyny, złośliwej, jędzowatej i wulgarnej tupeciary, która chyba szczerze wierzyła w to, że działa zawsze na korzyść zmaltretowanej córki.

Nie jest to film bez wad. Czasem niezamierzenie bawi, gdy próbuje nam wmówić, że wyraźnie trzydziestopięcioletni Sebastian Stan oraz dwudziestosiedmioletnia Margot Robbie, wcielają się w nastolatków. Efekty komputerowe są momentami dość pokraczne. Natomiast sama historia, tempo narracji, ale też jej lekkość, nieco „siada”, gdy dochodzimy w końcu do słynnego incydentu. Nie dochodzi wprawdzie do wykolejenia, reżyser pewną lekką prowadzi ten rozpędzony już pociąg, ale płynność jazdy zostaje od tamtego momentu wyraźnie zaburzona, historia wciąż sprawia dużo radochy, chwilami jednak zaczyna lekko przynudzać albo stawiać na nietrafione pomysły. Obejrzeć jednak zdecydowanie warto, bo nie jest to kolejny film biograficzny, o którym zapomina się następnego dnia.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza