sobota, 24 lutego 2018

Mute (Bez słowa) - recenzja


Prawie dziesięć lat czekania na możliwość zobaczenia tego filmu. Kilkanaście lat nieudanych prób sfinansowania go, ale uparte dążenie do tego przez Duncana Jonesa. I dostaliśmy coś TAKIEGO? Ech, okropne rozczarowanie, ale niekoniecznie totalne zaskoczenie, bo wydawało mi się podejrzane, że Netflix tak niechętnie dzielił się materiałami promocyjnymi, a do tego nie udostępnił dziennikarzom możliwości zobaczenia go przedpremierowo, co zazwyczaj zwiastuje słaby film. „Mute” miał być pierwszym filmem w karierze Jonesa, nie został. Nie był też drugim, a nawet trzecim. Wygląda na to, że studia filmowe nie zdecydowały się podarować mu walizki z pieniędzmi, bo się nie poznały na jego scenariuszu, ale właśnie dlatego, że się poznały.

Scenariusz „Bez słowa” jest bardzo zły. Gdyby rozebrać go z elementów futurystycznych otrzymalibyśmy kiepską historię kryminalną, która jest rozwleczona, pozbawiona emocji, interesującej tajemnicy do rozwiązania i świeżych elementów fabularnych. Cyberpunkowy sztafaż nie nadaje temu nowej wartości, bo wprawdzie z artykułów o realizacji projektu wiem, że Jones stworzył sobie w głowie potencjalnie interesującą wizję przyszłości to jednak w samym filmie tego nie widać, nie ma tutaj śmiałych, błyskotliwych, wizjonerskich pomysłów, jedynie poprawne odtwórstwo, a największą ekscytację wzbudzają dwa małe nawiązania do „Moon”. Nie pomaga, że główny bohater jest jednowymiarową, bezbarwną postacią, a do tego niemową, co jeszcze bardziej pogrąża wątek kryminalny. Ponieważ bohater nie może zadawać pytań w sposób bezpośredni, jego śledztwo polega więc na pokazywaniu zdjęcia zaginionej dziewczyny, albo jakiegoś innego fanta, i czekanie na reakcję rozmówcy. Sporo tutaj przypadkowości i schematyzmu, jeden trop można przewidzieć kilkadziesiąt minut wcześniej, jeszcze zanim w ogóle dojdzie do zniknięcia kobiety, a cały ten wątek nie wzbudza w odbiorcy najmniejszego zainteresowania. Pewnie dlatego, że dziewczyny było za mało na ekranie żeby jej późniejsza nieobecność wzbudzała jakąkolwiek reakcję emocjonalną, tym bardziej, że nie była to interesująco napisana bohaterka, bo pokazanie kawałka piersi pod prysznicem i dorzucenie tylko niebieskich włosów na głowie ciężko nazwać dobrym zarysowaniem postaci.

Oczywiście czas ekranowy nie musi się przekładać na jakość postaci, czego dobitnym przykładem jest Leo. Alexander Skarsgård niestety nie jest drugą Sally Hawkins, nie potrafi samym tylko wzrokiem, mimiką i mową ciała stworzyć pełnokrwistej postaci oraz uwieść tym odbiorcę. Leo nie ma charakteru, jest kolejnym elementem dekoracji. Życie w film wtłaczają nieco Paul Rudd i Justin Theroux, ale scenariusz im tego nie ułatwia, wrzucając ich do kiepskiego wątku gangsterskiego, a temu drugiemu dorzucając jeszcze chybiony motyw pedofilskich ciągot. Jest to wszystko dziwacznie i niezgrabnie ze sobą połączone, oferując kilka momentów, gdy wykazujemy lekkie zainteresowanie tym, co nastąpi dalej, ale całościowo szkodzi to tylko historii.

I tym sposobem, po prawie dziesięcioletniej karierze i czterech zrobionych filmach, Duncan Jones stał się reżyserem, który z obiecującego debiutanta został zdegradowany do poziomu przeciętnego wyrobnika. W przypadku tragicznie złego „Warcrafta” mógł się jeszcze zasłaniać tym, że był jedynie trybikiem w wielkiej komercyjnej maszynie sterowanej przez studio. Przy realizacji „Bez słowa” miał wolną rękę, Netflix nie bruździł w jego piaskownicy, czekał na taką możliwość przez kilkanaście lat, a w efekcie otrzymaliśmy kino bez polotu, wizji, a co najgorsze – pozbawione życia i energii.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza