środa, 28 lutego 2018

Lady Bird - recenzja


Czasem się zastanawiam, czy filmom takim jak „Lady Bird”, czy też w ogóle tytułom, które zdobywają dużo nagród i pozytywnych recenzji, cały ten szum medialny bardziej pomaga, czy też szkodzi. Z jednej strony więcej osób o nich usłyszy i zobaczy, z drugiej strony mogą do nich podchodzić ze zbyt wygórowanymi oczekiwaniami, a to zazwyczaj źle się kończy. W tym biznesie (zazwyczaj) chodzi jednak o to żeby dotrzeć do jak największej grupy odbiorców więc chyba jakiś tam procent rozczarowanych jest akceptowalny.

„Lady Bird” może rozczarować. Przez długi czas debiut reżyserski Grety Gerwig miał nieskazitelny licznik na Rottentomatoes (a obecnie ma zaledwie cztery negatywne recenzje przy łącznej liczbie ponad 280), a przez wielu zachodnich krytyków był do tego wychwalany pod niebiosa i stawiany na równi z najgłośniejszymi filmami tego sezonu oskarowego. Mogło to sprawić mylne wrażenie, że mamy do czynienia z arcydziełem. Nie mamy. Co nie znaczy, że nie jest to bardzo dobry film. Nie jest to natomiast kino odkrywcze, opowiadające jakieś nowe prawdy o życiu lub przenicowujące gatunek. „Lady Bird” to kino o rozterkach, problemach oraz przemyśleniach nastolatków i jako takie odhacza większość tematów typowych dla tego rodzaju filmów: młodzieńczy bunt, niemożność znalezienia wspólnego języka z rodzicem, inicjację seksualną, uczucie zagubienia u progu dorosłego życia i obawę o to, co przyniesie przyszłość. Siła filmu Grety Gerwig leży w tym, jak o tym wszystkim opowiada, a jest to historia szczera, osobista, czasami zabawna, czasami skłaniająca do refleksji albo powrotu wspomnieniami do własnych nastoletnich przeżyć.

W „Lady Bird” osoba autorki jest ważna, bo Gretę czuć w tym filmie, jest to opowieść o jej rodzinnych stronach, własnych doświadczeniach i relacji z matką, ale przepuszczona przez filtr dorosłego artysty, wprawdzie czule patrzącego na młodzieńczą naiwność, a jednak wytykającego egoizm i egocentryzm skupionej na sobie nastolatki, nieświadomie raniącej uczucia bliskich. Gerwig zgrabnie wyłuskuje kolejne małe-wielkie momenty z życia maturzystki, skupiając się na skrawkach z życia, ale pokazując też, jak różne drobnostki, wręcz pierdoły z perspektywy dorosłego, mogą być istotne, a wręcz formatywne dla osobowości młodego człowieka. Jednocześnie przedstawia perspektywę rodzica, rozdartego pomiędzy przytłaczającymi kłopotami finansowymi, depresją partnera, chęcią pomocy swojemu dziecku, ale też nadzieją na to, że wybierze ono prostszą drogę edukacji, tańszą, a do tego bliższą miejscu zamieszkania.

Gerwig ma talent do drążenia w ludzkich emocjach i wyciskania naturalności z prostych scen (na przykład zakupu sukienki na szkolny bal) oraz budowaniu wokół tego interesującej relacji pomiędzy matką i córką. Piękna jest sekwencja poprzedzająca wylot z Sacramento, zarówno wymiana zdań przed wejściem do budynku, jak i późniejsza kilkuminutowa scena z kamerą przyklejoną do twarzy Laurie Metcalf, obserwująca jak stopniowo puszczają w niej emocje i zmienia się jej postawa do pewnego wydarzenia. Piękny jest też finał, prosty, skromny i pokazujący, że bohaterka czegoś się nauczyła, coś zrozumiała, ale przed nią jeszcze całe życie kolejnych błędnych decyzji i niewłaściwych zachowań.

„Lady Bird” może rozczarowywać, ale krzywdzącym jest nazywanie go kinem błahym, bo drzemią w nim emocje, spostrzeżenia i obserwacje, które często nie zostają wypowiedziane wprost, działają natomiast na poziomie empatycznym. Oczywiście nie bez znaczenia jest to, ile w tej historii dostrzeżemy z własnego życia, a także czy pochodzimy z podobnego miejsca, które również chcieliśmy jak najszybciej opuścić w poszukiwaniu lepszego i ciekawszego życia w większym mieście. Nie jest to kino odkrywcze, ale jest to szczerze i mądrze opowiedziana historia.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza