piątek, 16 marca 2018

Mom and Dad - recenzja


Jeżeli przed filmem widzisz planszę z uzasadnieniem przyznanej kategorii wiekowej (normalna praktyka w Anglii), na której jest napisane: „strong violence, threat, language, nudity, sex references”, odpowiedzialny jest za to Brian Taylor (seria „Crank” i drugi „Ghost Rider”), a w obsadzie jest Nicolas Cage, to poprawiasz się wygodniej w kinowym fotelu, bo już wiesz, że będzie jazda bez trzymanki. Szczególnie, gdy w pierwszej scenie filmu kobieta zatrzymuje samochód na przejeździe kolejowym i odchodzi od niego zostawiając w środku swoje dziecko. O fabule nie ma co się zbytnio rozpisywać, bo jest szczątkowa, ale oparta na pomyśle z potencjałem: w całym kraju rodzice wpadają w szał i zaczynają mordować swoje dzieci. Dlaczego? Bo tak. No dobra, niby jest tam jakieś niemrawe wytłumaczenie (naturalna reakcja na przeludnienie gatunku, która występuje czasem w świecie zwierząt, bla, bla, whatever). Jest to niezbyt istotne, bo dobrze wiadomo, że chodzi po prostu o bekę z zabijania rozwydrzonych gówniarzy.

„Mom and Dad” to kino śmieciowe, kiepsko opowiedziane, tanio zrealizowane, ale na tyle absurdalne (scenom mordów często towarzyszy muzyka rodem z windy) i bzdurne, że czeka się z zaciekawieniem, co jeszcze dziwacznego twórcy wymyślą. Gorzej, że trzeba swoje odczekać, bo wprawdzie morderczy szał rusza niemal od razu, ale film nabiera energii dopiero po godzinie, gdy w końcu dostajemy to po co przyszliśmy – Cage’a na dopalaczach. Wcześniej Taylor krąży trochę bez celu, skupiając się na filmowych dzieciach i żonie, wrzucając co jakiś czas kolejne sceny mordów (w których zazwyczaj ucieka z kamerą w bok, nie decydując się na pokazywanie rzeźni dokonywanej na nieletnich), ale brak temu wszystkiemu polotu. Jest to jednak na tyle złe, że dość skutecznie bawi, zwłaszcza gdy oglądane jest w towarzystwie, które załapało z jakiego rodzaju filmem ma do czynienia i zgodnie obśmiewa wszystkie jego elementy składowe.

Gdy już jednak wszystkie pionki na okrwawionej szachownicy trafiają na swoje miejsce, cała rodzinka dociera w końcu do domu i rozpoczyna się rozgrywka 2 na 2 (Nicolas i Selma Blair kontra potomstwo), film nabiera rumieńców. Cage podkręca swoją aktorską szarżę, Blair próbuje mu dotrzymać kroku, a reżyser zaczyna się fajnie bawić całym motywem (jest coś ujmującego w tym, że zwaśnione małżeństwo, od dawna znudzone sobą nawzajem i swoim ułożonym życiem, odżywa na nowo, gdy łączy się w próbie ukatrupienia latorośli) i dorzuca do tego jeszcze nowych „zawodników”. Jest to niestety zarazem przykład niewykorzystanego potencjału tkwiącego w porąbanej historii, która sporo obiecuje na wstępie, ale niestety niewiele ma do zaoferowania. Scenariusz jest przeciętny, pretekstowy i w zasadzie pozbawiony jakiegoś sensownego zakończenia, ale całość jest na tyle krótka, a chwilami energetyczna i zabawna, że ogląda się to bezboleśnie, a nawet z pewnym zaciekawieniem. Zwłaszcza, gdy na ekranie jest Cage, który nie potrzebuje ogólnokrajowej psychozy żeby zrobić coś autentycznie psychotycznego, czemu daje świadectwo w scenie ze stołem bilardowym.

I jeszcze na koniec dwa cytaty, które należy wyobrazić sobie, że zostają wypowiedziane/wykrzyczane przez Cage’a przełączonego na tryb: Full Nicolas Fucking Cage

„Your motherfucking mother said to open this door! And motherfuckers, you’re going to open this motherfucking door!”

„It’s a SAWZALL! Because it SAWS ALL!”

Nuff said.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza