sobota, 7 lipca 2018

Adrift ( 41 dni nadziei) - recenzja


Od tygodnia można oglądać w polskich kinach film „The Mercy” („Na głęboką wodę”). Miałem okazję to zobaczyć kilka miesięcy temu. Instynkt podpowiadał mi wtedy, że to będzie nudny przeciętniak, ale pierwsze recenzje twierdziły coś innego więc dałem szansę. Instynkt miał rację. Z filmu już niczego nie pamiętam.

Jeżeli macie ochotę zobaczyć film o zmaganiach człowieka z siłami natury i kontakcie z bezkresem oceanu to lepiej wybierzcie się w ten weekend na „Adrift” („41 dni nadziei”, heh). Oba filmy to ładny przykład tego, jak opowiadając w gruncie rzeczy o tym samym osiągnąć odmienne reakcje u widowni. „The Mercy” nie ma litości dla odbiorcy, wykańcza go ekranową nudą i nieudolnymi próbami uczynienia ciekawym czegoś, co ciekawe nie jest. Jeżeli widziałeś jeden film o samotnym bohaterze dryfującym tygodniami to widziałeś wszystkie filmy o samotnym bohaterze dryfującym tygodniami. Wiesz, że niczym w dowcipie o łotewskim chłopie pod koniec historii nie będzie już nadziei, ale będzie za to skrajne wygłodzenie i halucynacje z niedożywienia. Bez najmniejszych szans na znalezienie zimnioka.

„Adrift” niby też to wszystko odhacza, ale robi to w sprytny sposób. Już pierwsza scena, oszałamiająca widokiem małej łódki na skraju ekranu, pokazującego kilometry niewzburzonej tafli wody ciągnącej się po horyzont, zdradza, że był jakiś pomysł wizualny na ten film i egzekwuje się go z wyczuciem. Ocean jest tu bohaterem na równi z parą rozbitków, czymś pięknym, doniosłym, potężnym, odurzającym, ale też okrutnym, humorzastym i nieprzewidywalnym. Gdy jesteś w stanie oczarować widza widokiem, który będzie mu towarzyszyć przez większość seansu to wygrywasz już na starcie. Operator Richard Richardson niewątpliwie osiągnął zwycięstwo.

Osób, dzięki którym „Adrift” ogląda się dobrze, jest jednak więcej. Przyzwoitą robotę wykonali scenarzyści, którzy sprytnie operują chronologią i retrospekcjami, pozwalając widzowi na chwilę odpocząć od monotonnej scenografii. Sekunduje im montażysta idealnie wyczuwający kiedy należy zabrać widza w podróż do niedalekiej przeszłości, zgrabnie dawkując kolejne skrawki historii, która doprowadziła bohaterów do najbardziej tragicznego momentu w ich życiu. Oczywiście jest to wciąż kolejna - w gruncie rzeczy - typowa opowieść o długotrwałej głodówce, odhaczająca wszystkie punkty z poradnika „Jak przeżyć na otwartej wodzie, gdy twój burżujski jacht zostanie zdemolowany przez wzburzony ocean”. Nie każdemu przypadną do gustu retrospektywne sceny prezentujące słodziutką i sentymentalną historyjkę miłosną. Wprawdzie oparte na faktach, ale to jednak dość sztampowe zaprezentowanie mentalności ludzi, którzy są w ciągłej podróży. Dialogi bywają do tego tandetne, a zachowania postaci pocieszne.

Ma to jednak swój urok i jeżeli tylko odbiorca złapie haczyk to poleci już z nurtem historii do samego końca, nie odczuwając znużenia, bo choć jest to mało oryginalna historia, to jednak zgrabnie opowiedziana, wystarczająco krótka żeby nie testować cierpliwości widza, a przy tym dobrze zagrana, zwłaszcza przez Shailene Woodley, która dostała rolę zaradnej i pomysłowej dziewczyny. Po kilku dniach wprawdzie niewiele z tego się pamięta, ale niektóre obrazy i sceny zostają z widzem na dłużej. Zobaczyć warto, ale ze świadomością tego, że nie doświadczy się niczego nadzwyczajnego.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza