niedziela, 17 marca 2019

Love, Death & Robots - recenzja


Dziesięć lat temu David Fincher miał wyprodukować razem z Jamesem Cameronem nową antologię mrocznych, przesyconych seksem i przemocą opowieści sci-fi opartych na kultowym magazynie komiksowym Heavy Metal. Oprócz nich reżyserią poszczególnych historii miał się jeszcze zająć Gore Verbinski, Tim Miller, Zack Snyder i Guillermo del Toro. Ostatecznie niestety nic z tego nie wyszło, bo Paramount Pictures wycofało się z finansowania projektu. Fincher i Millers nie odpuścili jednak zupełnie tego konceptu czego owocem jest zrealizowane dla Netflixa „Love, Death & Robots”.

Finalna wersja składa się z osiemnastu niemiłosiernie wciągających pulpowych opowiastek sci-fi. Wszystkie historie zostały zrealizowane przez oddzielne studia animacyjne z całego świata i opierają się na różnych technikach animacyjnych. Mamy więc różne odmiany animacji tradycyjnej, zamierzenie groteskowe projekty zrobione komputerowo, ale też sporo takich zachwycających niesamowitą jakością fotorealistycznej animacji komputerowej. Jedna historia („The Witness”) dodatkowo jeszcze sobie tym pogrywa, sprawiając wrażenie techniki rotoskopowej (czyli animacji nanoszonej na nagrany film z aktorami), ale podobno była w całości zrealizowana w komputerze jedynie symulującym ten efekt. Wow.

Wciąga to strasznie, bo poszczególne historie trwają od zaledwie kilku do kilkunastu minut. Najpierw więc się zerka z ciekawości na pierwszą minutę żeby zobaczyć na jaki styl animacji postawiono tym razem. Szybko łapie się przynętę w postaci jakiegoś intrygującego konceptu fabularnego, stopniowo rozwijanego przez scenarzystów, a gdy już odkrywamy, czy podoba się nam to w jakim kierunku poszli, czy też jednak nie, to i tak mamy już niewiele minut do końca więc ogląda się to bezboleśnie. I Netflix od razu odpala nam kolejną historię więc zerkamy z ciekawości na pierwszą minutę żeby zobaczyć...


Krótki czas poszczególnych historii jest ogromną zaletą tego projektu, bo twórcy nie mają czasu na zbytnie kombinowanie (czytaj: psucie) z fabułą, wpadają na jakiś fajny pomysł, bawią się nim przez ileś tam minut, widz nie ma zbyt wiele czasu żeby zacząć doszukiwać się w nim dziur logicznych (oj są) i jakiegoś sensu (oj czasem nie ma), a jeżeli okazuje się, że scenarzyści nie mieli ciekawego konceptu na rozwinięcie startowego pomysłu to widz nie musi się zbyt długo męczyć przed ekranem. Idealnie.

„Love, Death & Robots” (+ cats) to często opowieści bez większej puenty, albo zakończone puentą o sile rażenia zimnego ognia, ale nie ma czasu kręcić na to nosem, bo już lecimy z kolejną historią. I kwadrans później z kolejną. O tym, które z nich naprawdę były warte uwagi, zdecydujemy za kilka dni, gdy wciąż będziemy wracać do nich myślami, ale oglądanie tego sprawiło wystarczająco dużo frajdy i przyjemnych doznań estetycznych żeby można było zignorować błahość fabularną większości zaprezentowanych historii.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza