poniedziałek, 27 maja 2019

Parasite - recenzja


Od początku seansu nie miałem najmniejszej wątpliwości – „Parasite” to najlepszy film jaki zobaczę w tym roku w Cannes. Złotą Palmę przyznałem po pierwszych 30 minutach. Później dorzuciłem jeszcze Oscara, Telekamerę oraz nagrodę Nobla. Można już było rozjechać się do domów. Najwyraźniej podobnie uznało jury, bo najważniejsza nagroda na festiwalu rzeczywiście trafiła w ręce Bong Joon-ho.

Nie mogło być inaczej, bo Koreańczyk zawstydził w tym roku większość konkurencji. Na Lazurowe Wybrzeże przyleciał z filmem totalnym. Jest to kino świeże, pomysłowe, zabawne, nieprzewidywalne, bezwstydnie rozrywkowe, ale też niestroniące od tematyki zaangażowanej społecznie.

Bohaterami filmu jest uboga koreańska rodzina żyjąca praktycznie w piwnicy. Najbliższe otoczenie obserwują z perspektywy kanału ściekowego, ze swojego „salonu” widzą głównie kostki przechodniów i pijaczków sikających nad ich oknem na świat. Dostęp do internetu i kontakt z ludźmi zapewnia im darmowe Wi-Fi z okolicznych lokali. Gdy jednego dnia właściciel restauracji zakłada hasło na swoją sieć bezprzewodową to rodzina nagle traci możliwość kontaktu ze swoim pracodawcą (składają pudełka na pizzę). Ich współlokatorami są karaluchy i czasem nawet porównują siebie do nich. Ich życie to polowanie na okazje. Na ulicy trwa dezynsekcja – zostawiają otwarte okna w mieszkaniu, bo to darmowy sposób na pozbycie się karaluchów, co prawda krztuszą się i duszą, ale trzeba sobie jakoś radzić. Na mieście dają komuś darmowe jedzenie – korzystają z tego, udając, że kwalifikują się do otrzymania posiłku. Kolega wyjeżdża do USA i zwalnia się pozycja prywatnego nauczyciela nastoletniej córki bogatego mężczyzny – trochę zabawy z fałszowaniem uczelnianych dokumentów i voila, nowa fucha dla syna, która znacząco podreperuje skromny domowy budżet.


Ki-woo szybko zdobywa zaufanie matki nastoletniej dziewczyny i gdy odkrywa, że jej nadpobudliwy kilkuletni syn również potrzebuje nowej nauczycielki to dostrzega w tym szansę załatwienia posady dla swojej siostry. Ki-jung z łatwością podporządkowuje sobie niesfornego chłopaka i oplata wokół palca jego naiwną matkę. Dziewczyna nie traci czasu i zaczyna kombinować jak znaleźć miejsce również dla głowy rodziny, Ki-taeka (znany z poprzednich filmów reżysera, Kang-ho Song). Oczywiście jakaś posada dla mamy też się znajdzie za jakiś czas…

Pierwsza godzina filmu to taka właśnie radosna opowieść o rodzinie oszustów, którzy niczym tytułowe pasożyty zaczynają żerować na naiwności bogatej rodziny, wykorzystując przeciwko nim ich aspiracje, zadufanie w sobie i bezkrytyczne patrzenie w kierunku USA. Ich ofiary nie mają oczywiście najmniejszego pojęcia, że ich nowi pracownicy są ze sobą spokrewnieni. Najbliższy odkrycia ich sekretu jest kilkuletni chłopiec, który zauważa, że „pachną tak samo”. Kojarzyć się to może trochę z filmem „Złodziejaszki”, czyli zeszłorocznym zdobywcą Złotej Palmy, ale styl opowiadania, lekkość realizacyjna, ale też narracyjna, bliższa jest raczej „Ocean’s Eleven”. Bong z humorem i wdziękiem opowiada o kolejnych pomysłowych spiskach czego zwieńczeniem jest wirtuozerska scena „zasadzenia” w skąpanym w luksusie domostwie ostatniego członka rodziny „pasożytów”. Dwukrotnie widziałem ten film z festiwalową publicznością i za każdym razem finałowe sekundy tej sceny były nagradzane burzą entuzjastycznych braw. Ostatni raz takie coś przeżyłem w Cannes na pokazie „Mad Maxa”.

Koreański reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby na tym kończył się jego pomysł na film. Jest to zaledwie przyjemne preludium do wydarzeń, które wywrócą całą fabułę do góry nogami, otwierając przed widzem cały świat nowych znaczeń i ukrytych dotąd wątków. Moment, gdy docieramy do sceny otwierającej zupełnie nowy film i trwająca minutę niewiedza, co za chwilę zobaczymy, to jedno z najbardziej ekscytujących doświadczeń kinowych jakie przeżyłem w tym roku. Bong Joon-ho przygotował niejedną niespodziankę i odkrywanie tego, jak rozwija się napisana przez niego historia, to jedna z największych zalet filmu, ale bynajmniej nie jedyna.


Wszystko tutaj jest w punkt. Strona techniczna to produkt z najwyższej półki, ale to akurat nie jest zaskoczeniem, bo ten element zazwyczaj zachwyca w azjatyckich filmach. Mamy więc piękne zdjęcia, wycyzelowane kadry, przyjemną pracę kamery, żonglującą majestatycznie płynnym ruchem z dynamicznymi (ale nieroztrzęsionymi!) ujęciami z ręki i do tego starannie zaprojektowane scenografie, kontrastujące otwarte designerskie wnętrza bogatego domu z ciasnotą podziemnej klitki należącej do rodziny głównych bohaterów.

Nierówności społeczne, oderwanie bogatych klas uprzywilejowanych od realiów życia ludzi ubogich, niemożność zrozumienia ich problemów, a nawet dostrzeżenia ich, jest istotnym wątkiem, który sygnalizowany jest subtelnie od samego początku żeby w drugiej połowie filmu uderzyć już z pełną mocą. W „Parasite” nie ma jednak oskarżycielskiego tonu i wytykania palcem, jest próba zrozumienia racji obu stron i pokazania, że czasem niewiele trzeba, by sfrustrowana klasa niższa wybuchła zapalczywym gniewem spowodowanym nieświadomą istnienia pewnych kwestii zapalnych, klasą wyższą.

I taki właśnie jest ten „Parasite”, bardzo pomysłowy, niewymuszenie zabawny, bezwstydnie rozrywkowy, gdy pozwala na to fabuła, ale też dający po głowie i do myślenia, gdy zabiera się za poruszanie poważniejszych treści. Krótko mówiąc: koreańska perełka.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza