środa, 12 czerwca 2019

Dark Phoenix (X-Men: Mroczna Phoenix) - recenzja


Jakie to szczęście, że oryginalna data premiery „Dark Phoenix” została przesunięta o rok. Dzięki temu można teraz oglądać tego pozbawionego charakteru produkcyjniaka z niemałą ulgą. Ulgą, bo dobrze wiemy, że nikt już nie będzie próbować wskrzesić tego gnijącego trupa, a utalentowana obsada przestanie marnować czas w kolejnych odsłonach i może nawet Michael Fassbender znajdzie teraz miejsce w grafiku dla jakiegoś porządnego filmu. Seans „Dark Phoenix” to taka trochę stypa, ale nie uczestniczymy w niej z uczuciem smutku, bo żegnamy kogoś, kto odszedł za wcześnie z tego świata, tylko z ulgą, bo właśnie zakończyła się czyjaś agonia. Przed nami jeszcze „The New Mutants”, którego przyszłoroczna premiera ładnie zaokrągli czas istnienia marki w rękach Foxa do równych 20 lat, ale raczej nie będzie to miało wiele wspólnego z główną serią filmów o X-men. Mutanci przechodzą w nowe ręce, które z całą pewnością zrobią porządek z tym bajzlem w jedyny słuszny sposób – wyrzucą wszystko do kosza i stworzą coś własnego. Całe szczęście!

Nie chodzi nawet o to, że „Dark Phoenix” jest filmem tragicznie złym. Najniższy w historii marki wynik na Rottentomatoes nie oznacza, że to jest film gorszy od „X-men Origins – Wolverine”. Bez przesady. Problem w tym, że przez dziesięć lat jakie upłynęły od premiery tamtego koszmarku odbiorcy zobaczyli grubo ponad 20 filmów superbohaterskich i odkryli jak takie kino może wyglądać, gdy podejdzie się do niego z głową (a czasem nawet z pasją). „Dark Phoenix” nie zrobiono z głową, albo pasją, ani tym bardziej z sercem. Po prostu zrobiono, bo tak, żeby sobie był i generował jakieś tam zyski. Jest to projekt, którego reżyserię oddano w ręce debiutanta niesprawiającego wrażenia, że ma do tego jakikolwiek dryg i zapał. Simon Kinberg zajmował się serią od bardzo dawna jako scenarzysta i producent. Najwyraźniej uznał, że równie dobrze może też nakręcić jakąś odsłonę skoro od lat przyglądał się temu procesowi z boku (krążą plotki, że Bryan Singer lubił przepadać bez śladu podczas realizacji dwóch poprzednich filmów i to Kinberg przejmował wtedy pałeczkę). Kiepski pomysł, bo filmy z tej serii bywały różne, ale zazwyczaj oferowały widzowi przynajmniej pomysłowe sceny akcji, które sprawiały, że chciało się jeszcze do nich kiedyś wrócić (nawet jeżeli tylko we wspomnieniach). Natomiast „Dark Phoenix” to produkt zupełnie nijaki.


Nie ma tutaj pomysłu na sceny akcji, nie ma serca do budowania ich, chęci do wymyślenia dla nich ciekawych lokalizacji, ani zapału do wykreowania jakiegoś interesującego konfliktu pomiędzy postaciami. W efekcie nie ma więc też zainteresowania tym ze strony widza. Ciężko obdarzyć ten film uwagą, gdy gołym okiem widać, że nawet nie próbowano stworzyć czegoś minimalnie oryginalnego, a przy tym ekipie chyba zwyczajnie brakowało umiejętności do stworzenia scen oszałamiających wizualnie oraz chęci do szukania nieoczywistych ustawień kamery i piosenek wybudzających widza z letargu. Zamiast tego jest sztampa, nuda i przezroczysty styl.

Z całą pewnością nie pomogło to w wykrzesaniu energii z obsady filmu. Jennifer Lawrence chyba szybko pożałowała, że gdy była jeszcze mało znana to wzięła rolę wymagającą tak długotrwałej charakteryzacji. W kolejnych filmach poziom znużenia wymalowanego na jej twarzy rósł proporcjonalnie do scen w których Mystique nie pojawiała się w swojej pełnej formie na ekranie. I tutaj osiągnęło to apogeum. Na przeciwnym biegunie jest Michael Fassbender, który chwilami stara się tak bardzo, że robi się z tego niezamierzona komedia. Jeżeli wydawało wam się, że „szczytowym” momentem w jego karierze była scena gry na flecie w filmie „Obcy: Przymierze” to musicie zobaczyć miny, jakie robi podczas telekinetycznego starcia z Jean Grey o wiszący w powietrzu helikopter. Już od dawna tak dobry aktor nie dawał z siebie tak wiele w scenie tak bardzo niewymagającej takiego poświęcenia. Złoto. Zabawny jest też przypadek Jessiki Chastain. Aktorka od lat deklarowała, że w tego typu filmie wystąpi tylko w przypadku, gdy rola będzie ciekawa i nie będzie służyła jedynie eksponowaniu kobiecej seksualności. No tego drugiego rzeczywiście dopilnowano, bo Jessica jeszcze nigdy nie była tak odrzucająca wizualnie. Z wybielonymi rzęsami i włosami wygląda jak wygłodzony albinos. I nie wiem, co takiego ciekawego Jessica zobaczyła w tej roli, bo Vuk przez większość czasu tylko snuje się po ekranie, robi za sztampowego złoczyńcę albo bieda wersję Imperatora z „Gwiezdnych Wojen” kuszącego młodych Jedi. Pocieszne jest również to, jak starannie ukrywano imię jej postaci w okresie poprzedzającym premierę filmu. Zupełnie jakby miało ono jakieś znaczenie i mogło zasugerować widzowi pojawienie się ekscytującej postaci z komiksów. Nie zdziwiłbym się, gdybyście już zapomnieli, jak brzmi to imię, i to pomimo tego, że padło dosłownie dwa zdania temu.


Można tutaj znęcać się jeszcze nad wieloma aspektami. Wytykać słabe dialogi. Pukać się w głowę, że Kinberg już drugi raz podchodzi do kultowego komiksowego „Dark Phoenix Saga” i znowu partoli sprawę. Za pierwszym razem (w „The Last Stand”) miał porządną podstawę pod taką opowieść, bo operował bohaterami, których już znaliśmy i darzyliśmy sympatią, ale niestety pozwolił tragicznej historii Jane utonąć w morzu innych wątków. Tym razem poświęca bohaterce odpowiednio dużo czasu, ale jednocześnie zapomina, że oryginalna historia działała na czytelników tak mocno, bo byli dobrze zaznajomieni z bohaterami i zależało im na nich. W filmowym „Dark Phoenix” mamy natomiast wprowadzoną w poprzednim filmie zgraję młodych postaci, których równie dobrze mogło tam nie być, tak bardzo byli pozbawieni charyzmy, a tutaj wypycha się ich przed szereg i próbuje przekonać widza do tego, że z jakiegoś powodu powinien go obchodzić ich los. Nie obchodzi.

Chciałbym móc napisać, że szkoda takiego marnego finału blisko dwudziestoletniej przygody z mutantami od Foxa, ale wcale tak nie uważam. Oni nigdy tak do końca nie wiedzieli jak wykorzystać tę markę, brak zdecydowania był szczególnie widoczny, gdy zrobili restart w „Pierwszej klasie”, który jednak szybko okazał się nie być restartem i w efekcie narobiono tylko strasznego bałaganu w ciągłości oraz spójności fabularnej całej serii. Strzelano tutaj w różnych kierunkach, często na oślep, czasem trafiano w dziesiątkę, ale częściej jednak puszczano serię z karabinu wokół tarczy albo we własną stopę. Jeżeli mam więc na coś teraz nadzieję to chyba tylko na to, że będzie mi dane napisać za jakieś dziesięć lat: jakie to szczęście, że mutanci wrócili do Marvela! Panie Feige, nie spartol tego.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza