czwartek, 11 lipca 2019

Too Old to Die Young - recenzja


Uczucie zachwytu ciągle powracało do mnie podczas oglądania serialu „Too Old to Die Young”. Przy kolejnych odcinkach wpatrywałem się w napisy końcowe z towarzyszącą temu myślą: „kurde, ależ to jest dobre!”. Rytuał dziękczynny zawsze poprzedzało szybkie przerwanie automatycznego odpalenia kolejnego odcinka, bo jeszcze nie byłem na to gotów, jeszcze chciałem posłuchać przez następną minutę utworu Cliffa Martineza, jeszcze chciałem trochę popatrzeć na ładne neonowe kolorki, jeszcze pobyć przez minutę w świecie Refna, nacieszyć się klimatem i dokończyć powolny rejs przed przeskoczeniem do kolejnego etapu tej niespiesznej podróży po L.A. i Meksyku.

Rytuały, długa celebracja każdego prezentowanego momentu i opowiadanie przez obraz, a nie przez słowa, stanowią istotę tego serialu. Nicolas Winding Refn często używa określenia trzynastogodzinny film i rzeczywiście – pod względem jakości wykonania, konstruowania scen, oprawy muzycznej, obsady, a nawet długości większości odcinków, niczym się to nie różni od jego ostatnich produkcji. Odbiorca ma wrażenie, że ogląda kolejny film Refna. Jest to jednak tak podzielone, że nie ma się najmniejszej wątpliwości - to jest serial i to starannie przemyślany pod względem konstrukcji. Wyraźnie pamięta się o czym były pojedyncze odcinki, każdy ma piękną planszę tytułową wpisaną w jakąś scenę, większość z nich też stanowi konkretną historię, która wprawdzie znajduje kontynuację w kolejnym odcinku, ale można też sobie wyobrazić sytuację w której autor kina festiwalowego kończy swój film w tak urwany sposób. Zresztą, Refn ostatecznie tak właśnie robi - urywa nagle tę opowieść i pozbawia widza „prawdziwego” zakończenia, ale do tego jeszcze przejdziemy.


„Too Old to Die Young” jest dość uczciwe względem odbiorcy. Reżyser już w pierwszym odcinku wykłada wszystkie karty na stół i nie obiecuje, że ten serial będzie czymś innym, niż naprawdę jest. A jest to opowieść snuta w ślimaczym tempie, senna i testująca cierpliwość widza jeżeli nie jest przyzwyczajony do takiej powolnej narracji. Główny bohater (a przynajmniej postać, która sprawia takie wrażenie w pierwszym odcinku) potrafi przez całą scenę nie wypowiedzieć słowa, albo rzucić tylko kilka zdawkowych odpowiedzi, a do tego jest osobą, która nie wzbudza łatwej sympatii (łatwo natomiast można go ocenić jako antypatycznego gościa mającego na sumieniu sporo syfu). Refn sprawia wrażenie, jakby chciał jak najszybciej się pozbyć widzów (albo po prostu oszczędzić im kilkunastogodzinnej „męczarni”), którzy nieprzygotowani są na takie tempo, bo w drugim odcinku podkręca śrubę jeszcze mocniej i jeżeli ktoś ma odpaść po drodze, a nie zrobił tego przy pierwszym odcinku, no to historia mająca miejsce w Meksyku powinna skutecznie przyspieszyć tę decyzję.

I jakby w nagrodę, kolejny odcinek nieco przyspiesza, tempo zostaje odrobinę przyspieszone, postacie zaczynają się porozumiewać ze sobą jak normalne istoty ludzkie, a z głośników nagle zaczynają płynąć dialogi, informacje, a nawet żarty (!). Oczywiście dalej jest to powolnie prowadzona opowieść, ale w porównaniu z drugim odcinkiem to mamy już do czynienia z zawrotnym tempem wydarzeń. W trzecim odcinku staje się też jasne, że zbyt pochopnie uznaliśmy Martina Jonesa (Miles Teller) głównym bohaterem, bo ten potrafi znikać z serialu na dłużej, a Refn poświęca równie dużo miejsca Jesusowi (Augusto Aguilera), który początkowo sprawia wrażenie sztampowego bandziora do ubicia przez żądnego zemsty protagonistę. Jesus szybko jednak staje się niemniej ważnym bohaterem serialu i w sumie to ciekawszym. U podstawy konstrukcji tej postaci leży kultura macho, ale Duńczyk pogrywa sobie z tym, sporo miejsca w serialu poświęcając na pokazanie świata twardych latynoskich mężczyzn, żeby następnie skontrapunktować to upokarzaniem ich, sprowadzaniem do parteru przez kobiety i obdarzając jednego z nich niezdrową fiksacją na punkcie matki. Znamienne, że dwóch serialowych bossów kartelu narkotykowego swoje pierwsze nastoletnie relacje seksualne oparło na kazirodztwie, a ten drugi ma do tego silną potrzebę bycia zdominowanym w łóżku przez partnerkę, czemu towarzyszą również homoerotyczne praktyki. Na granicy kazirodztwa (a co najmniej bardzo niezdrowa) jest też relacja Theo z jego nastoletnią córką, którą darzy ogromnym uczuciem i zaufaniem, ale też bez oporów ją podgląda, gdy ta odbywa stosunek ze starszym mężczyzną, którego Theo stale stawia w niezręcznych sytuacjach i nieustannie testuje w pasywno-agresywnych sytuacjach nierzadko podsyconych seksualną energią. Jest to mała rola, ale fantastycznie odegrana przez Williama Baldwina, z radością wgryzającego się w tak obleśną postać, a jego ciągłe obsesyjne pochrząkiwania zostaną z widzem na długo po seansie (warto dodać, że jego rywal o serce córki, czyli Martin, równie obsesyjnie, i nieelegancko, ciągle spluwa na ziemię). W trzecim odcinku dochodzi do tego zestawu jeszcze Viggo (John Hawkes) i Diana (Jena Malone), którzy wprawdzie nie dostają tyle ekranowego czasu co Martin i Jesus, ale stanowią niemniej istotnie postacie do których (w pewnym sensie) będzie należeć ostatnie słowo w tej historii. A John Hawkes w obsadzie jeszcze niczemu nie zaszkodził, bo wiadomo, że jest to aktor, który z niczego potrafiłby ukręcić ciekawego bohatera. Nie przeszkadza więc, że dostał od Refna kilka soczystych scen do odegrania.


Nikogo chyba nie zaskoczy, że serial zachwyca od strony audiowizualnej. Ja byłem kupiony już po pierwszych pięciu sekundach sponsorowanych przez Cliffa Martineza. Jeżeli podobały Wam się soundtracki w ostatnich filmach Refna, no to dobrze trafiliście. Charakterystyczne kompozycje Martineza pulsują z głośników przez cały serial, jak zwykle niezawodnie wpadając w ucho i pierwszorzędnie budując klimat. Uzupełniają to starannie dobrane piosenki, które często „robią” scenę, i to z nimi łączą się chwile, które sprawiają, że widz jest autentycznie zachwycony tym, co ogląda. Jak „Ten Commandments” Prince’a Bustera w pociesznej scenie nieudanego zamachu rodem z filmografii Hala Hartleya. Albo „Mandy” Barry’ego Manilowa w cudownie parodystycznej (a zarazem ociekającej klimatem) scenie nocnego pościgu samochodowego. Wszystkie muzyczne tropy jednak i tak prowadzą w końcu do Martineza do którego należy jedna z najbardziej stylowych scen akcji w tym roku - nakręcona na długim ujęciu sekwencja motelowej masakry dokonanej przez Yaritzę (Cristina Rodlo, przepiękny latynoski anioł śmierci) na zwyrodnialcach korzystających z usług kobiet zmuszonych do prostytucji. Jest to jeden z tych obrazów, które zostają z widzem na dłużej, i działa tutaj zarówno otwierające to ujęcie na pistolet i nóż motylkowy schowane za plecami bohaterki, jak i kończący całą sekwencję strzał w krocze mężczyzny siedzącego w pokoju przyozdobionym ogromną swastyką. W serialu jest jeszcze wiele takich wizualnych perełek, które wynagradzają cierpliwego odbiorcę, aczkolwiek w moim przypadku stanowiły raczej wisienkę na torcie, bo nawet przez moment nie odczuwałem znużenia powolną narracją, niczego nie trzeba mi było więc osładzać. Wszystko tutaj wynika naturalnie z kierunku w jakim Refn podążał od czasu „Drive” (a w sumie to filmu „Valhalla Rising”). Zdjęcia wyglądają obłędnie, niektóre scenografie to czysty popis wizualnej maestrii, paleta kolorystyczna nie przestaje sycić oczu, a reżyser niespiesznie sunie kamerą, powoli studiując szczegóły kadrów i ciał niemrawych postaci. Jest to dzieło na wskroś autorskie i jeżeli wstrzelimy się w ten klimat i stylistykę, no to czeka nas kilkanaście godzin niezapomnianego doświadczenia.

Jeżeli coś tutaj nie do końca działa to tylko zakończenie. Realizacja serialu trwała dziewięć miesięcy, Refn kręcił go chronologicznie i dopracowywał z Edem Brubakerem scenariusze kolejnych odcinków wieczorami, gdy nie siedział na planie zdjęciowym. W tamtym bardzo pracowitym okresie doszło do wyboru Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, co wyraźnie wpłynęło na kształt i charakter wielu scen w późniejszych odcinkach, zwłaszcza absurdalnych zachowań policjantów. I chyba takie podejście do realizacji serialu przyczyniło się też do tego, że nie wiedząc kiedy, i jak, zakończyć tę - początkowo planowaną na dziesięć godzin – historię, Refn urywa ją nagle, jakby ktoś przykręcił mu niespodziewanie kurek z pieniędzmi. W efekcie dwa ostatnie odcinki robią za dwugodzinny epilog, który pewne rzeczy wyjaśnia zbyt dosłownie, pewne kwestie pozostawia otwartymi, a do tego skręca w zupełnie nowym kierunku, niejako lądując w innym gatunku, zupełnie oderwanym od tego, co oglądaliśmy dotąd. Jest to oczywiście dość typowe dla Refna przeciwstawienie się oczekiwaniom odbiorcy, ale jest to na tyle niesatysfakcjonujące i rujnujące dotąd idealnie wyważone dzieło, że wpływa ujemnie na końcową ocenę.


Pomimo jednak tego zgrzytu w finale, jest to rzecz niesamowita, obok „Czarnobyla” najciekawszy tegoroczny serial, a zarazem jeden z najbardziej autorskich projektów tego typu, prezentujący przedłużenie (albo raczej uwieńczenie) ścieżki, jaką Refn podążał w ostatnich latach, stanowiąc najlepsze jego dzieło od czasu „Drive”. Jest to serial do którego jeszcze niewątpliwie powrócę w przyszłości, żeby jeszcze raz zanurzyć się w tej audiowizualnej uczcie dla zmysłów i ponownie wgryźć się w nieoczywiście kreślone sylwetki bohaterów spętanych wspólnym krwawym przeznaczeniem.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza