środa, 29 maja 2013

Evil Dead (Martwe zło) - recenzja


Rzeźnia numer pięć. Dawno już nie widziałem w multipleksie filmu tak bezkompromisowego w ukazywaniu scen przemocy. Przemocy serwowanej z kamienną twarzą, bez elementów pastiszu, humoru, mrugania do widza, uciekania z kamerą w bok. Nie pozostawia się naszej wyobraźni za wiele do roboty, ochłapy mięsa, ścięgien i krwi ciskane są nam praktycznie w twarz. Umiłowanie, z jakim reżyser maltretuje swoich bohaterów, ociera się o sadyzm. To już nie jest typowe slasherowe popisywanie się rozpiętością pomysłów na kolejne brutalne zgony. Bohaterowie mają cierpieć i to najlepiej w każdej minucie filmu.


Całe „szczęście”, że nie daje nam się za wiele czasu na poznanie ich, jatka zaczyna się dosyć szybko i postacie musimy poznawać niejako w locie. Czasem tym co lata są ich organy. Film jest intensywny. W pewnym momencie napięcie nieco siada, wydaje się, że już przywykliśmy do przyjętej formuły, a twórcy wypstrykali się z pomysłów, ale to złudne, taka cisza przed burzą. Oczywiście krwawą, bo z nieba zleci posoka.

W tej całej rzezi jest też miejsce na nieco artyzmu, ten zapewnia operator Aaron Morton. Niektóre kadry ociekają klimatem. Pewne ujęcie, z piłą mechaniczną, domkiem w płomieniach w tle i dwójką postaci w krwawych strugach deszczu pewnie trafi na moją tapetę zaraz po premierze na nośniku Blu-ray.

Filmowi brzydkiego psikusa zrobił w zeszłym roku Joss Whedon. Po zobaczeniu jego „The Cabin in the Woods” ciężko już traktować poważnie klasycznego do bólu straszaka osadzonego w leśnej chacie. Zwłaszcza tak oldskulowego jak „Evil Dead”. Schemat goni schemat, bohaterowie tradycyjnie wykazują się głupotą, a na niektóre rozwiązania scenariuszowe można reagować parsknięciem. Ale sprawia to przynajmniej wrażenie szczerego projektu, zrobionego z miłości do gatunku i z szacunkiem do klasyki. Film raczej dla koneserów tematu, którzy horrorom wybaczają różne elementy chybione a posokę przyjmują z otwartymi ramionami.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza