poniedziałek, 20 maja 2013

The Fast and the Furious 6 (Szybcy i wściekli 6) - recenzja


Podoba mi się z jaką szczerością o serii F&F wypowiada się Vin Diesel. Bez ściemniania, mydlenia oczu i stosowania uników, mówi, że dopóki będą z tego odpowiednie zyski, to kolejne części „Szybkich i wściekłych” będą powstawały do oporu. Fair enough. Do niedawna miałbym to gdzieś, większość z poprzednich filmów widziałem z kilkuletnim poślizgiem. Dopiero na piątą część wybrałem się do kina i była to szczęśliwa decyzja, bo okazała się chyba najlepszym sequelem z piątką w tytule w historii kina. Porzucenie dresiarskiego klimatu nielegalnych wyścigów pstrokato stunningowanymi samochodami na rzecz heist movie okazało się strzałem w dziesiątkę i zaowocowało najlepszą odsłoną od czasu pierwszej części (a może i w ogóle). Dziwnym więc nie jest, że szóstka podąża tym torem.

Dochodzi przy tym do kolejnej gatunkowej wolty, rozpoczyna się niczym kontynuacje „Ocean’s Eleven”, czyli wygenerowaniem jakiegoś pretekstu do zebrania rozrzuconej po świecie ekipy, a następnie piętrzy się przed nimi kolejne problemy. Tym razem jednak porzucono formułę heist movie (filmu o napadzie rabunkowym) na rzecz wysokooktanowego kina akcji. Justin Lin nie zapomina o korzeniach serii, wplata w fabułę obowiązkową scenę nielegalnego wyścigu, od niechcenia dorzuca kilka innych motywów (najbardziej pocieszny, to jednodniowe zamknięcie jednego z bohaterów w więzieniu gdzie ma wyciągnąć od kogoś informacje), ale wszystko i tak prowadzi do kolejnych ekscytujących pościgów samochodowych i anarchii na drogach. 

Sceny akcji zrobiono z polotem, nie można im odmówić pomysłowości, dynamiczny montaż, nienaganna realizacja i żywiołowa muzyka, zapewniają wyczerpujące tempo. Po zakończeniu finałowej sekwencji, wypełnionej po brzegi wybuchami, pościgami, mordobiciem, strzelaniem, sprawnie dozowaną dramaturgią i energią, cicho wypuściłem z siebie powietrze, tak intensywne to było. Bynajmniej nie jedyna to tak energetyczna sekwencja w filmie.

Historia oczywiście stoi na bakier z logiką i realizmem. Po pościgu ulicami Londynu, zakończonego dachowaniem wielu samochodów, połowa bohaterów powinna wylądować na cmentarzu. Kto jednak oczekuje stonowania po szóstej części „Szybkich i wściekłych”, temu chyba coś się pomyliło i nie miał dotąd kontaktu z serią. Oczywiście należy rozróżnić między debilizmem czwartej odsłony, a radosnym, bezpretensjonalnym naginaniem praw fizyki w piątej części. I to zdecydowanie bliżej tego drugiego jesteśmy tym razem. 

Film jest głupiutki, ale w urzekający sposób, wyciskający z tematu cały rozrywkowy potencjał, starający się nie przeginać, ale i niewahający się postawić na efekciarskość ponad zdrowy rozsądek. Kto nie zdoła przymknąć oczy, na ogromną umowność pościgu czołgiem za podrasowanymi wyścigowymi samochodami, machnąć ręką na nierealistyczne zachowanie władz, na skróty fabularne, mające na celu utrzymanie wysokiego tempa akcji oraz inne drobne bzdury, ten powinien sobie darować kontakt z filmem. Niepotrzebnie się będzie tylko irytować. Kto jednak, podobnie jak ja, uległ czarowi piątej odsłony, z szóstej powinien być równie zadowolony. 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza