sobota, 8 czerwca 2013

After Earth (1000 lat po Ziemi) - recenzja



Krytycy już podpisali wyrok, 12% na Rottentomatoes mówi za siebie (w tej chwili 17 recenzji pozytywnych przy 130 negatywnych), film "1000 lat po Ziemi" jest skończonym gniotem. Czy aby jednak na pewno...?


Przeważyło chyba przyzwyczajenie do gnojenia nowych filmów Shyamalana (obowiązkowo należy zawsze podkreślić rozczarowanie niegdyś obiecującym reżyserem) i niechęć do małych Smithów, którzy korzystając ze sławy głowy rodu, atakują w świecie rozrywki ze wszystkich stron. Jaden Smith rzeczywiście nie jest aktorską bestią, talent ma mizerny, a charyzmy niestety nie odziedziczył po tatusiu. Bynajmniej nie straszy jednak na ekranie, jest po prostu perfekcyjnie niewyrazisty. Nie jest to dramat obyczajowy, można go więc zignorować bez szkody dla filmu.

Ciężej zignorować natomiast chwilami nudną wizję przyszłości. Shyamalan miał kilka fajnych pomysłów, nie brakuje różnych drobnych detali, przy których pokiwałem z uznaniem głową, tym niemniej przedstawiony świat jako całość jest niezbyt ciekawy. Obiecująca jest natomiast wyjściowa idea, czyli powrót na opuszczoną od tysiąca lat Ziemię, na której wszystko wyewoluowało w gatunki śmiertelnie groźne dla człowieka. Tak jest, Matka Ziemia się wkurzyła, że nie słuchaliśmy ekologów i postanowiła wypieprzyć nasze dupska w kosmos. Duży potencjał ma w sobie również wiodący wątek, czyli historia żółtodzioba zmuszonego do przejścia ponad sto kilometrów ekstremalnie niebezpiecznego terenu. Stary, dobry, poczciwy, futurystyczny survival. Cieszy również skupienie się na naturalnej dzikości planety, która powróciła do swojego pierwotnego, nie skażonego ludzką działalnością, stanu rzeczy. Nie zobaczymy więc nagle kawałka Statuy Wolności wystającego z krzaczka poziomek.

Mniej fajnie, że jakkolwiek wciąż sprawny technicznie oraz pomysłowy wizualnie, Shyamalan zupełnie już zatracił zdolność do budowania napięcia. Oczywiście duża w tym wina niewyrazistego Jadena, ale również i od reżysera powinny wyjść różne formalne pomysły budujące dramaturgię niezależnie od talentu aktora. Tymczasem zamiast zaangażować się w grę o przeżycie, siedziałem w odrętwieniu emocjonalnym, coraz bardziej osuwając się na fotelu do pozycji mało zdrowej dla kręgosłupa. Film nie dość, że mało atrakcyjny, to jeszcze szkodliwy dla zdrowia!

Hindus zawalił, bo nie wykorzystał należycie jednego elementu fabuły, który mógłby znacznie poprawić całość. Otóż oprócz krwiożerczej ziemskiej fauny i flory, na planecie grasuje kosmita, którego Smithowie przywlekli ze sobą. Ufoludek, jak i najwyraźniej cały wszechświat, nienawidzi ludzi i z upodobaniem poluje na nich. Gdyby został dobrze użyty, byłby to świetny motyw podbijający napięcie, na przykład poprzez podrzucanie jakiś przypadkowych spotkań ze stworem, dajmy na to podglądania zza leśnego sitowia rzezi dokonywanej na innych członkach załogi statku (jeden scenariuszowy pomysł to uniemożliwia, ale przecież nie trzeba się było poddańczo trzymać tego rozwiązania). Zresztą, można było na wiele innych sposobów rozwinąć temat jego obecności na planecie, tymczasem pojawia się dopiero w ostatnich kilkunastu minutach filmu (oraz źle poprowadzonych retrospekcjach), żeby wziąć udział w słabiutkim finalnym pojedynku z latoroślą Księcia z Bel-Air.

Reasumując, film zmarnowanej szansy. Podtrzymuje uwagę widza dzięki operowaniu pomysłami z potencjałem, ładnej scenografii oraz kilku niezgorszym efektom (technicznie pozostawiają jednak wiele do życzenia) ale pozostawia obojętnym na oglądane wydarzenia przez co nieco nuży. Nie jest to film zły, jest po prostu nijaki, niedotrzymujący złożonej w pierwszych minutach obietnicy opowiedzenia nam czegoś ciekawego. A to w sumie chyba jeszcze gorzej, bo filmowa kicha pozostawia po sobie chociaż jakieś emocje, o „After Earth” zapomina się szybciej jak o karierze Jady Pinkett Smith. 

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza