niedziela, 16 marca 2014

Need for Speed - recenzja


Gdyby dobre chęci mogły działać cuda, „Need for Speed” byłby kultowym filmem. Reżyser Scott Waugh i ekipa realizacyjna wypowiadali się przez ostatnie miesiące z takim entuzjazmem, kreśląc z przekonaniem - pełną superlatyw - wizję filmu stawiającego nacisk na tradycyjne efekty specjalne, rezygnującego ze wspomagania się komputerowymi fajerwerkami na rzecz poczciwej kaskaderki i gumy palonej na asfalcie, że może i nawet uwierzyłbym im, gdybym tylko nie miał kontaktu ze zwiastunami. Reżyser chyba nawdychał się na planie zbyt dużej dawki spalin, bo pozwalał sobie na porównywanie filmu z klasykami z lat 70., Aarona Paula określając mianem nowego Steve’a McQueena. Najwyraźniej głęboko w to wierzył, bo w filmie zamieścił nawet scenę z „Bullita”.

Nie jest jednak tak dobrze. Aaron Paul jest niewątpliwie aktorem z potencjałem, co wielokrotnie udowadniał przez pięć sezonów „Breaking Bad”, ale w roli małomównego, opanowanego mistrza kierownicy wypada niestety mało przekonująco, nie można mu odmówić charyzmy, ale nie nadaje się do tego typu roli. Oczywiście i tak wybija się na tle bezpłciowych bohaterów drugoplanowych, odegranych z gracją starego nosorożca przez aktorów, których nazwiska skojarzy tylko najbliższa rodzina. Nawet Dominic Cooper, który już kilka razy pokazał, że stać go na wiele, nie zdołał wycisnąć odrobiny życia ze źle napisanej postaci czarnego łotra i rozpływa się w naszej pamięci z prędkością poloneza obserwowanego we wstecznym lusterku ferrari. Jedynie Michael Keaton nie pozwala o sobie łatwo zapomnieć, wykrzesując małą dawkę energii z epizodycznej – i w sumie tak sobie napisanej - roli.

„Takie sobie” jest tutaj wszystko, fabułka, której podstawowym atutem jest nieprzeszkadzanie w kolejnych sekwencjach z pędzącymi samochodami, niewyraziste postacie, odciśnięte od szablonu „wesołej paczki przyjaciół”, znikoma chemia między parą damsko-męską, nieprzekonujący czarny charakter, a nawet, co najgorsze, sceny wyścigów. Trzeba jednak ekipie realizacyjnej oddać, że wywiązała się z obietnic i rzeczywiście nie wspomagała się w widoczny sposób efektami komputerowymi. Samochody pędzą po asfalcie aż miło, często na dłuższych ujęciach, wyczyniając przy tym różne cuda, z głośników dobywa się przyjemny hałas pracujących silników, momentalnie zwiększający poziom adrenaliny, ale chwilami nieporadny montaż i przeciętna realizacja, nie pozwalają odczuć prędkości pięknych torped na czterech kółkach, bardziej wmawiając nam, że pędzą one z zawrotną szybkością, jak naprawdę to pokazując.

Tym niemniej samochodowi fetyszyści, uwielbiający bez wyjątku całą serię „Szybcy i wściekli”, będą zadowoleni, bo sfotografowane jest to ładnie, samochody pięknie suną po drodze, niektóre choreografie drogowej apokalipsy zrealizowane są z polotem, a głównemu bohaterowi chwilami nawet się kibicuje w jego zmaganiach z innymi kierowcami. Zwolennicy ostatnich odsłon serii z Vinem Dieselem mogą już jednak kręcić nosem, bo film nie rekompensuje licznych kretynizmów i głupotek, bezpretensjonalną (przesadzoną) zabawą i rozmachem realizacyjnym. Oglądało się go jednak przyjemnie, nie powiem.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza