sobota, 29 lipca 2017

Dunkirk (Dunkierka) - recenzja


No, panie Nolan, hełmy z głów. Film o militarnej porażce, którą przekuto w cholernie wciągający, emocjonujący, trzymający na krawędzi fotela, horror wojenny, w którym zamiast poczwary, bohaterów prześladuje… no w zasadzie to uciekający czas. Zagrożenia nie widać, wróg jest niewidoczny, bezosobowy, pozbawiony twarzy, ciężko nawet powiedzieć, czy jest obleczony w ciało, bo jedyna fizyczna forma jaką przyjmuje na ekranie to kilka niemieckich bombowców na niebie. Zagrożenie jest jednak realne, pociski przeszywające powietrze nie biorą się znikąd, aczkolwiek można odnieść takie wrażenie, podobnie jak i ludzkie ciała, jakimi „przyozdobiona” jest plaża i powierzchnia wody. Dom jest tuż za horyzontem, ale śmierć czyha za najbliższym rogiem, brytyjscy żołnierze o tym wiedzą i nie mogą się doczekać, żeby uciec z przeklętej plaży. Odkryty teren przeraża, ale dno okrętu stresuje niemniej, bo mimowolnie kalkuluje się w głowie najbliższą drogę ucieczki, na wypadek gdyby statek został zatopiony. Przeciwnik jest coraz bliżej, rodzinne strony bardzo blisko, ale zarazem cholernie daleko, a zegar tyka. Tyk, tyk, tyk, tyk, tyk…

Obsesja Nolana na punkcie czasu, synchronizacji pewnych wydarzeń, a także względności z jaką postrzegamy jego upływ, nie jest niczym nowym. Wszakże stanowiło to podstawowe źródło emocji w „Interstellar”, a także budowało napięcie w „Incepcji”. Podobnie jak w filmie o zwijających się miastach, mamy tutaj trzy równolegle rozgrywające się historie, które zaczynają od różnych punktów (tydzień temu, dzień temu, godzina temu), żeby w pewnych momentach się przecinać. Dochodzą tam jednak różnym tempem i niekoniecznie dbają przy tym o idealną synchronizację, bo wydarzenia czasem obserwujemy z różnych perspektyw, i to w znacznych odstępach czasowych, co często wpływa na odbiór tego, co widzimy. Niektóre motywy można przewidzieć z wyprzedzeniem, wiele innych już niekoniecznie.

Upływający czas stale depcze bohaterom po piętach i podkreśla to muzyka Hansa Zimmera. Nerwowa, rwana, głośna, często wybijająca się na pierwszy plan, a często dosłownie imitująca tykanie zegara. Przeciwieństwem tego są dialogi, oszczędne, nieczęste, bohaterowie przez długie minuty nie wypowiadają niczego, krążąc po plaży i kręcąc się przy okrętach wojennych, desperacko poszukując sposobu na ucieczkę z Dunkierki. Jest w tym coś z nastroju kina niezależnego, festiwalowego, ale zrobionego za grube pieniądze i nieskazitelnego od strony technicznej. Wspomniane trzy linie czasowe inteligentnie rozplanowano fabularnie, a później zmontowano w spójną, zwartą i emocjonującą historię . Napięcie jest budowane wzorcowo, Nolan umiejętnie operuje emocjami odbiorcy, finał wydarzeń w Dunkierce jest idealny, ale zakończenie samego filmu już niekoniecznie, bo wtedy wkrada się sporo fałszywych nut i lekkiej tandety.

Łatwo jednak przymknąć na to oko, bo „Dunkierka” imponuje stroną techniczną, przepięknymi zdjęciami, dźwiękiem, montażem, brakiem efektów komputerowych i świadomością tego, ile ciężkiej pracy musiano włożyć w to, żeby to wszystko wyglądało tak fenomenalnie, chociaż kręcone było w ciężkim warunkach, a pewnie to właśnie dlatego, bo jeszcze mocniej daje to odczuć widzowi beznadzieję sytuacji. „Dunkierka” bardzo przypomina ostatniego „Mad Maxa”, bo fabuła jest prosta jak drut, ale w prostocie tkwi właśnie jej siła, na skupieniu całej uwagi na realizacji emocjonującego widowiska, rzucającego odbiorcę w sam środek akcji, nie rozpraszającego jego uwagi emocjonalnymi rozterkami bohaterów i budowaniem jakiejś skomplikowanej historii. Widowisko kinowe, które można określić mianem pustego, ale można też pozwolić ponieść się czystym emocjom i z rozdziawioną buzią śledzić wydarzenia.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza