sobota, 13 stycznia 2018

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - uzupełnienie


Jeszcze muszę wrócić do filmu „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”, a przede wszystkim do trzech ról, o których świadomie nie napisałem we wczorajszej recenzji, bo rozwaliłoby mi to strukturę całego tekstu i rozwodniło go. Nie przestaję jednak myśleć o filmie, więc niech to będzie małe uzupełnienie w formie luźnych przemyśleń.

John Hawkes, stęskniłem się za nim trochę. Zapomniałem, że w tym występuje i podekscytowałem się lekko, gdy pojawił się na ekranie. Mała rola, ale zapadająca w pamięci, najpierw wybuchem agresji (oraz momentem, gdy na scenę wchodzi nóż), który potwierdza słowa Margaret, ale też tym, jak dalej jest poprowadzony jego wątek. Charlie to w gruncie rzeczy dupek, który nie może się powstrzymać przed złośliwymi żartami z Jamesa (Peter Dinklage) i ewidentnie ma tendencję do lania kobiet, ale jak większość postaci w tym filmie, zdradza również delikatną stronę osobowości, potrafi czasem spasować, albo połączyć się na poziomie empatycznym z byłą żoną, gdy chodzi o utratę ich dziecka.


Samara Weaving, czyli nastoletnia dziewczyna Charliego. McDonagh obdarował ją świetnymi dialogami, ale Samara perfekcyjnie złapała ich rytm oparty na pewnego rodzaju strumieniu świadomości, czy też raczej nieświadomości własnej głupoty. Penelope nie ma filtra, plecie co ślina na język przyniesie, ale to dobra dziewczyna, o ciepłym sercu, nie budząca awersji, tylko że mało rozgarnięta. Samara świetnie to ogrywa, tonacją głosu, tempem wypluwania z siebie dialogów, ale też mimiką, mową ciała i tymi hipnotyzującymi wielkimi oczami. Za każdym razem, jak otwierała buzię to już wiedziałem, że będzie beka. I była.

Željko Ivanek, kolejny gość, za którym już się trochę stęskniłem. Jeżeli szeryf jest głosem rozsądku w tym mieście, to Ivanek jest umęczonym duchem całej lokalnej policji i twarzą każdego pracownika biurowego, który widział już wszystko, słyszał już wszystko, nie ma ochoty tego widzieć i słyszeć kolejny raz, a tak w ogóle to dajcie mu spokój i pozwólcie w spokoju patrzeć ze znudzeniem w kalendarz ścienny. Uwielbiam ten moment, gdy okazuje się, że jednak nie słyszał jeszcze wszystkiego w życiu i nie może uwierzyć, że cywil wpadł na posterunek i bezczelnie zwyzywał policjanta od zjebów.


Carter Burwell i Martin McDonagh to zawsze dobre połączenie. Jeżeli wierzyć last.fm to soundtrack z „In Bruges” był najbardziej katowanym przeze mnie albumem przez ostatnie kilka lat. „Three Billboards...” niewątpliwie będzie jednym z najbardziej katowanych w tym roku. Podoba mi się, że klimatyczne jest bardzo różnorodny, ale jest w tym wszystkich kompozycjach wyczuwalny duch westernu.

Film był moim pierwszym seansem kinowym w tym roku, w tym tygodniu zobaczyłem go jeszcze raz, bo potrzebowałem tego żeby sobie poukładać w głowie różne przemyślenia przed napisaniem recenzji. Oglądało mi się go równie przyjemnie, co za pierwszym razem. Zacząłem rok od mocnego uderzenia, ciężko będzie to przebić, ale wierzę, że się uda. Do filmu wrócę jeszcze wiele razy, bo już teraz widzę, że jest w nim wiele dobra, które docenia się również przy kolejnych seansach. McDonagh ma talent do wplatania humoru w poważną historię obyczajową, a cała obsada idealnie się w to wstrzeliwuje, szczególnie Frances McDormand i Sam Rockwell, ona potrafi rozłożyć na łopatki samym spojrzeniem, on pojedynczym prychnięciem, jęknięciem i zapowietrzeniem się.

Martin, jesteś gość.

0 komentarzy:

Publikowanie komentarza