Od ostatniego spotkania z Jackiem Ryanem minęło już trochę czasu. Oszczędzę wam przełączania się na google – 12 lat. Przez ten czas gatunek szpiegowskiego kina akcji nie stał w miejscu, seria o przygodach Jasona Bourne’a (który na dużym ekranie zadebiutował w tym samym roku, co Ryan z niego zniknął) zmieniła podejście widzów i odcisnęła piętno na innych filmach. Pod jego dyktando odświeżono wkrótce Jamesa Bonda, kładąc większy nacisk na pozorowany realizm. Jak w tej quasi-realistycznej filmowej rzeczywistości odnajduje się czwarta już reinkarnacja gryzipiórkowego-analityka, który niejako przy okazji trafiał zawsze w wir akcji? Całkiem nieźle, choć nieco archaicznie.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
sobota, 4 stycznia 2014
47 Ronin (47 roninów) - recenzja
Ooo, jak łatwo byłoby zniszczyć ten film. Praktycznie aż się prosi o to. Hollywodzka wizja klasycznej japońskiej opowieści o 47 roninach, z azjatami mówiącymi po angielsku, zaprawiona demonami, wiedźmami, innymi kolorowymi stworami, a w samym epicentrum nie kto inny, jak gaijin Keanu Reeves. Przecież to praktyczny samograj dla złośliwego krytyka, który ma ochotę sobie poużywać na jakimś filmie.
sobota, 28 grudnia 2013
Red Hook Summer - recenzja
Spike Lee na przełomie stulecia ewoluował z ważnego i cenionego twórcy kina traktującego o czarnej społeczności Nowego Jorku lat 90. w zagubionego w politycznych pretensjach krzykacza, który stoi w rozkroku pomiędzy Hollywood, a kinem autorskim z przesłaniem. W tym miesiącu do kin wszedł nakręcony przez niego remake znakomitego koreańskiego filmu „Oldboy”. Lee nie zmaltretował materiału, nakręcił przyzwoite kino, które dobrze się ogląda, ale co z tego, jak cały czas mamy świadomość, że ta historia została już raz (lepiej) opowiedziana? Nie o tym jednak chciałem napisać, a o „Red Hook Summer”, do obejrzenia którego zainspirował mnie właśnie seans jego najnowszego filmu.
sobota, 21 grudnia 2013
The Hobbit: The Desolation of Smaug (Hobbit: Pustkowie Smauga) - recenzja
Cholerny Peter Jackson. Mistrz w wywoływaniu przeciwstawnych emocji. Z jednej strony jest rozsądek, który podpowiada, że rozwlekanie króciutkiego „Hobbita” na trzy długie filmy to cyniczny skok na kasę, żerowanie na ogromnej rzeszy fanów i robienie ludzi w bambuko. Z drugiej natomiast jest serce, które rośnie na widok nowozelandzkich widoków, cieszy się z każdej powracającej postaci znanej z „Władcy pierścieni”, promienieje ogrzewane tak świetnie już znanym klimatem kina przygody, cieszące się z kolejnego krasnoluda robiącego jakąś głupotę, pogardzające paskudnymi orkami, przyklaskujące rozstawiającemu wszystkich po kątach czarodziejowi i delektujące się każdą kolejną chwilą spędzoną w Śródziemiu. Niech Cię, Peterze Jacksonie!
niedziela, 15 grudnia 2013
Machete Maidens Unleashed! - recenzja
Mark Hartley jest człowiekiem z misją. Głosi dobrą nowinę, dzieli się wiedzą i wyciąga z niebytu zapomniane bękarty kinematografii. W skrócie - opowiada o kinie exploitation. Ale nie sięga po tytuły amerykańskie, nie snuje opowieści o klasykach blaxploitation, nie robi list przebojów kina grindhouse’owego, ani tym bardziej kultowych pozycji z seansów o północy. Ucieka stamtąd jak najdalej. A tak naprawdę, to nie tak znowu daleko, bo do rodzinnej Australii, gdzie rozkwitł w drugiej połowie ubiegłego wieku nurt ozploitation, czyli tanich filmów epatujących przemocą, golizną i przekleństwami. Trzema podstawowymi cnotami nieobcymi żadnemu bywalcowi kina samochodowego. Z jego dokumentu „Niezupełnie Hollywood” („Not Quite Hollywood: The Wild, Untold Story of Ozploitation!”) mogliśmy się więc dowiedzieć o klasykach gatunku, usłyszeć od Quentina Tarantino skąd przy pisaniu Kill Billa czerpał wiedzę na temat zachowań osób w śpiączce oraz popatrzeć na co lepsze sceny z ówczesnych filmów (najczęściej wiążące się z falującymi nagimi biustami i czymś krwawym). Dwa lata później Hartley postanowił kontynuować temat filmów niskobudżetowych i tak powstał jego kolejny dokument o kinie eksploatacji zatytułowany „Machete Maidens Unleashed!”
sobota, 7 grudnia 2013
Blitz - recenzja
Myślę, że już oficjalnie można zacząć mówić o brytyjskim nurcie odrodzenia klasycznego kina sensacyjnego. W ostatnich latach jest wyraźnie zauważalne zainteresowanie angielskich reżyserów filmami sensacyjnymi, w których wiodącymi postaciami są męscy, szorstcy bohaterowie, nie obawiającymi się podejmowania trudnych decyzji, policjanci naginający prawo, któremu służą, nierozpaczającymi nad biednymi oprychami, którym musieli obili facjatę, albo przemodelować za pomocą Glocka. A wszystko to zawsze przepięknie, choć nieco ozięble, sfilmowane, najczęściej w Londynie. Szkoda tylko, że zazwyczaj najsłabszym elementem tych filmów jest odtwórczy scenariusz, który nie wadzi, niczym szczególnym nie irytuje, nie piętrzy idiotyzmów, nawet nie nuży (zazwyczaj wprost przeciwnie) ale za to jest tak strasznie przewidywalny, że aż żal całej energii i serca włożonego w jego realizację przez ekipą filmową. Brytyjscy reżyserzy muszą się w końcu ładnie uśmiechnąć do scenarzystów telewizyjnych, twórców takich znakomitych seriali jak „Luther”, "Utopia" i „Sherlock”. Wtedy w końcu byłaby szansa na powstanie wybitnego filmu sensacyjnego. A tymczasem musimy się zadowolić „Blitzem”…
niedziela, 10 listopada 2013
Thor: The Dark World (Thor: Mroczny świat) - recenzja
„Thor: też mam własne przygody”. Przez cały seans najnowszej produkcji Marvela taki zastępczy tytuł kołatał mi się po głowie. Niby wszystko przemawia o zasadności robienia drugiego solowego filmu z gościem machającym młotem. Thor żyje sobie w oderwaniu od ziemskich realiów, swobodnie podróżuje pomiędzy planetami, ma własne (kosmiczne) problemy. Tak na dobrą sprawę, to jako jedyny członek Avengers ma solidne podstawy do nieskrzykiwania ekipy w przypadku każdej draki zagrażającej śmiercią milionów istnień, a galaktyczno-mitologiczne realia w jakich funkcjonuje dają niezliczone możliwości fabularne. Problem w tym, że blondas zmagając się z kosmicznymi brzydalami zawsze i tak jakoś ląduje na naszej planecie, a wszechświat tylko przemyka gdzieś tam w tle. Niby fabuła pogłębia zalatujące szekspirowskim dramatem rodzinne relacje rezydentów Asgardu, ale koniec końców, znowu sprowadza się to głównie do kolejnych słownych przepychanek z Lokim (Tom Hiddleston już praktycznie przejął franczyzę) i kilku „tragicznych” wydarzeń, przy których nawet powieka nie drgnie.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Celeste and Jesse Forever (Celeste i Jesse - Na zawsze razem) - recenzja
Zauważam w ostatnich latach pewien trend. Nową rasę młodych aktorek. Zosie-samosie. Kiedy zaczynają odczuwać znużenie kolejnymi podobnymi propozycjami aktorskimi, albo przeciwnie, nie otrzymują żadnych, zakasują rękawy, łapią za klawiatury i same je sobie piszą. Tak było w zeszłym roku z bardzo fajnym (choć nieco słabującym w ostatnim akcie), niesztampowym i porywająco świeżym filmem „Ruby Sparks” napisanym przez Zoe Kazan. Tak od kilku lat czyni też Brit Marling, o której niezbyt udanym „The East” pisałem kilka miesięcy temu. Ale dopiero Rashida Jones zdołała napisać - do spółki z Willem McCormackiem - scenariusz, który nie dość, że zachwyca, to jeszcze pozbawiony jest większych błędów i trzyma wysoki poziom od początku do końca. Rashida wygrała starcie z koleżankami nokautem, bo postawiła na historię prostą, nieprzekombinowaną, ot, taką zwyczajnie życiową.
sobota, 12 października 2013
Filth - recenzja
Pierwszy stycznia 2011. James McAvoy budzi się po sylwestrowej imprezie. Zastanawia się przez chwilę, czy tylko sobie to ubzdurał, czy też rzeczywiście ostatniej nocy Michael Fassbender próbował przyklejać metalowe sztućce do przyrodzenia. Ignoruje tę myśl, sięga po notatnik i zaczyna spisywać noworoczne postanowienia. Lista jest krótka. W zasadzie tylko jedna pozycja: „No more Mr. Nice Guy”. To samo wpisuje w noworocznej wiadomości tekstowej do swojego agenta. Koła zostają wprawione w ruch, sznurki pociągnięte, sok grejpfrutowy wypity i nieco ponad 700 deszczowych dni w Szkocji później – plony zebrane. W 2013 aktor dokonuje szarży na duże ekrany jako niegrzeczny chłopiec, atakuje z przytupem, trzykrotnie.
niedziela, 6 października 2013
ISOBAR, czyli o tym jak przez 25 lat pracowano nad plagiatem "Obcego".
W roku 1987 Carolco Pictures zakupiło prawa do futurystycznego horroru w konwencji science fiction. Historia napisana przez przyszłego scenarzystę „Podziemnego kręgu”, Jima Uhlsa, bezczelnie kopiowała pomysły z dwóch filmów: „Obcy – Ósmy pasażer Nostromo” oraz „Obcy – decydujące starcie” (dla wygody w dalszej części tekstu będę używał bardziej poręcznych angielskich tytułów: „Alien” i „Aliens”). Sam autor reklamując scenariusz potencjalnym klientom opisywał go jako „Obcego w pociągu”. Fabuła nie należała do specjalnie wyszukanych. W superszybkiej kolei metra uwolniona zostaje genetycznie zmodyfikowana forma życia. Humanoidalny stwór posiada mózg zaprojektowany do pełnienia roli twardego dysku, który zostanie wykorzystany przy projekcie sztucznej inteligencji. Akcję osadzono w bliskiej przyszłości w sparaliżowanym korkami Los Angeles. Uhls kreślił wizję stojących bez ruchu samochodów w ogłuszającej kakofonii klaksonów. Miało to być na tyle dużym problemem, że w dialogach nawet nawiązywano do niedawno wprowadzonego w tym okręgu prawa zakazującego trąbienia. „Super-metro” jest więc w tym świecie jedynym sensownym środkiem transportu.









