niedziela, 30 września 2018

Martin Scorsese: making of, część pierwsza

Szukając czegoś w archiwum wpisów z fejsa, przypadkiem wpadłem na tekst poświęcony kulisom realizacji „Gangów Nowego Jorku”. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu wrzuciłem kilka takich wpisów poświęconych twórczości Martina Scorsese, co było efektem lektury książki „Martin Scorsese: A Retrospective” Toma Shone’a (polecam). Szkoda, żeby to się marnowało w facebookowej próżni więc postanowiłem wykopać wszystkie wpisy, poprawić je, a następnie wrzucić na bloga. Dziś będzie o „Wagonie towarowym Bertha” oraz „Wściekłym Byku”, a kolejny tekst opowie o „Przylądku strachu” oraz wspomnianych „Gangach Nowego Jorku”.


Wagon towarowy Bertha

Na początku lat 70. Martin Scorsese przeniósł się do Los Angeles żeby być bliżej przemysłu filmowego. W L.A. wytrzymał tylko kilka lat, bo szybko doszedł do wniosku, że jego miejsce jest w ukochanym Nowym Jorku. W 1971 nie miał jeszcze żadnej pozycji w branży. Nakręcił kilka obiecujących krótkometrażówek, jeden przyzwoity film długometrażowy, w którym zadebiutował zresztą Harvey Keitel ("Kto puka do moich drzwi"), a następnie podjął się realizacji filmu na zlecenie ("The Honeymoon killers"), ale po dwóch tygodniach został zwolniony, więc gdy zaoferowano mu w L.A. pracę przy montażu dokumentu muzycznego "Medicine Ball Caravan" nie zastanawiał się długo nad przeprowadzką do Hollywood. Na miejscu od razu zaprzyjaźnił się z kilkoma innymi zdolnymi młodymi reżyserami (Francis Ford Coppola, Steven Spielberg, George Lucas, może któregoś kojarzycie) i dostał ofertę pracy od legendarnego producenta kina exploitation, Rogera Cormana.

Roger wręczył mu 200-stronicowy - a przy tym bardzo zwarty - scenariusz "Wagonu towarowego Bertha" i powiedział, że może go przerabiać do woli. Marty musiał się stosować tylko do jednej zasady: sceny rozbierane miały się pojawiać przynajmniej raz na piętnaście stron. Sama realizacja nie była już tak bezstresowa, bo Corman często pojawiał się na planie żeby upewnić się, że film zostanie zrealizowany w przewidzianym czasie. Pod koniec realizacji zażyczył sobie jeszcze nakręcenie niezaplanowanej sceny pościgu, którą Scorsese musiał wcisnąć w napięty grafik. Producent nad głową siedział mu także w studiu montażowym. Gotowa zmontowana wersja trwa 90 minut, surowa wersja była dłuższa o 30 minut. John Cassavetes po zobaczeniu tej drugiej (poproszony przez Scorsese) powiedział koledze po fachu, że zmarnował rok życia na nakręcenie gównianego filmu. Szybko uzupełnił, że w swoim gatunku jest to dobry film, ale reżyserzy jego klasy nie powinni trwonić talentu na takie produkcje. Młodemu koledze doradził żeby teraz energię poświęcił opowiedzeniu historii, która szczerze go interesuje. Marty wziął sobie radę do serca. Jego następnym filmem były "Ulice nędzy".



Wściekły Byk

Pod koniec lat 70. Martin Scorsese był wyniszczony zdrowotnie i wypalony zawodowo. Po ogromnym sukcesie artystycznym "Taksówkarza", który został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, reżyser nie miał pomysłu na siebie, a do tego był po uszy zanurzony w narkotykach i hedonistycznym trybie życia. Naglące terminy zmusiły go do rozpoczęcia realizacji "New York, New York" bez ukończonego scenariusza. Scenarzyści pracowali nad fabułą praktycznie do ostatniego dnia produkcji. Liza Minnelli i Robert De Niro zaczęli w końcu improwizować dialogi, a Scorsese był zbyt odurzony narkotykami żeby zapanować w pełni nad tym bałaganem. Film okazał się klęską finansową i zarobił zaledwie 16 milionów dolarów.

Scorsese był zmęczony reżyserią i przekonany o tym, że się już wypalił jako twórca filmowy. Gdy wiec De Niro kolejny raz zgłosił się do niego z propozycją realizacji "Wściekłego byka", do czego namawiał go od lat, reżyser znowu odmówił. Uważał, że kolejny wspólny projekt nie jest dobrym pomysłem i powinni od siebie odpocząć. Aktor się jednak nie poddawał i po jakimś czasie reżyser zmienił zdanie. Scorsese dostrzegł interesującą paralelę pomiędzy autodestruktywną naturą głównego bohatera, a własnym trybem życia. Martin był przekonany, że nie dożyje do czterdziestki, a "Wściekły byk" będzie ostatnim filmem w jego karierze. Drogą autodestrukcji poszedł również De Niro, który dla roli przytył prawie czterdzieści kilo - skoczył z wagi ok. 65kg na poziom bliski 100kg. Zanim do tego jednak doszło, odbył roczny trening z samym LaMottą i okazał się w tym na tyle dobry, że bokser zorganizował mu trzy profesjonalne walki pod pseudonimem, z czego dwie zdołał nawet wygrać. Cały ten trud opłacił się aktorowi, bo zaowocował drugim (i jak na razie ostatnim w karierze) wygranym Oskarem.


Co ciekawe, na czarno-białą formę reżyser zdecydował się ze względu na czerwone rękawice bokserskie, które nie podobały mu się wizualnie.

„Przed realizacją poszedłem na dwa mecze bokserskie, pięć rund pomiędzy nieznanymi bokserami. Pierwszego wieczoru, pomimo tego, że siedziałem daleko od ringu, widziałem gąbkę czerwoną od krwi, i to właśnie wtedy film zaczął nabierać kształtu. Następnym razem siedziałem o wiele bliżej i widziałem krew ściekającą z lin. Pomyślałem sobie, że to z całą pewnością nie ma nic wspólnego z żadnym sportem”.

Ciąg dalszy nastąpi…

niedziela, 16 września 2018

X-Files: pięć ulubionych momentów pomiędzy Mulderem i Scully.


Jeżeli ktoś jest tutaj wystarczająco długo to może pamiętać, że kilka lat temu zabrałem się za ponowne oglądanie „X-Files” od początku. Sporo wtedy pisałem o serialu. Liczyłem, że w kilka miesięcy uda mi się przypomnieć sobie wszystkie stare sezony (i nadrobić ostatnie dwa) przed premierą tych nowych odcinków. Nie udało się, trochę z powodu tego, że geo-piractwo na Netfliksie zrobiło się problematyczne i stało się praktycznie niemożliwym logowanie do amerykańskiej wersji na konsoli (a na ekranie komputera nie oglądam filmów). Na brytyjskiej wersji niestety nie było „X-Files”, a ja do tego odczuwałem już lekki przesyt serialem, więc odpuściłem jakoś w połowie siódmego sezonu.

Poniedziałkowa rocznica (25 lat od premiery pierwszego sezonu) zainspirowała mnie do spontanicznego tygodnia z „X-Files”, którego nie ogłaszałem jakoś specjalnie, bo postanowiłem zobaczyć, czy kolejne wpisy na facebooku będą się przyjmować równie dobrze. Przyjęły się. Mnie natomiast zaczęło teraz kusić żeby wrócić do siódmego sezonu i dokończyć stare odcinki. Całość jest obecnie na brytyjskim Amazonie Prime, więc ogranicza mnie tylko wolny czas, czyli najgorszy zabójca takich pomysłów.

Wracając jednak do tygodnia z „X-Files” to chciałem go zakończyć czymś bardziej osobistym, jak tylko kolejnym pociesznym zdjęciem na fejsie, ułożyłem więc listę pięciu ulubionych momentów pomiędzy Mulderem i Scully.


„Pilot”

A konkretnie to finał pierwszego odcinka. Początek wieloletniej wspólnej przygody, pełnej strapień, bólu i obaw, ale też radości, ekscytacji oraz wzajemnej intelektualnej stymulacji. Ona zostaje wysłana do niego żeby obserwować z bliska oszołoma i donieść szefostwu, gdy ten w końcu posunie się o jeden krok za daleko. On biega za zielonymi ludkami, wszędzie wietrząc spiski, więc realistka-konfidentka, twardo stąpająca po ziemi i zapatrzona w naukowe fakty, jest dla niego osobą z innej bajki. Pod koniec odcinka odkrywają, że jest to mieszanka przeciwnych charakterów, która owocuje czymś kreatywnym. Stanowią dla siebie nawzajem filtr, zapewniając pole do dyskusji, arenę wiecznego drążenia do prawdy, kwestionowania tego w co się wierzy, negowania bzdur i wyłuskiwania tego, co jest naprawdę wartościowe i zasługujące na dalszą analizę. Przede wszystkim jednak - odkrywają w sobie głęboką fascynację tą drugą osobą, chęć poznania jej lepiej, zgłębienia jakże odmiennego rozumowania i przeciągnięcia na swoją stronę, co oczywiście zaowocuje w przyszłości wzajemnym przepisaniem systemu wartości i modyfikacją podejścia do świata.

„War of the Coprophages” (s03e12)

Mulder na tropie morderczych metalowych karaluchów. Scully puka się w czoło i zamiast tego zostaje na weekend w domu żeby umyć psa. Mulder oczywiście ciągle wydzwania do Scully po ekspertyzę, przerywając jej pałaszowanie lodów albo lekturę „Śniadania u Tiffany’ego”. Później pojawia się seksowna pani entomolog o imieniu Bambi, o której Mulder zaczyna mówić stanowczo zbyt wiele, i nagle Scully znajduje czas żeby do niego polecieć.


„Bad Blood” (s05e12)

Mulder na początku odcinka zabija osinowym kołkiem nastoletniego wampira. Okazuje się jednak, że chłopak nosił jedynie sztuczne zęby. Przygotowując się do wizyty w gabinecie dyrektora Skinera, agenci próbują dojść do tego, czy to był przykład nadnaturalnej sprawy, czy też Mulder zapędził się w swej ocenie i w efekcie stał się mordercą. Całość opowiedziana jest niczym „Rashomon” Kurosawy, poznajemy te same wydarzenia z dwóch perspektyw. Scully jest oczywiście sceptyczna, Mulder nadmiernie podekscytowany wampiryczną naturą badanej zbrodni. Obie perspektywy są przekłamane, bo w karykaturalnie przesadzony sposób przedstawiają typowe zachowania bohaterów i opisują interakcję pomiędzy nimi. Uwieńczeniem tego jest Luke Owen, w roli miejscowego szeryfa, który według Scully był zapatrzonym w nią, dzielnym i przystojnym, stróżem prawa, a w wersji Muldera przygłupim miejscowym matołkiem, zaopatrzonym w nienaturalnie duże i wystające zęby.

The Post-Modern Prometheus (s05e05)

Mulder i Scully trafiają na współczesną wersję potwora Franksensteina, nieszczęśliwą kreaturę poszukującą miłości, beznadziejnie zakochaną w kanapkach z masłem orzechowym oraz muzyce Cher (efekt wakacyjnej obsesji Chrisa Cartera na punkcie artystki i jej piosenek). W finale agenci FBI zabierają przystojniaka na koncert artystki, on fika radośnie, sobowtór piosenkarki wciąga go na scenę (Cher odrzuciła propozycję tego małego cameo, bo liczyła na większą rolę w popularnym serialu, później tego żałowała, gdy zobaczyła gotowy odcinek), a Mulder zaprasza Scully do tańca. Za takie momenty kocham ten serial.


„The Unnatural” (s06e19)

Prolog. Lipiec 1947, Roswell. Grupa mężczyzn gra w baseball. Wśród nich utalentowany czarnoskóry zawodnik, który ma szansę na trafienie do New York Yankees. Bohaterów atakują rycerze KKK. Wywiązuje się szamotanina, jeden z klansmanów pada nieprzytomny. Któryś z graczy ściąga mu kaptur. Odkrywamy, że skrywa szarego ludka. Ja parskam. Wchodzi czołówka serialu. Nie przestaję się śmiać.

A później się okazuje, że to w sumie całkiem fajny odcinek jest i kończy go jedna z najromantyczniejszych scen pomiędzy Mulderem i Scully. Scena budowana na poziomie emocjonalnym przez sześć sezonów, spinająca długoletnią współpracę bohaterów, posyłającą mrugnięcie okiem do widzów, którzy od lat zadawali sobie pytania: „zrobią to? kiedy to zrobią? jak to zrobią? czy to już teraz?”, ale też dalej pozostawiająca to na płaszczyźnie niedopowiedzeń. Ona zdradza, że nigdy nie grała w baseball. On ją zabiera na boisko. Ocierają się ciałami, że niby ją uczy machać kijem, żartują sobie, jej się świecą oczy, on rzuca dwuznacznym tekstem, kij w dłoniach, półksiężyc na niebie, gospel w tle. Magia.
KLIK

sobota, 15 września 2018

Whiplash - o filmie, który narodził się z produkcji krótkometrażowej


"Whiplash" odniósł niezaprzeczalny sukces artystyczny. Od premiery na festiwalu w Sundance, gdzie został okrzyknięty mianem objawienia, zaliczał kolejne wielkie imprezy filmowe podbijając serca kinomanów (sam miałem szczęście zobaczyć go w Cannes i z miejsca się zakochałem), a następnie przeróżnych gremiów wręczających nagrody filmowe. Uwieńczeniem tego było zdobycie dwóch nominacji do Oscara (za najlepszy scenariusz oraz film), a do tego zgarnięcie dwóch zasłużonych statuetek w kategoriach technicznych (dźwięk i montaż) oraz dla najlepszego aktora drugoplanowego. Sukces projektu nie był jednak oczywisty. Początkowo Damien Chazelle odbijał się o kolejne zamykane mu przed nosem drzwi, bezskutecznie poszukując środków finansowych na realizację filmu. Nikt nie chciał uwierzyć, że historia ma potencjał na film pełnometrażowy.

Chazelle zmienił więc strategię i postanowił stworzyć wersję próbną. Przynajmniej on tak uważał, bo producenci i sponsorzy byli przekonani, że finansują film krótkometrażowy. Osiemnastominutowy "Whiplash" (KLIK) to w zasadzie trzy sceny z filmu, a konkretniej to słynna próba zespołu, podczas której Andrew próbuje "ustalić" z Fletcherem kwestię tempa gry na instrumencie. W krótkometrażówce nie wystąpił Miles Teller, tylko Johnny Simmons, ale kilku muzyków z zespołu powtórzyło później swoje role. Między innymi Nate Lang, czyli konkurencyjny perkusista, bohater drugiego planu robiący komiczne miny za plecami Andrew, bo już wie, że szczeniak zaraz przeżyje koszmar. Zresztą to Lang przygotowywał przez kilka tygodni Tellera, mającego już wprawdzie wieloletnie doświadczenie w grze na perkusji, ale jedynie w repertuarze rockowym.


Krótkometrażówkę nakręcono w pięć dni. Chazelle łudził się, że przy drugim podejściu będzie miał więcej czasu na realizację sceny. Szybko został sprowadzony na ziemię, bo pełnometrażowa wersja miała na tyle napięty plan zdjęciowy, że musiał się wyrobić w trzy dni. Przy pierwszym podejściu "Whiplash" kręcono w katolickiej szkole, co było o tyle problematyczne, że Fletcher klnie jak szewc i ekipa kombinowała jak mogła, żeby nie narażać uczniów na dużą dawkę wulgaryzmów. Niepotrzebnie się stresowali, bo siostry ponoć podchodziły do sprawy ze zrozumieniem.

Agresywne tyrady słowne Fletchera zresztą nie zawsze miały sens. Jak na złośliwego perfekcjonistę to zaskakująco często popełniał w nich błędy logiczne i najlepiej za wiele nie zastanawiać się nad sensem jego wypowiedzi ("This is not your boyfirend's dick, so don't come too early."). Czasem było to efektem przejęzyczenia Simmonsa, który na przykład przy jednym ujęciu zamiast "If you deliberately sabotage my band, I will gut you like a pig" powiedział "fuck you like a pig". Spodobało się to reżyserowi, który poprosił aktora o stosowanie takiej formy w kolejnych ujęciach, ale ten zdecydowanie odmówił. Chazelle wykorzystał więc później przy montażu to jedyne nakręcone z czego Simmons nie był zadowolony. W pełnometrażowej wersji również słyszymy o robieniu nieprzyzwoitych rzeczy ze świnią, aktor bynajmniej nie zmienił swojego zdania w tej kwestii i nie powtórzył na życzenie reżysera błędnej wersji. To podstępny Chazelle ponownie wykorzystał wersję nagraną na planie krótkometrażówki, co tym razem zamaskował skierowaniem kamery na przerażoną twarz Tellera.

Krótkometrażówka jest raczej tylko ciekawostką, swoistym poligonem doświadczalnym dla młodego reżysera, ale też interesującą lekcją filmowego rzemiosła, pokazującą jak duży wpływ na finalny kształt filmu mogą mieć pozornie subtelne zmiany. Większość ujęć jest żywcem skopiowana z pierwszej wersji, ale z lekko poprawionym ujęciem kamery, innym cięciem montażowym, albo punktem skupienia. Część materiału, głównie różnego rodzaju zbliżenia, nawet wykorzystano ponownie, oczywiście po odpowiednim skorygowaniu barwnym. Jeżeli ktoś ma ochotę, to może sobie całość porównać tutaj: KLIK

niedziela, 9 września 2018

Yardie - recenzja


Idris Elba to człowiek wielu talentów. Charyzmatyczny aktor, (podobno) zdolny DJ, od niedawna kickbokser (dwa lata temu stoczył zawodową walkę i wygrał z młodszym, bardziej doświadczonym rywalem), a teraz do CV może sobie wpisać również debiut reżyserski.

„Yardie” to „Chłopcy z ferajny” w rytmach reggae. Gangsterska opowieść rozpoczyna się w Kingston z lat 70., a kończy w Londynie z lat 80., gdzie zabiera nas reżyser, gdy główny bohater podrasta już nieco i musi opuścić Jamajkę. Nie jest to specjalnie oryginalna opowieść, bo scenarzyści w opowiadanej historii, a Elba w warstwie wizualnej i zabiegach realizacyjnych, zapożyczają garściami z innych filmów. Co nie znaczy, że ogląda się to źle, wręcz przeciwnie. Niełatwo się natomiast tego słucha, bo jamajskie akcenty, slang i bełkotanie pod nosem, często dają się we znaki. Nie będę udawać, że wszystko zrozumiałem z dialogów, bo tak nie było, niejednokrotnie przegrywałem to nierówne starcie. Trzeba będzie to kiedyś jeszcze raz obejrzeć z napisami. Niewątpliwie nadaje to jednak realizmu, no i świeżości, tej opowieści.

Nieczęsto przecież możemy zanurzyć się w Jamajce z przełomu lat 70. i 80., więc to już stanowi zasadniczy plus, ale film się robi jeszcze ciekawszy, gdy przenosimy się do Londynu z tamtego okresu. Elba wychowywał się w tamtych czasach, jako nastolatek swoje po mordzie dostał, niejednego sierpowego sam sprzedał, czuje więc ten klimat i ładnie odtwarza go na ekranie. Punki, tureckie kawiarnie, skłoty, czarnoskórzy gangsterzy z maczetami odstraszający krewkich Angoli, wszystko to zgrabnie przenosi widza do Londynu z lat 80.

„Yardie” bywa nierówny, reżyser próbuje znaleźć swój unikalny styl, ale odnosi połowiczny sukces, bo z filmu będzie się pamiętać motywy, o których wspomniałem wyżej, jamajskie klimaty, reggae buzujące z głośników i Anglię sprzed dekad, wciąż jednak bazuje to wszystko na schematach i rozwiązaniach wypracowanych przez tuzów gatunku. Zobaczyć jednak warto.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Alpha (Alfa) - recenzja


Bardzo przyjemna niespodzianka. Zupełnie nie kojarzyłem tego filmu, całkiem możliwe, że o nim coś czytałem, ale nie zarejestrowałem tego w pamięci. Nigdy nie trafiłem nawet w kinie na jakiś zwiastun. Gdy zobaczyłem więc ten tytuł w repertuarze to początkowo zignorowałem go. Wczoraj zerknąłem jednak na Rotten Tomatoes, zobaczyłem wynik 83% i zadecydowałem, że trzeba dać szansę. I bardzo dobrze zrobiłem, bo nieczęsto trafia się na takie filmy w multipleksie.

Europa. Jakieś 20 tysięcy lat temu. Grupa myśliwych wyrusza polować na bizony. Wśród nich nastoletni Keda, syn wodza, który musi dowieść swojego męstwa. To jego pierwsze łowy i wygląda na to, że również ostatnie. Chłopak zostaje zrzucony przez zwierzę ze skarpy, plemię uznaje go za martwego i rusza w długą drogę powrotną do domu. Keda okazuje się być jednak żywy, choć ranny, zagryza więc zęby i nie zważając na ból powoli rusza śladem łowców. Na jego trop wpada niestety wataha wilków. Po krótkim starciu, zakończonym zranieniem jednego z drapieżników, zwierzęta odpuszczają. Wrażliwy Keda nie dobija rannego wilka, porzuconego przez stado, tylko postanawia mu pomóc.

„Alfa” to kino proste, ale niecodzienne, bo nie każdego tygodnia można zobaczyć w angielskim multipleksie półtoragodzinny prehistoryczny survival z postaciami porozumiewającymi się ze sobą wymarłym językiem. Jest to mało wyszukana historia, dość oczywista, bazująca na schematach i prostych emocjach, ale to działa, ogląda się z zainteresowaniem, troską, a chwilami to nawet i zachwytem. To ostatnie jest głównie zasługą strony wizualnej, pięknie sfotografowanych równin, lasów, terenów górzystych i wodnych. Sporo tutaj postprodukcji, manipulacji kolorem obrazu, a pewnie również też porami dnia, ale wygląda to dobrze, nawet bardzo dobrze, zwłaszcza na dużym ekranie.

„Alfa” to historia o relacji człowieka z dziką naturą, a przede wszystkim, o początkach hodowli zwierząt. Wspomniany wilk powoli zaczyna się oswajać z bohaterem, który też uczy się obcować ze zwierzęciem i narzucać mu swoją wolę, ucząc podstawowych zasad, a także ustanawiając siebie w roli żywiciela. Jest to zgrabnie i przekonująco opowiedziane, bez ignorowania przy tym dzikiej natury zwierzęcia, która wielokrotnie się odzywa. Jest to też kino drogi, opowieść o długiej podróży przez prehistoryczne bezkresy, która przygotuje Kedę do przyszłej roli lidera, ale też przypieczętuje więź człowieka z czworonożnymi potomkami wilków.

Oczywiście trzeba wielokrotnie przymykać oko na pewne umowności i dość lekkie podejście do realizmu oraz zgodności z historią. Co nie znaczy, że traktuje się widza jak idiotę, po prostu twórcy musieli pójść na pewne ustępstwa dla potrzeb dramaturgicznych i wizualnych. Nie jest to wyszukana historia - chłopak musi przeżyć w pojedynkę, wrócić do domu i przy okazji poskromić dzikie zwierzę. Warto jednak rozsiąść się wygodnie w kinowym fotelu i odbyć razem z nim tę wędrówkę.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Wieża. Jasny dzień / Monument - o filmach Jagody Szelc


„Wieża. Jasny dzień” znajdowała się na szczycie mojej listy zeszłorocznych polskich premier kinowych, które chciałbym nadrobić jak tylko będzie okazja. Ucieszyłem się więc, gdy odkryłem, że podczas Nowych Horyzontów zostanie pokazana nie tylko „Wieża…”, ale również nowy film Jagody Szelc. Oba filmy uciekają od prostych znaczeń i rozwiązań, oferując intelektualną łamigłówkę do rozwiązania przy kolejnych seansach. Wierzę, że jest to doświadczenie, które zyskuje przy kolejnych podejściach do filmu, nie podjąłem się więc napisania osobnych recenzji poszczególnych filmów opartych na pierwszym (i to festiwalowym, czyli skażonym zmęczeniem umysłu) kontakcie z nimi. Możliwe, że kiedyś się jeszcze tego podejmę. O filmach nie przestaję jednak myśleć, zwłaszcza o tym najnowszym, poczułem więc potrzebę podzielenia się tym.

„Monument” zobaczyłem jako pierwszy, większość osób, z którymi rozmawiałem we Wrocławiu, stawiała go niżej od debiutu. Możliwe, że to właśnie kwestia tego, który film widziało się jako pierwszy, ale to właśnie „Monument” zrobił na mnie większe wrażenie. Chociaż nie, wrażenie to złe sformułowanie, bo oba filmy Jagody Szelc, chociaż bardzo od siebie odmienne to jednocześnie są sobie pokrewne, niczym… dwie siostry w „Wieży”. W związku z tym, po pierwszym seansie pozostawiają widza z podobnym mętlikiem w głowie. „Monument” oferuje jednak w finale klucz do rozszyfrowania znaczenia filmu, co mnie dość zdziwiło, a nawet nieco rozczarowało, bo zostało to rozwiązane dość topornie, dosłownie i mało zaskakująco (dokładnie takiego wytłumaczenia spodziewałem się już po kilku pierwszych minutach filmu). Abstrahując jednak od formy, w jakiej zostało to zaserwowane widzowi, to nie jest prawdą, że reżyserska oferuje w ostatnich minutach rozwiązanie całej zagadki na srebrnej tacy. Wręcz przeciwnie, to raczej tylko wskazówka, w jakim kierunku należy drążyć przy kolejnych seansach, odkopując kolejne fabularne skarby, czyli elementy układanki, którą należy już sobie ułożyć samemu.

„Monument” początkowo kojarzył mi się z twórczością Yorgosa Lanthimosa, głównie za sprawą wielu zagadkowych wątków i nierealistycznych reakcji postaci na dziwaczne elementy, ale końcowy „twist” nadaje temu wszystkiemu sensu i wierzę, że całość na tym zyska przy kolejnym seansie. Gdy już wiadomo co się dzieje, na wszystkie te motywy patrzy się niczym na osobne opowieści skupione na czymś, co muszą sobie przepracować w głowie wszystkie postacie przed wyruszeniem w dalszą drogę. Ciężko napisać o tym filmie coś więcej, bez wkraczania na teren spoilerów, więc na razie muszę się zatrzymać. Po kolejnym seansie, czyli pewnie dopiero, gdy zostanie wydany na jakimś nośniku, bo nie spodziewam się tego zobaczyć w angielskich kinach, chciałbym jeszcze do filmu wrócić i już pogrzebać głębiej w jego fabule.


O „Wieży. Jasny dzień” reżyserka mówi, że chciała zrobić normalny film, który rozpada się w finale. I tak rzeczywiście jest. O tym, że jest to coś więcej, jak tylko rodzinny dramat zbudowany wokół komunijnych obrzędów, wiadomo już w zasadzie od samego początku. Zwiastują to pojedyncze nadnaturalne elementy i lekka groza oraz „dziwaczność” przeszywająca okazjonalnie nasze kości niczym niespodziewany powiew zimnego wiatru późnym latem. Im bliżej końca, tym mocniejsze ich oddziaływanie na strukturę i nastrój filmu, który zabiera nas w podróż do nowego świata, chociaż nie ruszamy się z domu nawet na kilometr. Stąd też dwa tytuły, które pojawiają się w oderwaniu od siebie na początku i końcu filmu. Kończymy z zupełnie innym filmem, jak zaczynaliśmy.

„Wieża. Jasny dzień” pozostawia o wiele więcej władzy w rękach widza, który może zupełnie dowolnie interpretować sobie to, co właśnie zobaczył i doszukiwać się sensu w tropach podsuniętych przez reżyserkę. Jest to bardziej frustrujące od „Monumentu”, który oferuje przynajmniej jakieś rozwiązanie zrozumiałe przez każdego przytomnego odbiorcę posiadającego chociaż garść funkcjonujących komórek mózgowych, ale należy spojrzeć na to jak zaproszenie do intelektualnej zabawy z zagadkowym filmem. Oczywiście trzeba lubić takie zabawy. Nie każdemu będzie się to podobać, bo kino ma być przecież zawsze zrozumiałe i niepozostawiające widza ze zbyt dużą ilością pytań piętrzących się w głowie po seansie. O! I ja takie podejście rozumiem, nie oceniam negatywnie takiej postawy, ale zarazem darzę dużym szacunkiem twórców, którzy mają własny pomysł na to, czym kino powinno być i konsekwentnie się tego trzymają. Zwłaszcza, gdy mają taki talent do dialogów, dyscyplinę w opowiadaniu niejasnych historii i kunszt w przelewaniu tych dziwnych pomysłów na język filmu, jak Jagoda Szelc. Nie przeszkadza też, że oba filmy są bardzo dobrze zagrane, szczególnie ten pierwszy, bardziej kameralny, skupiony na kilku postaciach, starannie więc obsadzony. „Monument” był w zasadzie pracą dyplomową studentów aktorstwa, postaci jest dużo, każdy młody artysta musiał dostać swoje pięć minut na ekranie, nie wszyscy wykorzystali to równie dobrze, ale na szczęście nikt nie pociągnął projektu w dół, w czym chyba zasługa reżyserki, która budowała postacie w oparciu o osobowości aktorów.

Fascynujące, pobudzające intelektualnie i niepozwalające o sobie zapomnieć filmy do których chce się wracać. I jak poświadczy chyba każdy, kto miał przyjemność słuchać ją na żywo, dokładnie to samo można powiedzieć o ich autorce. Już nie mogę się doczekać następnego filmu. I kolejnego spotkania z Jagodą Szelc.

środa, 8 sierpnia 2018

Legion - o finałowym odcinku drugiego sezonu


W końcu nadrobiłem ostatnie kilka odcinków drugiego sezonu „Legionu”. Świetne w przypadku tego serialu jest to, że docierając do końca sezonu składającego się z kilkunastu odcinków, nie odczuwałem już lekkiej ulgi, jak to ma w przypadku wielu współczesnych seriali (praktycznie każdy Marvel od czasu „Luke’a Cage’a”, zresztą drugiego sezonu tegoż dalej nie dokończyłem), wręcz przeciwnie, wciąż byłem zainteresowanym tym co oglądam. Twórcy „Legionu” konstruują sezony jak pokrętną podróż, która w finałowym rozdziale nadal skrywa przed odbiorcą kilka sekretów, a przede wszystkim ten najważniejszy – ciekawość tego, co się wydarzy przez ostatnie kilkadziesiąt minut.

Otwierająca ostatni odcinek telepatyczna bitwa to wizualna i koncepcyjna petarda, pomysłowo wykorzystująca piosenkę „Behind Blue Eyes”. Warto dodać, że (mając na uwadze kolejne kilkadziesiąt minut) dość znaczący jest tekst utworu. Kapitalny jest moment, gdy Farouk zaczyna śpiewać w swoim języku: KLIK

Ostatnie 20 minut natomiast… H-O-L-Y-S-H-I-T-! I właśnie tak się powinno kończyć sezony!

[Spoilery, jeżeli jeszcze macie wątpliwości].


Imponuje mi w jak ciekawy sposób twórcy prowadzą postać głównego bohatera i to w zasadzie od samego początku serialu. W finale sezonu zacząłem się zastanawiać, czy nie zostanie jednak potwierdzone to, co podejrzewałem już po pierwszych odcinkach pierwszego, że wszystko to ma miejsce w jego głowie, a większość postaci, o ile nie wszystkie, są wytworem jego chorego umysłu. Jest to przypuszczenie tym bardziej zasadne, że komiksowy Legion posiada kilkadziesiąt osobowości i każda z nich włada inną specjalną zdolnością. Samo imię Legion jest zresztą nawiązaniem do biblijnych demonów, które przyjęły to wspólne imię po opętaniu mieszkańca Gadary. Wolałbym żeby twórcy nie podążyli w przyszłości w takim kierunku, ale w sumie scenarzystów ten serial ma na tyle kreatywnych i błyskotliwych, że nawet taki wyświechtany twist fabularny mógłby zaowocować czymś ciekawym więc w sumie zdaję się w ich ręce.

Zostawmy jednak te gdybania i skupmy na tym, co już dostaliśmy, a otrzymaliśmy coś bardzo ciekawego. Dość szybko staje się jasne, że przyczyną apokaliptycznej przyszłości jest główny bohater. Nietrudno się tego domyślić z wyprzedzeniem, ale gdy zostaje już dosłownie wypowiedziane z ekranu to robi się naprawdę ciekawie. W przeciętnym serialu prowadziłoby do jakichś banalnych dylematów i prostego wniosku typu: nasza potencjalna przyszłość nie definiuje tego, kim jesteśmy teraz, potrzebujemy tylko więcej miłości i pracy nad sobą.

„Legion” nie jest banalnym serialem więc zamiast tego okazuje się być opowieścią o narodzinach łotra. Przewrotne w tym jest to, że główny bohater, a często także odbiorca, nie zdaje sobie z tego sprawy. David jest sympatycznym gościem, któremu się kibicuje, w czym równie duża zasługa Dana Stevensa, co scenarzystów, którzy podarowali mu skomplikowaną postać o trudnej historii. W przypadku Davida ciężko powiedzieć, co jest wynikiem choroby psychicznej, co efektem ingerencji Shadow Kinga, mieszającego mu w głowie praktycznie odkąd się narodził, a co (potencjalnie) okrutnej osobowości. Najciekawsze łotry to zazwyczaj postacie, które wedle własnego uznania są pozytywnymi bohaterami o szlachetnych intencjach, co często udaje im się zresztą wmówić również innym ludziom ( w tym, nierzadko, odbiorcom), szczególnie jeżeli nie można odmówić jakiejś racji temu, co ich motywuje.


David chce dobrze, on chciałby być tym dobrym, pragnie zostać bohaterem, ale został obarczony chorobą, która mu to uniemożliwia. Już na początku serialu rząd nerwowo przygląda się jego osobie, bo przecież jest w stanie zgładzić ludzkość bez większego problemu. Pod koniec pierwszego sezonu widzowie zostają trochę uspokojeni, że nie ma obawy, wszystko co złe w Davidzie wynikało z wpływu Shadow Kinga, on sam natomiast jest dobrym facetem i nie ma czego się obawiać. Po finałowych minutach drugiego sezonu, ostatnia wymiana zdań pomiędzy przyjaciółmi Davida przebiega tak: „co teraz?”, pyta jego kobieta, „modlimy się”, odpowiada facet, który obawiał się tego momentu od pierwszego spotkania z potężnym mutantem. Rzeczywiście, mają się czego obawiać, bo David udowodnił już, że posiada boskie zdolności i zaczyna już nawet porównywać siebie do Boga. Wszystko, czym w niego rzucili, żeby okiełznać jego moce, okazało się niewystarczające, pogorszyli tylko sprawę, utwierdzając go w przekonaniu o swojej przewadze względem reszty ludzkości.

Ostatni odcinek sezonu to prawdziwa rewolucja w prowadzeniu postaci, na swoje miejsce wskakują wszystkie klocki, którymi żonglowano przez kilkanaście odcinków, a do tego zostaje zakwestionowany wątek miłosny Davida i Sydney. Pojawia się bowiem wątpliwość, czy uczucie dziewczyny nie zostało jej narzucone (nieświadomie) przez potężny umysł bohatera, gdy ten jeszcze nie panował nad swoimi mocami. Nie zostaje to jednoznacznie wyjaśnione, ale nie byłby to ostatni raz, gdy David bawił się umysłem Syd. O jego upadku, jako postaci pozytywnej, dobitnie świadczy przecież moment modyfikacji wspomnień ukochanej. Nie dość, że próbuje wymazać niewygodne informacje z jej głowy i cofnąć ją do stanu emocjonalnego z okresu, gdy nie posiadała całej wiedzy o jego osobie, ale do tego próbuje jeszcze przejść nad tym do porządku dziennego i inicjuje zbliżenie intymne ze zmieszaną dziewczyną. Ona nie stawia się, bo przecież dlaczego miałaby to robić, ale widać, że jest zagubiona, coś ewidentnie nie gra, brakuje jakiejś informacji o świecie i partnerze, instynkt krzyczy, ale odurzony umysł milczy. Dopiero zawyje z rozpaczy, gdy Farouk ujawni prawdę o krzywdzie, jaką wyrządził jej partner, dowie się o pogwałconym zaufaniu, niemoralności jego czynu oraz późniejszych zachowań.

David zapewne chciał dobrze. Niewątpliwie sądził, że intencje ma szczere. Uważał, że zmazuje skutki sprytnych manipulacji Shadow Kinga i „naprawia” ukochaną. Wzorcowy przykład brukowania piekła dobrymi intencjami. Kompas moralny Davida praktycznie przestaje istnieć. On (jeszcze?) wprawdzie nie jest złoczyńcą, który zaraz poleci zniszczyć ludzkość, obłąkańczo się przy tym śmiejąc, ale jest czymś niewiele lepszym, szaleńcem, który zniszczy ludzkość przypadkiem, bo wydawało mu się, że czyni dobrze.


Jest to cholernie intrygujący punkt startowy dla nowego sezonu. Zgaduję, że twórcy będą dalej pogrywać z pokręconą psychiką bohatera, wciąż będzie sprzedawany jako sympatyczny facet niezrozumiany przez bliskich, ale też pewnie coraz śmielej zaczną prezentować mroczną stronę jego osobowości. Przypuszczam, że właśnie na konflikcie tych dwóch postaw zostanie zbudowany trzeci sezon. Swoje dorzuci też Lenny, zawsze wyciągająca z Davida wszystko to co najgorsze, ale wbrew jego ostatnim słowom to wątpliwe jest, że zupełnie zapomni o Syd.

Jedno jest jednak pewne, twórcy serialu nigdy nie zapewniają łatwych i przewidywalnych rozwiązań. Niewykluczone więc, że dokonają kolejnych rewolucji i podążą w jeszcze nowym kierunku, a moje przewidywania będzie można wyrzucić do kosza. I dobrze. Niech mnie dalej zaskakują. Ufam im. Czekam na więcej.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Córka trenera - recenzja


Ojciec i córka. Sezon wakacyjny. Krążą po kraju vanem, zaliczając kolejne hotele i pola kempingowe. Ona bierze udział w podrzędnych zawodach tenisowych walcząc o puchary gmin, regionów, województw. On ją trenuje, instruuje i strofuje. Wszystko poświęca karierze sportowej córki, problem w tym, że ona nie sprawia wrażenia przesadnie zainteresowanej tenisem.

„Córka trenera” to kino drogi. Opowieść o ojcu, który próbuje wyznaczyć życiową ścieżkę swojemu dziecku i ustawić kurs na „sukces”, a jednocześnie nadać sens własnej egzystencji i spożytkować jakoś posiadaną wiedzę. Historia o córce, która ma już dość, potrzebuje uwolnić się z kieratu narzucanego przez ojca, zbuntować się, tupnąć nogą i porobić coś głupiego, wypić piwo z kolegą, poobijać się rano w łóżku, zakochać w jakimś pretensjonalnym gościu, w skrócie: pobyć nastolatką. Jest to pocztówka z miejsc w Polsce, które nie zasługują na pocztówkę. Podróż po zadupiach, które równie często koją oczy odcieniami zieleni, co ranią je widokiem porzuconych ruin i wulgaryzmów nabazgranych na murach.

Jest to też popisówa aktorska. O tym, że Jacek Braciak wielkim aktorem jest, nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Najwyższy był już więc czas żeby w końcu ktoś powierzył mu główną rolę. W roli surowego ojca dostarcza na każdym poziomie, gdy jest zabawny, czuły, opiekuńczy, ale też podczas napadów furii, gdy robi z siebie głupka swoją upartością i zawziętością oraz wywoływaniem kolejnych niepotrzebnych sprzeczek. Partnerująca mu Karolina Bruchnicka, debiutująca w pełnometrażowym filmie, nie odstaje, choć nie miała łatwo, bo Wiktoria nie została napisana jako typowa zbuntowana nastolatka. Jest osobą cichą, spokojną, operującą krótkimi ripostami i komentarzami, na błazeństwa ojca patrzącą ze starannie skrywaną drwiną czającą się w oczach. Bunt Wiktorii jest taki jak bohaterka, dojrzewa powoli w jej głowie i atakuje znienacka, ale zdecydowanie. Dobra rola, wyważona, mało efekciarska, ale spełniająca swoje zadanie.

Łukasz Grzegorzek (pojawiający się też w niewielkiej roli) zgrabnie buduje lekki klimat historii, nie popada przy tym w nużące banały, za to zręcznie wyłuskuje humorystyczne elementy z codzienności bohaterów, sprawnie buduje i rozwija relacje pomiędzy nimi, a całość doprawia ładnymi scenami ćwiczeń i starć na kortach tenisowych ilustrowanych nerwowymi solówkami na skrzypcach.

Film bywa jednak nierówny, szczególnie w pierwszych minutach, gdy w dialogach pomiędzy parą głównych bohaterów trafiają się fałszywe nuty. Coś tam zgrzytało, ale najwyraźniej wymagało tylko odpowiedniego naoliwienia, bo im dalej w historię tym mniej powodów do narzekań. Nie wiem, czy rzeczywiście tamte sceny były nakręcone jako pierwsze, ale najwyraźniej Braciak, Bruchnicka i Grzegorzek musieli się ze sobą najpierw nieco oswoić na planie zanim byli gotowi na zbudowanie przekonującej relacji na ekranie.

Udało się, bo film pozostawia po sobie tylko i wyłącznie pozytywne wrażenia.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Nowe Horyzonty 2018: Filmy, które warto zobaczyć


Za półtora tygodnia rusza kolejna edycja festiwalu Nowe Horyzonty. Już -nasty raz (straciłem rachubę) biorę w nim udział. Program jak zwykle jest wypchany po brzegi dobrymi filmami. Wiem co mówię, wiele z nich miałem okazję zobaczyć podczas tegorocznego (i zeszłorocznego) festiwalu w Cannes. Wzorem ubiegłych lat, ułożyłem listę filmów, które warto zobaczyć. Mam nadzieję, że pomoże to nieco podczas trudnych wyborów dokonywanych przy festiwalowym programie.


FILMY, KTÓRE TRZEBA ZOBACZYĆ:


Najczystszy jest popiół (reż. Jia Zhang-ke)

Gdyby ode mnie zależało do kogo miałaby w tym roku trafić Złota Palma to niełatwego wyboru dokonywałbym pomiędzy dwoma tytułami, oba widziałem zresztą tego samego dnia, jeden był pierwszym porannym seansem („Zimna wojna”), drugi natomiast był ostatnim wieczornym pokazem („Najczystszy jest popiół”). Z obu wyszedłem równie zachwycony, aczkolwiek z różnych powodów. Są to filmy równie podobne, co różne. Oba opowiadają historie rozciągnięte w czasie na kilkanaście lat i robią przy tym znaczne przeskoki, pokazując tylko epizody z życia bohaterów, ale podczas gdy Paweł Pawlikowski mógłby swój film spokojnie zamknąć w godzinnej projekcji, tak Jia Zhang-ke z trudnością wyrabia się w 150 minutach.

Opowieść w filmie „Najczystszy jest popiół” zaczyna się niepozornie, ale rozrasta się niesamowicie i nie sposób przewidzieć, gdzie zabierze bohaterów po godzinie, a gdzie ich odnajdziemy po kolejnych 30 minutach. W zasadzie to dalej nie jesteśmy pewni, jak to się wszystko zakończy na kilkanaście minut przed końcem filmu, bo do tego czasu mieliśmy już kilka momentów, które sprawiały wrażenie finału. Niesamowity jest scenariusz w tym filmie, bogaty, wielowątkowy i nieprzewidywalny, pięknie został przeniesiony na ekran przez reżysera i odegrany przez aktorów, oferuje kilka zapadających w pamięci scen, jak starcie z konkurencyjnym gangiem w środku miasta, ale przede wszystkim to wciąga i absorbuje uwagę odbiorcy samą historią. 



Dogman (reż. Matteo Garrone)

Wspomniałem wyżej, że Złotą Palmę rozdałbym pomiędzy dwoma filmami. Nie obraziłbym się jednak, gdyby trafiła w ręce Matteo Garrone. „Dogman” oferuje najlepsze elementy „Gomorry” porzucając jednocześnie usypiające tempo narracji. Jest to mroczna, ponura, chwilami brutalna opowieść o miejscu w którym nie chciałbym spędzić nawet godziny. Miejscowa zabudowa, składająca się z rozsypujących się starych budynków, przypomina postapokaliptyczną scenografię. Rozległy, praktycznie wymarły plac, będący areną wielu wydarzeń w filmie, jest niczym z westernu. Wszechobecny brud, szarzyzna i bogate pokłady błota pojawiające się po każdym deszczu, przypominają natomiast o tym, że istnieją na zachodzie miejsca, które szerokim łukiem obchodziłby nawet największy drab ze Śląska.

Garrone nie pędzi do przodu, spokojnie wgryza się w realia tego świata, pokazując nam codzienność głównego bohatera (świetna rola Marcello Fonte, nagrodzonego w Cannes) i mnożąc przykłady kolejnych zbójeckich zachowań miejscowego bandyty o imieniu Simone (Edoardo Pesce). Nie jest to jednak kino ślamazarne, dzieje się tutaj sporo, tempo jest wartkie, klimat budowany wzorcowo, a postacie starannie rozbudowywane. Mój ulubiony film Matteo Garrone.



Fokstrot (reż. Samuel Maoz)

Rewelacja zeszłorocznego festiwalu w Wenecji. Izraelski film kilkukrotnie zmienia klimat i ciężar historii, ale konsekwentnie zmierza ku najważniejszemu – opowiedzeniu o realiach życia we współczesnym Izraelu, miejscu stojącym w rozkroku pomiędzy wojną, a pokojem. Film składa się z trzech segmentów. Pierwszy opowiada o rodzicach zdruzgotanych informacją o śmierci syna, który zginął na służbie. Maoz wnikliwie, ale też czule, z empatią, przygląda się rodzinnej tragedii i sfrustrowanemu ojcu, który próbuje odnaleźć w tym jakiś sens i nie oszaleć w kontakcie z wojskowymi przepisami. Nie pomaga, że skrywa własne traumy i wstydliwe wspomnienia z czasu służby. Drugi segment skręca w bardziej surrealne i absurdalne rejony, gdy śledzimy znudzonych żołnierzy spędzających w swoim towarzystwie długie godziny na posterunku położonym pośrodku pustyni. Maoz potrafi jednak postawić ich, a także odbiorcę, do pionu i przypomnieć, jak łatwo ich rutyna może przerodzić się w koszmar. O trzecim segmencie najlepiej nie pisać zbyt wiele, żeby niczego nie zdradzić, stanowi wprawdzie najsłabszy element filmu, ale jest bardzo istotny, bo wyjaśnia znaczenie tytułu filmu, a także dostarcza istotnych informacji o całej rodzinie.

„Fokstrot” to kino niebanalne, nieoferujące łatwych rozwiązań fabularnych i sympatycznych bohaterów, co jednak nie przeszkadza we współczuciu im, gdy muszą zmagać się z żałobą, ale też zrozumieniu ich, gdy pozwalają sobie odpocząć od niej. A scena tańca z karabinem maszynowym to jeden z najbardziej zapadających w pamięci obrazów z zeszłorocznych filmów.



Fuga (reż. Agnieszka Smoczyńska)

Zwolennicy „Córek dancingu” mogą być rozczarowani, bo nie jest to równie wariacka opowieść. Zarówno w formie, jak i treści, jest to kino stonowane, chłodne, ale jest to też dzieło o wiele dojrzalsze, ciekawsze, szczersze na poziomie emocjonalnym. „Fuga” to kino kameralne, opowiadające o schorzeniu zwanym fugą dysocjacyjną, czyli specyficznemu rodzajowi amnezji. Osoba dotknięta tym całkowicie zapomina o wszystkim czego doświadczyła, stając się praktycznie nowym człowiekiem. Główna bohaterka, grana przez Gabrielę Muskałę (autorkę scenariusza), musi się skonfrontować ze swoją przeszłością zanim będzie gotowa odnaleźć się w nowej sytuacji i zdecydować o tym, jaką będzie teraz matką i żoną, albo raczej – czy zechce ponowne wcielić się w te role.

Jest to fascynujący proces, ogląda się go z zaintrygowaniem, bo relacje pomiędzy bohaterami są nieoczywiste. Ona jest rozdrażniona tym, że musi odgrywać jakąś kobietę, która jest jej obca. Rodzina podchodzi do niej i jej schorzenia z dystansem, jakby nie do końca wierząc w niecodzienny problem niegdyś bliskiej im kobiety. Jest to odważna i dobra rola Muskały, wymagająca obnażenia zarówno cielesnego, jak i emocjonalnego, całe szczęście więc, że miała oparcie w solidnej kreacji Łukasza Simlata i reżyserce, która pewną ręką prowadziła ich postacie.



Granica (reż. Ali Abbasi)

Im mniejsza wiedza o tegorocznym zwycięzcy canneńskiej sekcji Un Certain Regard przed seansem tym lepiej dla widza. Z drugiej strony twist, który przygotował nam szwedzki reżyser, jest z gatunku tych karkołomnych pomysłów fabularnych, którymi zachęca się znajomych do zobaczenia filmu. I zapewne ten spoiler będzie krążyć po festiwalowych korytarzach i salach kinowych już po pierwszym pokazie. Opis fabuły zacznę więc od nudnych informacji podstawowych, a w następnym akapicie dodam bardziej ekscytujące elementy spoilerowe. Jeżeli nie chcecie wiedzieć zbyt wiele, nie rozpędzajcie się przy czytaniu.

Tina jest celniczką, która zatrzymuje wedle uznania ludzi schodzących z promu. Jedno rzuca się od razu w oczu – kobieta jest brzydka jak dworzec główny w Zgorzelcu. Drugą rzeczą, która szybko rzuca się w oczy, jest nadzwyczaj wyczulony węch Tiny. Bohaterka potrafi wyniuchać na odległość, gdy ktoś się stresuje, bo próbuje właśnie przemycić jakieś niedozwolone towary przez granicę. Tina mieszka w lesie i ma bardzo bliski kontakt z naturą. Wprawdzie psy zachowują się w jej obecności agresywnie i są nadpobudliwe, ale cała reszta leśnej fauny lgnie do niej. Bohaterka chętnie też zażywa nagich kąpieli na łonie natury. Pewnego dnia z promu schodzi mężczyzna, który sprawia, że zmysły Tiny wariują. Nie potrafi wytłumaczyć, co z nim jest nie tak, ale z całą pewnością nie jest to zwykły pasażer przekraczający granicę. Vore jest paskudny, dziki, pewny siebie i zafascynowany bohaterką. Nie jest to ich ostatnie spotkanie.

Uwaga, spoilery. I tutaj zaczyna się robić ciekawie, bo wprawdzie Vore nie zdradza tego od razu, powoli nawiązując relację z Tiną, ale w końcu zrzuca prawdziwą bombę – oboje są trollami. Od tego momentu fabuła robi się już tylko coraz bardziej szalona, bo Vore skrywa jeszcze niejeden mocny sekret, ale niczego więcej już nie zdradzę, bo warto tego doświadczyć samemu. I tak, jest w filmie scena z trollami uprawiającymi seks. Nie, nie jesteście w stanie sobie tego wyobrazić, ale uwierzcie mi, szczegóły tego weżrą się trwale w mózg.



Dom, który zbudował Jack (reż. Lars von Trier)

Sporo zostało już powiedziane o przemocy w tym filmie (z premierowego pokazu w Cannes wyszło 100 osób), jeszcze więcej zostanie napisane przez kolejnych kilka miesięcy, gdy zacznie docierać do nowych odbiorców. Reżyser nie ma litości, nie szczędzi widzowi widoku zmiażdżonych głów, odciętych piersi i maltretowanych zwierząt. Sceną, która „słabsze ogniwa” ostatecznie popchnie do opuszczenia sali kinowej, jest moment, gdy w filmie pojawia się matka z dwójką małych dzieci…

Błędnym byłoby jednak założenie, że pomysł reżysera na film „Dom, który zbudował Jack” ograniczył się do szokowania przemocą. Jest to projekt bardzo pomysłowy, skręcający w nieoczywistym kierunku w finale, a chociaż długość projekcji dochodzi do 150 minut to nawet przez moment nie odczuwałem zmęczenia i zniecierpliwienia. Ciągle się tutaj coś dzieje, zarówno na poziomie formy, jak i treści. Lars żongluje retrospekcjami, wstawia bohatera w sekwencje delikatnie burzące czwartą ścianę, bo stawiające go w roli ozdobnika formalnego uzupełniającego przekazywane informacje, a do tego pompuje do historii dużo humoru, oczywiście zazwyczaj równie czarnego, co jego serce.

Jest to więc film niewątpliwie testujący odbiorców, sprawdzający granice ich smaku oraz wrażliwości, ale czy spodziewaliśmy się czegoś innego po Larsie von Trierze?



Shoplifters (reż. Hirokazu Koreeda)

Hirokazu Koreeda poświęcił sporą część kariery na przyglądanie się japońskiej rodzinie, zazwyczaj opowiadając o niej w sposób ciepły, stonowany, ale nie unikając przy tym trudnych tematów. Pierwszą Złotą Palmę dostał cztery lata temu za film „Jak ojciec i syn”, w którym się zastanawiał, czy ważniejsza w relacji rodzic-dziecko jest wspólnota krwi i genów, czy też jednak kilkuletnia historia wzajemnych relacji i doświadczeń. Drugą Złotą Palmę zgarnął za film, który zgłębia to zagadnienie i zastanawia się, czy rodzinę czyni jedynie więź krwi, czy też mogą to być również okoliczności, podobne życiowe cele i trochę też przypadkowość losu. „Shoplifters” to kolejny w jego dorobku ciepły i spokojny w tonie, obraz japońskich realiów, a przynajmniej takie sprawa początkowe wrażenie, bo później okazuje się, że reżyser przygotował kilka małych zaskoczeń fabularnych (szczególnie jeżeli widz dał się uśpić niespiesznemu rytmowi filmu). Koreeda trochę żartuje, nieco wzrusza, i zadaje przy okazji garść niewygodnych pytań, nie udzielając na nie jednak łatwych odpowiedzi.



Girl (reż. Lukas Dhont)

15-letnia Lara marzy o karierze baleriny. Pracuje bardzo ciężko nad tym, żeby nie tylko się dostać do prestiżowej szkoły baletowej, ale też utrzymać tam. Nie jest łatwo, bo ogranicza ją własne ciało. Lara urodziła się jako chłopiec, niecierpliwie wyczekuje operacji zmiany płci, ale to jeszcze odległa przyszłość, zresztą nie zmieni to budowy jej ciała, a to niestety jest nieprzystosowane do bolesnych treningów balerin. Lara nie poddaje się jednak, cierpi, krwawi, krzywi się, ale nie odpuszcza, goni za snem.

„Girl” to subtelna i empatyczna opowieść, uważnie przyglądająca się niuansom życia bohaterki, jej interakcjom z innymi ludźmi, czasem skażonych bezmyślnym okrucieństwem, a częściej brakiem zrozumienia i taktu, a także jej desperackim gestom, nieco autodestrukcyjnej naturze i wrażliwej psychice Lary.



Jeszcze dzień życia (reż. Damian Nenow, Raúl de la Fuente)

Międzynarodowa koprodukcja zrealizowana przez Platige Image, Kanaki Films,Walking the Dog, Animationfabrik, Puppetworks oraz Wueste Film. Za reżyserię odpowiadał student łódzkiej filmówki (Damian Nenow) oraz Hiszpan (Raúl de la Fuente). Historia opiera się na wspomnieniach Ryszarda Kapuścińskiego uwiecznionych w książce „Jeszcze dzień życia”, będącej zapisem wydarzeń z ostatnich miesięcy wojny domowej w Angoli w połowie lat 70. Jest to połączenie animacji, tradycyjnego filmu, archiwalnych nagrań oraz współczesnych wywiadów z uczestnikami tamtych wydarzeń.

„Jeszcze dzień życia” to chwilami bardzo efekciarski, ale nigdy tandetny, animowany dokument, który wygląda bardzo estetycznie, ciesząc oczy animacjami kojarzącymi się nieco z produkcjami studia Telltale Games. Jest to przy tym wciągająca opowieść o dziennikarzu goniącym za tematem w kraju owładniętym przemocą, wypuszczającym się w rejony, gdzie śmierć czai się za każdym rogiem. Interesujący, pomysłowy wizualnie i bardzo ładny dokument o niespokojnym duchu, którego nie ograniczał strach o swoje życie, bo silniejszy był głód przygody i nieskończona ciekawość świata.


FILMY, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ:



Lato (reż. Kirył Serebrennikow)

Bohaterem opartej na faktach historii jest sowiecki bard, Wiktor Coj, lider zespołu Kino, ważny twórca dla rosyjskiego alternatywnego rocka z lat 80. „Lato” jest ciasno opatulone płaszczem nostalgii. Kirył Serebrennikow (autor znakomitego „Ucznia”) składa laurkę czasom swojej młodości, egzystencji wprawdzie pod butem władzy, ale w społeczności podobnych mu pasjonatów rocka, punka i pokrewnych gatunków. Mnoży więc sceny imprez, grupowych kąpieli na golasa w morzu, skakania przez ognisko (oczywiście też na golasa) i ogólnie skupia większość uwagi na portretowaniu wspólnego spędzania czasu, rozmów o życiu, miłości, rodzinie, no i przede wszystkim o piosenkach, artystach, zespołach oraz ulubionych albumach.

„Lato” to film czarno-biały, ale jego autor nie trzyma się niewolniczo tej formy, w scenach fantazji kolorując poszczególne elementy obrazu albo całe klatki, czasem też dodając do tego proste animacje. Wspomniane sceny fantazji stanowią furtkę dla reżysera przez którą wprowadza do filmu sceny musicalowe. Skupiony na rosyjskiej muzyce (inspirowanej artystami zachodnimi) film przeradza się wtedy w pełnoprawny musical z coverami klasyków angielskojęzycznego rocka i punka (T.Rex, Talking Heads, Iggy Pop, Lou Reed). Oczywiście śpiewanych z rosyjskim akcentem, co ma swój dodatkowy urok. Film nie jest bez wad, czasem sprawia wrażenie opowieści odrobinę rozwleczonej i powtarzającej się jak zdarta płyta, a tempo bywa nierówne. W zamian oferuje jednak orzeźwiającą dawkę energii, celebrując młodość i pasję do muzyki.



Climax (reż. Gaspar Noé)

Absolutnie nic się nie zmieniło, Gaspar Noé ma niezmiennie narąbane we łbie. „Climax” otwiera ostatnia scena filmu. Po minucie pojawia się informacja, że wydarzenia, które właśnie zobaczyliśmy, były oparte na faktach. I wchodzą napisy końcowe. Jakąś godzinę później zobaczymy napisy początkowe, które poprzedzą eksplozję chaosu i psychozy na ekranie. Głośniki zaczną wtedy pulsować elektroniczną muzyką z lat 90. (Aphex Twin, Daft Punk), kamera popłynie pijackim rejsem, ustawiając się pod dziwnymi kątami, a czasem nawet do góry nogami, zgaśnie też oświetlenie i zapalą się czerwone światła. Witajcie w podróży przez piekło, naszym kapitanem jest Gaspar Noé.

W „Climax” fabuła praktycznie nie istnieje. Wszystko czego się dowiadujemy stanowi tylko potrzebny pretekst do podjęcia narkotycznej podróży pełnej krzyku, krwi, sangrii, spalenizny i różnych płynów ustrojowych. Noé uwielbia takie psychotyczne jazdy, tym razem jednak rezygnuje ze stroboskopowych świateł i kolorystyki symulującej kwasowy odlot. Zamiast tego stawia widza w roli świadka wydarzeń, oniemiałego obserwatora, który nie zawsze jest pewien, co się dzieje na ekranie, ale przez cały czas patrzy na to wszystko z niemałą fascynacją.



The Rider (reż. Chloé Zhao)

Debiutancki film Chloé Zhao („Songs My Brothers Taught Me”) opowiadał o współczesnych Siuksach żyjących w rezerwacie położonym w Południowej Dakocie. Bohaterem nowego jest kowboj, gwiazda lokalnego rodeo, specjalizujący się w ujeżdżaniu narowistych koni. Nieszczęśliwy upadek na ziemię, podczas jednego z występów, wysyła go prosto na stół operacyjny. Poważny uraz głowy sprawia, że musi na jakiś czas zapomnieć o udziale w niebezpiecznym show. Zdrowy rozsądek podpowiada, a lekarze temu wtórują, że powinien już na dobre zrezygnować z kariery w rodeo i jazdy na koniach, bo kolejny uraz głowy może być jego ostatnim. Młody mężczyzna, którego definiują jego dokonania na arenie, nie jest w stanie tego zaakceptować.
„The Rider” to powolne kino, skupione na niuansach, skrawkach życia, ludzkiej niedoli i drobnych radościach. Jest to film, który wymaga cierpliwości, ale w pewnym momencie autentycznie chwyta za serducho i już do końca seansu nie puszcza, przykuwając widza do ekranu. Magia następuje, gdy główny bohater przestaje rozpamiętywać przeszłość i dawne sukcesy, a historia skupia się na jego pracy na ranczu, samotnym przemierzaniu pustkowi rozświetlonych delikatnym popołudniowym słońcem, interakcjach ze zwierzętami, a przede wszystkim – oswajaniu dzikich koni. Reżyserka jest zakochana w całym procesie, powolnym zdobywaniu zaufania zwierzęcia, stopniowym łamaniu jego dzikiej natury i przyzwyczajaniu konia do ciężaru ciała ujeżdżającego go człowieka. Ogląda się to z fascynacją i zauroczeniem. Coś dzikiego, nieufnego, przestraszonego, staje się przyjacielskie, oswojone, spokojne, zsynchronizowane z człowiekiem. Piękny film.



Tajemnice Silver Lake (reż. David Robert Mitchell)

Ciekawy przypadek. Film miał premierę na festiwalu w Cannes. Na świecie do dystrybucji kinowej miał trafić kilka tygodni później. W Polsce pod koniec sierpnia. Nagle a24 wstrzymało premierę i postanowiło (razem z reżyserem) przenieść ją na koniec roku i wykorzystać ten czas na przemontowanie filmu. Polska premiera również została przesunięta na koniec września, ale nie zdziwiłbym się, gdyby doszło do dalszej obsuwy jeżeli Gutek Film będzie musiało czekać na nową wersję filmu. W związku z tym - na Nowych Horyzontach będziecie mieli prawdopodobnie ostatnią okazję zobaczenia tego filmu w pierwotnej formie! A warto go zobaczyć.

Nowy film Davida Roberta Mitchella („It follows”) to opowieść noir skąpana w promieniach kalifornijskiego słońca, wypełniona kobietami fatalnymi, paranoikami, oszołomami, a pośrodku tego jest on, Sam (Andrew Garfield). Nieco naiwny, trochę zakręcony, bumelant, ale potrafi z determinacją dążyć do wyznaczonego celu, czasem nie dowierza w to co widzi, a często zaskakująco łatwo akceptuje absurdalność rzeczy z którymi przyszło mu się zmierzyć. „Tajemnice Silver Lake” to kino surrealistyczne, nie jest to jednak obłęd na pełnych obrotach, Mitchell przemyca elementy oderwane od rzeczywistości dość niepozornie, ale konsekwentnie. Szybko trzeba zaakceptować, że nie jest to historia, która będzie miało dużo sensu podczas pierwszego seansu. Należy porzucić potrzebę logicznych rozwiązań fabularnych, poddać się rytmowi historii i zaufać twórcy, że pod koniec zaoferuje jakieś rozwiązanie, które nie pozostawi odbiorcę z jeszcze większą ilością pytań.

„Under The Silver Lake” cieszy oczy zdjęciami, historia jest nieco zbyt rozwleczona (140 minut, które zostaną pewnie teraz przycięte) przez liczne wątki poboczne, ale w kolejne sceny wchodzi się z zaciekawieniem tym, co z nich wyniknie. Andrew Garfield świetnie się odnajduje w tym nieco wariackim świecie, umiejętnie sprzedając pewną niezgrabność bohatera jako element uroku osobistego, a nie denerwującą pierdołowatość. W scenariuszu pojawiają się absurdalne teorie spiskowe oraz rozwiązania fabularne, ale Mitchell wychodzi z tego obronną ręką, sprzedając je bez zadęcia, subtelnie puszczając do widza oko, dając do zrozumienia, że tylko robi sobie jaja i nie należy traktować tej historii zbyt poważnie.




Czarne bractwo. BlacKkKlansman (reż. Spike Lee)
Arktyka (reż. Joe Penna)
Kafarnaum (reż. Nadine Labaki)

I jeszcze krótko o trzech filmach, o których nie mam niestety zbyt wiele do napisania, ale zdecydowanie warto je zobaczyć.

„BlacKkKlansman” to najlepszy film Spike’a Lee od lat, zabawny, interesujący, dobrze zagrany, ale reżyser często prezentuje subtelność hipopotama, gdy zabiera się za kwestie rasowe, a zwłaszcza polityczne. Szczególnie, gdy w oczywisty sposób nawiązuje (albo raczej drwi sobie) w dialogach do Donalda Trumpa. Z drugiej strony ciężko mu się dziwić, że podnosi larum i wskazuje palcem na konkretne osoby. Ostatnie minuty filmu dość dobitnie pokazują, że sytuacja w Ameryce jest jeszcze daleka od ideału...

„Arktyka”, czyli Mads Mikkelsen przemierza śnieżne pustkowia i próbuje nie zamarznąć na śmierć. Fajne kino survivalowe o sprytnym, rezolutnym, metodycznym bohaterze. Szkoda, że scenarzysta czasem zmusza go do zachowywania się wbrew swojej naturze (oraz inteligencji) i robienia idiotyzmów podporządkowanych taniemu dramatyzmowi.



„Kafarnaum” warto zobaczyć przede wszystkim dla fantastycznych ról dziecięcych. Osoby wrażliwe będą niewątpliwie pokątnie ocierać łzy podczas śledzenie losów młodych mieszkańców Bejrutu, którzy próbują jakoś przeżyć na ulicach miasta, mając problem z uzyskaniem jakiejkolwiek pomocy od władz, bo oficjalnie nie istnieją (rodzice w wielodzietnych biednych rodzinach nie rejestrują narodzin kolejnych dzieci żeby oszczędzić pieniądze). Sfrustrowany 12-letni Zain w końcu pozywa swoich rodziców, oskarżając ich o nieodpowiedzialne sprowadzenie go na ten smutny świat.

I to tyle, ponad 20 tysięcy znaków, w sumie jakieś 3 tysiące słów, i dwa dni roboty, żeby zachęcić do obejrzenia 16 interesujących filmów. Mam nadzieję, że znajdziecie tutaj coś dla siebie i dokonacie później jeszcze kilku własnych ekscytujących odkryć podczas festiwalu. Bawcie się dobrze, ja z całą pewnością będę.

niedziela, 8 lipca 2018

The First Purge (Pierwsza noc oczyszczenia) - recenzja


Pierwszą „Noc oczyszczenia” uważam za najgłupszy film roku 2013. Historia zakładała, że w przeciągu najbliższych kilku lat Stany Zjednoczone wprowadzą prawo zezwalające na coroczny dzień dwunastogodzinnej totalnej samowolki na ulicach – gwałty, pobicia, morderstwa, co komu się zamarzy. Scenarzysta starał się nam wmówić, że w związku z tym przez pozostałe dni roku przestępczość spadnie do wartości marginalnej, bezrobocie zaniknie, kryzys finansowy się zakończy i nastąpi ogólna sielanka, miłość, przyjaźń, muzyka, God bless America. Jak ten poroniony pomysł miałby przyczynić się do tak znacznej poprawy sytuacji? Tego James DeMonaco już nie raczył wytłumaczyć. POPRAWIA I JUŻ!

Bez odpowiedzi pozostawało wiele innych logicznych pytań. Jakim cudem takie prawo w ogóle weszło w życie w tak krótkim czasie? Co na to opinia międzynarodowa? Co niby powstrzymuje ludzi przed popełnianiem przestępstw przez resztę roku? Jakim ilorazem inteligencji może się pochwalić scenarzysta? A to był tylko początek filmu. Później był już tylko coraz bardziej głupi. Główny bohater, czołowy sprzedawca zabezpieczeń instalowanych z myślą o tytułowych corocznych Oczyszczeniach, miał najgorzej strzeżony dom w historii kina. Banda zwyrodniałych przybłęd potrafiła w przeciągu kilku minut odciąć go od źródła energii (gdzie zapasowe źródło zasilania?). Włamanie do samego domu było natomiast tak dziecinnie proste, że nieporadna próba budowania przez reżysera napięcia u odbiorcy była chyba jedyną przyczyną zwlekania z tym.


O dziwo, ten sam twórca stworzył później dwie kolejne części, które niekoniecznie były mądrzejsze, ale oglądało się je o wiele przyjemniej. DeMonaco najwyraźniej puknął się mocno w głowę i zrozumiał, że klucz do ewentualnego sukcesu serii leży w jej b-klasowej naturze, którą tak usilnie, a przy tym żenująco nieumiejętnie, próbował maskować w poprzednim filmie. Dwójka była więc solidnym i dość wciągającym kinem akcji z bardzo fajną rolą Franka Grillo. Trójka natomiast to już było kino bezwstydnie pulpowe, przesadzone, przeszarżowane aktorsko, ale dobrze się to oglądało, bo było widać, że włożono w ten film sporo serca i kreatywnej energii.

Niczego z tego nie ma w najnowszym filmie, „Pierwszej nocy oczyszczenia”, pierwszym niewyreżyserowanym przez DeMonaco (ale opartym na scenariuszu jego autorstwa). Historia ma jeden interesujący element – skupia się na czarnoskórej społeczności ze Staten Island. I na tym się kończą zalety, bo DeMonaco jest w stanie wykrzesać z siebie jedynie schematyczne i stereotypowe pomysły fabularne, które próbuje spiąć ideologiczną klamrą subtelną jak makijaż Dody. Scenariusz jakimś cudem wciąż odnajduje kolejne pokłady głupoty. gdy już zdaje się, że jego autor w końcu zdołał dokopać się do samego dnia. Ten film jest głupi i tandetny na tak wielu poziomach, że jest to na swój sposób imponujące. W pewnym momencie do roli głównego bohatera urasta lider miejscowego gangu, którego film próbuje sprzedać jako całkiem sympatycznego gościa, zatroskanego o los osiedla, byłą dziewczynę, jej rodzinę oraz swoich ziomków z ekipy trzęsącej dzielnią. Pewnie na tym etapie historii powinniśmy już - zdaniem twórców - zapomnieć, że jest pijawką żerującą na lokalnej społeczności, stanowiącą przyczynę wielu tragedii oraz źródło finansowania nieletnich sprzedających na ulicy narkotyki i zacząć mu kibicować.

W sumie to chyba nie mamy wyjścia, bo na drodze gangusa z krwawiącym serduszkiem ustawia się w pewnym momencie [SPOILER, moim zdaniem można czytać dalej, bo fabuła jest kretyńska, a jej rozwój nieistotny dla „przyjemności” podczas seansu, ale dla przyzwoitości ostrzegam, że do końca akapitu - SPOILERY] białych nacjonalistów biegających w (lekko zmodyfikowanych) prześcieradłach KKK i wdziankach stanowiących krzyżówkę nazistowskiej stylówy ze strojem Pokraka z „Pulp Fiction”. I byłoby to nawet interesujące, a nawet dość odważne, gdyby rzeczywiście białe rasistowskie śmiecie postanowiły wykorzystać okazję żeby zrobić wjazd do czarnej dzielnicy i bezkarnie powystrzelać mieszkańców. Ponieważ jednak DeMonaco brzydzi się interesującymi, odważnymi scenariuszami, szybko okazuje się, że tak naprawdę są to tylko przebrani najemnicy, których opłacił amerykański rząd. Rozumiecie, bo to była tylko taka subtelna analogia do obecnej prezydentury i ostrzeżenie przed kierunkiem w jakim podąża świat, aż dziwne, że jakiś trep z łysiną przykrytą tupecikiem nie wystrzelał w filmie czarnoskórych dzieci z sierocińca. Przecież to by dopiero mogło naprawdę otworzyć ludziom oczy!


Logika tutaj nie istnieje, film wzbija się na wyżyny absurdu, gdy gangsterzy zaczynają wymachiwać siekierami i nożami niczym waleczni mnisi z zakonu Shaolin, a widz kiśnie z żenady, gdy sięgają po karabiny i w podniosłym nastroju decydują się walczyć o swoją dzielnię i zwykłych szaraków z osiedla. Postacie zachowują się chwilami przerażająco kretyńsko, pchają się w dziwne miejsca, co pewnie miało generować napięcie, ale jedynie irytuje i nuży, bo im bliżej byłem końca historii, tym częściej zerkałem na zegarek. Początek natomiast był tak źle zagrany, napisany i zrealizowany, że sprawiał wrażenie amatorskiej produkcji zrobionej przez fanów, którzy dla żartu opowiedzieli o przygotowaniach do pierwszej Nocy Oczyszczenia.

„Pierwsza noc oczyszczenia” to film zły, a nawet bardzo zły, żarliwie dokopujący się do kolejnych warstw mułu, błota i śmieci. Miejmy nadzieję, że twórcy darują już sobie dalsze prace wykopaliskowe i pozwolą w końcu tej serii skonać w spokoju.