niedziela, 13 stycznia 2019

ZGNIŁE PARÓWY 2018, czyli największe rozczarowania i traumy filmowe ubiegłego roku.


Wzorem ubiegłego roku, oprócz tych najlepszych, postanowiłem ponownie „wyróżnić” również najgorsze filmy jakie widziałem w kinie w ubiegłym roku. Muszę przyznać, że tym razem obawiałem się, czy uda mi się w ogóle skompletować jakąś dłuższą listę. Nie widziałem jakoś specjalnie wiele złych filmów (co głównie wynikało z tego, że często nie chciało mi się zebrać do kina na produkcje, które zapowiadały się na nużące przeciętniaki), a nie zamierzałem wrzucać tutaj czegoś na siłę. Po przejrzeniu na Filmwebie wszystkich filmów ocenionych w zeszłym roku znalazłem jednak dziewięciu „wspaniałych” i dorzuciłem do tego jedną bonusową pozycję z Netfliksa. Warto zaznaczyć, że nie mieszkam w Polsce więc nie miałem okazji zobaczyć żadnej polskiej komedii romantycznej, co niewątpliwie wpłynęłoby znacząco na liczbę tytułów na poniższej liście. Nie zdołałem się też zebrać pod koniec roku na takie filmy jak „Zabójcze maszyny” i „Robin Hood: Początek”, które szybko zniknęły z kinowego repertuary, a pewnie trafiłyby do poniższej listy. Nawet nie próbowałem natomiast zobaczyć „Slender Mana”, bo wiedziałem, że tylko bym się niepotrzebnie irytował podczas seansu.

Nie sugerujcie się kolejnością tytułów na liście, bo podporządkowana jest datom ich polskich premier.

Dobrze więc, lećmy z tymi zgniłymi parówami, opisy będą krótkie i treściwe, bo i tak już poświęciłem tym marnym filmom zbyt wiele mojego czasu:


PASAŻER, no trzeba przyznać, że jest jakimś osiągnięciem zrobienie tak bardzo bezbarwnego, bzdurnego, sztampowego i pozbawionego napięcia filmu akcji. Liam Neeson mógłby już przestać odcinać kupony od „Uprowadzonej”, bo robi się to coraz smutniejsze i cięższe do zniesienia.

NOWE OBLICZE GREYA, tym razem dopatrzyłem się nawet jakichś plusów, bo było to niewątpliwie lepsze od drugiej części, przynajmniej miało fajne piosenki, a nie straszyło natomiast zakończeniem zapowiadającym kolejną odsłonę. I to jest w zasadzie najpiękniejsza rzecz związana z tą premierą – okres Walentynek w kinach będzie od teraz wolny od Pana Szarego i jego pejczyków. No, przynajmniej do czasu, gdy zrobią remake, albo opowiedzą historię z jego perspektywy...

PACIFIC RIM: REBELIA, jeden z tych filmów, które momentami przynudzają tak bardzo, że zaczynamy liczyć nasze umierające komórki mózgowe, wykańczane seriami przez kolejne idiotyzmy fabularne. Nie było w tym serca i polotu, była natomiast nuda, przewidywalność i odtwórczość.

PRAWDA CZY WYZWANIE, prawda: idiotyczna, niestraszna, pozbawiona klimatu, słabizna.

RAZ SIĘ ŻYJE, niby obsada fajna i Charlize Theron elegancko szarżująca na czwartym biegu, ale jakieś to takie bez życia, pomysłu i polotu, za to strasznie rozlazłe i nieco przynudzające.

JESTEM TAKA PIĘKNA!, a z tego to już nawet nic nie pamiętam więc najwyraźniej musiałem bardzo intensywnie pracować nad wyrzuceniem tych negatywnych przeżyć z pamięci.


PIERWSZA NOC OCZYSZCZENIA, film pełen zaskoczeń, bo za każdym razem, gdy wydaje się, że scenarzysta dokopał się już do samego dna głupoty tej historii to jakimś cudem odnajduje jednak w niej kolejne pokłady idiotyzmów. Ten film jest głupi i tandetny na tak wielu poziomach, że jest to na swój sposób imponujące. Logika tutaj nie istnieje, film wzbija się na wyżyny absurdu, gdy gangsterzy zaczynają wymachiwać siekierami i nożami niczym waleczni mnisi z zakonu Shaolin, a widz kiśnie z żenady, gdy sięgają po karabiny i w podniosłym nastroju decydują się walczyć o swoją dzielnię i zwykłych szaraków z osiedla.

THE MEG, ostatni raz przeżywałem takie emocje, gdy przypaliłem paluszki rybne. Pięciu scenarzystów zdołało zlepić historię, która zabija nudą od pierwszych minut. Nie znajdziecie tutaj zabawy motywem wyjściowym, energii, dowcipu i pomysłowych scen. Znajdziecie drewniane dialogi, wypchane pompatycznymi myślami, nieśmiesznymi żartami i bełkotliwymi kwestami.

VENOM, wehikuł czasu zabierający widza w okres powstawania takich tytułów jak „Spawn”, „Daredevil”, „Catwoman” oraz „Elektra”. Filmów nie tyle radośnie campowych, co zwyczajnie durnych, nudnych, nietrafionych tonalnie, nierozumiejących materiału źródłowego, no i zwyczajnie tandetnych. Film zupełnie pozbawiony ikry, oparty na leniwie skleconym scenariuszu, wypchanym kretynizmami, drewnianymi dialogami, nudnymi scenami, zerowa logiką wydarzeń i obowiązkowym niewyrazistym finałowym starciem kupki pikseli o los całej ludzkości.


Bonus:

BEZ SŁOWA, czyli rozczarowanie dekady, bo tyle mniej więcej czekałem na ten film. Duncan Jones stał się niestety reżyserem, który z obiecującego debiutanta został zdegradowany do poziomu przeciętnego wyrobnika. W przypadku tragicznie złego „Warcrafta” mógł się jeszcze zasłaniać tym, że był jedynie trybikiem w wielkiej komercyjnej maszynie sterowanej przez studio. Przy realizacji „Bez słowa” miał wolną rękę, Netflix nie bruździł w jego piaskownicy, Jones czekał na taką możliwość przez kilkanaście lat, a w efekcie otrzymaliśmy kino bez polotu, wizji, a co najgorsze – pozbawione życia i energii. Kiepsko.

Więcej traum i rozczarowań nie pamiętam.

niedziela, 6 stycznia 2019

Najlepsze filmy 2018


2018 był bardzo dobrym rokiem dla polskiego kina. Premierę miało dużo udanych i ciekawych filmów. W rodzimych kinach niewątpliwym fenomenem był „Kler”, który rozbił bank, a na świecie było o nas głośno za sprawą festiwalu w Cannes, gdzie pokazywano w tym roku aż trzy polskie produkcje. Najwięcej szumu oczywiście zrobiła „Zimna wojna”, nagrodzona za reżyserię, co bynajmniej nie zakończyło listy sukcesów filmu Pawlikowskiego. Cieszyło mnie to, jak i fakt, że to Wojciech Smarzowski, a nie pewien łysy pan, podbijał portfele polskich widzów. „Kler” nie znalazł się na poniższej liście, bo nie spełnił podstawowej zasady, jaką się każdego roku kieruję przy jej układaniu – film musiał dostać ode mnie co najmniej 8/10. Nie jest to czas i miejsce, żeby tłumaczyć się z tej oceny, więc przejdźmy szybko do wyjaśnienia drugiej zasady, której się zawsze stosuję – film musiał mieć polską dystrybucję kinową w ubiegłym roku.

W tym roku padło więc na siedemnaście filmów, w tym trzy produkcje polskie, oraz jeden bonusowy tytuł, który niestety w Europie był dostępny jedynie na Netfliksie. Kolejność filmów na poniższej liście nie jest zupełnie przypadkowa, ale oprócz pierwszych kilku pozycji, nie poświęcałem tej kwestii przesadnie dużo czasu i nie biłem się przesadnie z myślami. Wszystkie te filmy są warte zobaczenia, ale niekoniecznie przez każdego odbiorcę, i chodziło głównie o to, żeby je jakoś wyróżnić, a nie wartościować względem siebie.

No dobrze, przejdźmy zatem do dania głównego...



WYSPA PSÓW

Jeżeli miałbym podsumować „Wyspę psów” jednym słowem byłaby to: doskonałość. Niczego bym tutaj nie zmienił. Ogląda się to ze stałym zainteresowaniem, interakcje pomiędzy bohaterami bawią, kolejne lokacje nie przestają zaskakiwać pomysłowością twórców, orientalne kompozycje Desplata są idealnie dobrane, humor jest subtelny, często uderzający w specyficzne tonacje, idealnie trafiający jednak w moją wrażliwość, podobnie jak dziwaczny klimat filmu, przy którym nie sposób się nudzić. Film Andersona jest wypełniony kapitalnymi pomysłami. Ekipa animatorów bawi się wykorzystywaną technologią, zgrabnie korzystając z jej możliwości, ale też ograniczeń, czyniąc z nich zalety i pomysłowo adaptując do roli gagów wizualnych. Każde kolejne filmowe miejsce to nowa wartość i doznanie, cieszące oczy detalami, pociesznymi zabudowaniami, pomysłową architekturą, ciekawie rozstawionymi w ekranowej przestrzeni rekwizytami, a wszystko zrobione wedle wzorca – ma bawić. Jest to niewątpliwie dzieło Wesa Andersona, produkcja nieco dziwna, z pogranicza kina dla dzieci i dorosłych, nigdy nieprzekraczająca granicy dobrego smaku, ale jednak daleka od bezpiecznych, uładzonych bajek, które nikogo nie zbulwersują. Nie nudziłem się nawet przez minutę, twórcy cały czas dbają o to, żeby jakoś zaciekawić odbiorcę. Fabuła jest nielinearna, często wskakują retrospekcje, zabawy formalne i błyskotliwe sztuczki narracyjne. Zawsze czeka na widza jakiś gag - wizualny, muzyczny, czy też skrywający się w dialogu, który zapewni, że nie zniknie nam z ust grymas rozbawienia, będący stałym ustawieniem naszej twarzy podczas seansu. Doskonałość.

Recenzja: KLIK



TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI

O tym, że McDonagh ma talent do pisania wpadających w ucho, efekciarskich dialogów, doprawionych humorem, błyskotliwymi puentami i soczystymi bluzgami, wiadomo od pierwszego filmu. Niewielu scenarzystów potrafi wulgaryzmami operować niczym poezją, nadając im rytmikę i odpowiednią dynamikę, ale unikając przy tym prostactwa. Frances McDormand jest bardzo wdzięczną tubą dla jego „wierszy”. Aktorka rozsmakowuje się w każdym przekleństwie niczym w smakołyku, czasem pozwalając wybrzmieć pojedynczej obeldze, ale za to dobitnej, żeby w kolejnej scenie wystrzelić z siebie długą wiązankę nastawioną na oszołomienie ofiary ilością wulgaryzmów. „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri” to dzieło dojrzałego już twórcy, pokorniejsze, bardziej stonowane, ale bynajmniej niewykastrowane z tego, co czyniło jego dotychczasowe filmy tak ekscytującymi. W świecie McDonagha nic nie jest czarno-białe, chętnie wywleka przywary bohaterów, ale w zaskakująco naturalny sposób również powoli odkrywa przed widzem delikatne cechy ich osobowości, skrywane dobro i ciepło. Pierwsza godzina seansu może zmylić. Gdy już wydaje się, że rozpracowaliśmy klimat filmu i kierunek obrany przez scenarzystę, ten zaczyna zaskakiwać, czasem na poziomie fabuły, a czasem nagłymi zmianami dynamiki i nastroju rozmów oraz interakcji pomiędzy postaciami. Później ciężko już przewidzieć w jakim konkretnym kierunku podąży ta historia, ale chociaż wyłamuje się schematom i ucieka łatwym odpowiedziom, wszystko to wypada szczerze, naturalnie i wynika jasno z fabuły. Uwieńczeniem tego jest otwarte zakończenie, nieco melancholijne, ale też w ciekawy sposób krzyżujące ścieżki niektórych postaci.

Recenzja: KLIK



TAMTE DNI, TAMTE NOCE

Film niczym pierwsza letnia miłość, delikatny, niepozorny, nieco leniwy, pozornie błahy, ale wchodzący pod skórę i niedający o sobie zapomnieć. Luca Guadagnino niejako kontynuuje to, co rozpoczął w „Nienasyconych”, czyli filmową pocztówkę z wakacji w słonecznych Włoszech. Oba filmy oczarowują klimatem, pięknymi zdjęciami i krajobrazami, relacjami pomiędzy bohaterami, no i oczywiście aktorstwem. Dużo w nich nagości i seksu, bo leniwy wakacyjny klimat skąpanych w słońcu Włoszech sprzyja większej rozwiązłości i uleganiu pokusom. Różni się jednak sposób portretowania tychże. Pożądanie seksualne w „Nienasyconych” jest wykorzystywane do testowania granic bohaterów, ich wierności, miłości, stanowi możliwość rozpoczęcia nowej relacji, odnowienia starej albo jej definitywnego zakończenia. „Tamte dni, tamte noce” są pod tym względem bardziej niewinne, mniej cyniczne, a do tego skąpane w nostalgii do czasów, gdy łatwiej było odciąć się od świata, zaszyć na jakimś bezludziu i spędzić godziny przy książce albo w księżycowym blasku. „Tamte dni, tamte noce” portretują rodzące się gejowskie uczucie, ale unikają typowych dramatów i sensacyjnej otoczki często występującej w filmach o takiej tematyce, skupiając się za to na zniuansowanej relacji pomiędzy dwójką bohaterów, ale też poświęcając wystarczająco dużo uwagi postaciom pobocznym, żeby tchnąć życie w otaczający ich świat i nadać mu kolorytu.

Recenzja: KLIK



PŁOMIENIE

Film, którego w pełni doceniłem dopiero przy drugim seansie, gdy byłem wyspany i w pełni skupiony na fabule. Jeżeli powolne kino zbyt mocno testuje waszą cierpliwość to „Płomienie” będą męczarnią. Historia korzysta ze szkieletu dreszczowca, ale wyrzuca z niego mięso, wnętrzności, krwiobieg i serce, zastępując je organami przeniesionymi z kina arthouse’owego, stawiając na niemrawy rytm slow cinema, skupiony raczej na refleksji i klimacie, jak dreszczu emocji oraz nerwowym napięciu kina gatunkowego. Reżysera „Płomieni” bardziej interesuje budowanie niedopowiedzeń, wątpliwości i zagadek, jak udzielanie odpowiedzi, straszenie i wstrząsanie. Cierpliwie buduje świat, starannie kreując rzeczywistość otaczającą bohaterów, usilnie próbując pokazać jak najwięcej z tego, co składa się na ich życie, nie zdradzając zbyt wiele o nich samych. Chang-dong Lee zdecydowanie dopieszcza odbiorców skupionych na historii i bawi się w podsuwanie im potencjalnych odpowiedzi na różne pytania, które później również kwestionuje. Jeżeli należycie do takich widzów to „Płomienie” będą siedzieć Wam w głowie jeszcze przez długie tygodnie, szczególnie, jeżeli znajdziecie sobie odpowiedniego partnera do dyskusji po filmie, bo jest o czym rozmawiać jeżeli różnicie się zdaniem w pewnej kwestii.

Recenzja: KLIK



NIĆ WIDMO

Najlepszy film Paula Thomasa Andersona od czasu „Aż poleje się krew”, ale też zupełnie inny, subtelny, delikatny, nieoczywisty, a przy tym cholernie intrygujący. Zaczyna się jako opowieść o szarej myszce z prowincji, która wchodzi w świat mody kuchennymi drzwiami, wpuszczona przez rozkapryszonego egocentryka, ale niespodziewanie ewoluuje w historię niebanalnego związku opartego na skomplikowanej relacji dwójki ludzi (i sekundującej im kobiety). On potrzebuje żeby całe życie domu kręciło się wokół niego, podporządkowane jego fanaberiom i potrzebom, ale rozumie też, że będzie w stanie pokochać jedynie kobietę, która zdoła raz na jakiś czas powalić go na kolana (i to dosłownie), a następnie otoczyć matczyną opieką. Ona potrzebuje czasu, żeby to rozgryźć, nie bez problemów, ale w końcu odczytuje jego potrzeby i zaczyna nimi pogrywać. Z boku przygląda się temu jego siostra, na co dzień podległa jego potrzebom, ale potrafiąca warknąć i przywołać go do porządku, gdy zaczyna sobie pozwalać na zbyt wiele. I chyba największym zaskoczeniem jest to, że to miała być ostatnia wielka rola Daniela Day-Lewisa, no i jest, ale nie pozostawia w cieniu partnerujące mu dwie doskonałe aktorki, które tworzą zniuansowane i nieoczywiste bohaterki. W tle plumka sobie subtelne pianinko, nerwowe szarpnięcia skrzypków podbijają napięcie, a pewną ręką opowiada to wszystko wybitny reżyser.



ROMA

„Roma” to fascynujący wgląd w czyjeś wspomnienia. Dzieło na wskroś osobiste. Alfonso Cuarón zbiera od kilku miesięcy liczne laury i pochwały za głębokie zanurkowanie w odmętach nostalgii oraz sentymentalnych skrawków z własnej przeszłości. To film, który był podporządkowany przeszłości. Gdy szukano ludzi, którzy wcielą się w filmową rodzinę, podstawowym kryterium był wygląd zbliżony do prawdziwej rodziny Cuaróna. Reżyser nie dbał o to, czy będą to zawodowi aktorzy, i ostatecznie jedynie Marina de Tavira, wcielająca się w matkę, miała doświadczenie w zawodzie. W scenariuszu były wyszczególnione daty prezentowanych zdarzeń i bardzo dbano, żeby to, co w filmie było pokazywane w kinie, telewizji oraz nagłówkach gazet, było zgodne z prawdą. „Roma” jest filmem opowiedzianym długimi ujęciami, ale Cuarón nie był niewolniczo poddany tej formie, bo wizualną ucztę potrafi stworzyć chociażby z krótkich ujęć dokumentujących skomplikowaną operację parkowania samochodu w ciasnym korytarzu. Jest to produkcja niewątpliwie oszałamiająca stroną techniczną, dbałością o detale, scenami, gdy kamera śledzi bohaterkę przechadzającą się meksykańskimi ulicami upstrzonymi statystami pochłoniętymi swoimi codziennymi czynnościami. Ilość rzeczy, jakie tutaj mają miejsce na drugim planie (albo pierwszym, bo czasem to Cleo przemyka gdzieś w tle) jest zachwycająca. I do tego te przepiękne czarno-białe zdjęcia, którym przyglądamy się w niemym zachwycie przez cały seans. Dlaczego więc „Roma” nie tylko nie znalazła się na podium, ale nawet nie zmieściła się do pierwszej piątki? Pozostałe filmy po prostu mocniej łechtały mnie intelektualnie, albo emocjonalnie, w efekcie na dłużej pozostały ze mną po seansie, co jednak stawiam nieco wyżej, jak zachwyt nad mistrzowskim operowaniem kamerą i starannie przygotowanym scenom.



SPIDER-MAN UNIWERSUM

Gdy już pogodziłem się z myślą, że po raz pierwszy na tej liście nie znajdzie się żaden film superbohaterski to nagle pojawił się ON, cały na czerwono-niebiesko. „Spider-Man Uniwersum” jest dokładnie taką animacją, jaką wydawał się być po pierwszych zwiastunach – świeżą, oszałamiającą wizualnie, zabawną i cholernie pomysłową. Ilość fajnych pomysłów, którymi ciska się tutaj pełnymi seriami w widza, jest doprawdy oszałamiająca. Gdy tempo w scenach akcji wskakiwało na najwyższy bieg, a liczba pajęczaków obecnych na ekranie zaczynała przekraczać normy unijne, to chwilami działo się tyle rzeczy, że nie wiedziałem gdzie się patrzyć najpierw. Jest sporo niespodzianek, jest tysiąc nawiązań do komiksów, starszych filmów oraz kreskówek ze Spiderem, ale przede wszystkim to jest ogromna miłość do tej postaci. I do tego ta niesamowita strona wizualna. Piękna, niebanalna, dynamiczna, stale czymś zaskakująca, z lekkością skacząca pomiędzy konwencjami i stylami, bawiąca się formą, perspektywą oraz oczekiwaniami widza. Pełny zachwyt.



ZIMNA WOJNA

„Zimna wojna” to historia pary, która nie mogła bez siebie żyć, ale nie mogła też znieść wspólnego życia. Film niesie do przodu przede wszystkim kreacja Joanny Kulig, ciepła i zmysłowa, gdy staje przed mikrofonem i śpiewa, ale też wariacka, żywiołowa oraz impulsywna w codziennym życiu. Kulig spycha w cień resztę obsady, zwłaszcza nieco wycofanego Tomasza Kota, znajdując równą sobie partnerkę w osobie Agaty Kuleszy, której postać niestety szybko zostaje porzucona przez scenarzystę. Podobnie jak w przypadku „Idy” jest to film pięknie nakręcony. Czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala ponownie stanowią źródło estetycznych doznań najwyższej jakości. Widać, że operator (wspólnie z reżyserem) starannie układał kadry i bohaterów w filmowej przestrzeni żeby zapewnić widzowi wizualną podróż najwyższej jakości. Film jest bardzo krótki, a do tego sporo czasu zajmują w nim pięknie zrealizowane sceny występów muzycznych. Reżyser wyciska jednak z nich o wiele więcej, jak tylko wartość estetyczną, pokazując przy ich pomocy aktualne relacje pomiędzy bohaterami, ewolucję postaci albo dowalając dającym po głowie obrazkiem (ludowy zespół fikający na tle wielkiego wizerunku Stalina śpiewając przy tym o socjalistycznych wartościach). Jestem dumny, że polska kinematografia zaczyna być kojarzona na zachodzie z takimi dobrymi produkcjami.

Recenzja: KLIK



KSZTAŁT WODY

Film wygrał cholernego Złotego Lwa, dostał też Złoty Glob oraz Oscara, ale czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, której się on podobał. Pewnie dlatego, że przeciwnicy tak żarliwie krzyczeli o tym, dlaczego powinien się nie podobać. Osobiście nie dałbym mu statuetki za najlepszy film, ale za reżyserię już tak. „Kształt wody” to pięknie i płynnie opowiedziana historia, a to zasługa właśnie sympatycznego Meksykanina. Jest to film bardzo w jego stylu, kolejny raz stanowiący świadectwo ogromnej miłości do potworów i dziwadeł, bardzo hollywoodzki, baśniowy, nostalgiczny, dość naiwny, puszczający oko do klasyki kina, ale zarazem też bardzo niehollywoodzki, bo mroczny, brutalny, rozerotyzowany. Wątpię żeby Guillermo del Toro stworzył jeszcze w przyszłości coś tak bardzo mainstreamowego, zachowując jednocześnie swój unikatowy styl, trafiając przy tym idealnie w stronę wizualną, dostając przy okazji dodatkowe wsparcie w postaci świetnego soundtracku i kreacji aktorskich (uważam, że Sally Hawkins była w tym filmie fantastyczna). To była jego najlepsza szansa na zdobycie kiedyś statuetki, i to prawdopodobnie jedyna, bo pewnie teraz odpłynie ponownie w kierunku jakichś „dziwnych” projektów, więc cieszę się, że mu się udało.



LADY BIRD

Nie jest to kino odkrywcze, opowiadające jakieś nowe prawdy o życiu lub przenicowujące gatunek. „Lady Bird” to kino o rozterkach, problemach oraz przemyśleniach nastolatków, i jako takie odhacza większość tematów typowych dla tego rodzaju filmów: młodzieńczy bunt, niemożność znalezienia wspólnego języka z rodzicem, inicjację seksualną, uczucie zagubienia u progu dorosłego życia i obawę o to, co przyniesie przyszłość. Siła filmu Grety Gerwig leży w tym, jak o tym wszystkim opowiada, a jest to historia szczera, osobista, czasami zabawna, czasami skłaniająca do refleksji albo powrotu wspomnieniami do własnych nastoletnich przeżyć. W „Lady Bird” osoba autorki jest ważna, bo Gretę czuć w tym filmie, jest to opowieść o jej rodzinnych stronach, własnych doświadczeniach i relacji z matką, ale przepuszczona przez filtr dorosłego artysty, wprawdzie czule patrzącego na młodzieńczą naiwność, a jednak wytykającego egoizm i egocentryzm skupionej na sobie nastolatki, nieświadomie raniącej uczucia bliskich. Gerwig zgrabnie wyłuskuje kolejne małe-wielkie momenty z życia maturzystki, skupiając się na skrawkach z życia, ale pokazując też, jak różne drobnostki, wręcz pierdoły z perspektywy dorosłego, mogą być istotne, a wręcz formatywne dla osobowości młodego człowieka.

Recenzja: KLIK



DOGMAN

„Dogman” oferuje najlepsze elementy „Gomorry” porzucając jednocześnie jej usypiające tempo narracji. Jest to mroczna, ponura, chwilami brutalna opowieść o miejscu w którym nie chciałbym spędzić nawet godziny. Miejscowa zabudowa, składająca się z rozsypujących się starych budynków, przypomina postapokaliptyczną scenografię. Rozległy, praktycznie wymarły plac, będący areną wielu wydarzeń w filmie, jest niczym z westernu. Wszechobecny brud, szarzyzna i bogate pokłady błota pojawiające się po każdym deszczu, przypominają natomiast o tym, że istnieją na zachodzie miejsca, które szerokim łukiem obchodziłby nawet największy drab ze Śląska. Garrone nie pędzi do przodu, spokojnie wgryza się w realia tego świata, pokazując nam codzienność głównego bohatera (świetna rola Marcello Fonte, nagrodzonego w Cannes) i mnożąc przykłady kolejnych zbójeckich zachowań miejscowego bandyty o imieniu Simone (Edoardo Pesce). Nie jest to jednak kino ślamazarne, dzieje się tutaj sporo, tempo jest wartkie, klimat budowany wzorcowo, a postacie starannie rozbudowywane. Mój ulubiony film Matteo Garrone.

Recenzja: KLIK



FOKSTROT

Rewelacja festiwalu w Wenecji sprzed dwóch lat. Izraelski film kilkukrotnie zmienia klimat i ciężar historii, ale konsekwentnie zmierza ku najważniejszemu – opowiedzeniu o realiach życia we współczesnym Izraelu, miejscu stojącym w rozkroku pomiędzy wojną, a pokojem. Film składa się z trzech segmentów. Pierwszy opowiada o rodzicach zdruzgotanych informacją o śmierci syna, który zginął na służbie. Maoz wnikliwie, ale też czule, z empatią, przygląda się rodzinnej tragedii i sfrustrowanemu ojcu, który próbuje odnaleźć w tym jakiś sens i nie oszaleć w kontakcie z wojskowymi przepisami. Drugi segment skręca w bardziej surrealne i absurdalne rejony, gdy śledzimy znudzonych żołnierzy spędzających w swoim towarzystwie długie godziny na posterunku położonym pośrodku pustyni. Maoz potrafi jednak postawić ich, a także odbiorcę, do pionu i przypomnieć, jak łatwo ich rutyna może przerodzić się w koszmar. O trzecim segmencie najlepiej nie pisać zbyt wiele. Stanowi wprawdzie najsłabszy element filmu, ale jest bardzo istotny, bo wyjaśnia znaczenie tytułu filmu, a także dostarcza istotnych informacji o całej rodzinie. „Fokstrot” to kino niebanalne, nieoferujące łatwych rozwiązań fabularnych i sympatycznych bohaterów, co jednak nie przeszkadza we współczuciu im, gdy muszą zmagać się z żałobą, ale też zrozumieniu ich, gdy pozwalają sobie odpocząć od niej. A scena tańca z karabinem maszynowym to jeden z najbardziej zapadających w pamięci obrazów z zeszłorocznych filmów.



FUGA

Zwolennicy „Córek dancingu” mogą być rozczarowani, bo nie jest to równie wariacka opowieść. Zarówno w formie, jak i treści, jest to kino stonowane, chłodne, ale jest to też dzieło o wiele dojrzalsze, ciekawsze, szczersze na poziomie emocjonalnym. „Fuga” to kino kameralne, opowiadające o schorzeniu zwanym fugą dysocjacyjną, czyli specyficznemu rodzajowi amnezji. Osoba dotknięta tym całkowicie zapomina o wszystkim czego doświadczyła, stając się praktycznie nowym człowiekiem. Główna bohaterka, grana przez Gabrielę Muskałę (autorkę scenariusza), musi się skonfrontować ze swoją przeszłością zanim będzie gotowa odnaleźć się w nowej sytuacji i zdecydować o tym, jaką będzie teraz matką i żoną, albo raczej – czy zechce ponowne wcielić się w te role. Jest to fascynujący proces, ogląda się go z zaintrygowaniem, bo relacje pomiędzy bohaterami są nieoczywiste. Ona jest rozdrażniona tym, że musi odgrywać jakąś kobietę, która jest jej obca. Rodzina natomiast podchodzi do niej i jej schorzenia z dystansem, jakby nie do końca wierząc w niecodzienny problem niegdyś bliskiej im kobiety. Jest to odważna i dobra rola Muskały, wymagająca obnażenia zarówno cielesnego, jak i emocjonalnego. Całe szczęście, że miała oparcie w solidnej kreacji Łukasza Simlata i reżyserce, która pewną ręką prowadziła ich postacie.



DZIEDZICTWO. HEREDITARY

„Hereditary” został okrzyknięty jednym z najstraszniejszych horrorów, co jest nieprawdziwe i krzywdzące dla filmu, bo Ari Aster skupiał się na innych wartościach, elementy klasycznej grozy niejako doklejając do historii o czymś zupełnie innym. Reżyser jest bardziej zainteresowany niuansami psychologicznymi, jak tanim straszeniem widza, więc to w momentach, gdy przygląda się zachowaniom swoich bohaterów - które bywają zaskakujące, ale nie ma w tym fałszu, bo jest w tym jakaś prawda o ludzkiej psychice - rozkręca się najbardziej i wtedy ogląda się ten film z największą fascynacją. Gdy już jednak straszy, robi to z przytupem, dosadnie i bez ściemy, podśmiechujek i mrugania do widza. Przez większość filmu są to nieczęste momenty, ale tym mocniej wybrzmiewające, aczkolwiek nastrój grozy unosi się nad tą opowieścią od pierwszych scen. Często wynika to jednak ze specyficznego, nieco dziwacznego klimatu, który wtłacza obłęd i niepokój do pozornie normalnych wydarzeń. Nie jest to film, który przeraża w sposób paraliżujący, ale gdy już Aster wskakuje na odpowiednie tory to nie sposób oderwać wzroku od ekranu, w który wpatrujemy się niczym zahipnotyzowani, nie chcąc uronić jakiegoś drobiazgu, ale też zainteresowani tym, co wydarzy się dalej. Jest to przy tym ten rodzaj horroru, który ma szansę zostawić piętno na umyśle odbiorcy i przypomnieć o sobie w najgorszym możliwym momencie, czyli gdy jesteśmy sami, nocą, we własnym domu.

Recenzja: KLIK



WIEŻA. JASNY DZIEŃ

O „Wieży. Jasny dzień” reżyserka (Jagoda Szelc) mówi, że chciała zrobić normalny film, który rozpada się w finale. I tak rzeczywiście jest. O tym, że jest to coś więcej, jak tylko rodzinny dramat zbudowany wokół komunijnych obrzędów, wiadomo już w zasadzie od samego początku. Zwiastują to pojedyncze nadnaturalne elementy i lekka groza oraz „dziwaczność” przeszywająca okazjonalnie nasze kości niczym niespodziewany powiew zimnego wiatru późnym latem. Im bliżej końca, tym mocniejsze ich oddziaływanie na strukturę i nastrój filmu, który zabiera nas w podróż do nowego świata, chociaż nie ruszamy się z domu nawet na kilometr. Stąd też dwa tytuły, które pojawiają się w oderwaniu od siebie na początku i końcu filmu. Kończymy z zupełnie innym filmem, jak zaczynaliśmy seans. „Wieża. Jasny dzień” pozostawia władzę w rękach widza, który może zupełnie dowolnie interpretować sobie to, co właśnie zobaczył i doszukiwać się sensu w tropach podsuniętych przez reżyserkę. Może to być frustrujące, ale należy spojrzeć na to jak zaproszenie do intelektualnej zabawy z zagadkowym filmem. Oczywiście trzeba lubić takie zabawy. Nie każdemu będzie się to podobać, ale ja darzę dużym szacunkiem twórców, którzy mają własny pomysł na to, czym kino powinno być i konsekwentnie się tego trzymają. Zwłaszcza, gdy mają taki talent do dialogów, dyscyplinę w opowiadaniu niejasnych historii i kunszt w przelewaniu tych dziwnych pomysłów na język filmu, jak Jagoda Szelc.

Artykuł: KLIK



DUSZA I CIAŁO

Ildikó Enyedi udowadnia, że historię miłosną można osadzić wszędzie, nawet w węgierskiej rzeźni. On jest starzejącym się mężczyzną, który już stracił nadzieję na znalezienie partnerki na resztę życia. Ona jest źródłem kpin w zakładzie, bo jest osobą bardzo sztywną, formalną, obsesyjnie przestrzegającą reguł i maniakalnie dbającą o porządek. Bohater próbuje wyciągnąć do niej rękę i zaprzyjaźnić się, ale kolejne rozmowy zupełnie się nie kleją. Ich relacja nabiera rozpędu (do tempa spacerowego), gdy przypadkiem odkrywają, że nocami spotykają się w swoich snach pod postacią jeleni. Z tych bardzo nietypowych elementów fabularnych węgierska reżyserka układa ujmująco delikatną i szczerą opowieść o dwójce „dziwaków”, którym nie jest łatwo samotnie, ale niestety jeszcze trudniej bywa u boku kogoś innego. Enyedi niespiesznie rozwija historię ich relacji, mnożąc poboczne wątki, humorystyczne scenki i dorzucając do tego jeszcze coś w rodzaju śledztwa kryminalnego. Wszystko to jednak ma swoje miejsce w scenariuszu, zgrabnie splata się ze sobą, nie rozcieńcza głównej fabuły, a wręcz wzbogaca ją. Delikatne, szczere, zabawne i niebanalne love story osadzone w węgierskiej rzeźni. Można? Można!

Recenzja: KLIK



PRZEBUDZENIE DUSZ

„Przebudzenie dusz” nie jest filmem przerażającym, a przynajmniej nie w sposób przytłaczający, jest natomiast odpowiednio straszną historią, która łapie w pewnym momencie widza za gardło i zaczyna je bardzo powoli zaciskać. Jest to wzorcowy popis w operowaniu ekranową grozą. Reżyserzy mistrzowsko opanowali sztukę straszenia obrazem i tym, czego nie widać. Kamera często jest ustawiana bardzo blisko postaci, sprawiając wrażenie, że źródło niebezpieczeństwa jest na skraju kadru, wystarczyłoby przesunąć kamerę o kilkanaście centymetrów żeby zobaczyć coś przerażającego. Twórcy uwielbiają przeciągać takie momenty, nie spiesząc się z przejściem do następnego punktu - zapewnienia odbiorcy ulgi albo strasznego wydarzenia. Film czerpie garściami z klasyków kina grozy, nawiązując do nich, składając im hołd, ale też bawiąc się w błyskotliwy sposób kliszami gatunku i zapewniając tym samym stałą rozrywkę jego miłośnikom. Panowie stopniują grozę, dozując ją pewną ręką i zapewniając coraz lepsze wrażenia, które często kwitujemy nerwowym śmiechem, będącym bardziej ujściem dla skołatanych nerwów, jak niewinnym rozbawianiem sytuacją na ekranie. „Przebudzenie dusz” to jeden z tych filmów, które im straszniejsze się robią, tym bardziej bawią i sprawiają przyjemność, bo doceniamy kunszt w operowania grozą i ogromną pomysłowość twórców.

Recenzja: KLIK



BONUS: ANIHILACJA

Film w Europie trafił bezpośrednio na Netflix, bo Paramount Pictures przestraszyło się jego intelektualnego uroku i postanowiło opchnąć zagraniczne prawa dystrybucyjne. Szkoda, bo te zielone krajobrazy i kwasowe elementy wizualne musiały wyglądać obłędnie na dużym ekranie, ale rozumiem ich decyzję, bo to zdecydowanie nie jest kino dla każdego. „Anihilacja” to science-fiction pełną piersią, ale zamiast na oczarowywaniu futurystycznymi błyskotkami i efekciarskimi pomysłami fabularnymi, nastawione jest raczej na budowanie klimatu, niejednoznacznej treści, filozoficznych warstw i dostarczaniu pożywki dla mózgu. „Anihilacja” jest kinem niespiesznym, ale Garland wie, jak trzymać widza na skraju fotela. Osiąga to korzystając na przykład z pomocy pewnego aligatora, co i tak jest jedynie przystawką do mocarnej sceny z niedźwiedziem, która niejednego wbije w kanapę i zapewni później bezsenną noc. Alex potrafi budować niepokój i stopniować grozę, ale też podkręcać ją przy pomocy zaskakujących pomysłów bazujących na specyfice miejsca akcji, a efekt podbija jeszcze fantastyczny soundtrack, przypominający nieco odjechane kompozycje z „Pod skórą”. Ten film wygląda przepięknie, wszechobecna zieleń we wszelakich odcieniach, kolory rodem z kwasowego weekendu z doktorem Gonzo i skąpane w mroku wnętrza budynków oraz nory rozświetlane pojedynczym źródłem światła - wszystko to syci oczy. Nie jest to film, który zachwyci duże grono odbiorców, ale jeżeli ktoś wkręci się w jego powolne tempo i pozwoli się pochłonąć psychodeliczno-onirycznemu klimatowi historii, ten będzie się wpatrywać w ekran jak zahipnotyzowany jeszcze długo po wejściu napisów końcowych (które chyba też zrobiono na kwasowym tripie).

Recenzja: KLIK

niedziela, 23 grudnia 2018

Płomienie - recenzja


Za tydzień do polskich kin wchodzi koreański film „Płomienie”. Jest to tytuł, który trafi na niejedną listę najlepszych tegorocznych premier. Widziałem go pół rok temu w Cannes. I odbiłem się od niego. Powolne kino, oparte na niejednoznacznościach i niespiesznej akcji, nie było idealną pozycją do zobaczenia pod koniec festiwalu i to jeszcze późno w nocy. Chyba nawet przysnąłem na kilka minut. Obiecałem sobie wtedy, że wrócę jeszcze do filmu w okolicy polskiej premiery i dam mu drugą szansę, ale tym razem zasiądę do niego po przespanej nocy. Misja wykonana.

Przy drugim podejściu połknąłem haczyk, wkręciłem się w historię, zaciekawiłem różnymi niuansami fabuł i podniosłem ocenę. Nie jest to jednak film do obejrzenia którego zachęciłbym z pełnym przekonaniem wszystkich czytelników. Jeżeli powolne kino zbyt mocno testuje waszą cierpliwość to „Płomienie” będą męczarnią. Krytycy upodobali sobie określać koreańską produkcję mianem najsubtelniejszego thrillera tego sezonu. Jest to ładna myśl, ale jedynie w połowie trafiająca w sedno, a przynajmniej w uczciwe przedstawienie sytuacji. „Płomienie” to kino subtelne, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, ale thrillerem to jest jedynie w teorii. W drugiej połowie historia rzeczywiście korzysta ze szkieletu dreszczowca, ale wyrzuca z niego mięso, wnętrzności, krwiobieg i serce, zastępując je organami przeniesionymi z kina arthouse’owego, stawiając na niemrawy rytm slow cinema, skupiony raczej na refleksji i klimacie, jak dreszczu emocji oraz nerwowym napięciu kina gatunkowego. I to nie znaczy, że to jest zła praktyka, oznacza tylko tyle, że niekoniecznie należy polecać ten film osobom poszukującym azjatyckich thrillerów. Szczególnie, że smakosze gatunku zapewne odkryli już, ile dobra można odkryć w koreańskiej kinematografii.

Reżysera „Płomieni” interesuje raczej budowanie niedopowiedzeń, wątpliwości i zagadek, jak udzielanie odpowiedzi, straszenie i wstrząsanie. Cierpliwie buduje świat, starannie kreując rzeczywistość otaczającą bohaterów, usilnie próbując pokazać jak najwięcej z tego, co składa się na ich życie, nie zdradzając zbyt wiele o nich samych. Drugą połowę filmu dominuje pytanie, czy ktoś jest tym, za kogo się podaje, czy też kimś zupełnie innym, ale nie dość, że Chang-dong Lee nie podaje jasnej odpowiedzi to nie kwapi się nawet do zadania bezpośredniego pytania. Nieuważny widz, nieczytający pomiędzy wierszami, nie wyciągający wniosków z delikatnie podsuwanych tropów i niepróbujący zrozumieć psychologii postaci, może być nieco zagubiony w finale i opacznie odczytać zachowanie głównego bohatera. Szczególnie, że jest on dość apatyczną i małomówną postacią, co nie ułatwia zrozumienia jego różnych zachowań.

Lee dopieszcza odbiorców skupionych na historii i bawi się w podsuwanie im potencjalnych odpowiedzi na różne pytania, które później również kwestionuje. Rozwiązanie zagadki zaginięcia jednej postaci wydaje się oczywiste od samego początku, świadczą o tym liczne elementy fabuły i poczynania innych bohaterów, ale prawda jest taka, że ostatecznego dowodu nigdy nie dostajemy i to co pozornie wydaje się być niewinnym, uczciwym zachowaniem, skrywającym socjopatyczną osobowość, mogło być tylko niewinnym, uczciwym zachowaniem, któremu sami przypisaliśmy znamion demoniczności, zbyt łatwo skacząc do konkluzji na podstawie samych poszlak.

„Płomienie” już na początku historii mówią (ustami bohaterki), że jeżeli wierzymy w jakąś fikcję wystarczająco mocno to staje się ona prawdą. Jest to motyw, który przewija się przez cały film, stawiając pod znakiem zapytania wiele zachowań oraz słów wypowiedzianych przez bohaterów i potencjalnie wpływa też na finał filmu. Jestem wprawdzie przekonany, że główny bohater nie pomylił się, ale czy aby na pewno?

niedziela, 16 grudnia 2018

Bumblebee - recenzja


„Bumblebee” to film o Transformerach na jaki czekałem od kilkunastu lat. Klasyczny wygląd postaci, czytelne sceny akcji, emocje, nieirytujący humor oraz ludzcy bohaterowie i zgrabne operowanie nostalgią. W końcu!

Nie byłem specjalnie zaskoczony pozytywnymi zachodnimi recenzjami, bo wierzyłem w ten projekt od pierwszych (konkretnych) informacji jakie o nim przeczytałem. Producenci twierdzili, że bardzo dał im do myślenia zeszłoroczny „Logan”, jako przykład udanego, skromniejszego, pobocznego projektu powiązanego z dużą marką. Film oddano w ręce Travisa Knighta, reżysera bardzo dobrej animacji poklatkowej „Kubo i dwie struny” (od mistrzów ze Studio Laika), a ten zapalił się do pomysłu opowiedzenia czegoś mniejszego, subtelniejszego i bardziej uroczego. Knight chciał podejść do tej masywnej, rozrastającej się marki i skupić na tylko jednym małym skrawku płótna. Wszystko to, czego próbował dokonać w studiu Laika, poszukując pomysłowego połączenia mroku i dobra, napięcia i serdeczności, humoru i serca, planował przenieść do Transformerów.


Oczywiście można to było potraktować jako wciskanie marketingowego kitu. Knight mógł się okazać kolejnym wrażliwym twórcą przemielonym i wyplutym przez studyjny system. Z nadzieją więc, ale nie bez zdrowego sceptycyzmu, czekałem na pierwsze zwiastuny i późniejsze recenzje. I nie rozczarowałem się. Całego procesu tworzenia filmu doglądał Michael Bay (jako producent), ale reżyser celował raczej w filmografię drugiego ojca serii, czyli Stevena Spielberga. Akcja „Bumblebee” osadzona jest w drugiej połowie lat 80., żółtego Trzmiela widzimy w formie klasycznego garbusa doskonale znanego fanom oryginalnych Transformerów, a film próbuje odtworzyć klimat amblinowskich produkcji łączących historię o dojrzewaniu z efekciarskim kinem sci-fi. Udanie, należy dodać.

Łatwo podejść do tego projektu cynicznie, odebrać go jako kolejny nostalgiczny trip ufundowany przez lata 80. Wiecie, żonglerkę walkmanami, kaseciakami, VHS-ami, muzyką popularną, ścianami pokojów nastoletnich bohaterów ozdobionymi plakatami filmów z tamtego okresu i temu podobnymi elementami. Jest nawet nieśmiertelny, kultowy w Stanach, „Klub winowajców”, który wielokrotnie powracał w filmach z ostatnich lat i jest też źródłem kilku żartów w „Bumblebee”. Ciężko się jednak dziwić, że dzisiejsi trzydziestolatkowie, wychowani na filmach z tamtego okresu, gdy dostają w końcu szansę wyreżyserowania własnych produkcji to czerpią garściami z tego, co kiedyś kochali. Przecież dokładnie to samo napędzało pierwsze filmy ich idoli, pierwszego pokolenia reżyserów wychowanych na telewizji, czemu składali później hołd m.in. w „Gwiezdnych wojnach” i „Indianie Jonesie”.


Jeżeli animowane (bądź komiksowe) Transformery z lat 80. są bliskie waszym sercom to zabiją one mocniej już od pierwszych minut filmu, gdy w bitwie na Cybertronie zobaczycie bohaterów i łotrów żywcem wyjętych z bajek waszego dzieciństwa. Niewiele później, gdy klasyczny Blitzwing - w formie odrzutowca - będzie pruł przez niebo, posyłając rakietę ze znakiem decepticonów w kierunku bohatera filmu, to poczujecie się jak w rodzinnym domu, którego nie odwiedzaliście od bardzo dawna. Takich momentów będzie jeszcze wiele, ale nie wszystkie będą bezpośrednio związane z marką należącą do Hasbro. Knight zostawia widza w uczuciu niedosytu, nie zarzuca go widokiem kolejnych robotów, bo tych w samej historii jest bardzo niewielu, w zasadzie to tylko trzech: Bumblebee i dwóch decepticonów (którym głosu użyczyła Angela Bassett oraz Justin Theroux). Nie żartował więc, gdy zapowiadał, że postawi na skromniejsza historię, skupioną raczej na relacjach, jak efekciarskiej demolce. Nie zrozumcie jednak tego źle, dzieje się tutaj dużo, bez wybuchów, pościgów i giętego metalu nie mogło się przecież obejść, ale scenarzystka zadbała o to, żebyśmy dbali o bohaterów historii, a wykorzystane w filmie Transformery nie zlewały się w jedną lśniącą górę metalu pozbawioną indywidualnego charakteru. Wygląd klasycznych postaci z serialu animowanego odtworzono tak cudownie, że chciałoby się żeby dostali oni więcej ekranowego czasu i sięgnięto po większą liczbę postaci, ale szanuję takie świadome dawkowanie tego, co serwuje się odbiorcy. Niedosyt, ale w zdrowej formie, bo sprawiający ochotę na dokładkę, a nie wypuszczający w świat z uczuciem przedawkowania wizualnych bodźców.

„Bumblebee” to w gruncie rzeczy hołd złożony produkcjom Amblina. Opowieść o niezdarnym kosmicie ukrywającym się pod dachem zwykłej amerykańskiej rodziny. Historia o dwóch skrzywdzonych istotach pomagających sobie nawzajem w zalizaniu ran, ewoluowaniu i zrobieniu pierwszego kroku w lepszą przyszłość. Nie bez znaczenia jest, że w główną ludzką bohaterkę, nastoletnią Charlie Watson, wciela się Hailee Steinfeld. Hailee to zdolna młoda aktorka, której potencjał został strasznie zmarnowany w filmach z serii „Pitch Perfect”. Doskonałą rolą w „Gorzkiej siedemnastce” udowodniła jednak, że nominacja do Oscara za występ w „Prawdziwym męstwie” nie była jedynie szczęśliwym przypadkiem. Zarówno Steinfeld, jak również uroczy w swej poczciwości i niezgrabności, Bumblebee, sprawiają, że seria nastawiona dotąd na oszałamianie (chociaż częściej właściwszym słowem byłoby: otumanianie) błyskotkami w końcu trafia też w serce i zaczyna nieco emocjonować.

Nie można tego było tak zrobić od samego początku?

sobota, 15 grudnia 2018

Aquaman - recenzja


„Aquaman” to film dziwny. Już pierwsze minuty powinny skutecznie odstraszyć wszystkich dla których kino superbohaterskie jest synonimem filmowej tandety i infantylizmu. Sztywne, niezgrabne, pretensjonalne dialogi, kiczowate zdjęcia, dziecinne wprowadzenie do bajkowej historii o miłości pomiędzy królową podwodnego świata, a latarnikiem (!), i komputerowa Nicole Kidman robiąca w ciasnym salonie fikołki, którymi zawstydziłaby Selene z serii „Underworld”. Później jest tylko gorzej, albo lepiej (zależy od nastawienia), bo jest to kino superbohaterskie do kwadratu. James Wan nie próbuje nawet udawać, że robi coś z wyższej półki. I chyba inaczej się nie dało, bo powiedzmy to sobie szczerze - oglądamy film o gościu potrafiącym porozumiewać się z rybami, walczącym z typem, który pływa na rekinie, egzystującymi do tego w świecie, gdzie jedną z nacji są kraboludzie (każdy fan serialu „South Park” może teraz zacząć skandować: „craaaaaab people!”).

Wan nie podąża ścieżką, która zaprowadziła na manowce Snydera, nie próbuje urealniać na siłę tego niedorzecznego konceptu, pokazuje go dokładnie takim, jakim jest w swojej istocie – bzdurnym i tandetnym. Nie ulega tez pokusie naśmiewania się z tego, nie dystansuje się, opowiada to wszystko z powagą i namaszczeniem, co samo w sobie rodzi śmiech w odbiorcy. Szczególnie, gdy wyobrazimy sobie tych wszystkich mniej lub bardziej utalentowanych aktorów, wciśniętych w te obciachowe kostiumy, siedzących w pomieszczeniu z zielonymi ścianami, na zielonych przedmiotach imitujących wyrośnięte koniki wodne, wygłaszających jakieś dyrdymały o podwodnym imperium. Nie wiem, czy żałować ich, czy zazdrościć pociesznej fuchy.

Jest to kino bombastyczne i przesadzone. Bywają w nim momenty, że chce się zaklaskać z entuzjazmem, gdy dostajemy na przykład scenę z ośmiornicą robiącą solówę na bębnach. Posmakujmy tych słów raz jeszcze. Ośmiornica. Robiąca solówę. Na bębnach. Pod wodą. Yeah, baby! W takich chwilach chciałbym uwierzyć, że to jednak nie jest na serio i Wan jednak robi sobie jaja na całego. Zbyt często jednak klimat filmu jest żaden, nie ma on swojego charakteru, tu jakieś wizualne odniesienie do filmu „Tron: Dziedzictwo”, tam jakiś stwór żywcem z memów o „Starciu tytanów”, a całość spięta naiwnym archaicznym podejściem z czasów pierwszego filmowego „Supermana”. Można w tym jednak znaleźć jakąś wartość. Można nawet odebrać jako zaletę filmu. Wierzę, że znajdzie się sporo ludzi, którzy go pokochają, albo przynajmniej będą się na nim dobrze bawić, bo jest to widowisko pełną piersią, ciągle coś się w nim dzieje, błyska i wybucha. Ja niestety odbiłem się od niego na poziomie estetycznym, zniechęciłem nadmiernie skomplikowaną fabułą, która tak naprawdę była przewidywalna i oczywista do bólu, a pozostałem dobity dziwnymi decyzjami przy budowaniu tonacji filmu (muzyka towarzysząca interakcjom pomiędzy Arthurem i Merą na pustyni).

Jeżeli to miał być film ostatniej szansy dla kinowego uniwersum DC to raczej kiepsko ją wykorzystał, bo wątpię, żeby przekonał do siebie wielu sceptyków, a za to może zniechęcić niejednego fana. Wydaje mi się jednak, że jeżeli podobał się Wam zwiastun to będziecie usatysfakcjonowani, bo film jest dokładnie tym, na co się zapowiadał. I każdy powinien zinterpretować to sobie wedle własnego uznania.

czwartek, 13 grudnia 2018

Dark Universe, Where Are You!


Pamiętacie jeszcze to zdjęcie i czego dotyczyło? Oto gwiazdy, które miały wznieść na swoich barkach Dark Universe, czyli pomysł Universalu na własną drukarkę pieniędzy w stylu MCU. Jest to wzorcowy przykład na to, jak Hollywood ochoczo sięga po sprawdzone formuły, ale zupełnie nie rozumiejąc tego, co stanowiło o ich sukcesie, potyka się o własne nogi i upada na ten głupi łeb.

Gdy Kevin Feige zapowiadał serię powiązanych ze sobą filmów z superbohaterami istniejącymi w tym samym filmowym uniwersum to szefowie dużych wytwórni pukali się w czoła i patrzyli na niego z politowaniem. Szczególnie po ogłoszeniu, że pierwszy film zostanie złożony na barkach Roberta Downeya Jr., gościa, który na drugie imię miał: kłopotliwy. Gdy efekt tego pomysłu, czyli „Avengers”, zgarnął półtora miliarda dolarów, nikt już się nie śmiał, wszyscy tylko kombinowali, jak skopiować tę formułę. Oczywiście w sposób pokraczny, chciwy, pospieszny, próbując na skróty dotrzeć do momentu rozbicia skarbonki, ignorując cierpliwe budowanie kapitału, czyli fanów przywiązanych do bohaterów.

Universal zaprezentował przy tym wyjątkowe partactwo, bo zaliczył nie jeden, ale dwa fikołki zakończone lądowaniem na głupi łeb. Gdy komuś w zarządzie zapaliła się lampka w głowie i poczuł przyjemne mrowienie w kroczu na myśl o własnym filmowym uniwersum to powstawał właśnie film „Dracula Untold”. Krótko po zakończeniu zaplanowanych zdjęć (rozpoczętych jeszcze przed zainicjowaniem tego pomysłu) wrócono więc na plan i dokręcono materiał dająglcy podstawy do połączenia tego filmu z przyszłym Dark Universe. „Dracula Untold” został zjechany przez krytyków i przyjęty raczej chłodno przez widownię, ledwo zarabiając na paczkę gum (no dobra, zgarnął ponad 200 milionów, ale współczesne wytwórnie filmowe śnią późnymi wieczorami o nieco innych kwotach). Okazało się, że zdaniem większości ta historia powinna była jednak pozostać nieopowiedziana.


Universal zrobił ładny uśmiech i stwierdził, że ten śmierdzący zbuk na koncie jednak nie będzie powiązany z ich wypasionym nowiuśkim mhrocznym uniwersum. „Nie, psze pana, pospieszyliśmy się, poślizgnęliśmy i wyrąbaliśmy na ten głupi łeb, więc wyciągniemy z tego lekcję, zrobimy krok wstecz i ogłosimy oficjalny (drugi, ale tak naprawdę pierwszy, serio, serio) już start z odpowiednią pompą. I zrobili, zapowiadając głośno, że nowa wersja „Mumii” zainicjuje wspólne uniwersum w skład którego wejdzie:

- film „Bride of Frankenstein”, który miał wyreżyserować Bill Condon („Piękna i bestia”), w tytułowej roli (podobno) planowano obsadzić Angelinę Jolie, a w potwora Frankensteina miał się wcielić Javier Bardem.

- „The Invisible Man” z Johnnym Deppem, ponieważ wtedy jeszcze był kojarzony jako ten typ, który ciągle błaznuje w ten sam sposób, ale ogólnie to zazwyczaj zarabia na siebie, a nie jako ten typ, o którym inne gwiazdy produkcji nie będą chciały się później wypowiadać podczas wywiadów promocyjnych.

- a oprócz tego pracowano (i pewnie wciąż te projekty krążą w Universalu pomiędzy różnymi scenarzystami i producentami) jeszcze nad takimi tytułami jak: Wilkołak, Potwór z Czarnej Laguny (odpowiadał za to scenarzysta „Aquamana”, bo przecież to ewidentne, że zna się na podwodnych stworach), Upiór w operze oraz… Dzwonnik z Notre Dame.

Film z Deppem zapowiadano na rok 2020, „Narzeczona Frankensteina” natomiast dostała nawet konkretną datę premiery – 14 lutego przyszłego roku. Walentynki, awww, jakże uroczo, no ale cóż, coś przecież musiało wypełnić pustkę po Greyu i jego pejczykach.

Jak zapewne wszyscy dobrze pamiętamy, nowa „Mumia” na paczkę gum wprawdzie zarobiła, ale był to dość rozczarowujący wynik finansowy (400 milionów). Nie był to dobry start dla nowej drukarki pieniędzy. Szczególnie, że zarówno krytyka, jak i widzowie, raczej zgodnie kręcili nosem na film. Trochę przypał, bo przecież machnięto już nawet wypasione logo mhrocznego uniwersum, które poleciało przed filmem, głupio byłoby znowu się z tego wycofywać...


I co teraz?

No dobre pytanie. „Architekci” mhrocznego uniwersum, Alex Kurtzman („Mumia”) i Chris Morgan (scenarzysta większości odsłon z serii „Szybcy i wściekli”), umyli już od tego projektu ręce i opuścili Universal. Prace nad „Bride of Frankenstein” zostały zawieszone, Condon chyba dalej coś przy tym grzebie, ale zapowiadał jakiś czas temu, że nie interesuje go budowanie uniwersum, chce po prostu stworzyć dobry film. Wnioskuję po tym, że sam Universal nie jest już specjalnie przekonany do pomysłu mhrocznego uniwersum, ale skoro studio posiada masę rozpoznawalnych postaci z kina grozy to nie będzie ich hibernować zbyt długo. Obstawiam, że ten temat regularnie powraca za zamkniętymi drzwiami. Wspomniane wyżej projekty są ciągle rozgrzebywane i rozbebeszane przez różnych scenarzystów oraz producentów, a pierwszy, który dostanie w końcu zielone światło i zostanie zrealizowany (czyli pewnie „Bride of Frankenstein”) nie będzie już tak mocno nastawiony na budowanie jakiegoś większego świata, jak to miało miejsce w przypadku „Mumii”. Zapewne zostawią sobie jakąś otwartą furtkę, albo nawet kilka, na wypadek dużego sukcesu finansowego, ale budowanie uniwersum chyba przestało być już priorytetem.

Mówimy jednak o krótkowzrocznych gościach z Hollywood, stale węszących za grubym pieniądzem, ale obawiających się podejmowania nadmiernego ryzyka przy ewentualnej pogoni za nim. Wszystko jest więc możliwe: zupełne porzucenie projektu, granie głupa (czyli próbowanie rozwijania uniwersum z jednoczesnym niepotwierdzaniem niczego konkretnego), a nawet kolejne, trzecie już, podejście do tematu, co byłoby dość żałosne, ale nie jakieś znowu specjalnie nieprawdopodobne.

A wystarczyłoby naprawdę spróbować metody Marvela, czyli nakręcenia serii dobrych - lub przynajmniej przyzwoitych - filmów, które byłyby przemyślane i spójne, nieco ryzykowne, ale tak w granicach rozsądku, prezentując przy tym zrozumienie tego, co stanowi o sile ich bohaterów, i puszczając oko do fanów oryginału, ale też będąc atrakcyjnym dla nowej widowni. No i postawić do tego na dobrze rokujących aktorów, niekoniecznie jakieś kosztowne megagwiazdy, raczej osoby rozpoznawalne, ale dopiero pnące się po szczeblach sławy. Prościzna.

sobota, 8 grudnia 2018

Niebiańskie dni: o tym, jak zrealizowano jeden z najpiękniejszych filmów lat 70.


Myślę, że wszyscy, którzy widzieli „Niebiańskie dni” Terrence’a Malicka, zgodzą się w jednej kwestii – ten film wygląda przepięknie.

Za zdjęcia odpowiadał Néstor Almendros, który zachwycił Malicka tym, co zrobił przy „Dzikim dziecku” Truffauta. Almendros szybko znalazł wspólny język z młodym reżyserem, imponującym mu dużą wiedzą o fotografii oraz gotowością do ograniczenia sztucznego oświetlenia na planie filmowym. Panowie postanowili pójść śladem niemych filmów i postawili na naturalne oświetlenie. Większość filmu zostało nakręcone podczas „magicznej godziny”, co tak naprawdę dawało im w najlepszym razie 25 minut zrealizowanego materiału dziennie. Zazwyczaj pracowano więc późnym popołudniem i wczesnym wieczorem, zaraz po zachodzie słońca, gdy niebo jeszcze dawało możliwość uchwycenia sylwetek aktorów.

Wszystko to frustrowało ekipę techniczną, która denerwowała się, gdy Almendros zaczynał pracę na planie od wyłączenia większości lamp przygotowanych przez oświetleniowców. Ludzie się nudzili, nie mieli co robić. Uważano, że Malick i Almendros nie mają żadnego pojęcia o tym, co robią i kolejne osoby decydowały się na porzucenie pracy przy produkcji filmu. Malick jednak zdecydowanie wspierał wizję operatora i zarządził nawet usunięcie z planu jeszcze większej ilości lamp. Ponieważ Almendros zaczynał już w tamtym okresie powoli tracić wzrok to często po przygotowaniu wszystkiego do kręcenia sceny, zlecał jednemu z asystentów zrobienie ustawionej scenie zdjęcia Polaroidem, które następnie studiował przy użyciu szkła powiększającego.


Słynne przepiękne sceny z szarańczą wzlatującą do góry nakręcono przy pomocy helikopterów zrzucających łupiny orzeszków ziemnych. Aktorzy poruszali się przed kamerą wstecz podczas kręcenia, co zostało później odwrócone po zrobieniu tego samego numeru z nakręconym materiałem, uzyskując w efekcie złudzenie szarańczy wzlatującej do nieba. Natomiast na zbliżeniach korzystano z tysięcy owadów złapanych i dostarczonych filmowcom przez kanadyjski departament agrokultury.

Cała chwała za zdjęcia spadła na Almendrosa, który zgarnął nawet (jedynego w karierze) Oscara za wykonaną pracę, ale tak naprawdę to zdołał on zrealizować zaledwie połowę materiału z gotowego filmu. Realizacja przeciągnęła się tak bardzo (ku rozpaczy producenta, prowadzącego ciągłe boje z Malickiem), że był w końcu zmuszony do opuszczenia planu - razem z operatorem kamery – żeby rozpocząć prace nad „Mężczyzną, który kochał kobiety” Truffauta. Poprosił więc o pomoc Haskella Wexlera. Panowie pracowali wspólnie przez tydzień żeby nowy operator miał możliwość dostrojenia się do wypracowanego już stylu filmu i zachować spójność obrazu. Wexler został później oficjalnie uznany jedynie za autora dodatkowych zdjęć, co wykluczyło go z szans na otrzymanie Oscara i stało się dla niego źródłem frustracji. Zaliczył nawet w tamtym okresie wizytę w kinie ze stoperem w ręku, co potwierdziło jego przypuszczenia, że połowa nakręconego materiału była jego autorstwa.

Sfrustrowany, a jeszcze bardziej to zmęczony, był też Malick. Długa i problematyczna realizacja dała mu mocno w kość. Ekipa techniczna i aktorzy uważali go za osobę zimną oraz niedostępną, mającą problemy z wyciśnięciem z obsady porządnej gry aktorskiej. Po pierwszych dwóch tygodniach kręcenia doszedł do wniosku, że nie podoba mu się kierunek w jakim to zmierza i przepisał scenariusz na nowo. Później kręcił już masę nadprogramowego materiału planując „rozpracować” i „naprawić” film podczas montażu. Proces montażu był jeszcze gorszy, zajęło dwa lata, oraz dokręcenie kilku rzeczy po roku od zakończenia produkcji, zanim znalazł odpowiadający mu rytm filmu oraz nadał mu kształt z którego był zadowolony (kluczową decyzją było postawienie na narrację z offu). Próbował później zrealizować jeszcze jeden film dla Paramountu, czemu poświęcił sporo czasu, ale gdy projekt ostatecznie się posypał, Malick odpuścił sobie reżyserowanie filmów na 20 lat.

niedziela, 2 grudnia 2018

Plagi Breslau - recenzja


Koniec świata (w Breslau). Patryk Vega w końcu spłodził film, który sprawia wrażenie filmu, a nie przyciętego serialu. No prawie żałuję, że polscy widzowie nie zobaczą tego u siebie w kraju na dużym ekranie. Prawie. Tak ociupinkę.

„Plagi Breslau” to najlepszy film Vegi od lat. Scenariusz w końcu nie stanowi kolekcji anegdot spisanych w bloku więziennym i kabotyńskich opowiastek wziętych z tabloidów. Vega napisał prawdziwy thriller o seryjnym mordercy, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Serio! Co bardziej szokujące, prawie mu się udało powstrzymać od rzucania głupawymi tekstami, tworzenia idiotycznych sytuacji i mnożenia miliona niepotrzebnych wątków. W końcu postawił na zdyscyplinowany scenariusz, a przynajmniej celował w taki efekt, bo nieco jednak zabrakło do satysfakcjonującego stanu.

Jest to w zasadzie polska wersja „Siedem” - tydzień makabrycznych mordów, które każdego dnia mają miejsce o tej samej porze i czynią z ofiar coś w rodzaju symbolicznego (krwawego) przekazu. Ponieważ właśnie porównałem film Vegi do arcydzieła gatunku, co pewnie zakończy się dziś bezsenną nocą, czym prędzej muszę dodać, że jest to jedyne podobieństwo pomiędzy tymi filmami. „Plagi Breslau” silą się tak bardzo na bycie mrocznym, poważnym thrillerem, że wielokrotnie ocierają się w tym o bycie parodią gatunku. Pomysł reżysera na wstrząsanie widownią nie zmienia się od lat – dowalić makabryczną sceną rodem z „Piły” (tutaj na porządku dziennym jest widok rozerwanych ciał, rozcinanych ludzkich czaszek i bebechów w kostnicy oraz otwartych złamań), a następnie doprawić to rynsztokowym słownictwem. Ucieleśnieniem wizji reżysera odnośnie tego, jak powinno wyglądać poważne, mroczne kino, jest bohaterka grana przez Małgorzatę Kożuchowską. Pani policjantka przeżyła życiową tragedię więc teraz oczywiście snuje się po ekranie z wiecznym utrapieniem wypisanym na twarzy, na kolejne szokujące miejsca zbrodni przychodzi z miną, jakby od trzydziestu lat sprzedawała bilety ulgowe w podziemnym przejściu, a do innych ludzi odzywa się głosem, jakby poprzedniego wieczoru przeziębiła sobie gardło jedząc kebsa na mieście. Nie jest to postać, która wzbudza współczucie lub respekt, ale raczej zażenowanie i rozbawienie swoim przerysowaniem.

Ogólnie to Vega chciałby chyba zrobić porządny thriller, i to tak szczerze, ale nie do końca potrafi, bo co chwilę wychodzi z niego partacz i tandeciarz. Wrzuca więc na przykład do filmu wybijającą z klimatu scenę z Kożuchowską wjeżdżającą samochodem w kartony (no wiecie, rozumiecie, hehe), co jeszcze kwituje odpowiednim komentarzem przypadkowego obserwatora (jakbyście nie wiedzieli i nie zrozumieli). Potyka się o rażące wpadki realizacyjne, które widać gołym okiem już przy pierwszym seansie, co jest tak naprawdę przykładem braku szacunku dla widza, bo wyraźnie widać, że tak było po prostu łatwiej to zrobić i nie próbowano nawet tego ukrywać (gruby sznur magicznie znikający w niektórych scenach z pędzącym koniem). A cała ta ekstremalna makabra, stanowiąca pewnie w jego mniemaniu o realizmie przedstawionego świata, przypomina tylko o tym, jak tania i śmieciowa jest to produkcja, bo nie wygląda to dosadnie i szokująco, jest to zwyczajnie obrzydliwe i tylko tyle.

Widać jednak, że Vega nie pozostaje głuchy na słowa krytyki i zaczyna się rozwijać. „Botoks” sprawiał już wrażenie, jakby wszystkie czterdzieści siedem wątków podążało w podobnym kierunku, a nie tylko stanowiło zbiór epizodycznych sytuacji. „Kobiety mafii” sprawiały wrażenie, jakby to była jakaś jedna wielowątkowa historia. „Plagi Breslau” natomiast sprawiają już wrażenie prawdziwego thrillera, wprawdzie średnio udanego, poprowadzonego ciężką ręką, często niezamierzenie groteskowego, ale odpowiednio przemyślanego, stworzonego z myślą o formacie filmu pełnometrażowego, a nawet – uwaga – w miarę wciągającego. Wprawdzie zaciekawił mnie nie tyle tożsamością mordercy, co rozszyfrowałem dość szybko, czy też jego motywami, co raczej tym, co ten typ odwali jeszcze. I w zasadzie to mam podobny stosunek do twórczości Patryka Vegi. Jestem ciekawy tego, co ten typ odwali jeszcze.

piątek, 9 listopada 2018

Outlaw King (Król wyjęty spod prawa) - recenzja


Żenującym jest, że początkowy odbiór filmu Davida Mackenziego był zdominowany przez głosy podekscytowanych widokiem penisa Chrisa Pine’a. Zwłaszcza, że rzeczony narząd jest ledwo widoczny w filmie i można go nawet przeoczyć jeżeli akurat kichniemy w tym momencie. Najważniejsze jednak, że nie jest to największy (ekhm) atut filmu. „Król wyjęty spod prawa” w zasadzie zaczyna się tam, gdzie „Waleczne serce” kończyło. William Wallace wielokrotnie jest wspominany w rozmowach i mamy okazję zobaczyć bardzo ponury epilog jego rebelii (po licznych torturach, kastracji, wybebeszeniu i podpaleniu wnętrzności na jego oczach, gdy jeszcze dychał, ścięto mu w końcu głowę, a jego cztery kończyny rozwieszono w szkockich i angielskich miastach), co inspiruje kolejne powstanie na czele którego staje tytułowy król (Pine).

Mackenzie zaczyna film od popisowego dziewięciominutowego długiego ujęcia, ale jest to jedyne efekciarstwo jakiego doświadczymy w jego mrocznej, powolnej, chwilami bardzo brutalnej, ale przede wszystkim to pieczołowicie odtwarzającej realia epoki i skupionej na detalach, opowieści historycznej. Nie jest to kino wojenne upstrzone podniosłymi przedbitewnymi przemowami o żołnierskich czynach rozbrzmiewających echem w wieczności. Gdyby ktoś wyskoczył tutaj z takim natchnionym tekstem do szkockich zakapiorów, którzy przed chwilą byli po pas w błocie, włącznie z samym królem, szykując okrutną niespodziankę przeciwnikowi, to pewnie zostałby przez nich obrzucony tymże błotem. Bitwy w tym filmie są okrutne, chaotyczne, czasem wyglądają jak jesienna ustawka kiboli pod konstancińskim lasem, a czasem zachwycają rozmachem, ale w obu przypadkach wyglądają równie realistycznie i ekscytująco.

„Król wyjęty spod prawa” to jednak nie jest film o wielkich bitwach, ale o walce o beznadziejną sprawę, która zdaje się pogarszać dla bohatera i jego popleczników z każdym kolejnym dniem. Jest to film o szukaniu towarzyszy broni, a zamiast tego odkrywaniu tylko kolejnych przeciwników. O gruncie sypiącym się pod nogami, o poniesionych stratach, podzielonym narodzie, ale też wyciąganiu z tego lekcji, sztuce adaptacji, zdolności rozgrywania (i wygrywania) przy pomocy kiepskich kart, a czasem po prostu podążaniu za instynktem. Wciąga, zaciekawia i angażuje, ale wymaga poddania się tempu opowieści, która musi rozstawić wielu historycznych pionków na szachownicy, a później ich jeszcze przestawić w różnych kierunkach. W zamian dostajemy garść zaskakujących zwrotów akcji, bohaterów, którzy nie są nam obojętni, Aarona Taylora-Johnsona mającego ubaw w nieco obłąkańczej kreacji, no i starannie odtworzony świat sprzed wieków, w którym rozgościłem się z ogromną przyjemnością.

wtorek, 6 listopada 2018

Bohemian Rhapsody - recenzja


No cóż, ciężko mówić o zaskoczeniu, gdy wychodzi się z „Bohemian Rhapsody” z uczuciem niedosytu i lekkiego zniesmaczenia. Nadzorowana przez samych bohaterów filmu, którzy odrzucili „dzikszą” wersję na rzecz bezpieczniejszej, historia narodzin i sukcesu grupy Queen nie zwiastowała niczego dobrego od samego początku. Niespecjalnie uspakajały też późniejsze informacje o tym, że reżyser (Bryan Singer) bywał nieobecny na planie, a gdy nawet pojawiał się to ciężko było go nazywać prawdziwym liderem projektu, co ostatecznie zakończyło się zwolnieniem go. Zaskoczeniem byłoby więc, gdyby wszystko to zaowocowało czymś bardzo dobrym.

Co niesie ten film do przodu i sprawia, że odbiorca nie zerka notorycznie na zegarek, to sama muzyka zespołu, której niezmiennie słucha się z przyjemnością. Wystarczy odpalić te piosenki na porządnym kinowym nagłośnieniu i reżyser ma widza z głowy na kilka minut. I tak właśnie zrobiono przez większość filmu. Ostatnie 20 minut to już w ogóle jedna wielka scena koncertowa odtwarzająca legendarny występ na Live Aid. I to jest (niestety?) akurat dobre, bo przynajmniej oferuje widzowi jakąś radochę podczas seansu. Problemem jest wszystko to, co ma miejsce pomiędzy kolejnymi piosenkami. Freddie Mercury wyznaje w pewnym momencie, że desperacko goni za kolejnymi imprezami i rozrywkami, bo panicznie boi się tego, co jest pomiędzy nimi. Widz mógłby się podpisać pod tym, gdyby podmienić „chwile pomiędzy imprezami” na sztampową fabułką będącą pretekstem do odpalenia kolejnego przeboju grupy.


Nie dość, że jest to miałkie to jeszcze do tego chwilami wręcz obraźliwe, jak podchodzi się tutaj do tematu seksualności głównego bohatera i generalnie do homoseksualizmu. Jego związkowi z kobietą poświęca się tutaj sporo ekranowego czasu i przedstawia jedynie w pozytywnym świetle (jeżeli coś tu jest nie tak, to tylko sam Freddie, a nie wyrozumiała, tolerancyjna i troskliwa Mary), relacje homoseksualne natomiast prezentuje z niejakim zawstydzeniem, dbając o to, żeby jakiś nadwrażliwiec nie poczuł się zniesmaczony widokiem nadmiernej czułości pomiędzy dwoma facetami. Homoseksualizm Freddiego praktycznie diagnozuje się tutaj jako coś destrukcyjnego, hedonistyczną uciechę, która rujnuje relacje z bliskimi, krzyżuje ścieżki z łajdakami i ostatecznie wpędza do grobu. Nawet związek z Jimem Huttonem, tym „dobrym gejem”, zaczyna się od (zmyślonej, należy dodać) sceny molestowania go ze strony Freddiego, co niejako prowadzi do usprawiedliwienia samego czynu poprzez późniejszą pozytywną relację, która była tego owocem. Sprawę pogarsza, że wyreżyserował to Singer, gość, który ma równie długą historię oskarżeń o molestowania, gwałty i nadużywania władzy, co Queen listę wielkich przebojów na koncie.

Wizualnie film również pozostawia wiele do życzenia. Sceny koncertowe mają pieprznięcie, bo wystarczy podkręcić głośność, żeby panowie z zespołu zaczęli rzucać urokami z głośników, ale zaprezentowane to jest różnie. Z jednej strony mamy pomysłowe ustawienia kamery i Ramiego Maleka wychodzącego z siebie, żeby dawać czadu na scenie, a z drugiej strony sceny stadionowe straszą koślawym CGI i sztucznie wyglądającym efektem tłumu. Aktorów niby dobrano dobrze (Gwilym Lee jako Brian May to sztos), ale czasem wyglądają, jakby byli bandą przebierańców na karnawałowym balu.


Szkoda, że pierwszy film próbujący ugryźć fenomen zespołu Queen i – przede wszystkim – jego wielkiego lidera, jest takim bezpiecznym, schematycznym, pozbawionym polotu i pazura, produkcyjniakiem. Jak udowodnił przykład „Straight Outta Compton”, udział w produkcji samych zainteresowanych nie musi być jednoznaczny z nudnymi blubrami i rozpamiętywaniem dawnej glorii, odrzucając przy tym wszystko to, co pobrudziłoby budowany monument. Panowie z Queen ewidentnie tak nie potrafią, więc mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się jeszcze jakiejś niepokornej wizji, od reżysera trzymającego się od nich z daleka, która odda im prawdziwy hołd, a przede wszystkim to podaruje widzowi pamiętnego filmowego Freddiego, skomplikowanego faceta, wielkiego artystę, dziką duszę, nieprzeciętnego człowieka.