niedziela, 17 czerwca 2018

Hereditary - recenzja


Zupełnie nie jestem zaskoczony, że film zbiera rewelacyjne oceny od krytyków, a baty od przeciętnych widzów, którzy wybrali się do kina żeby pokrzyczeć trochę w fotelu, pochichotać nerwowo i szybko zapomnieć o całym doświadczeniu. Nieoczywiste horrory już tak mają, że dostaje im się od widowni kinowej w chwili premiery, a „Hereditary” brak oczywistości ma wpisaną w swój kod genetyczny. Przez większość filmu sztafaż kina grozy jest zresztą zepchnięty na drugi plan, ustępując historii o rodzinnej tragedii, żałobie, traumach, toksycznych relacjach i psychologicznych balastach, które przechodzą na kolejne pokolenia.

Nie wiedziałem przed seansem, czego mam się spodziewać po tym filmie, oprócz tego, że powinien mnie solidnie przerazić. I to jest jego wielka zaleta, że niewiele zdradzono w kampanii promocyjnej (jak zwykle nieco mylącej, co jest częstą bolączką takich nietypowych horrorów, ale no cóż, budżet się sam nie zwróci), fabuła jest więc nieprzewidywalna, szalona, a chwilami szokująca. Motyw związany z otwartym oknem w samochodzie, a także dalsze tego reperkusje, dał mi bardzo po głowie, najpierw wypuściłem z siebie powietrze z lekkim niedowierzaniem, a później już tylko obserwowałem z zaciekawieniem, co wydarzy się dalej i jak zachowają się bohaterowie filmu. Zachowują się zaskakująco, ale nie ma w tym fałszu, bo jest w tym jakaś prawda o ludzkiej psychice. Ari Aster jest bardziej zainteresowany niuansami psychologicznymi, jak tanim straszeniem widza, więc w takich momentach rozkręca się najbardziej i ogląda się to z fascynacją.

„Hereditary” został okrzyknięty jednym z najstraszniejszych horrorów, co jest nieprawdziwe i krzywdzące dla filmu, bo Aster skupiał się na innych wartościach, elementy klasycznej grozy niejako doklejając do historii o czymś innym. Gdy już jednak straszy, robi to z przytupem, dosadnie i bez ściemy, podśmiechujek i mrugania do widza. Przez większość filmu są to nieczęste momenty, ale tym mocniej wybrzmiewające, nastrój grozy unosi się jednak nad opowieścią od pierwszych scen. Często wynika to jednak ze specyficznego, nieco dziwacznego klimatu, który wtłacza obłęd i niepokój do pozornie normalnych wydarzeń. Z Astera jest przy tym kawał skubańca, który element grozy i zagrożenia lubi ustawić tuż przed widzem, ale jednak zamaskować go na tyle sprytnie przy pomocy zabawy ze światłem (bardzo dobre zdjęcia Pawła Pogorzelskiego), że dostrzegamy to z lekkim poślizgiem (klnąc w myślach), niepoinformowani o tym w żaden sposób przez muzykę i pracę kamery. Niezłą robotę robią też nagłe przeskoki montażowe, które na naszych oczach zmieniają porę dnia, dodając filmowi kolejną warstwę delikatnego wariactwa.

Nie jest to film, który przeraża w sposób paraliżujący, ale gdy już Aster wskakuje na odpowiednie tory to nie sposób oderwać wzroku od ekranu, w który wpatrujemy się niczym zahipnotyzowani, nie chcąc uronić jakiegoś drobiazgu, ale też zainteresowani tym, co wydarzy się dalej. Jest to przy tym ten rodzaj horroru, który ma szansę zostawić piętno na umyśle odbiorcy i przypomnieć o sobie w najgorszym możliwym momencie, czyli gdy jesteśmy sami, nocą, we własnym domu. W tych chwilach, gdy powietrze jest naładowane jakąś dziwną energią, krzesło z przewieszoną koszulką zaczyna przybierać podejrzane kształty w mroku, a skrzypnięcie w starej podłodze jest pewnie tylko skrzypnięciem w starej podłodze, ale czy aby na pewno?

niedziela, 3 czerwca 2018

Bonnie i Clyde - klasyk, w którego nikt nie wierzył


Jack Warner nie lubił Warrena Beatty. Ciągle zawracał tyłek telefonami, zawsze czegoś chciał, jęczał, marudził i kwękał. Nie miał tak naprawdę żadnego prawdziwego hitu na koncie, kręcił nosem na większość projektów, które mu podsuwano i ogólnie (zdaniem Warnera) robił co tylko mógł żeby zrujnować swoją obiecującą aktorską karierę dla jakichś artystycznych wymysłów. Co gorsza, gdy zaoferowano mu rolę Johna F. Kennedy’ego, nie tylko odrzucił propozycję, ale jeszcze do tego oznajmił, że „scenariusz ssie”. Warner nie zwykł słuchać, że jego scenariusze ssą, wyrzucił więc aktora z terenu studia i oznajmił, że nigdy więcej nie znajdzie już pracy w tym mieście.

Pułkownik (tak mówiono na Jacka) nie wybuchł więc entuzjazmem, gdy Beatty zgłosił się do niego ze scenariuszem filmu „Bonnie i Clyde”. Nie dość, że nie lubił samego aktora, to jeszcze filmy gangsterskie były postrzegane wtedy jako coś gorszego, taniego, nieprzynoszącego już zysków. Beatty jednak nie poddawał się, dzwonił, nagabywał, irytował. Legenda głosi (nie brakowało ludzi, którzy zarzekali się, że byli tego świadkami, ale Beatty zawsze temu zdecydowanie zaprzeczał), że aktor w końcu dopadł Jacka w jego biurze, padł na ziemię, złapał za kolana, i powiedział: „Pułkowniku, wycałuję twoje buty, wyliżę je. Mam Arthura Penna, świetny scenariusz, mogę zrobić ten film za grosze, to jest naprawdę dobry gangsterski film.” Zażenowany Warner w końcu zgodził się dać mu półtora miliona dolarów.


Warren Beaty potrzebował tego filmu, bo jego kariera rzeczywiście zaczynała pikować w dół. Niedawno skończył „Pewnego Mickeya”, wyreżyserowanego przez wspomnianego Penna, który odbierany był raczej jako pretensjonalna opowiastka, czemu zresztą przyklaskiwał sam aktor. Próbował też zrealizować film zatytułowany „Co słychać, koteczku?”, co było jego ulubionym telefonicznym pozdrowieniem, gdy rozmawiał z urodziwymi koleżankami. Film miał być komedią o notorycznym kobieciarzu, a w głównej roli miał wystąpić Beatty. Aktor zgłosił się z projektem do Charlesa Feldmana, jego dobrego przyjaciela, a zarazem byłego agenta, który stał się producentem i sfinansował Famous Artists. Feldman nauczył go wielu rzeczy o show-biznesie. Beatty wiedział, że kolega notorycznie wciska do produkowanych przez siebie filmów swoje aktualne partnerki. Ówcześnie Charles spotykał się z francuską aktorką zwaną Capucine, Warren zaznaczył więc, że zgodzi się na współpracę tylko w wypadku, gdy kolega obieca mu jedno – nie znajdzie sposobu na wciśnięcie Capucine do filmu. Feldman nie lubił, gdy ktoś inny dyktował mu warunki, więc odpowiedział na to krótkim: „pierdol się”. W końcu jednak przystał na warunek i zabrali się do prac nad scenariuszem.

Potrzebowali jednak kogoś dobrego w pisaniu zabawnych dialogów. Pewnego wieczoru poszli do klubu na komediowy występ niejakiego Woody’ego Allena, który podobno był zabawnym artystą. I rzeczywiście, spodobało im się to, co usłyszeli, zgłosili się więc do niego po występie z ofertą 30 tysięcy dolarów za napisanie scenariusza. Allen chciał więcej pieniędzy za taką robotę, ale zgodził się na zaproponowaną stawkę jeżeli będzie mógł również wystąpić w filmie. Feldman przystał na to. Prace ruszyły, kolejne wersje scenariusze pojawiały się i były stale przerabiane, a zaniepokojony Beatty zauważał, że z każdą kolejną zmianą jedna z bohaterek zaczyna być coraz bardziej lepiona na Europejkę, a konkretnie to Francuzkę. Wiedział już, co się święci, ale jeszcze bardziej martwiła go inna kwestia. Jego rola robiła się coraz mniejsza, a postać grana przez Allena zaczynała powoli przejmować film. Wściekły udał się do Feldmana, oskarżył go o złamanie ich słownej umowy w kwestii Capucine oraz przyzwalanie na proceder minimalizowania jego roli w filmie. W końcu zagroził, że w nim w ogóle nie wystąpi i w dramatycznym geście opuścił pomieszczenie. Beatty był przekonany, że nie pozwolą mu na odejście z filmu, ale przeliczył się, bo nikogo to nie obeszło. „Co słychać, koteczku?” było dużym hitem, z którego Allen nie był specjalnie zadowolony, ale stanowił doskonały punkt startowy dla jego dalszej kariery i nauczył go, żeby zawsze walczyć o pełną kontrolę nad filmem. Podobną lekcję z tego doświadczenia odebrał Warren Beatty.


Jakiś czas później, Warren i jego dziewczyna, aktorka Leslie Caron, wybrali się w Paryżu na kolację z Francoisem Truffautem. Caron próbowała go namówić, żeby wyreżyserował film o Edith Piaf, w którym chciała zagrać główną rolę. Truffaut nie wyraził zainteresowania, ale wspomniał, że niedawno otrzymał bardzo dobry scenariusz filmu zatytułowanego „Bonnie i Clyde”, w którym powinien wystąpić Beatty. Aktor został przez niego skierowany do scenarzystów - Roberta Bentona i Davida Newmana. Warren kupił scenariusz za kilka tysięcy dolarów i zdecydował się na krok niespotykany ówcześnie w przypadku hollywoodzkich aktorów, postanowił zostać producentem. Nie mógł jednak znaleźć reżysera, bo wszyscy mu odmawiali. Scenarzyści (którzy sami wcześniej nieskutecznie próbowali szczęścia z Truffautem i Godardem) zasugerowali osobę Penna, z którym Beatty wspólnie zrobił wspominanego „Pewnego Mickeya”. Reżyser początkowo odmówił, ale w końcu dał się namówić (z dużymi oporami) aktorowi.

W połowie czerwca roku 1967 film był praktycznie gotowy (planowano wyciąć jeszcze 15 minut materiału). Beatty zabrał więc surową wersję do willi Jacka Warnera, gdzie mieli go razem obejrzeć w towarzystwie jego współpracowników oraz reżysera. Warner był znany ze swego słabego pęcherza, jeszcze przed seansem zwrócił się do Penna i oznajmił mu: „jeżeli będę musiał pójść sikać to film jest gówniany”. Pierwszy raz poszedł do toalety już po sześciu minutach. Wychodził jeszcze dwa razy. Gdy film się skończył w pomieszczeniu zapadła martwa cisza. Warner w końcu odezwał się: „Co to kurwa było? Jak długi był ten film?”. Odpowiedział na to jego zięć, „Pułkowniku, film trwał dwie godziny i dziesięć minut”. Warner na to: „To było najdłuższe dwie godziny i dziesięć minut w moim życiu. To jest film wymagający potrójnego sikania.” Beatty i Penn nie byli pewni, czy mają płakać, czy się śmiać. Aktor próbował jednak wyjaśnić film. Wypowiadał się z rozwagą, bo jego słowa tonęły w złowieszczej ciszy jaka panowała w pomieszczeniu. W akcie desperacji powiedział w końcu: „Wiesz co, Jack? Tak naprawdę to jest hołd dla gangsterskich filmów Warner Brothers z lat 30.”. Warner odpowiedział tylko: „czym do kurwy jest hołd?”.


Nie lepiej poszedł pokaz zorganizowany dla Ojca Sullivana z Katolickiego Legionu Przyzwoitości. Duchowny był przekonany, że w otwierającej film scenie, Faye Dunaway nie ma założonych majtek, gdy zbiega ze schodów. Ciągle cofał taśmę, wskazywał palcem w kierunku Bonnie i krzyczał: „och nie, przecież widać jej biust!”. Tłumaczono mu wtedy, „ależ nie, Ojcze, to tylko sukienka, jest jedwabna”. Odpowiadał wtedy: „nie, nie, widzę jej biust! Czekajcie, chyba widzę sutka!”. „Ależ nie, to tylko guzik”, mówili.

W film nikt nie wierzył. Ludzie z Warnera chcieli jak najszybciej o nim zapomnieć. Wyznaczyli mu bardzo niekorzystną wrześniową datę premiery, co wtedy było uważane za najgorszy możliwy miesiąc. Pierwsze recenzje były miażdżące. Publika jednak pokochała film. Podobnie jak Pauline Kael, legendarna amerykańska krytyczka (Quentin Tarantino powiedział w latach 90., że nie może przeboleć tego, że Kael zawiesiła pisanie o filmach krótko przed tym, jak on zaczął je kręcić) zrobiła wszystko, co było w jej mocy, żeby oddano filmowi sprawiedliwość. Przekonywała kolegów krytyków do ponownych seansów i spojrzenia na film z bardziej otwartym umysłem oraz niezrażanie się szokującą wtedy dawką przemocy. Niektórzy z nich rzeczywiście pisali później bardziej przychylne recenzje. Film okazał się być najbardziej dochodowym filmem Warnera, ustępując pierwszego miejsca tylko „My Fair Lady”. Ostatecznie zebrał na całym świecie 70 milionów dolarów, co szczególnie uszczęśliwiło Warrena, który podczas długotrwałego procesu namawiania studia do realizacji filmu, zaoferował w końcu wystąpienie w nim za jedyne 200 tysięcy dolarów w zamian za jakiś procent z późniejszych zysków. Spodobało im się to. Zaproponował 40%. Zgodzili się, bo przecież byłoby cudem, jakby w ogóle zarobili coś więcej, jak tylko zwrot kosztów produkcji...

Źródło:
"Easy Riders, Raging Bulls", Peter Biskind

poniedziałek, 21 maja 2018

Cannes 2018: Podsumowanie


Cannes w liczbach i literkach, czyli tradycyjne krótkie podsumowanie festiwalu. Nietradycyjnie dopiero w poniedziałek, bo zazwyczaj tworzę ten wpis podczas lotu powrotnego i wrzucam na fejsa zaraz po wylądowaniu. Samolot miał jednak godzinne opóźnienie, pora była późna, a moja chęć do pisania czegokolwiek znikoma, więc wyjątkowo odstawiłem to na później. Myślę, że jeszcze napiszę coś więcej o przynajmniej dwóch filmach, być może nawet skończy się na jeszcze kilku wpisach, no zobaczymy.

Widziałem w tym roku 44 filmy, spokojnie dobiłbym do 46, gdyby nie piątkowe spotkanie z Garym Oldmanem i nowy film Terry’ego Gilliama, na którego próbowałem się dostać, chociaż wiedziałem, że jeżeli wejdę do środka będzie to prawdziwy cud. Cudu nie było, ale przynajmniej zamiast tego zjadłem porządny obiad. W trakcie festiwalu słyszałem i czytałem sporo narzekań na tegoroczny poziom prezentowanych filmów. Nie zgodzę się, już dawno nie wystawiłem tak wielu wysokich ocen, wprawdzie nie wystawiłem żadnej 9/10 (nie licząc oczywiście specjalnego pokazu filmu „2001: A Space Odyssey”), ale dobiłem do siedmiu 8/10, z czego dwie trafiły do polskich produkcji. Szalałem również z 7/10, bo takie oceny wystawiłem aż szesnastu filmom. Dziesięć tytułów zgarnęło 6/10, co jest przecież wciąż dobrą oceną. Dziewięć filmów dostało 5/10, a jeden 3/10. Nie wiem, albo był to dobry festiwal, albo z wiekiem zaczynam się robić miękki przy wystawianiu ocen i niedługo zacznę szastać dziewiątkami i dziesiątkami.

Zeszłoroczne Un Certain Regard trochę mnie wymęczyło irytującymi snujami kręconymi kartoflem. Pod koniec miałem już tego dość i rozważałem nawet w tym roku, czy zamiast tego nie poświęcić więcej czasu na filmy z bocznych sekcji Directors’ Fortnight i Critics’ Week. Dałem jednak szansę UCR i zabrałem się w pierwszych dniach, z pewną obawą, za wgryzanie się w tegoroczny program. Nie pożałowałem, bo dzięki temu przypomniałem sobie, że w ubiegłych latach to właśnie tam odkryłem sporo perełek. W tym roku wprawdzie nie zaliczyłem tam żadnego filmu bardzo dobrego, ale dobrych i niezłych było całkiem sporo. Czasem były to filmy „cięższe” tematycznie, jak „Girl” opowiadająca o postaci oczekującej na operację zmiany płci, która próbuje zostać baletnicą wbrew ograniczeniom męskiego ciała, kiepsko znoszącego mordercze dla stóp treningi. Czasem były to natomiast filmy brutalne, ale przy tym orzeźwiająco wariackie, lekkie i zabawne, jak oparty na faktach „The Angel” opowiadający o seryjnym morderczym o wyglądzie cherubinka. Ciężko mi się oglądało „Long Day’s Journey into Night”, bo to oniryczne, powolne kino, przy którym odpłynąłem na pięć minut, ale wciąż nie mogę przestać o nim myśleć. Absolutnie fenomenalna jest w nim strona techniczna. Przepiękne zdjęcia, hipnotyzująca muzyka, a do tego niesamowite długie ujęcie, trwające ponad 50 minut. Jeżeli nie uciekano się przy nim do żadnych sztuczek maskujących cięcia montażowe to jestem pełen uznania dla całej ekipy, która zdołała tego dokonać i przemieszczała się ze sprzętem po dużej lokacji, korzystając przy tym z dronów, pojazdów (Gan Bi znowu śledzi przejazd na skuterze, ale tym razem jest to zrobione perfekcyjnie, czego nie można było powiedzieć w przypadku podobnej sceny „Kaili Blues”) i ludzkich mięśni.


Zaskoczyło mnie nieco przyznanie Złotej Palmy filmowi „Shoplifters”. Osobiście nie zrobiłbym tego, ale nie jest to wybór, który mi bardzo przeszkadza. Cieszy, że Hirokazu Koreeda w końcu doczekał się w Cannes najważniejszej nagrody, tym bardziej, że jest to dobre kino. Podczas ogłaszania wyników, które śledziłem już na lotnisku odświeżając na Twitterze oficjalne konto festiwalu, przez chwilę wydawało mi się, że wygrał „BlacKkKlansman” Spike’a Lee, byłem cholernie rozczarowany. Nie zrozumcie mnie źle, jest to niewątpliwie najlepszy film Lee od lat, ale w dozowanym przekazie ideologicznym oraz porównaniach do współczesnej polityki prezentuje subtelność hipopotama. Co nie znaczy, że nie było to zabawne kino, które dobrze się oglądało.

Jeżeli jednak decyzja zależałaby ode mnie to nagroda powędrowałaby do jednego z trzech filmów: „Zimnej wojny”, „Dogmana” (słusznie nagrodzonego w kategorii aktorskiej) albo niesamowitego „Ash is purest white”, o którym jeszcze postaram się napisać coś więcej. Szkoda, że ten ostatni nie dostał nawet nagrody za scenariusz, bo jest to niewątpliwie jego najlepszy element.

O najciekawszych tytułach pokazywanych w pobocznych sekcjach oraz pozakonkursowo już pisałem, ale (jeszcze?) nie zachwycałem się tutaj świetnym animowanym dokumentem „Another day of Life” opartym na wspomnieniach Ryszarda Kapuścińskiego oraz pięknym anime „Mirai” (Mamoru Hosoda w szczytowej formie) zgrabnie wgryzającym się w dziecięcą psychikę.

To był dobry festiwal. Dostarczył mi kilka filmów, o których nie mogę jeszcze zapomnieć. Gdy już festiwalowy chaos, pogoń za kolejnymi seansami i walka z głodem, odeszły w niepamięć, zaczynam jeszcze bardziej doceniać niektóre tytuły i wzbiera we mnie potrzeba pochylenia się nad nimi. Chyba jeszcze z nimi nie skończyłem i jeżeli tylko czas pozwoli to napiszę o kilku filmach pominiętych na blogu i facebooku podczas imprezy.

piątek, 18 maja 2018

Dogman - recenzja


Z Matteo Garrone miałem dotąd skomplikowaną relację. Zarówno „Gomorra”, jak i „Pentameron”, nie trafiły do mnie. Pierwszy mnie uśpił, drugi rozczarował, bo zamiast soczystej, krwawej, mrocznej baśni, otrzymałem film piękny, ale w gruncie rzeczy daremny. „Dogman” sprawiał wrażenie powrotu do stylistyki znanej z „Gomorry”, czyli nieprzyjemnego portretu chropowatej, brutalnej rzeczywistości włoskiego półświatka przestępczego. Jest to oczywiście interesująca tematyka, a Garrone nigdy nie można było odmówić talentu, liczyłem więc na to, że trzeci kontakt z jego twórczością będzie już w pełni satysfakcjonujący. Nie rozczarowałem się, bo otrzymałem jeden z najlepszych tytułów w tegorocznym canneńskim konkursie głównym.

Akcja „Dogmana” osadzona jest w małej włoskiej nadmorskiej miejscowości. Okolicznych mieszkańców terroryzuje miejscowy Seba, znaczy się Simone, który wygląda jak Popek (ale bez syfu na twarzy), a zachowuje się jak ten typ z twojego osiedla. Wiesz który, ten co zawsze był pomiędzy dwoma wyrokami, chodził z wiecznie poharataną mordą, ludzie przechodzili na drugą stronę ulicy, gdy zobaczyli go na chodniku, a wieczorami nie chciałeś na niego wpaść w jakimś ciemnym zaułku. Simone to były bokser, który empatycznie jest nieco poniżej poziomu kubełka ze żwirem i nie do końca łapie, czego ludzie od niego chcą. Nie obchodzi go to zresztą za bardzo, zawsze robi to co mu się podoba, a jak ktoś za mocno do niego podskakuje to zostaje spacyfikowany strzałem z dyńki doprawioną szybką piąchą.

Marcello to kumpel Simone, ale w sumie to za wiele powiedziane, bo robi za coś pośredniego pomiędzy upierdliwą wszą, a pożytecznym idiotą, który jest zbyt przestraszony (i chuderlawy) żeby postawić się miejscowemu bandycie. Marcello zarabia na życie opiekowaniem się psami, przechowuje je, myje oraz dba o ich zdrowie. Jest znany i lubiany w okolicy. Niestety Simone traktuje go jako swojego przydupasa, który zrobi za szofera podczas włamania, pośrednika w transakcji z dilerem, który nie chce już sprzedawać wiecznie zadłużonemu bandziorowi i frajera na którego można zwalić winę za zbrodnię.

„Dogman” oferuje najlepsze elementy „Gomorry” porzucając jednocześnie usypiające tempo narracji. Jest to mroczna, ponura, chwilami brutalna opowieść o miejscu, w którym nie chciałbym spędzić nawet godziny. Miejscowa zabudowa, składająca się z rozsypujących się starych budynków, przypomina postapokaliptyczną scenografię. Rozległy, praktycznie wymarły plac, będący areną wielu wydarzeń w filmie, jest niczym z westernu. Wszechobecny brud, szarzyzna i bogate pokłady błota pojawiające się po każdym deszczu, przypominają natomiast o tym, że istnieją na zachodzie miejsca, które szerokim łukiem obchodziłby nawet największy drab ze Śląska.

Garrone nie pędzi do przodu, spokojnie wgryza się w realia tego świata, pokazując nam codzienność Marcello i mnożąc przykłady kolejnych zbójeckich zachowań Simone. Nie jest to jednak kino ślamazarne, dzieje się tutaj sporo, tempo jest wartkie, klimat budowany wzorcowo, a postacie starannie rozbudowywane. W końcu mam sztamę z Matteo Garrone.

czwartek, 17 maja 2018

Solo: A Star Wars Story - recenzja


Ron Howard to jest jednak gość. Wszyscy postawili już krzyżyk na filmie „Solo: A Star Wars Story”. Od produkcji odsunięto pierwotnych reżyserów, główny aktor mało komu przypadł do gustu, pierwsze materiały z filmu nie zachęcały, a tymczasem stary fachowiec, który wskoczył do rozpędzonego już pociągu w biegu, dostarczył kino rozrywkowe na poziomie nieosiągalnym dla większości blockbusterów. Kathleen Kennedy wiedziała do kogo się zgłosić żeby uratował ten tonący okręt.

O tym, że jestem kupiony, wiedziałem już po pierwszej minucie. Nie wydarzyło się w niej nic specjalnego, krótki tekst wprowadzający w realia i szybkie przejście do konkretu, ale to wystarczyło, żebym od razu poczuł, że jestem w świecie Gwiezdnych Wojen. Magia tego świata dość szybko zaczyna tutaj działać, czego nie mogłem powiedzieć o „Rogue One”, który był dobrym filmem, ale nie rozbudził mojego serca i nie wywołał ekscytacji, którą odczuwam podczas każdego dziewiczego seansu z nowym epizodem. Przy „Solo” serce mi rosło przez całą pierwszą godzinę. Pierwsze spotkanie Hana z Chewbaccą jest idealne. Podobnie pierwszy kontakt z Lando Calrissianem. Idealny jest zresztą sam Donald Glover, który w tej roli jest dokładnie tak dobry, jak wszyscy się tego spodziewali. Alden Ehrenreich natomiast, wbrew sceptycznym głosom, sprawdza się bardzo dobrze w roli Hana Solo. Nie próbuje kopiować Harrisona Forda, może z wyjątkiem łobuzerskiego uśmieszku, tworzy własną interpretację postaci, młodszą, naiwniejszą, ale wciąż w duchu postaci - pewnego siebie cwaniaka niesłuchającego się rozkazów.


Pierwsze półtorej godziny filmu to praktycznie nieustanna akcja. Cały czas coś się dzieje, jest efekciarsko, zabawnie, pomysłowo i cały czas czujemy, że jest to nierozerwalnie związane z głównymi filmami chociaż (prawie) nie nawiązuje się do nich w scenariuszu. Później akcja nieco zwalnia żeby porozstawiać pionków na planszy i doszlifować relacje pomiędzy nimi, dotąd budowane w biegu, ale wciąż ogląda się to z uśmiechem na twarzy i zaciekawieniem, bo cała obsada wykonała dobrą robotę (niektórzy jednak nieco odstają).

Jeżeli do czegoś przyzwyczaiły nas nowe filmy z serii to wysoka jakość efektów komputerowych. Nie inaczej jest tym razem, pod względem wizualnym szczególnie dostarcza akcja z napadem na pędzący pociąg (nieco zerżnięta z serialu „Firefly”, ale w zasadzie jest to motyw, który już wielokrotnie był przerabiany przez popkulturę). Wszystko w niej wygląda bez zarzutu, każde latające ustrojstwo, tło, wybuch, strzał z blastera i cała reszta cyfrowego tałatajstwa. Dziwi natomiast, że zdecydowano się na tak mroczną tonację kolorystyczną całego filmu. Zdjęcia są najczęściej ciemne, nie ma w tym świecie zbyt wielu kolorów (to na szczęście zapewnia w nadmiarze postać Lando), co jeszcze byłoby zrozumiałe w początkowych scenach na Corelli, a także scenie bitewnej, ale później przydałoby się wpuścić do tego świata więcej światła i barw.

Scenariusz też pozostawia nieco do życzenia. Przy pierwszym seansie tyle się w filmie dzieje, a przy tym w dość zawrotnym tempie, że może skutecznie ujść to uwadze, ale historia jest w gruncie rzeczy dość błaha i jednowymiarowa, ucierpią więc na tym kolejne podejścia do filmu. Dialogi są nierówne, ale żarty często trafiają w punkt, skutecznie rozbawiając widownię. Jest to jednak przede wszystkim film o rodzącym się wielkim uczuciu, a nawet dwóch. Oczywiście nie pomiędzy Hanem a Qi’Rą (Emilia Clarke i tak w lepszej aktorskiej formie, jak się spodziewałem), bo w ich romansie jest tyle ognia, że nie wystarczyłoby nawet na rozpalenie gazu pod ogórkową. Mówię o początkach prawdziwej miłości, czyli relacji Solo z Chewbaccą oraz Sokołem Milenium. Jak na tak szybko pędzącą akcję, bardzo zgrabnie rozpisano ewolucję ich relacji, stawiając przekonujące podwaliny pod ich przyszłą bardzo bliską przyjaźń. Podobnie udanie wypada natychmiastowe zauroczenie statkiem, który zresztą w końcu możemy ujrzeć w pełnej glorii jego dawnych dni.


Jest tutaj trochę niepotrzebnych elementów, zwłaszcza pewne cameo w finale, które solidnie zaskoczy osoby znające uniwersum jedynie z filmów, a zniesmaczy całą resztę. Nie wypada to dobrze, zostało pokazane dość pokracznie, postać została niepotrzebnie ściągnięta do filmu, a co gorsza, ten wątek ewidentnie będzie kontynuowany w przyszłych projektach. Miejmy nadzieję, że później zostanie to poprowadzone zgrabniej i wyniknie z tego coś ciekawego. Pewnym rozczarowaniem jest też główny przeciwnik, grany przez Paula Bettany’ego, ale tak szczerze mówiąc to brytyjski aktor wycisnął z tej roli zaskakująco dużo, jak na postać, która pojawia się dosłownie tylko w dwóch dłuższych scenach. Ciekawe, jak wyglądałoby to w pierwotnej wersji, czyli z Michaelem K. Williamsem wcielającym się w postać wygenerowaną cyfrowo.

Pomimo jednak tych różnych zgrzytów, jest to zaskakująco udany projekt, szczególnie jeżeli zważymy na to, jak problematyczna była jego realizacja. Jest to film zgrabnie napisany, opowiedziany i zrealizowany, udanie opowiadający o początkach jednej z najważniejszych postaci w tym uniwersum oraz jego przyjaźni z najfajniejszym kudłaczem w galaktyce. Jeżeli tak będą wyglądać kolejne filmy to mogą te spin-offy trzaskać co roku przez następne 20 lat.

środa, 16 maja 2018

Under The Silver Lake (Tajemnice Silver Lake) - recenzja


Chłopak (Andrew Garfield) spotyka dziewczynę (Riley Keough). Spędzają razem kilka godzin. Dziewczyna następnego dnia znika. Zaskoczony, ale też totalnie zauroczony, główny bohater rozpoczyna poszukiwania pięknej dziewczyny. Jego kilkudniowe śledztwo zabierze go w różne dziwne zakamarki Los Angeles, skrzyżuje z różnymi specyficznymi indywiduami oraz skieruje na niejedną hipsterską imprezę napędzaną alkoholem i kwasem.

Nowy film Davida Roberta Mitchella („It follows”) to opowieść noir skąpana w promieniach kalifornijskiego słońca, wypełniona kobietami fatalnymi, paranoikami, oszołomami, a pośrodku tego on, Sam. Nieco naiwny, nieco zakręcony, bumelant, ale też z determinacją dążący do wyznaczonego celu, czasem nie dowierza w to co widzi, a często zaskakująco łatwo akceptuje absurdalność rzeczy z którymi przyszło mu się mierzyć. „Under The Silver Lake” to kino surrealistyczne, nie jest to jednak obłęd na pełnych obrotach, Mitchell przemyca elementy oderwane od rzeczywistości dość niepozornie, ale konsekwentnie. Szybko trzeba zaakceptować, że nie jest historia, która będzie miało dużo sensu podczas pierwszego seansu. Należy porzucić potrzebę logicznych rozwiązań fabularnych, poddać się rytmowi historii i zaufać twórcy, że pod koniec zaoferuje jakieś rozwiązanie, które nie pozostawi odbiorcę z jeszcze większą ilością pytań. Nie pozostawia, ale normalnego rozwiązania tajemniczego zaginięcia dziewczyny oraz dziwacznych zdarzeń pobocznych nie należy się spodziewać w finale filmu.

„Under The Silver Lake” cieszy oczy zdjęciami, historia jest nieco zbyt rozciągnięta (140 minut) przez liczne wątki poboczne, ale w kolejne sceny wchodzi się z zaciekawieniem tym, co z nich wyniknie. Andrew Garfield świetnie się odnajduje w tym nieco wariackim świecie, zgrabnie sprzedając pewną niezgrabność bohatera jako element uroku osobistego, a nie denerwującą pierdołowatość. W scenariuszu pojawiają się absurdalne teorie spiskowe oraz rozwiązania fabularne, ale Mitchell wychodzi z tego obronną ręką, sprzedając je bez zadęcia, subtelnie puszczając do widza oko, dając do zrozumienia, że tylko robi sobie jaja i nie należy traktować tej historii zbyt poważnie.

The House That Jack Built - recenzja


Syn marnotrawny powrócił do Cannes. Nie stracił pazura – z premierowego galowego pokazu wyszło jakieś sto ludzi. Pierwsze recenzje zapowiadały dzieło odrzucające, chore oraz ekstremalnie brutalne. Lars von Trier wciąż potrafi narobić wokół siebie dużego szumu.

„The House That Jack Built” to historia kilkunastoletniej działalności seryjnego mordercy, który zabił w sumie 60 ludzi. Jack (Matt Dillon) poprzez dialog prowadzony z offu z sardonicznym mężczyzną o imieniu Verge opowiada szczegóły pięciu mordów. Szybko staje się jasne, że Jack nie jest żadnym geniuszem zbrodni, pozostawia po sobie pełno potencjalnych śladów, wraca na miejsca zbrodni, przenosi ciała ofiar na widoku w biały dzień, popełnia całą masę głupich błędów. Jack twierdzi, że najłatwiej coś ukryć przed innymi jeżeli nie próbuje się tego chować. Wygląda na to, że ta metoda rzeczywiście się sprawdza w jego przypadku. Możliwe jednak, że podświadomie chce zostać złapany, ale do tego czasu zamierza szaleć do woli.

Lars von Trier również szaleje do woli. Opowiadając o zbrodniach Jacka stawia na szokowanie odbiorcy poprzez dosadność przekazu i epatowanie szczegółami. Ofiarami bohatera są głównie kobiety, które gubi własna głupota i naiwność, jakby reżyser chciał zadziornie pokazać środkowego palca opinii publicznej stale
oskarżającej go o mizoginię. Za sztubackie zachowanie można poczytać również to, że w pierwszym jego filmie pokazywanym w Cannes, od czasu nieszczęsnej konferencji prasowej, wielokrotnie padają słowa podziwu dla nazistowskiej myśli technicznej, architektury, uzbrojenia oraz efektywnego zabijania w skali masowej. Lars lubi grać na nosie.

Sporo zostało już powiedziane o przemocy w tym filmie, jeszcze więcej zostanie napisane przez kolejnych kilka miesięcy, gdy zacznie docierać do kolejnych odbiorców. Reżyser nie ma litości, nie szczędzi widzowi widoku zmiażdżonych głów, odciętych piersi, maltretowania zwierząt, a momentem, który „słabsze ogniwa” ostatecznie popchnie do opuszczenia sali kinowej jest moment, gdy w filmie pojawia się matka z dwójką małych dzieci…

Błędnym byłoby jednak założenie, że pomysł reżysera na „The House That Jack Built” ograniczył się do szokowania przemocą. Jest to film bardzo pomysłowy, skręcający w nieoczywistym kierunku w finale (aczkolwiek uważny odbiorca szybko skojarzy kim jest pewna postać i zacznie podejrzewać, gdzie wylądujemy pod koniec historii), chociaż długość projekcji dochodzi do 150 minut nawet przez moment nie odczuwałem zmęczenia i zniecierpliwienia. Ciągle się tutaj coś dzieje, zarówno na poziomie formy, jak i treści. Lars żongluje retrospekcjami, wstawia bohatera w sekwencje delikatnie burzące czwartą ścianę, bo stawiające go w roli ozdobnika formalnego uzupełniającego przekazywane informacje, a do tego pompuje do historii dużo humoru, oczywiście zazwyczaj równie czarnego co jego serce.

Jest to więc film niewątpliwie testujący odbiorców, sprawdzający granice ich smaku oraz wrażliwości, ale czy spodziewaliśmy się czegoś innego po Larsie von Trierze?

poniedziałek, 14 maja 2018

Leave no trace - recenzja


Wygląda na to, że Debra Granik odkryła dla świata kolejną Jennifer Lawrence. Thomasin McKenzie wprawdzie nie wygląda (jeszcze?) jak materiał na gwiazdę pokroju JLaw, ale przecież ona również była nieobrobionym diamentem, gdy wystąpiła w „Winter’s Bone”.

„Leave no trace” łączy pewne podobieństwo ze wspomnianym filmem, przede wszystkim zainteresowaniem ludźmi żyjącymi w niezindustrializowanych rejonach Stanów Zjednoczonych, doświadczanych przez naturę, ale też starających się żyć z nią w symbiozie. Jednak tytułem, który najcześciej przychodzi do głowy podczas seansu jest „Captain Fantastic” Matta Rossa.

Will (Ben Foster) żyje ze swoją córka Tom (McKenzie) w środku lasu. Co jakiś czas uzupełniają zapasy w mieście, ale przez większość tygodnia unikają kontaktu z innymi ludźmi, zacierają trasy swoich przemarszów, starają się unikać częstego korzystania z tych samych ścieżek, a rozbity obóz traktują jako kolejną tymczasową przystań. Pewnego dnia zostają jednak złapani przez służby porządkowe i przekazani opiece społecznej zaniepokojonej sytuacją życiową nastoletniej dziewczyny. Szybko znajduje się dla nich jakiś dach nad głową i praca dla Willa, który jednak nie potrafi usiedzieć długo w jednym miejscu z innymi ludźmi i czeka tylko na okazję żeby znowu przepaść gdzieś bez śladu. Tom jednak zaznała już komfortów świata cywilizowanego i nie uśmiecha jej się ponowne sypianie pod krzakami.

Granik ma mniej wyrozumiałości dla swojego bohatera od Rossa. Wprawdzie nie poddaje postawy Willa surowej ocenie, wręcz przeciwnie, przygląda mu się z troską i próbuje zrozumieć jego zachowanie wskazując na wojenną traumę, ale nie zapomina o tym, że nie jest on odpowiedzialny tylko za siebie. Tom potrzebuje normalnego kontaktu ze społeczeństwem, a pytaniem wiszącym w powietrzu przez cały film jest – czy Will zdoła się przełamać i osiąść w jednym miejscu?

Relacja pomiędzy ojcem i córką jest motorem napędowym filmu, całe szczęście więc, że znaleziono dziewczynę, która dotrzymuje kroku Benowi Fosterowi. McKenzie nie tylko dotrzymuje, ale wręcz wysuwa się na prowadzenie, prezentując bogatą paletę emocji, będąc równie przekonującą w subtelnych gestach, co w ekspresyjnych momentach. Jest to aktorka o delikatnej urodzie i spokojnej naturze, więc ciężko na razie powiedzieć, czy Hollywood znajdzie dla niej miejsce w kinie głównego nurtu, ale twórcy filmów niezależnych zapewne będą do niej walić drzwiami i oknami.

„Leave no trace” to kino mądre, skupione na ludzkiej naturze, z ciekawością przyglądające się zachowaniom swoich bohaterów i ostrożnie wgryzające się w ich psychikę, ale nie odkrywające zbyt wiele informacji, sporo kwestii pozostawiając ocenie widza.

niedziela, 13 maja 2018

Climax - recenzja


Absolutnie nic się nie zmieniło, Gaspar Noé ma niezmiennie narąbane we łbie. „Climax” otwiera ostatnia scena filmu. Po minucie pojawia się informacja, że wydarzenia, które właśnie zobaczyliśmy, były oparte na faktach. I wchodzą napisy końcowe. Jakąś godzinę później zobaczymy napisy początkowe, które poprzedzą eksplozję chaosu i psychozy na ekranie.

„Climax” opowiada o imprezie wieńczącej trzydniowe warsztaty taneczne, które odbyły się na jakimś bezludziu. Za kręgosłup i układ kostny filmu robią dwa długie ujęcia, które uzupełniają sceny bazujące na szybkich montażowych przeskokach prezentujących zachowania i rozmowy wszystkich uczestników imprezy.

Pierwsze długie ujęcie rozpoczyna się od kilkuminutowego układu tanecznego, który bohaterowie przygotowywali przez ostatnie dni. Jest to zarazem jedyna sekwencja, która została starannie przygotowana przed odpaleniem kamer. W pozostałych scenach na parkiecie aktorzy już improwizowali. Występ się kończy, postacie zaczynają się rozchodzić po pomieszczeniu, a kamera rozpoczyna leniwy swing pomiędzy nimi, pływając po parkiecie i dokując tymczasowo przy kolejnych grupkach rozmówców. W tym samym czasie szklanki z sangrią zaczynają krążyć pomiędzy nimi zapowiadając rychły wybuch psychozy.

Drugie długie ujęcie to już powolne obserwowanie rozrastającego się chaosu, który inicjują zawroty głowy, a wieńczy grupowa psychoza na pełnych obrotach. Ktoś doprawił sangrię, większość postaci jest na porządnym haju i nie będzie to dobry „trip”. Jedni odpływają z naszej rzeczywistości, drudzy stają się agresywni, a większość pogrąża się w psychozie i paranoi. Z głośników pulsuje elektroniczna muzyka z lat 90. (Aphex Twin, Daft Punk), kamera płynie pijackim rejsem, ustawiając się pod dziwnymi kątami, a czasem nawet do góry nogami (jeden kadr jest fantastyczny), gaśnie też oświetlenie, wchodzą czerwone światła. Witajcie w podróży przez piekło, naszym kapitanem będzie Gaspar Noé.

W „Climax” fabuła praktycznie nieistnieje, wszystko czego się dowiadujemy stanowi potrzebny pretekst do podjęcia narkotycznej podróży pełnej krzyku, krwi, sangrii, spalenizny i różnych płynów ustrojowych. Noé uwielbia takie psychotyczne jazdy, tym razem jednak rezygnuje ze stroboskopowych świateł i kolorystyki symulującej kwasowy odlot, zamiast tego stawiając widza w roli świadka wydarzeń, oniemiałego obserwatora, który nie zawsze jest pewien, co się dzieje na ekranie, ale patrzy na to z fascynacją.

Nie wiem, czy mi się to podobało, raczej nie, bo ciężko znajdować przyjemność w wysłuchiwaniu wrzasków opętanych ludzi, ale niewątpliwie było to nieusypiające kinowe doświadczenie, które nie wyleciało z głosy zaraz po seansie. Czyli typowy Gaspar Noé. Za to go lubię, że ma nierówno pod sufitem i chętnie dzieli się z widzem tym, co mu się piętrzy pod kopułą.

sobota, 12 maja 2018

Zimna wojna - recenzja


Piękne uczucie – przechadzanie się po canneńskim Pałacu Festiwalowym i wyłuskiwanie z rozmów zagranicznych dziennikarzy wypowiadanego co chwilę z wyraźnym entuzjazmem nazwiska Pawlikowskiego oraz tytułu „Zimna wojna” (tak, po polsku) czasem słysząc jeszcze słowa „polski” i „Polak” w różnych językach. Paweł Pawlikowski znowu to zrobił: zawojował świat. Cudownie, że gdy w końcu doczekaliśmy się polskiego filmu w konkursie głównym, po tak wielu latach przerwy, jest to zarazem film, który ma realne szanse na zgarnięcie Złotej Palmy. I jestem pewien, że na Cannes nie zakończy się kariera „Zimnej wojny” na świecie. Kolejna nominacja do Oskara jest bardzo prawdopodobna.

„Zimna wojna” to rozciągnięta na kilkanaście lat opowieść o muzyce i miłości w latach 50. ubiegłego stulecia (mająca początek jeszcze pod koniec lat 40.). Wszystko zaczyna się wraz z powołaniem do życia zespołu ludowego Mazurek (wzorowanego na Mazowszu, które zresztą pomagało Joannie Kulig podczas kilkumiesięcznych przygotowań do roli). Historia opowiada o uczuciu pomiędzy Zulą, młodą solistką (Joanna Kulig), która próbuje się dostać do zespołu, a Wiktorem (kompozytorem i dyrygentem) granym przez Tomasza Kota. Nie widzimy jednak momentu inicjującego ich romans, reżyser stawia nas przed faktem dokonanym przy pomocy cięcia montażowego, przeskakując już do obściskujących się pokątnie bohaterów.

Jest to zabieg, który powraca przez cały film. Pawlikowski skacze jak szalony przez lata 50. zabierając odbiorcę do Berlina, Paryża, Jugosławii żeby pokazać bohaterów na różnych etapach ich relacji. Rozwiązanie nieco kontrowersyjne, bo nie dość, że robi to przy pomocy mało eleganckich czarnych planszy, zaburzających rytmikę filmu, to oprócz tego pomija znaczące wydarzenia z życia postaci, prezentując widzowi jedynie ich późniejszy skutek. W pewnym momencie jest to szczególnie dotkliwe, bo chcielibyśmy wiedzieć więcej.

Jeżeli jednak zaakceptujemy taką rwaną narrację, wymuszającą uzupełnianie sobie brakujących fragmentów fabuły na podstawie dialogów i zachowań postaci, otrzymamy wciągającą historię pary, która nie mogła bez siebie żyć, ale nie mogła też znieść wspólnego życia. Film niesie do przodu przede wszystkim kreacja Joanny Kulig, ciepła i zmysłowa, gdy staje przed mikrofonem i śpiewa, ale też wariacka, żywiołowa oraz impulsywna w codziennym życiu. Spycha w cień resztę obsady, zwłaszcza nieco wycofanego Tomasza Kota, znajdując równą sobie partnerkę w osobie Agaty Kuleszy, której postać niestety szybko zostaje porzucona przez scenarzystę.

Podobnie jak w przypadku „Idy” jest to film pięknie nakręcony. Czarnobiałe zdjęcia Łukasza Żala to ponownie źródło estetycznych doznań najwyższej jakości. Operator starannie układał kadry i bohaterów w filmowej przestrzeni żeby zapewnić widzowi niesamowicie przyjemną wizualną podróż. Film jest bardzo krótki (nieco ponad 80 minut), a do tego sporo czasu zajmują pięknie zrealizowane sceny występów muzycznych. Reżyser wyciska jednak z tego więcej, korzystając z nich żeby pokazać aktualne relacje pomiędzy bohaterami, ewolucję postaci albo walnąć dającym po głowie obrazkiem (na przykład zespołu ludowego fikającego na tle wielkiego wizerunku Stalina i śpiewającego o socjalistycznych wartościach).

„Zimna wojna” to chyba film, który spotka się z cieplejszym odbiorem zagranicą, bo w tej chwili jedyne negatywne opinie jakie zauważam pochodzą od polskich dziennikarzy, spodziewam się więc fali rozczarowanych głosów po polskiej premierze kinowej. No cóż, muszę się zgodzić z niepolskojęzycznymi krytykami – to jest bardzo dobry film i jestem dumny, że polska kinematografia zaczyna być kojarzona na zachodzie z takimi dobrymi produkcjami.