środa, 11 grudnia 2019

Midsommar (wersja reżyserska) - recenzja


Jest pewną przekorą ze strony Ariego Astera, że odpowiedział na krytykę części widowni narzekającej na długość i tempo „Midsommara” stworzeniem wersji reżyserskiej, która jest dłuższa o kolejne 24 minuty. Jeżeli wynudziliście się w kinie na wersji podstawowej to „director’s cut” zdecydowanie nie zmieni waszego nastawienia do filmu. Osoby zachwycone filmem natomiast powinny się kiedyś skusić na drugi seans, bo otrzymają pełniejszą wersję tej wyjątkowej historii, bogatszą o jedną istotną scenę (a w zasadzie dwie połączone ze sobą) oraz rozwinięty wątek Christiana przeprowadzającego w osadzie wywiady z myślą o swoim doktoracie.

Co urzekło mnie przy pierwszym seansie, i nie zmieniło się przy drugim, to obserwowanie fascynujących pogańskich rytuałów, które widz odkrywa powoli razem z bohaterami. Od filmu odbiło się bardzo wiele osób, bo pewnie spodziewali się mocnego horroru dającego po głowie, a film wprawdzie rzeczywiście daje po głowie, ale groza wynika raczej z niewiedzy na temat tego, czego możemy się spodziewać przy następnym rytuale, a nie elementów typowego horroru. Bardziej bojaźliwy widz może się oczywiście wzdrygnąć na jakąś sylwetkę wynurzającą się z mroku, symbolizującą nagłe zagrożenie, albo okazjonalnymi przykładami dosadnej makabry, ale „Midsommar” nigdy nie skręca w kierunku horroru na pełnym gazie wzorem drugiej połowy „Hereditary”.

Z poprzednim filmem Astera natomiast łączy „Midsommar” niewątpliwie niesamowita wyobraźnia autora obu filmów. Nie ma co się z tym zwrotem specjalnie czaić - Ari Aster ma totalnie zryty beret. Szczęśliwie dla nas, że jednocześnie ma też niesamowity talent do formowania owoców tegoż pokręconego umysłu w trzymające za gardło opowieści przy oglądaniu których wielokrotnie mruczy się pod nosem: „what the fuck...”. Doskonale rozumiem, że tempo „Midsommara” może być zniechęcające, a groteska w jaką popada pod koniec nie polepsza sytuacji, ale w tym tkwi właśnie jego siła, w zaciekawieniu z jakim Aster przygląda się pogańskiej komunie i jej interakcjom z bohaterami filmu oraz w zupełnym braku hamulców, gdy już wszystko zostaje ujawnione i rozwinięte przed nami.

Cudowna jest tutaj Florence Pugh, zarówno w pierwszej godzinie filmu, gdy jest zrozpaczoną kobietą, której całe życie zostało rozszarpane na strzępy (moment, gdy pierwszy raz słyszymy jej rozdzierający serce wrzask pozostał ze mną długo po pierwszym seansie), jak i później, gdy z jednej strony próbuje ogarnąć umysłem to, czego jest świadkiem w osadzie, a z drugiej, gdy próbuje zrozumieć swoją relację z partnerem i dojrzeć do decyzji o ostatecznym zerwaniu jej. Sposób w jaki to w końcu robi jest kwintesencją pokręconego umysłu Astera.

Przepięknie to wszystko wygląda. Paweł Pogorzelski znowu pozamiatał i stanął na głowie żeby dostarczyć soczyste kadry. Chwilami dosłownie, bo kamera miejscami wyczynia tutaj niezłe fikołki. Dopełnia to klimatyczna muzyka Bobby’ego Krlica i żelazna dyscyplina z jaką reżyser opowiada, ale też klei (niektóre cięcia montażowe są fantastyczne), tę popieprzoną historię.

Ocena: osiem pogańskich herbatek halucynogennych na dziesięć.

niedziela, 8 grudnia 2019

Marriage Story (Historia małżeńska) - recenzja


Noah Baumbach nie pozostawia złudzeń, rozwód to paskudna bitwa (zwłaszcza, gdy zamieszane są w to dzieci), która powoduje ostateczną erozję uczucia łączącego kiedyś dwójkę ludzi. Reżyser wie o czym mówi, bo inspiracją do napisania scenariusza był jego własny rozwód. Gdy się zgłosił z tym pomysłem do Scarlett Johansson, ta też nie musiała daleko szukać inspiracji, bo sama właśnie przechodziła przez to niełatwe doświadczenie. Genezą „Historii małżeńskiej” były więc gorzkie wspomnienia, ale zaowocowały one czymś pięknym, choć bardzo przykrym, bo szczerą historią o skomplikowanych ludzkich relacjach.

Zanim jednak przechodzimy do erozji uczuć, Baumbach zagląda we wnętrza swych bohaterów i opisuje ich słowami to, co dotąd kochali w swym partnerze. Film rozpoczyna się ciepło, on opowiada z czułością o niej, ona chwali to, jakim jest człowiekiem i ojcem. Szybko zostajemy jednak sprowadzeni na ziemię, to tylko słowa spisane na papierze, przygotowane na potrzeby terapii małżeńskiej, która ma ich „gładko” przeprowadzić przez proces separacji, a może nawet zawrócić z tej drogi? O tym, że to tylko mrzonka, przekonujemy się dość szybko. Ona jest zdecydowana, on raczej obojętny, odkłada problem na później, nieco go bagatelizując, ale gdy w sprawę zostaje zaangażowana prawniczka (świetna Laura Dern) zdeterminowana żeby ugrać jak najwięcej na korzyść dla Nicole, no to Charlie w końcu zaczyna rozumieć, że jeżeli „prześpi” tę sprawę to niebawem „obudzi” się w bardzo niekorzystnym położeniu.


Początkowo Noah zdaje się bardziej skupiać na perspektywie Charliego, to jemu poświęca więcej czasu i pokazuje, jaką udręką dla niego jest rozwód, a zwłaszcza prawniczka żony, bezpardonowo walcząca w jej imieniu, łamiąc przy okazji pierwotne ustalenia zawarte przez małżonków. „Historia małżeństwa” nie jest jednak jednostronną opowieścią, Baumbach nie pozwala sobie na to, poświęca czas na pokazanie również racji Nicole, umotywowanie jej działań oraz tłumaczy, dlaczego postanowiła się „wypisać” z tego związku. W tej historii nie ma tych dobrych (co najwyżej niepozbawieni wad ludzie), a za złych robią tylko prawnicy, bezlitośnie rzucający się do gardeł stronie przeciwnej w imieniu swoich klientów. Małżonkowie udają, że ich te brutalne sądowe potyczki na słowa nie dotyczą, a cały werbalny brud i błoto, którym obrzucana jest bliska im osoba, wypływa tylko z prawników. Nie jest to prawdą, bo zarówno Nora, jak i Jay (Ray Liotta), korzystają przecież z amunicji, którą otrzymali od swoich klientów. Nie dziwi więc, że ostoja normalności, grzeczności i orędownik szacunku dla drugiej osoby, czyli Bert Spitz (świetny Alan Alda), prędko zostaje usunięty z pola bitwy, bo w świecie rozwodów majętnych ludzi nie ma miejsca na cywilizowane i honorowe zagrywki.

O tym, ile w bohaterach tak naprawdę tkwi złości względem siebie, niechęci, a wręcz czystej nienawiści, widać w scenie wielkiej kłótni pomiędzy nimi, gdy już ostatecznie puszczają im hamulce i wyrzucają z siebie wszystko, co dusili w sobie, a te słowa są tak okrutne, że ostatecznie najbardziej ranią ich nadawców, autentycznie przerażonych wypowiedzianymi przez siebie myślami. Bardzo mocna scena, stanowiąca katharsis, tak potrzebne Nicole i Charliemu, ale też dopełniająca pięknie zniuansowane kreacje Scarlett Johansson i Adama Drivera, które niosą widza przez całą historię, sprawiając, że nie chcemy się opowiedzieć po żadnej ze stron, ale za to obojgu ich bohaterów życzymy, żeby całe to przykre doświadczenie pchnęło ich życia w jakimś lepszym kierunku.

niedziela, 3 listopada 2019

Doctor Sleep (Doktor Sen) - recenzja


Wierzę, że „Doktor Sen” będzie kiedyś wymieniany wśród najlepszych ekranizacji powieści Stephena Kinga. Nie jest to oczywiście ten poziom, co dajmy na to „Skazani na Shawshank””, czy też „Lśnienie”, ale jest to kawał solidnego kina stanowiącego jednocześnie udaną kontynuację filmu Kubricka. „Doktor Sen” stanowi mariaż pomiędzy tym, co King zrobił z tą historią, a znienawidzoną przez niego wizją Kubricka. Jak widać było już w zwiastunie, Mike Flanagan dość bezpośrednio nawiązuje do klasyka kina grozy, powracając nawet do hotelu Overlook (zniszczonego przecież w książce), ale nawet nie próbuje oddać tamtej charakterystycznej atmosfery paranoicznej grozy. Nie jest to zarzut, bo „Doktor Sen” (z wyjątkiem kilku scen) wcale nie próbuje nas straszyć. Jest to natomiast bardzo ciekawie zbudowany świat, który znacząco rozszerza perspektywę znaną z „Lśnienia”, dopisując do niego zupełnie nową mitologię i zabierając odbiorcę w podróż po całym kraju.

Wzorem Kinga, historia nie pędzi do przodu, scenarzysta lubi przystanąć na dłużej w jakichś miejscach, często na obrzeżach cywilizacji, poobserwować relacje pomiędzy postaciami, nacieszyć się małomiasteczkowym klimatem, albo urokami koczowniczego trybu życia, co oczywiście nie sprzyja przyjaznemu metrażowi (film trwa ponad 150 minut), ale zostaje usprawiedliwione tym, jak bliscy stają się nam bohaterowie, którzy nie są tylko pustymi wydmuszkami. Najciekawiej wypada ekipa łotrów, długowiecznych energetycznych wampirów-nomadów, od stuleci pożywiających się „lśniącymi” dziećmi takimi jak Danny. Flanagan przedstawia ich w taki sposób, że widz nabiera do nich pewnej sympatii, wynikającej jednak nie tyle z pochwały ich postępowania, co fascynacji ich barwnymi osobowościami i ciekawością historii, którą mogliby nam opowiedzieć. Rebecca Ferguson jest tu cudowna, odpowiednio złowieszcza i demoniczna, gdy wymaga tego chwila, ale częściej operująca dystyngowanym wdziękiem, szczerym zaciekawieniem potężnym przeciwnikiem i fascynacją z obcowania z czymś nowym dla niej. Postać przemyślana pod każdym względem, w sposobie poruszania się, ubiorze, w tym jak chodzi na bosaka, gdy zgrabnie przemieszcza się po obozie, w tym jak podporządkowuje sobie filmową przestrzeń, jak rozsiada się na czworaka, gdy przygotowuje się do medytacji, jak operuje swoim seksapilem nie będąc przy tym wulgarna, ale też w tym, jak zachowuje się wśród innych ludzi. Jest w niej tyle czaru i magnetyzmu, że kradnie każdą scenę w której występuje.

W kod genetyczny filmu mocno wpisana jest kultura remiksu. Flanagan odtwarza kultowe sceny z „Lśnienia” i wielokrotnie nawiązuje do słynnych motywów z filmu, ale tak naprawdę to „Doktor Sen” mógłby się bez tego zupełnie obejść, bo główny wątek fabularny jest na tyle autonomiczny i interesujący, że nie potrzebuje wspierania się na barkach słynnego horroru. Jest tu trochę zaskoczeń, przede wszystkim w tym, jak zostają rozegrane kolejne starcia wampirycznej ekipy Rose z małą dziewczynką, której daleko do bezbronnego, bojaźliwego dziecka. Reżyserski styl Flanagana jest wprawdzie dość bezbarwny, pozbawiony autorskiego pazura, ale za to w odważny (i wyważony) sposób operujący przemocą oraz wulgaryzmami, rozumiejąc przy tym, kiedy zaufać operatorowi, gdy ten ma pomysł na ładny kadr, potrafiąc też co jakiś czas pozytywnie zaskoczyć jakimś fajnym pomysłem realizacyjnym.

Powtórzę więc: kawał solidnego kina, które ogląda się z zaciekawieniem. Jeden z najlepszych filmów opartych na książkach Stephena Kinga.

Blindspotting (Zaślepieni) - recenzja


Żałuję, że nie miałem wcześniej okazji zobaczenia „Blindspotting”, bo zdecydowanie trafiłby na moją listę najlepszych zeszłorocznych premier kinowych. Debiutancki film Carlosa Lopeza Estrady to pełna energii, humoru i lekkości historia, która co jakiś skręca jednak w poważne rejony i przywala widzowi w głowę cięższym tematem, nie wybijając go jednak ze żwawego rytmu historii. Estrada korzystając z formuły „buddy movie” opowiada o szeregu bolączek amerykańskiego społeczeństwa, skupiając się przede wszystkim na problemach czarnoskórych (ale nie tylko) mieszkańców biedniejszych dzielnic, dużo uwagi poświęcając ich relacji z policją. I tak, znowu będziemy świadkami zabicia przez białego policjanta nieuzbrojonego czarnego jegomościa, ale nie ma co przewracać oczami, bo ten temat nie umrze w filmach i serialach tak długo, jak małe dzieci z afroamerykańskich rodzin będą uczone przez swoich rodziców, jak zachowywać się w przypadku kontaktu z policją, żeby to spotkanie przeżyć, a policjanci będą uczeni instynktownego strzelania z broni w sytuacji potencjalnego zagrożenia i nierozliczani później odpowiednio ze swoich czynów.

Estrada beznadzieję sytuacji czarnoskórych Amerykanów zgrabnie opisuje tytułowym zaślepieniem, które odnosi się do spoglądania na obrazek przedstawiający jednocześnie wazę i dwie twarze. Od tego, co ludzki mózg wyłapie na nim jako pierwsze będzie później zależało, co instynktownie będzie od razu dostrzegać przy kolejnych kontaktach z obrazkiem, pomimo posiadanej wiedzy, że kryje się tam coś jeszcze. W połączeniu z instynktownym sięganiem przez policję po broń i podświadomym postrzeganiem czarnoskórych jako zagrożenia jest to niebezpieczna kombinacja dla tych stojących naprzeciwko lufy pistoletu pana w niebieskim uniformie.

Nie jest to jednak film tylko o tym, bo „Blindspotting” opowiada o braterstwie, ale też o tym, jak nasi przyjaciele czasem prowadzą nas do zguby. Jest to historia o radosnym radzeniu sobie z drobnymi problemami, spychaniu na bok traumatycznego wspomnienia, o próbie skierowania swojego życia na właściwe tory, o skomplikowanych relacjach amerykańskiego społeczeństwa, o sile pewnych słów, ale też niepotrzebnemu nadawaniu im czasem tejże mocy, a wszystko to w zwartej, treściwej, atrakcyjnej formalnie, półtoragodzinnej produkcji, która nie ma czasu na przynudzanie, bo wręcz pęka od bogactwa treści.

wtorek, 29 października 2019

Amazing Grace: Aretha Franklin - recenzja


Na początku lat 70. Aretha Franklin była już wielką gwiazdą muzyki soul z licznymi hitami na koncie. Przygotowując się do nagrania kolejnego albumu postanowiła powrócić do korzeni, czyli kościoła, który był nierozerwalnie związany z jej rodziną (Aretha była córką znanego pastora). Tak narodził się pomysł na album „Amazing Grace” nagrany w małym kościele w L.A. z udziałem publiczności. Koncept zainteresował ludzi z Warner Bros., bo studio rozglądało się za kolejnym dokumentem muzycznym, który wzorem „Woodstocku” pozwoliłby im zebrać solidny zysk przy niewielkim wkładzie finansowym w proces realizacji. Do kościoła wysłano więc ekipę filmową, kierowaną przez Sydneya Pollack’a, nagrodzonego już Oscarem, która zarejestrowała całe wydarzenie. „Amazing Grace” zostało nie tylko najlepiej sprzedającym się albumem w karierze Arethy, ale także w historii muzyki Gospel. Dokument jednak ostatecznie nie trafił do kin.

Projekt został pogrzebany, bo przy postprodukcji pojawiły się poważne problemy z synchronizacją dźwięku z obrazem. I tak przeleżały sobie te nagrania przez kilka dekad, aż dopiero kilka lat temu Alan Elliott postanowił je odkurzyć i przy pomocy dzisiejszej technologii cyfrowej poradzić sobie z dawnym problemem. Nie zakończyło to jednak wyboistej drogi dokumentu na ekrany kinowe, bo jego premierę zaczęła blokowała sama Aretha Franklin. Nie dokopałem się do konkretnych przyczyn tego zachowania, ale dość wymowne jest, że pierwsze publiczne pokazy filmu miały miejsce dopiero krótko po śmierci artystki.

Po tym przydługim wstępie czas na zadanie najważniejszego pytania. Czy warto poświęcić temu czas? No cóż, to zależy. „Amazing Grace” to zapis koncertu (a konkretnie to dwóch występów). Tylko tyle, aż tyle. Jest to więc możliwość bycia świadkiem narodzin jednego z najważniejszych albumów w swoim gatunku. Szansa zobaczenia wielkiej artystki w najwyższej formie, gdy była już na szczycie, a na widnokręgu jawił się kolejny łańcuch górski do zdobycia. Okazja doświadczenia namiastki duchowej ekstazy, którą przeżywały osoby obecne w tamtym kościele, albo tylko przyglądnięcia się temu zjawisku z fascynacją jeżeli nie zaliczamy się do osób wierzących. Przede wszystkim jednak jest to po prostu kawał dobrej muzyki. Aretha miała głos jak dzwon, a tutaj jest totalnie oddana muzyce, w pełni na niej skupiona, milcząca pomiędzy utworami, oddająca wtedy miejsce przy mikrofonie swemu ojcu, jakby świadomie chciała służyć jedynie jako narzędzie do przekazania czegoś ważniejszego, pragnienia istotniejszego od zrobienia dobrego show, bo chęci natchnienia ludzi duchową treścią. Oczywiście zapewne niemniej istotna była też artystyczna pogoń za ideałem, czyli nagrania materiału najwyższej jakości, który broniłby się w oderwaniu od koncertu.

Co nie znaczy, że sam koncert jest tutaj nieistotny. Od zawsze mnie fascynowała energia takich religijnych zebrań w amerykańskich kościołach i stopień ogromnego zaangażowania uczestniczących w tym osób, jakże odmienny od tego, co znamy z wielu polskich kościołów. Pollack pięknie uchwycił tę energię w swoim dokumencie, nie zapominając o żywo reagującym tłumie (można w nim czasem wyłapać młodego Micka Jaggera), ale też sporo miejsca poświęcając studiowaniu głównej bohaterki, stawiając chociażby na duże zbliżenia jej twarzy, przyglądając się z fascynacją pracy ust i różnych mięśni wiążących się z muzyką wydobywającą się z gardła piosenkarki .

Jeżeli brzmi to jak coś, co mogłoby przypaść Wam do gustu, a słysząc Gospel nie wzdrygacie się, to zróbcie sobie prezent i upolujcie ten dokument na dużym ekranie. Z porządnym kinowym nagłośnieniem doświadczenie tylko zyska na mocy i intensywności, a łatwiej też będzie zapomnieć o świecie i przenieść na półtorej godziny do tego małego kościoła. Film będzie można niebawem zobaczyć podczas American Film Festival, a później (premiera 15 listopada) to już raczej tylko w kinach studyjnych.

sobota, 26 października 2019

Terminator: Dark Fate (Terminator: Mroczne przeznaczenie) - recenzja


Jestem szczerze zaskoczony tym, jak fajnym filmem okazał się być „Terminator: Mroczne przeznaczenie”. Oczywiście nawet nie ma co go zestawiać z kultowymi dwiema pierwszymi częściami, bo to nie ta liga, ale już na tle pozostałych filmów z serii to jawi się jako całkiem przyzwoite kino rozrywkowe. Nie ma już zgubnego auto-parodystycznego zacięcia, nie ma koszmarnych wyborów obsadowych (wybranie Emilii Clarke do roli Sary Connor było poronionym pomysłem), nie ma piramidalnych bzdur fabularnych (co nie znaczy, że nie bywa głupawy), a jest za to fajne kino akcji, które wciąga od samego początku.

Przyznaję, że poszedłem na niego uprzedzony. Nie wierzyłem, że będzie z tego coś dobrego. Już pierwszych kilka minut sprawiło, że natychmiast zmieniłem swoje nastawienie. Film zaczyna się krótko po zakończeniu drugiego filmu. [Opisuję wprawdzie tylko pierwsze minuty filmu, ale nie trafiłem przed premierą na tę informację, więc ostrzegam, że SPOILERY do końca akapitu ]. Sarah Connor i nastoletni John Connor odpoczywają na plaży w jakimś kurorcie letnim. Nagle pojawia się młody Arnie (oni oczywiście też zgrabnie odmłodzeni komputerowo) ze strzelbą. Okazało się, że Skynet - zanim jego przyszłość została wymazana – wysłał jeszcze jednego T-800, który z opóźnieniem wytropił Connorów i bezceremonialnie zastrzelił Johna na oczach matki. I takie otwarcie filmu to ja rozumiem!

Niewątpliwym plusem „Mrocznego przeznaczenia” jest też jego kategoria wiekowa. W końcu postawiono na R-kę, i nie wykorzystuje się z tego w przegięty sposób, folgując krwawej rzeźni, ale nie ucieka się też kamerą, gdy dzieje się coś brutalnego i nie maskuje montażem krwawych obrażeń. A krwawo bywa, bo nowy Terminator wjeżdża w ludzi jak w masło, ale potrafi też być zaskakująco czarujący i wbrew temu, co zdawały się pokazywać materiały promocyjne, nie jest pozbawiony wyrazu. Ostatnim naprawdę udanym łotrem w tej serii pozostaje niezmiennie Robert Patrick, ale Gabriel Luna solidnie wywiązał się ze swojego zadania.

Jest w tym filmie sporo dobra. Linda Hamilton godnie powraca do swojej ikonicznej roli. Mackenzie Davis znowu udowadnia, że jest ciekawą aktorką, która nawet z roli „napompowanej” technologicznymi wszczepami chłopczycy, wyciśnie coś interesującego. Na sceny akcji patrzy się przyjemnie, bo zrobiono je czytelnie, wyglądają ładnie, mają niezłe tempo (film powraca do formuły ciągłej ucieczki przed niezmordowaną maszyną, której nie można zatrzymać, ale można na chwilę spowolnić) i potrafią utrzymać uwagę odbiorcy. Wzorem filmów Camerona, bywa też trochę wzruszająco, jest miejsce na humor i nawiązania do poprzednich filmów, ale do opowiadanej historii podchodzi się tutaj poważnie i bez błazenady.

Nie spodziewajcie się po tym filmie zbyt wiele, ale jeżeli lubicie świat stworzony przez Camerona, nie przekreślajcie „Mrocznego przeznaczenia”, bo może to być całkiem przyjemna wizyta w kinie.

środa, 23 października 2019

American Film Festival 2019: Filmy, które warto zobaczyć


Wczoraj opublikowano program dziesiątej edycji American Film Festival. Obiecałem jakiś czas temu kilku osobom, że wypiszę filmy, które warto będzie tam zobaczyć. Zarzekałem się, że będzie krótko. No cóż, jest to trochę dłuższe, niż początkowo planowałem, ale tegoroczny program pęka w szwach i jest w czym przebierać.


Widziałem i polecam:

„The Lighthouse” (reż. Robert Eggers): o ten film będzie pewnie zażarta walka, bo to może być jedna z niewielu okazji na zobaczenie tej niesamowitej historii na dużym ekranie w Polsce. Zdecydowanie warto zaliczyć to fascynujące kinowe doświadczenie wymykające się prostym opisom. „The Lighthouse” to kino świeże, klimatyczne, ale też bezkompromisowe. Psychodeliczna jazda, często nasycona w równym stopniu grozą, co erotyzmem. Być może odbijecie się od filmu, ale znać go warto.

„The Climb” (reż. Michael Angelo Covino): a to natomiast będzie czystą przyjemnością. Film zwiastujący narodziny nowego ekscytującego duetu w świecie amerykańskiego kina niezależnego. Michael Angelo Covino i Kyle Marvin wspólnie napisali scenariusz, wystąpili w głównych rolach, a ten pierwszy jeszcze to wyreżyserował. Pomiędzy panami jest naturalna chemia na ekranie, humor w jaki celują jest niewymuszony, a do tego mają talent do pisania zabawnych, błyskotliwych dialogów. Jest to zarazem projekt ambitny technicznie, nakręcony wprawdzie z surowością charakterystyczną dla kina niezależnego, ale oparty na skomplikowanych długich ujęciach, które nadają rytmu kolejnym epizodom z życia bohaterów. Covino lubi rozpoczynać (lub kończyć) sceny w niespodziewany sposób, ciągle dba o to, żeby widza czymś zaskoczyć, rozbawić i zaciekawić. Nigdy nie pozostawia jednak z uczuciem, że ktoś tu starał się zbyt bardzo i zobaczyliśmy coś wymuszonego przez scenarzystę.


„Madelaine’s Madelaine” (reż. Josephine Decker): film można już było zobaczyć na zeszłorocznych Nowych Horyzontach, ale jeżeli ktoś go jeszcze nie widział to zdecydowanie warto nadrobić. Niebanalny, intrygujący, niemizdrzący się do widza, portret choroby psychicznej. Znakomita główna rola, Helena Howard chwilami daje na ekranie takiego czadu, że głowa mała. Nie mniejszego czadu daje za kamerą też Josephine Decker, udowadniając w każdej scenie, że wszystko w tym filmie było starannie przemyślane i spięte w całość przy pomocy konsekwentnej strony formalnej, która często skręca w psychodeliczne rejony.

„A Hidden Life” (reż. Terrence Malick): przyznam szczerze, że kilka miesięcy temu trochę kręciłem nosem na nowego Malicka, bo nie ma on litości dla niecierpliwych albo niewyspanych widzów, a tych zdecydowanie nie brakuje na festiwalach filmowych. „A Hidden Life” zachwyca jednak za każdym razem, gdy kamera pokazuje pokryte zielenią górskie austriackie krajobrazy, gdy śledzi życie we wiosce, pokazuje stare drewniane chaty i miejscową ludność pochłoniętą swoimi codziennymi zajęciami. „A Hidden Life” to medytacja na temat granic moralności w czasie wojny. Filozoficzny traktat o powinnościach wobec rodziny, społeczeństwa i własnego sumienia. I w końcu historia o nieprzyjemnych konsekwencjach wynikających z podążania własną ścieżką jeżeli skierowana jest ona w przeciwnym kierunku niż główny trakt używany przez resztę ludzi. Jeżeli jednak nie lubicie filmów Malicka z tego stulecia to ten raczej też tego nie zmieni.


Filmy starsze, ale warte nadrobienia/odświeżenia sobie:

„Heaven Knows What” (reż. Benny Safdie, Josh Safdie): jeżeli widzieliście na Netfliksie „Good Time” z Robertem Pattinsonem i podobało się, no to zdecydowanie warto teraz nadrobić wcześniejszy film braci Safdie, który zainspirował Roberta do napisania do nich maila o treści: „hej, może zrobimy coś razem?”.

„A Girl Walks Home Alone at Night” (reż. Ana Lily Amirpour): Cholernie intrygujący film, oczarowujący klimatem i przepięknymi zdjęciami, ale też wymagający cierpliwości i odpowiedniego nastroju.


„Winter’s Bone” (reż. Debra Granik): czyli pierwsza nominacja do Oscara dla Jennifer Lawrence, ale też film, który zainicjował jej oszałamiającą karierę. Jest tu czym się zachwycić - mroźnym, surowym klimatem miejsca położonego głęboko w pokrytych śniegiem górach Ozark, aktorskimi popisami Johna Hawkesa i młodziutkiej Lawrence, a także reżyserią Debry Granik.

„Do the Right Thing” (reż. Spike Lee): młody Spike Lee to mój ulubiony Spike Lee, a „Do the Right Thing” to film, który zwyczajnie wypada znać, ale też warto znać.

I warto pamiętać, że festiwal daje okazję do ponownego zobaczenia na dużym ekranie nie tylko „Blade Runnera 2049” Denisa Villeneuve, ale również „Blade Runnera” Ridleya Scotta.


Coś dla posiadaczy karnetów, czyli filmy niekoniecznie obowiązkowe, ale warte rozważenia:

„Bull” (reż. Annie Silverstein): czaiłem się na to w Cannes, bo robiło nadzieję, że to może być coś zbliżonego klimatem do urzekającego filmu „The Rider” Chloe Zhao. Nie do końca spełniło tę rolę, bo to jednak innego rodzaju historia, ale jeżeli lubicie opowieści o „zwykłych ludziach” to warto z nimi zwiedzić przedmieścia Houston.

„Untouchable” (Ursula Macfarlane): jeżeli ktoś jakimś cudem wciąż żałuje, że świat filmu stracił Harveya Weinsteina i odnosi się sceptycznie do całej afery z jego udziałem, no to powinien sobie zobaczyć ten dokument. Od strony formalnej nie ma szału, klasyczne gadające głowy, ale przecież istotne są świadectwa, jakie składają kolejne kobiety, a także opowieści o tym, jakim człowiekiem ogólnie jest Weinstein.



Co ja bym chciał zobaczyć:

„The Irishman” (reż. Martin Scorsese): bo to jedna z niewielu okazji do zobaczenia nowego filmu Scorsese na dużym ekranie.

„Jojo Rabbit” (reż. Taika Waititi): bo to możliwość zobaczenia nowego filmu Taiki Waititiego na dwa miesiące przed premierą kinową.

„Knives Out” (reż. Rian Johnson), „Marriage Story” (reż,. Noah Baumbach), „Amazing Grace: Aretha Franklin” (reż. Sydney Pollack, Alan Elliott): bo zbierały rewelacyjne recenzje, a „Knives Out” ma szansę być jednym z najprzyjemniejszych (i sprawiających największa radochę) seansów na festiwalu.

„Midsommar – Director’s Cut” (reż. Ari Aster): bo jeszcze mi mało tej opowieści.

„The Art of Self-Defense” (reż. Riley Stearns): bo to jeden z dwóch tegorocznych filmów z Jessem Eisenbergiem i Imogen Poots. Mam jednak nadzieję, że do dwóch razy sztuka, bo „Vivarium” było dość średnie. Bardzo dobre recenzje zdają się to potwierdzać.

„The Two Popes” (reż. Fernando Meirelles): bo wystarczy zobaczyć zwiastun, żeby już ustawić się w kolejce na seans, albo odpalić pierwszego dnia, gdy tylko film trafi na Netflix.

„Ford v Ferrari” (James Mangold): bo wciąż za mało powstało filmów o szybkich samochodach w których bohaterowie nie zmienialiby ręką toru lotu wystrzelonej rakiety.


Bawcie się dobrze, życzę udanych seansów i szczerze ich zazdroszczę, bo nie dam rady się tam pojawić.

niedziela, 22 września 2019

Ad Astra - recenzja


„Ad Astra” to rodzaj kina, które nieczęsto już możemy gościć w multipleksach. Autorskie kino sci-fi, wyglądające jak przepiękna wysokobudżetowa wakacyjna produkcja (film został sfinansowany jeszcze przez Foxa, ale do kin wypuścił go już Disney), ale fabularnie, klimatem i stylem opowiadania raczej bliższe produkcjom z okresu, gdy w Hollywood warunki jeszcze dyktowali młodzi utalentowani reżyserzy, a nie księgowi.

Film opowiada o długiej podróży przez układ słoneczny i przypomina skrzyżowanie takich tytułów jak: „2001: Odyseja kosmiczna”, „Czas Apokalipsy” i „Drzewo życia” (w sumie to czegokolwiek od Malicka). Od Kubricka reżyser (James Gray) pożycza zachwyt kosmosem i niespieszne tempo zanurzania się w nim, od Coppoli długą podróż będącą dosłownym zmierzanie w głąb mroków ludzkiej natury, a od Malick natchnioną narrację z offu, którą… można różnie odbierać. Najciekawsze są chyba te nawiązania do „Czasu Apokalipsy”, bo film praktycznie ponownie reinterpretuje „Jądro ciemności”, ale robi to w sposób na tyle oryginalny, żeby nie ocierać się o plagiat, ale też na tyle świadomy i szczery we wskazywaniu źródła inspiracji, żeby nie było wątpliwości, co Jamesowi Gray’owi chodziło po głowie. Jest więc daleka podróż poza granice cywilizacji w sekretnej misji zabicia odznaczonego weterana, który najprawdopodobniej oszalał. Mamy kolejne przystanki w podróży, które tylko podkreślają jak daleko poza „normalną rzeczywistość” zawędrował już główny bohater. Jest narracja z offu komentująca tę podróż. Pojawia się nawet ekwiwalent tygrysa wyskakującego nagle z dżungli.


Niesamowite w filmie „Ad Astra” jest to, ile pomysłów zdołano upchnąć w tej dwugodzinnej historii, jednocześnie pozwalając każdemu z tych motywów odpowiednio wybrzmieć, unikając przy tym pogoni do kolejnych scen, stawiając raczej na kontemplację i powolne zmierzanie w wyznaczonym kierunku, ale jakimś cudem wciskając do tego jeszcze kilka emocjonujących scen akcji, w tym jedną odpowiadającą na pytanie, jakby wyglądali „Szybcy i wściekli”, gdyby seria naprawdę przeniosła się w kosmos. Jest to przy tym film nierzadko oszałamiający wizualnie, oddający piękno i monumentalność wszystkich ciał niebieskich, jakie napotyka na swojej drodze główny bohater (doskonała rola Brada Pitta), pozwalający się poczuć, jakbyśmy naprawdę opuścili naszą planetę.

Szkoda więc, że finałowi daleko do autorskiego kina sprzed dekad, bo łatwe, przyjemne i dość naiwne zakończenie wyraźnie odstaje od reszty filmu. Gray najwyraźniej zdaje sobie z tego sprawę, bo w wywiadach dawał do zrozumienia, że z realizacją takich filmów łączą się niewygodne kompromisy, czego ofiarą najczęściej padają zakończenia. Przypuszczam, że oryginalny scenariusz kończył się w nieco inny (bardziej ponury) sposób. Jeżeli rzeczywiście tak było to przykro mi, że Gray jednak nie dał rady o niego zawalczyć, bo to mógł być o wiele lepszy film. Co nie zmienia faktu, że to kino ambitne, cudne wizualnie, zabierające widza w nastrojową podróż, którą warto odbyć.

poniedziałek, 16 września 2019

The Boys - pierwszy sezon


Jeżeli coś będę szczególnie dobrze wspominać z tego roku to seriale. W ostatnich miesiącach mieliśmy całą serię znakomitych produkcji od których ciężko się było oderwać. „The Boys” jest tego kolejnym przykładem, bo cały sezon nowej produkcji studia Amazon pochłonąłem w jeden weekend. Jest to ekranizacja komiksu Gartha Ennisa (autora „Kaznodziei”) przedstawiającego zespół superbohaterów jako siedlisko psychopatów, zwyrodnialców i karierowiczów na usługach wielkiej korporacji. Nie jest to coś wielce odkrywczego, bo porusza kwestie, które były już przerabiane w wielu komiksach, a różne wątki z serialu przypominają rzeczy, które na dużym i małym ekranie widzieliśmy już w takich tytułach jak: „Watchmen”, „Incredibles”, „Kick-Ass” i „One-Punch Man”. Nie przeszkadza to jednak „The Boys” w byciu serialem wciągającym, pomysłowym, często zaskakującym i sprawiającym cholernie dużo radochy.

Należy jednak dodać, że źródłem tej radochy jest najczęściej humor czarny jak serca bohaterów, a żartem czasem jest to, że ktoś został rozerwany na krwawe kawałki. Elementów gore jest tutaj bardzo dużo, kończyny, gęsta posoka i eksplodujące głowy to częste widoki, a pod względem ilości wulgaryzmów można ten tytuł spokojnie zestawić z „Deadpoolem”. Jest to więc rozrywka niewątpliwie bazująca na zabawie przaśnej i dosadnej, ale bynajmniej nie kończą się na tym ambicje twórców. Bardzo łatwo byłoby uczynić ten serial opowieścią o superbohaterach, którzy tak naprawdę są wcieleniem czystego zła, oraz grupie uczciwych zwykłych ludzi, którzy próbują ich powstrzymać. Scenarzyści kreślą im jednak o wiele bogatsze rysy psychologiczne, tworząc niejednoznaczne postacie, które często zachowują się wbrew temu, co można o nich sądzić.


Szczególnie to widać po Homelanderze, liderze The Seven, który pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby Superman był psychopatą i megalomanem niedbającym o los zwykłych ludzi. Jest to kolejny motyw, który był już przerabiany w komiksach, zarówno w odniesieniu do Supermana, jak i poprzez bohaterów wzorowanych na nim. Homelander to jednak osoba wymykającą się łatwej ocenie. Nie ma wątpliwości, że jest to gość z zaburzonym kodeksem moralnym, cynicznie pogrywający swoim wizerunkiem porządnego super-tatusia dbającego o wszystkich potrzebujących, umiejętnie korzystający ze strachu, jaki może wzbudzić w innych samym tylko zasugerowaniem tego, że mógłby się kiedyś zwrócić przeciwko nim. Homelander chętnie stosuje przemoc, gdy tylko wie, że ujdzie mu ona płazem, więc najczęściej stosuje ją na przestępcach, którzy rzadko wychodzą w jednym kawałku ze starcia z nim. Jest zarazem cholernie wyrachowany, gdy dostrzega, że pewna popisowa akcja ratunkowa zakończy się tragicznie dla wielu niewinnych osób to postanawia nie ratować nikogo, żeby nie pozostawić przy życiu żadnego świadka tego nieszczęsnego wydarzenia. Homelander jednak potrafi też zaskoczyć ludzkimi odruchami, jakimś niespodziewanym ciepłym gestem i dobrym potraktowaniem kogoś. Bardzo fajnie jest to poprowadzone, bo często nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Dobrze napisana postać i świetnie odegrana przez Antony’ego Starra (który często wygląda jak Bradley Cooper).

W przeciwieństwie do autorów komiksowego oryginału, twórcy serialu przyglądają się również reszcie członków The Seven, sprawiając, że narcystyczny gwałciciel i napompowany sterydami egocentryk nie zostają tylko jednowymiarowymi postaciami pasującymi do jakiejś tezy, ale nabierają charakteru poprzez porażki jakie przeżywają i to jak sobie z nimi radzą (albo nie). Sporo tematów jest tutaj ładowanych do fabuły, bo jest echo #MeToo, jest krytyka społeczeństwa ślepo zapatrzonego w popkulturowych bogów, ale też kąśliwy komentarz odnoszący się do telewizyjnych kaznodziejów, czy raczej fałszywych proroków wyznaczających innym granice moralne, których sami się nie stosują. Jest tego dużo, nie wszystko trafia w sedno, jeszcze rzadziej jest odkrywcze, ale ogląda się to z niegasnącym zaciekawieniem, często wybuchając przy tym śmiechem. Pewnie nie do każdego to trafi, zwłaszcza ten czarny humor i posoka często zdobiąca ekran, ale serialowi „The Boys” warto podarować szansę, bo nie dość, że nigdy nie nuży to wręcz nie można się od niego oderwać.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Orange Is the New Black - finałowy sezon


Od finału piątego sezonu „Orange Is the New Black” uważałem, że serial dotarł do punktu z którego powinien już zmierzać w kierunku rychłego zakończenia. Szósty sezon zdawał się potwierdzać, że formuła się wyczerpała, a wszystko co twórcy mieli do powiedzenia o tym świecie już pokazali w serialu. Wciąż oglądałem to z zaciekawieniem, ale miałem wrażenie, że historia drepcze w miejscu i ciągle kręci się wokół tego samego. Co gorsza, gdzieś uleciały błyskotliwe, cięte i dowcipne dialogi, które dotąd były wizytówką serialu. Nie miałem wątpliwości, że finałowy sezon zobaczę, bo wciąż był to serial, którego dobrze się oglądało, ale nie mogę powiedzieć, żebym specjalnie mocno wypatrywał jego premiery. Tym większe było więc moje zaskoczenie, gdy po dwóch pierwszych odcinkach złapałem się na tym, że nie mogę oderwać się od ekranu.

Siódmy sezon to zwieńczenie całej produkcji i jest to wyraźnie odczuwalne przez wszystkie odcinki. Widać, że nie jest to finał przypadkowy i pośpieszny, bo narzucony przez odgórną decyzję, tylko przygotowywany od czasu wybuchu buntu w Litchfield. Wydarzenia sprzed dwóch sezonów wciąż rezonują, a decyzje podjęte wtedy przez niektóre bohaterki odcisnęły na nich trwałe piętno. Jest to już serial inny od tego, co oglądaliśmy początkowo – poważniejszy, chwilami wręcz ponury i przygnębiający, mniej nastawiony na sypanie żarcikami i ciętymi ripostami, a bardziej na opowiedzenie czegoś o współczesnej Ameryce i bezlitosnym systemie, który mieli ludzi. Trzynaście odcinków jest wyładowane po brzegi treścią, a scenarzyści intensywnie żonglują przeróżnymi tematami. Przede wszystkim to ostro krytykują obecną politykę administracji Trumpa w sprawie nielegalnych imigrantów. Sporo wydarzeń dzieje się w zakładzie gdzie przejściowo przetrzymywane są kobiety nieposiadające amerykańskiego obywatelstwa i zielonej karty, które czekają na decyzję sądu w sprawie wydalenia ich z kraju.

Zapowiadał to już finał poprzedniego sezonu i wątek jednej z bohaterek, ale zostaje wmieszane w to o wiele więcej postaci, bo twórcy chcą pokazać problem od ludzkiej strony i zaprezentować osobiste dramaty wiążące się z takim nagłym wydaleniem z kraju, gdzie spędziło się kilkanaście ostatnich lat z życia. Twórcy nie zapominają też o pustce pozostawionej przez takich nieszczęśników w sercach tych, którzy pozostali w Ameryce. Jest to chwilami zbyt oczywiste w swym oskarżycielskim tonie, ale często trafiające w serducho (i do serducha), pozostawiając za sobą kilka scen, które pozostaną ze mną na dłużej. Jak jednak wspomniałem, jest to tylko jeden z wielu problemów, jakie porusza ostatni sezon. Scenarzyści opowiadają o trudach przystosowania się do życia poza kratami, o ciężkiej walce o utrzymanie związku zrodzonego w więzieniu, gdy jedna z partnerek wychodzi na wolność, o niemożności radzenia sobie z osobistą tragedią, o chorobie psychicznej i okrutnej demencji, która rozłoży na łopatki najsilniejszą nawet lwicę. Znalazło się nawet miejsce dla #MeToo sprytnie powiązanego z dawnymi wydarzeniami z pierwszych sezonów, co staje się źródłem do ciekawych auto-refleksji dla pewnego gościa, ale też stanowi miniaturą tego, jak często taka relacja oskarżająca-oskarżany wygląda, gdy dochodzi do konfrontacji dwóch przeciwstawnych wspomnień dotyczących wydarzeń sprzed lat.


Zwieńczenie „Orange Is the New Black” oferuje zresztą bardzo wiele takich sprytnych nawiązań do poprzednich sezonów, stanowiących nagrodę dla wiernych (i uważnych) widzów, bo często trzeba wyłapywać je z dialogów, albo zachowań bohaterów. Przez cały sezon przewija się wiele od dawna niewidzianych postaci, co odczytywałem jako ładny hołd dla tej (naprawdę licznej) galerii barwnych charakterów, jakie przewinęły się przez te wszystkie sezony. I przypomina to też widzowi, jak daleką drogę przeszło większość z tych kobiet - jedne złagodniały, drugie zrobiły się bezlitosne i okrutne, część odnalazło pomysł na siebie i zrobienia czegoś pozytywnego ze swoim życiem, sporo innych zostało jednak złamane przez system, albo podnosiły się z ziemi tylko po to, żeby zostać znowu powalonymi. Pobyt w więzieniu zmienił każdą z nich, czasem na lepsze, czasem na gorsze, ale w każdej z tych historii można było znaleźć coś ciekawego.

Jest to sezon, który pozwala docenić ten serial na nowo i przypomina o tym, że od samego początku była to jedna z najlepszych produkcji Netfliksa, nieprzypadkowo zresztą kontynuowana przez tak wiele sezonów. Finał oferuje idealne słodko-gorzkie zamknięcie historii rozpisanej na 91 odcinków. Opowieści, która teoretycznie miała swoją główną bohaterkę (Piper), ale tak naprawdę była historią miejsca i wszystkich ludzi wypełniających jego przestrzeń, relacji pomiędzy nimi, ciągle zmieniającym się układom sił, a także o tym, że nie zawsze najgorsi ludzi to ci siedzący za kratami, że czasem dobre chęci prowadzą do tragicznych rezultatów, a zbyt często jakby mocno się nie spinać to tryby systemu w końcu i tak przemielą każdego naiwniaka, który myśli, że dokona w nim zmian na lepsze. Co nie znaczy, że nie należy próbować dalej.

Przede wszystkim jednak jest to finał, który pomimo tego, że był już (przeze mnie) wyczekiwany od dwóch lat, to jednak ostatecznie pozostawił z uczuciem przyjemnego niedosytu, ale też smutku. Nie wszystkie historie są dopowiedziane, i słusznie, bo życie płynie dalej, a większość postaci jest tylko na jednym z wielu jego etapów i przed nimi jeszcze wiele głupich decyzji oraz odtwarzania dawnych błędów. Otwarto nawet drogę dla nowych wątków, co jest naturalne, bo w tym świecie nic nie jest stałe i ciągle trwają przetasowania w więziennej hierarchii. Przypomniano też, że gdzieś po drodze „zgubiliśmy” wiele bohaterek, których losy dawniej śledziliśmy. Wszystko to pozostawia z różnymi refleksjami, które nie ulatniają się z głowy w minutę po zobaczeniu napisów końcowych. Najważniejsze jednak, że ostatni odcinek nie wita się z ulgą, ale z uczuciem satysfakcji, odczuwając nostalgię za pierwszymi sezonami i autentyczną radość, że kilka lat temu podjęło się tę podróż do Litchfield.