sobota, 18 listopada 2017

Justice League (Liga Sprawiedliwości) - recenzja


Zadziwiające, jak bardzo Warner nie kuma, co należy robić, żeby nie marnotrawić posiadanego kapitału i w spokoju go spieniężać kolejnymi filmami, nie zbierając przy okazji razów ze wszystkich stron. „Justice League” pokazuje, że coś tam im zaczęło świtać, ale dalej błądzą po omacku. Podstawowym problemem tego filmu jest to, że stara się powielić formułę Marvela, ale robi to od dupy strony. Gdy zasiadaliśmy do „Avengers” znaliśmy już wszystkich głównych bohaterów i w zasadzie to jedynie Hawkeye nie otrzymał wcześniej istotnego czasu ekranowego. „Justice League” natomiast bazuje na dwóch znanych już bohaterach, i jednym „martwym”, a przez pierwszą godzinę pospiesznie próbuje opowiedzieć o ich trzech nowych kompanach. I niekoniecznie musiałoby to oznaczać coś złego, wszakże nie pierwszy to komiksowy film o super-drużynie, którą dopiero poznajemy podczas seansu, ale „Justice League” to zlepek indywidualności, przyzwyczajonych do działania na własną rękę, które muszą nauczyć się współpracy. Problem w tym, że widz najpierw musi nauczyć się czegoś o postaciach, zanim zacznie go obchodzić, czy dadzą radę spuścić komuś łomot i pójść razem na kebaba.

Zaznajomieni z komiksami i animowanymi ekranizacjami będę w lepszej pozycji, bo wszystkie potrzebne informacje wyciągną z własnych głów, a cała reszta widowni, no cóż, będzie śledziła akcję mocno zagubiona i chyba znudzona. Fabuła „Justice League” to niezły bajzel, historia jest prosta, ale bełkotliwie opowiedziana, bez polotu, pomysłu, a do tego upstrzona horrendalnymi idiotyzmami. Główny łapserdak to kolejny zlepek pikseli, którego zapomina się szybciej, niż Flash zdoła powiedzieć: ojapierdzielęcozapajac. Jego pomysł na podbój ziemi to robienie szybkiego zrzutu teleportem do kolejnych lokacji, łapanie MacGuffinów i przenoszenie ich do finałowej lokacji żeby były ładnie przygotowane jak tło do starcia z końcowym bossem. Szybko zaczyna to bawić.


„Justice League” teoretycznie powinno stanowić banner reklamowy dla kolejnych solowych filmów, ale tylko bruździ przyszłym projektom. Cyborg to metalowy kloc pozbawiony osobowości, który wygląda jak budżetowy toster, a jego historia jest równie frapująca, co instrukcja obsługi blendera. Poziom mojego zainteresowania ewentualnym filmem z jego udziałem jest w tej chwili zerowy. Aquaman ma to szczęście, że dokonano świetnego wyboru obsadowego. Jason Momoa ma prezencję, charyzmę i ujmującą osobowość, więc postać broni się, chociaż w filmie egzystuje w świecie rodem z reklam Old Spice’a i Jacka Danielsa. Szkoda, że został nakreślony niezbyt wyraziście i aktor musiał intensywnie wykorzystywać mizerny czas ekranowy, gdy akurat nie robił za komputerową animkę z dużą wykałaczką w dłoni. Okropnie rozczarowujące jest filmowe Atlantis, bo jeżeli w solowym projekcie pójdą wizualnym kluczem zaprezentowanym w „Justice League”, to albo twórcy znajdą szybką wymówkę, żeby lwia (albo raczej wielorybia, hehe [przepraszam]) część historii toczyła się na lądzie, albo ludzie będą masowo umierać z nudów w salach kinowych. Jedyne, co mnie w tym filmie interesuje w tej chwili to Mera grana przez Amber Heard.

Z trójki super-debiutantów najlepiej wypada Flash. Oczywiście wygaduje masę sucharów, ale jest to w klimacie tej postaci, pasuje do niej i zupełnie mi nie przeszkadzało. Ezra Miller jest doskonałym wyborem obsadowym, wielokrotnie kradnie show i najbardziej jestem w tej chwili ciekawy, co wyniknie z jego własnego filmu. Chyba to samo może powiedzieć sam aktor, bo całe to filmowe uniwersum i plany na jego rozwój to taki kosmiczny bajzel, że pewnie koncept na jego film zdąży się jeszcze zmienić dwadzieścia razy zanim dojdzie do jego realizacji. Ewidentnie zaczęło to przeszkadzać Affleckowi, który pomimo fali negatywnych reakcji towarzyszących obsadzeniu go w roli Batmana, zdołał przekonać do siebie widownię jeszcze przed premierą nieszczęsnego „Batman v. Superman” i dawało się odczuć entuzjazm w jego postawie względem przyszłych projektów. Obecnie sprawia wrażenie, jakby chciał się wypisać z tego bajzlu możliwe jak najszybciej i nie robić sobie dalej obciachu. I widać to niestety w tym filmie, bo Batman jest już jedynie cieniem postaci znanej z poprzednich filmów (bo jeszcze przecież był mały występ w „Suicide Squad”). Szkoda, ale ciężko się mu dziwić, gdy obserwuje się z boku jak Warner marnotrawi doskonałą obsadę, z którą można było stworzyć coś naprawdę fajnego.


Gal Gadot, która jest cudowna w roli Wonder Woman, hipnotyzuje w scenach akcji, zarówno w zbliżeniach na twarz, ukazujących z detalami jej piękno, jak i nieco bezczelnemu epatowaniu widokami, które zapewnia jej kusa sukienka, ale niewiele więcej wyciśnięto z tej postaci. Niemrawe próby nadania jej odrobiny głębi, które zapewne należy przypisać Whedonowi, są… no właśnie, jedynie próbami. Henry Cavill natomiast, chociaż Superman ma kilka czadowych momentów w tym filmie, zapamiętany zostanie przede wszystkim jako ten gość, którego wąs był przyczyną najbardziej pokracznego efektu komputerowego roku. Ponieważ realizacja „Justice League” była cyrkiem na kółkach, jakieś 25% materiału dokręcił Joss Whedon długo po zakończeniu realizacji filmu przez Zacka Snydera. Cavill posiadał już wtedy bujny wąs, wymagany do innej roli, który musiano usuwać komputerowo. I to widać, zwłaszcza w pierwszej scenie, gdy totalnie wybija odbiorcę z filmu. Superman zresztą ogólnie został tutaj skrzywdzony paskudnym CGI, które czyni z niego kolejną w tym filmie komputerową pokrakę. Efekty w „Justice League” czasem cieszą oczy, zbyt wiele z nich jednak powoduje skrzywienie, rozbawienie i zażenowanie jakością wykonania.

Dużo w tym tekście narzekania, ale bynajmniej nie jest to film tragiczny. Ogląda się go bezboleśnie, ma sporo fajnych elementów, pociesznych momentów i dialogów, obsada ratuje wiele scen, a muzyka Danny’ego Elfmana zgrabnie miesza klasyczne motywy z nowymi kompozycjami. Jest to natomiast film pozbawiony duszy, spójnej i ciekawej wizji, błyskotliwych i nieoczywistych pomysłów fabularnych, a także czegoś, co wzbudzałoby w widzu ekscytację podczas seansu. Ot, kolejny przeciętny produkcyjniak, który miał wprowadzać widzów w nowy świat, a jedyne co zaoferował to bałagan, rozczarowanie i znudzenie pokracznym filmowym uniwersum DC.

sobota, 11 listopada 2017

Only the Brave - recenzja


Gdy pierwszy raz zobaczyłem w kinie zwiastun „Only the Brave”, zaśmiałem się pod nosem. Uznałem, że Peter Berg nie wyłączył jeszcze kserokopiarki i nakręcił kolejny oparty na faktach film o dzielnych amerykańskich mężczyznach i ich pięknych żonach siedzących w kuchniach, zamartwiając się o mężów, dokonujących w tym czasie heroicznych czynów. Nawet gromkopierdny tytuł filmu zdawał się to potwierdzać. Z niemałym zaskoczeniem wyłowiłem więc w ostatniej sekundzie nazwisko reżysera, Josepha Kosinskiego. Kosinski dotąd kręcił prześliczne filmy sci-fi, które były bajeczne wizualnie, wycyzelowane technicznie, doprawione fajnymi soundtrackami, ale niedomagały fabularnie. Scenariusz u Kosinskiego dotąd miał w zasadzie jedno zadanie, nie wchodzić w drogę designerskim projektom wnętrz. I nie wchodził. „Only the Brave” jest więc dość niespodziewaną rewoltą stylistyczną i wywróceniem relacji forma-treść. Kosinki tym razem poświęca zdecydowanie więcej uwagi niespiesznie rozwijanej fabule, niechętnie sięgając po wizualne atrakcje.

W efekcie dostajemy dość sztampową historię o braterstwie, heroizmie i poświęceniu, którą doprawiono rodzinnymi utarczkami i takimi wstrząsającymi dramatami, jak „moja córeczka mnie nie poznaje, bo ciągle wyjeżdżam w różne miejsca żeby gasić pożary”. Scenariusz jest dość drętwy, ale utalentowana obsada aktorska wyciska z niego jakieś życie i w drugiej godzinie filmu zaczynamy nawet interesować się losami niektórych postaci. Najgorzej mają aktorki, bo jedynie zjawiskowa (kolejne dekady lecą, a jak była przepiękna, tak dalej jest) Jennifer Connelly jest w stanie tchnąć życie w swoją licho zarysowaną bohaterkę. Nie można tego powiedzieć o Andie MacDowell, która praktycznie robi za statystkę. Niewiele lepszym materiałem obdarowano mężczyzn, ale Josh Brolin, Miles Teller, a także Jeff Bridges, Taylor Kitsch i James Badge Dale robią co mogą, żeby wyjść poza stereotypowe role i przekonać widza do swoich postaci. I przekonują.

Wspomniałem we wstępie o początkowym skojarzeniu z ostatnimi filmami Berga i rzeczywiście, „Only the Brave” bardzo często wpisuje się w schemat konstrukcyjny filmów takich jak „Deepwater Horizon”, „Patriots Day” i „Lone Survivor”. Jest więc gloryfikacja męstwa amerykańskich mężczyzn, epatowanie kulturą maczo, testosteronem, brudnymi skarpetkami, szowinistycznymi żartami, są cierpiące kobiety i dzielni faceci, a w napisach końcowych mamy oczywiście kolekcję zdjęć prawdziwych amerykańskich mężczyzn, z rzewną piosenką w tle, która ma łapać widownię za serce. Nie sądzę. Film działa najlepiej wtedy, gdy Kosinski jest sobą, opowiada przede wszystkim obrazem, a nie słowami. Zdjęcia bywają tutaj przepiękne, podobnie jak ustawienia kamery i aktorów w przestrzeni, a także operowanie kontrastowymi kolorami, jak na przykład żółte uniformy strażaków przemieszczających się po spopielonym terenie. Całość ożywa, gdy ekran przejmuje ognisty żywioł, a stawka zostaje podniesiona do góry, szkoda więc, że tak oszczędnie pokazuje się tutaj bohaterów w akcji.

Obejrzeć jednak warto, bo Kosinski pięknie opowiada obrazem. W scenach, gdy sobie na to w końcu pozwala, malkontentowi pozostaje się zamknąć na kilka minut i chłonąć doznanie. Obsada jest zacna i trochę marnuje się na tak lichy scenariusz, ale wkłada w niego zaskakująco dużo serca. Porcję ożywczej energii zapewniają też piosenki takich kapel jak AC/DC, Pearl Jam, The Raconteurs, ZZ Top i Metallica. Nie jest to zresztą zła historia, wręcz przeciwnie, interesujące jest poznanie szczegółów pracy strażaków specjalizujących się w gaszeniu ogromnych pożarów trawiących lasy i pola. Uwiera tylko, że jest to wpisane w tak sztampowy scenariusz.

sobota, 4 listopada 2017

Brawl in Cell Block 99 - recenzja


S. Craig Zahler jest reżyserem, którego karierę warto obserwować. Zahler tworzy filmy niespieszne, surowe, brutalne i wymykające się łatwemu przyporządkowaniu gatunkowemu. Taki był jego debiutancki „Bone Tomahawk”, który zaczynał się jak realistyczny western, a kończył jak rasowy horror. I taki jest też jego drugi film, „Brawl in Cell Block 99”. Ponownie, pierwsza godzina filmu składa jedynie nieśmiałą obietnicę tego, co dostaniemy w drugiej połowie. Zakorzeniony w kinie eksploatacji tytuł zapowiada w jakim kierunku to może później podążyć, ale początek filmu jest ponurym, szorstkim i powolnym dramatem sensacyjnym, który czerpie garściami z twórczości Michaela Manna (zwłaszcza z „Miami Vice”).

Zahler nie pędzi do przodu, ku ekscytującej tytułowej rozróbie, poświęcając czas na przedstawienie głównego bohatera (Vince Vaughn), jego partnerki (Jennifer Carpenter), życiowej sytuacji oraz wyznawanego przez niego kodowi moralnemu i bezkompromisowej egzekucji tegoż. Bradley (nie nazywajcie go Bradem!) może i zarabia na życie w nielegalny sposób, ale nie zamierza w związku z tym podążać ścieżką aspołecznego bandziora, nieczułego na krzywdę uczciwych obywateli. Nie zrozumcie mnie jednak źle, żaden z niego Robin Hood, a słowo „czułość” i Bradley nie powinny znajdować się zbyt blisko siebie w jednym zdaniu. Ciepłe, ludzkie odruchy zachowuje tylko dla dwóch osób - żony i nienarodzonej córki, a nawet z tym jest powściągliwy, gdy znajdują się w sytuacjach publicznych. Bradley jest zdyscyplinowany, nie ulega łatwo emocjom, nie daje się im zaślepić, wybucha dopiero, gdy odkrywa zdradę żony (spokojnie, to początek filmu), co zresztą poprzedza utrata pracy, nawet wtedy jednak próbuje ograniczyć długofalowe skutki pierwszego ataku agresji, niewierną małżonkę wysyła w bezpieczne miejsce, a złość wyładowuje na jej samochodzie, rozsmarowując go przy pomocy własnych pięści. A trzeba wiedzieć, że w tych pięściach tkwi moc - pierwotna, niefinezyjna, ale dosadna i efektywna.

Nie powiem, że takiego Vaughna jeszcze nie widzieliśmy na ekranie, bo jest to naturalna ewolucja po rolach w serialu „True Detective” i „Hacksaw Ridge” Mela Gibsona, ale jest to jego najlepszy występ w „poważnym filmie”. Postać Bradley’a opiera się na stonowanej kreacji, pozornie nieekspresywnej, a jednak wyrażającej bardzo wiele informacji o postaci, przy pomocy małej dawki gestów i zachowań, czerpiących również z komediowych doświadczeń aktora (pewno mrugnięcie okiem robi scenę). Nie bez znaczenia jest przemyślany wygląd bohatera, łysego zakapiora z ogromnym tatuażem na głowie – robi to wrażenie i pozwala uwierzyć w postać. Warto również dodać, że proste aranżacyjnie sceny mordobić (nie ma tutaj wymyślnych fikołków, jest czysty testosteron) kręcono na długich ujęciach, co przy starciach skupionych na okładaniu się pięściami, musiało zaowocować niejednokrotnym przypadkowym obiciem mordy i ciała aktora. Świadczy to o tym, że Vaughn nie obawiał się zostania poturbowanym na potrzeby filmu i nie zważał na to.

„Brawl in Cell Block 99” to kino brutalne, reżyser nie szczędzi odbiorcom widoku otwartych złamań i głów miażdżonych butem, nie ma w tym wprawdzie wiele krwi, ale całość jest na tyle sugestywna, że osoby wrażliwie mogą spocić się z wrażenia. Historia jest prosta i oparta na wielokrotnie już przetwarzanym motywie gościa, który jest gotów odwiedzić piekło, jeżeli wymaga tego dobro jego rodziny, ale złapałem się na tym, że pod koniec filmu jestem autentycznie ciekawy, co wydarzy się dalej i wcale nie jestem pewien, czy wiem, jak się to wszystko skończy. Zahler udowodnił, że debiutancki film nie był pojedynczym celnym wystrzałem i ma jeszcze w rewolwerze całą kolekcję naboi, które zamierza wykorzystać. Zaintrygowany czekam więc, co wyniknie z kolejnego sięgnięcia przez niego do kabury.

niedziela, 29 października 2017

Thor: Ragnarok - recenzja


W tym roku Marvel solidnie dopieścił swój filmowy wszechświat, a w efekcie widzów. Najpierw była czadowa kontynuacja „Strażników Galaktyki”, oferująca film wypełniony żywymi kolorami, pomysłowy, zabawny i tętniący pozytywną energią. Pół roku później zaserwowali dokładkę, osadzoną w innym rejonie kosmosu, ale niemniej barwną, pomysłową, zabawną, a do tego jeszcze bardziej szaloną. Zasługa to pewnego nowozelandzkiego skubańca, reżysera, ale też aktora, który fanów nieoczywistych, oryginalnych, autorskich filmów, zachwyca już od dawna. „Co robimy w ukryciu” to już komedia praktycznie kultowa („We’re Werewolves, not Swear-Wolves”), a zeszłoroczne fantastyczne „Dzikie łowy” to mała perła kina familijnego. Taika Waititi na stołku reżysera oznaczał radykalną zmianę formuły serii, ale też coś, czego filmowe uniwersum Marvela jeszcze nie widziało – pełnoprawną komedię.

Marvel oczywiście nigdy nie silił się na mrok i powagę znaną z ekranizacji komiksów DC. Humor zawsze był obecny w ich filmach, ale żaden z nich, nawet odjechani „Strażnicy Galaktyki”, wesoły „Ant-Man”, czy też radosny „Spider-Man: Homecoming”, nie skręcał tak odważnie w kierunku kina komediowego. Co warte zaznaczenia, kina komediowego z pieczęcią jakości od Waititiego, czyli humoru nieprzewidywalnego, nieoczywistego, często absurdalnego i abstrakcyjnego. Czego możemy się spodziewać po filmie, widzimy już w pierwszej scenie, gdy wiszący na łańcuchu Thor przerywa co chwilę złowieszczy monolog demonicznej istoty (Clancy Brown!), bo jego bezwładne ciało mimowolnie obraca się do przeciwnika tyłem. Jest to jednak zaledwie przedsmak, bo niewiele później zobaczymy smoczy mózg rozsmarowany na dwóch asgardzkich dziuniach oraz Anthony’ego Hopkinsa imitującego Toma Hiddlestona. Nie wspominając już o pociesznym potrójnym cameo w tejże scenie. O jednym aktorze wypada wspomnieć, bo jest to Luke Hemsworth, czyli młodszy brat Chrisa, wcielający się w karykaturę Thora. O drugim można wspomnieć, bo jego wybór był dość oczywisty, a mam na myśli Sama Neilla, bohatera ostatniego filmu reżysera. O trzecim nie należy pisać, bo stanowi prawdziwą niespodziankę, gdy rozpoznałem już aktora, to aż się poprawiłem w fotelu i rozejrzałem po sali, czy reszta widowni jest równie podekscytowana tym odkryciem. Najlepsze cameo tego roku. I do tego jest jeszcze scena z Karlem Urbanem zamiatającym Asgard. Cholerny Sędzia Dredd z miotłą. Waititi, nie masz litości.


Co mnie zaskoczyło to jak niewiele z filmu zdradzono w kampanii promocyjnej. W zwiastunach nawet przerabiano komputerowo niektóre sceny, żeby nie spoilerować elementów fabuły, a także nie przekazywano istotnych informacji o postaci, jak na przykład tego, że Walkiria (charyzmatyczna Tessa Thompson) nie wylewa za kołnierz. W scenie, gdy pojawia się w filmie, bohaterka dosłownie zwala się z podestu swojego statku kosmicznego. I w tym świecie nie jest to dziwne. Wszechświat waititiego rządzi się swoimi prawami, na przykład może on podłożyć swój głos, zagrany na cieniutkiej tonacji, z wyraźnie zaznaczonym nowozelandzkim akcentem, pod postać Korga, skalistego kosmity, który kradłby film, gdyby tylko nie wsadzono do niego gołego, mówiącego Hulka. Zielony stwór świeci tyłkiem i bryluje werbalnie. Jego konwersacje z Thorem to niegasnące źródło radości, a ich potyczka na arenie to kupa radochy. Niemniej pociesznie jest, gdy w końcu pojawia się Bruce Bunner, bo Mark Ruffalo idealnie odnajduje się w takiej humorystycznej konwencji, zwłaszcza w towarzystwie Chrisa Hemswortha, który jeszcze nigdy wcześniej nie był tak bardzo fajny w roli egocentrycznego blondasa z kosmosu.

Długo mógłbym jeszcze wyliczać zarąbiste pomysły i postacie (Jeff Goldblum jest mistrzem w byciu Jeffem Goldblumem), ale po co, lepiej żebyście sami pławili się w nowozelandzkiej studni pomysłów i odkrywali dziesiątki smaczków ukrytych przez Waititego zarówno dla fanów Marvela, jak i jego własnej twórczości (jest nawet nawiązanie do tematyki wampirycznej). Nie sądzę, żebym wszystkie wyłapał przy pierwszym seansie. Obawiałem się nieco, że Waititi nie odnajdzie się na stołku reżysera blockbusterowego kina, ale sceny akcji są ładnie zrealizowane, obfitujące w ciekawe pomysły, nie nużą, wręcz przeciwnie, oglądałem je z zaciekawieniem, zastanawiając się, co nastąpi dalej. Zasługa w tym przede wszystkim dobrze pokierowanych przez cały film postaci, ale też nieoczywistych rozwiązań, a nawet tych niektórych oczywistych, ale błyskotliwie poprowadzonych. I powiedzmy sobie szczerze, jeżeli w scenach akcji dwukrotnie używa się w tle Led Zeppelin, to po prostu nie mogą to być słabe sceny akcji.


Nie wszystko jednak w tym filmie zagrało, bo spodziewałem się, że podejdę do niego z podobnym entuzjazmem, co do pierwszej godziny tegorocznych „Strażników Galaktyki”, a tymczasem siedziałem rozbawiony, ale jednak zabrakło w tym prawdziwej ekscytacji z uczestnictwa w niebanalnym kinowym widowisku. „Thor: Ragnarok” jest filmem, mimo wszystko, bardziej stonowanym, wprawdzie równie kolorowym, bardzo często zaskakującym i notorycznie rozbawiającym, ale sprawiającym wrażenie, że jego autor nie mógł w pełni rozwinąć skrzydeł. I pętało go nie tyle studio filmowe, co raczej poprzednie filmy i potrzeba wpasowania tej historii do uniwersum należącego do kogoś innego. Co nie znaczy, że nie odcisnął na nim swojego piętna, odcisnął, i to jeszcze jak, nie ma najmniejszej wątpliwości, że to film Waititiego. Nie jest to jego najlepsze dzieło, ale nie jest to też najsłabszy film w karierze. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby zaowocował kolejnym marvelowskim filmem, równie zabawnym, ale jeszcze bardziej autorskim, zrobionym na podobnej zasadzie, co drugi film Jamesa Gunna, czyli - „trzymaj twórco kasę i szalej, zobaczymy, co na to widownia”.

sobota, 28 października 2017

The Death of Stalin - recenzja


Beka ze zbrodniarzy. Pierwszy od czasu „In the Loop” film wyreżyserowany przez Armando Iannucciego (Ojciec Prowadzący seriali „The Thick of It” oraz „Veep”) opowiada o krótkim okresie poprzedzającym śmierć Stalina oraz zaciekłej walce o władzę, jaka nastąpiła po zgonie lidera. „The Death of Stalin” to rasowa satyra polityczna, wyśmiewająca czasu stalinizmu, wąsacza i wpływowych działaczy partyjnych, którym udało się przeżyć urządzane przez niego czystki. Iannucci pławi się w mnożeniu scen pokazujących paranoję ówczesnych realiów, donosicielstwo, ciągłą obawę o życie oraz jego kruchość w niepewnym politycznie klimacie, który zmieniał się jak w kalejdoskopie. Czarna komedia podskakuje pod ramię z absurdem, ponadczasowa satyra polityczna kłania się cierpkiemu komentarzowi na temat osób sprawujących władzę, przezabawne sceny gryzą się ze świadomością tego, jakich zbrodni dokonywali bohaterowie filmu.

No właśnie, miałem poważny problem moralny z rozgryzieniem tego, jak powinienem podejść do tej historii. Brytyjscy widzowie na sali rżeli ze śmiechu, gdy oglądali trupy turlające się ze schodów w siedzibie Berii, czystki dokonywane przez Państwo, mordowanie niewygodnych świadków i szaraków rozglądających się nerwowo po pokoju, gdy pozwolili sobie na zbyt żartobliwy komentarz polityczny. Mnie natomiast uwierała świadomość, że wszystkie te sceny bazowały na podobnych historiach z przeszłości i stało za nimi ludzkie cierpienie, jakoś nie było mi do śmiechu z tego powodu. Niewątpliwie nie jest to przypadkowe, bo Iannucci zapewne liczył na taką reakcję wśród części widowni i nie można powiedzieć, żeby wykazywał się w filmie brakiem wyczucia dobrego smaku. Ofiarami jego farsy są przede wszystkim zbrodniarze, scenom zadawanego przez nich terroru wielokrotnie jednak nadaje komediowy posmak, uderzający w podobne tony (jest to specyficzny humor, bardzo brytyjski) co reszta filmu, pozostawiając odbiorcę zagubionego w próbie rozwikłania, czy powinien być zniesmaczony, czy też może rozbawiony, ale w taki dziwny sposób, bo skażonym uczuciem zakłopotania.

Jak zwykle u Iannucciego dialogi opierają się na błyskotliwych spostrzeżeniach, ciętych ripostach i soczystych bluzgach, które aktorzy wypowiadają z niemałą satysfakcją. Obsada jest zresztą doskonała, międzynarodowi aktorzy świetnie odnajdują się w stalinowskich realiach, iskrzy pomiędzy nimi, jest chemia i dostrzegalna przyjemność z uczestnictwa w tym projekcie. Ich postacie knują, szkalują, podlizują się i terroryzują, a aktorzy zawsze trafiają w odpowiednie emocje i przykuwają uwagę widza. I nikt tutaj nie próbuje udawać ruska, wszyscy zachowują swoje naturalne akcenty, co często jeszcze bardziej wzmaga efekt komediowy, szczególnie w przypadku siarczystych przekleństw rzucanych przez Jasona Isaacsa.

„The Death of Stalin” chyba nie będzie miał łatwo z podbiciem serc miłośników współczesnych amerykańskich komedii. Jest to humor oparty na absurdzie, satyrze i przesadzie, ale też subtelnie rozstawionych puentach, wywoływaniu w widzu skrajnych emocji i pobudzający do refleksji nad tym, co się ogląda. Historia jest interesująca, ale rozegrana niespiesznie (warto jednak dodać, że wydarzenia, które autentycznie rozgrywały się przez kilka miesięcy, skondensowano w filmie do krótkiego okresu), reżyser często zwalnia, nie pędzi do kolejnego żartu, cierpliwie rozstawia pionki na szachownicy, żeby później z zaciekawieniem (i rozbawieniem) obserwować, jak wzajemnie próbują się z niej strącać.

sobota, 14 października 2017

American Film Festival 2017: Filmy, które warto zobaczyć



Kilka dni temu opublikowano program ósmej edycji American Film Festival. Na imprezie niestety nie dam rady się pojawić, ale przejrzałem sobie z ciekawości listę filmów i odkryłem, że sporo tytułów już widziałem w Cannes, brytyjskich kinach i serwisach streamingowych oraz na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Postanowiłem więc, wzorem podobnego artykułu opublikowanego przed rozpoczęciem sprzedaży biletów na Nowe Horyzonty, ułożyć listę filmów, które warto zobaczyć podczas festiwalu. Całość podzieliłem na dwa zestawy. W pierwszym wymieniam filmy, które nie miały jeszcze premiery w polskich kinach, niektóre z nich dotrą do Polski niebawem, jeden nawet w trakcie festiwalu, a drugi raptem kilka dni później, ale wszystkie warto zobaczyć. Muszę jednak ostrzec, że „mother!” zdecydowanie podzieli widzów i zarobi wiele negatywnych ocen, więc oglądacie na własne ryzyko. W drugim zestawie są filmy, które gościły już w polskich kinach, większość z nich można dostać na DVD, ale jeżeli ktoś jeszcze czegoś nie widział to zdecydowanie warto nadrobić zaległość i skorzystać z okazji do zobaczenia tego na dużym ekranie.


FILMY, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ:

A Ghost Story (reż. David Lowery)

Jestem zachwycony nowym filmem Davida Lowery’ego. Nie jest to łatwe kino, bo wymagające od widza uwagi i skupienia, ale szczodrze wynagradzające ten wysiłek. „A Ghost Story” niejednego odbiorcę odrzuci, bo jest to film oparty na długich ujęciach, często pozbawionych dialogów, a do tego zamknięty w format 4:3 z zaokrąglonymi rogami kadru. Kino artystyczne pełną piersią. Na papierze może to brzmieć jak kolejny wydumany pretensjonalny eksperyment, jakich pełno w programach festiwali filmowych, ale Lowery udowadnia, że problemem większości tych filmów nie jest powolne tempo, tylko brak ciekawego pomysłu na sprzedanie tego odbiorcy. „A Ghost Story” to genialny pomysł, a jego wielkość tkwi w sięgnięciu po prostą ideę i rozwinięcia w coś niesamowicie złożonego, wciąż jednak sprawiającego wrażenie nieskomplikowanej błahostki.

Dużą zaletą scenariusza Lowery’ego jest brak łopatologicznego tłumaczenia założeń twórcy. Reżyser wykłada na stół wszystkie informacje potrzebne do zrozumienia historii, od odbiorcy już jednak zależy, czy poświęci filmowi dość uwagi żeby to dostrzec. Nie jest to też przykład filmu, który stoi tylko jedną ideą, której wszystko jest podporządkowane i nie pozostaje już miejsca na nic innego. Lowery potrafi w subtelny sposób zabawić się wyjściowym pomysłem. Delikatnie balansuje też na granicy kilku gatunków filmowych, nigdy jednak nie odbija zbyt daleko od głównego trzonu historii, nie pozwalając na to, żeby postmodernistyczne zabawy z formą i autoironiczny ton zaburzyły kontemplacyjny nastrój historii. Nie traktuje filmu ze śmiertelną powagą, co nie znaczy, że nie traktuje poważnie tego, co chciał opowiedzieć odbiorcy. Piękne, mądre, poruszające, kino kontemplacyjne.



The Killing of a Sacred Deer/Zabicie świętego jelenia (reż. Yorgos Lanthimos)

Nie będę owijać w bawełnę - to mój ulubiony film Yorgosa Lanthimosa („Kieł”, „Lobster”). Miłośnicy poprzednich muszą jednak wiedzieć, że w porównaniu do nich jest to kino ugładzone, przystępniejsze w odbiorze, wciąż zbyt „dziwne” dla widza masowego oraz entuzjasty horrorów (a niewątpliwie w kierunku tego właśnie gatunku historia skręca po pierwszych 30 minutach), ale z całą pewnością już nie tak szokujące, dziwaczne i absurdalne. Co nie znaczy, że Grek całkowicie zrezygnował ze wszystkich wymienionych. Szczególnie absurdu nie brakuje w filmie, czego kulminacją będzie pewne rozwiązanie fabularne w finale historii.

„The Killing…” wygląda fenomenalnie. Styl zdjęć Thimiosa Bakatakisa umiejscowiłbym gdzieś pomiędzy filmami Stanleya Kubricka, a tym co Emmanuel Lubezki robił w ostatnich filmach Terrence’a Malicka. Kamera często obserwuje bohaterów z dystansu, czasem z żabiej perspektywy, czasem wisi gdzieś w powietrzu ponad ich głowami albo ustawiona jest z boku, jakby operator udawał, że w sumie nie jest tym wszystkim zainteresowany i znalazł się tutaj zupełnym przypadkiem. W jednym ujęciu, moim ulubionym, dramatyczną sytuację na ruchomych szpitalnych schodach przedstawia natomiast z lotu ptaka. Cudowne. Początkowo, zanim sytuacja zaczyna robić się poważna, a nastoletni bohaterowie spacerują sobie (jeszcze) beztrosko na powietrzu, Bakatakis pozwala obrazowi odetchnąć pełną piersią, stawia na szerokie ujęcia, żywe kolory, ogrzewa ekran promieniami słońca i kojącą zielenią. Później robi się mroczniej, ale równie ciekawie (i ładnie) od strony wizualnej.

I na tym w zasadzie powinienem zakończyć, bo nie chciałbym zdradzić zbyt wiele, a film oferuje kilka fajnych niespodzianek i zabawnych momentów (scena z „metaforą”!), które warto zobaczyć samemu. Nie jest to tytuł, które przypasuje każdemu, bo jednak u podstaw jest to wciąż kino artystyczne, nieco przystępniejsze od „Kła”, mniej absurdalne od „Lobstera”, ale równie pomysłowe i szalone jak pozostałe filmy Lanthimosa.



mother! (reż. Darren Aronosky)

Seans „mother!” jest niewątpliwie pamiętnym kinowym doświadczeniem, i to niekoniecznie przyjemnym, o czym świadczą reakcje widowni. Film Aronosky’ego jest zagadkowy, surrealistyczny, a chwilami wręcz szokujący, szczególnie jeżeli odbiorca należy do osób nadwrażliwych. Pierwsza godzina filmu usypia nieco czujność, historia i zachowania postaci szybko robią się dziwaczne, ale na tamtym etapie oglądania tli się jeszcze w odbiorcy nadzieja, że istnieje racjonalne wytłumaczenie i całość zostanie spięta w sensowny sposób. I rzeczywiście, jest klamra spinająca, ale osoby twardo stąpające po ziemi raczej nie będą z niej zachwyceni. W drugiej połowie filmu, a zwłaszcza w ostatnich 30 minutach, Aronofsky rozpętuje ekstrawagancką orgię surrealistycznych obrazów i iście apokaliptycznych wydarzeń, które nabierają coraz większej masy absurdu z każdą kolejną minutą filmu. I wtedy staje się jasne, że nie mamy do czynienia z historią o ludziach, ale metaforą, albo raczej – METAFORĄ! I ciężko się dziwić, że film zbiera baty od dnia premiery, bo jeżeli widzowie przychodzą do kina na horror, a zostają spałowani brutalną serią alegorycznych artystycznych majaków reżysera, to później lecą z ognistymi zażaleniami do internetu. Jest to sytuacja nieco podobna do „To przychodzi po zmroku”, którego kampania reklamowa również była skierowana do niewłaściwych odbiorców, ale w tym przypadku jest gorzej, bo jeżeli nie załapie się, o co twórcy chodziło, zaliczy się dwugodzinną fantazmatyczną jazdę bez trzymanki, która nie będzie trzymała się kupy.

Bardzo łatwo jest nie załapać, o co tak w zasadzie chodziło Aronofsky’emu, bo znając klucz interpretacyjny, robi się przeciągłe: „aaaaaaha, no tak” i wszystko zaczyna układać się w spójną całość, ale jest to zarazem na tyle abstrakcyjne, że nie znając podpowiedzi, nasze skojarzenia mogą podążyć w kilku innych kierunkach, co wpłynie znacząco na odbiór filmu. Reżyser najwyraźniej zrozumiał, że poniósł porażkę w tej materii, bo zanim film zdążył zagrzać sobie miejsce w kinach, jego twórca, a także aktorzy i członkowie ekipy, zabrali się za jego wyjaśnianie i podpowiadanie widowni tego, jak należy go rozumieć. Sytuacja nieco kuriozalna, ale zarazem należy dodać, że wiedząc w jakim kierunku należy spoglądać, zaczyna się doceniać pomysłowość i odwagę Aronofsky’ego, a także studia filmowego, które zdecydowało się wyłożyć na to pieniądze. „mother!” to dzieło ambitne, oryginalne, intrygujące, pięknie zrealizowane, ale zarazem przeszarżowane, nieprzemyślane, bo nie oferujące widzowi czytelnego drogowskazu, wymagające przewodnika, który poratuje zagubionych biedaków. Jeżeli ktoś wykaże się wystarczającą dawką dobrej woli i samozaparcia, żeby podjąć próbę zrozumienia wizji reżysera, albo wyszukać sobie klucz interpretacyjny, ten doceni „mother!”, bo to kino niewątpliwie autorskie i pobudzające na wielu poziomach, ale niestety wymagające odrobienia zadania domowego albo talentu do nieco abstrakcyjnej analizy fabuły.



The Right Stuff/Pierwszy krok w kosmos (reż. Philip Kaufman)

„Pierwszy krok w kosmos” ciężko jest nazwać nowym odkryciem, wręcz przeciwnie, to najstarszy film w tym tekście. Powinien w zasadzie trafić do drugiego zestawu, ale postanowiłem go wyróżnić, bo jest już dość zapomnianą produkcją, co jest haniebne, zważywszy na jakość filmu i jego wartość merytoryczną.

Historia opowiada o dwóch istotnych momentach z ubiegłego stulecia: złamaniu bariery dźwięku oraz początkach lotów załogowych w kosmos. Pierwszy rozdział filmu zabiera nas do końcówki lat 40. i pokazuje okupione życiem pilotów próby przekroczenia prędkości dźwięku oraz późniejsze ustanawianie kolejnych rekordów prędkości dźwięku, aż do osiągnięcia granic wytrzymałości pilotów i ówczesnych maszyn. Następnie historia skupia się na programie kosmicznym z lat 50. i wyścigu mocarstw w próbach podboju kosmosu. Inicjuje to wszystko misja Sputnika, czyli wyniesienie przez Rosjan na orbitę pierwszego sztucznego satelity, co powoduje panikę po stronie amerykańskiej. Owocuje to rozciągniętą na wiele lat historią przygotowań do lotu, wyczerpujących treningów i testów wytrzymałościowych, kolejnych niepowodzeń przy startach prototypowych rakiet kosmicznych, wysłania w kosmos pierwszej małpy, następnie człowieka, a w końcu pierwszych pełnych okrążeń ziemskiego globu.

„The Right Stuff” jest kopalnią historycznej wiedzy, a przy tym wciągającą opowieścią, która nie zaniedbuje bohaterów, cierpliwie buduje złożone relacje pomiędzy nimi, rozciągając tym samym sieć emocjonalnych powiązań i przekonującej wspólnoty. Nie bez znaczenia jest też wpływ jaki „Pierwszy krok w kosmos” miał na kino. Historia niesfornej załogi przygotowującej się do lotu w kosmos to niewątpliwe źródło inspiracji dla filmów takich jak „Armageddon”, zaś konstrukcja fabularna i sposób opowiadania o eksploracji kosmosu stanowiły później wzór dla Christophera Nolana przy pracach nad filmem „Interstellar”, czego zresztą brytyjski reżyser nie ukrywał.

Kończąc, warto wspomnieć jeszcze szybko o obsadzie, która jest niesamowita, chociaż większość nazwisk miała dopiero zaistnieć w świadomości odbiorców: Sam Shepard (nominowany do Oskara), Scott Glenn, Ed Harris (który ma na koncie jeszcze „Apollo 13” i… „Grawitację”), Dennis Quaid, Lance Henriksen oraz Jeff Goldblum. Wszyscy młodzi, pełni wigoru i gotowi na podbój Hollywood. Nikt tutaj nie odstaje, nie wszyscy dostali jednak wystarczająco dużo czasu ekranowego, żeby prawdziwie zabłysnąć. Szczególnie ujmujący jest młody Quaid, czarujący swym szelmowskim uśmiechem i bijąca od niego pozytywną energią.



The Florida Project (reż. Sean Baker)

Nowy film Seana Bakera pod pewnymi względami przypomina „Mandarynkę”. iPhone’owy osprzęt zastąpiły profesjonalne kamery, a zamiast bandy krzykliwych prostytutek mamy grupę małych dzieci, ale jest to historia opowiadająca o podobnym środowisku - amerykańskiej biedocie, żyjącej w tanich, ciasnych, motelowych pokojach, zarabiającą na życie kombinatorstwem, prostytucją i dorywczymi zajęciami. Szczytem marzeń jest stała praca w charakterze kelnerki, bo pieniądze z tego wprawdzie małe, ale przynajmniej jedzenie można wynieść i jeszcze podrzucić coś znajomym.
Film jest równie krzykliwy, co poprzedni projekt Bakera, bo trójka dzieci, głównych bohaterów filmu, zapewnia stały (wysoki) poziom decybeli. Dzieciaki, pozostawione samopas, cały czas się gdzieś przemieszczają, niestrudzenie poszukując nowych sposobów na zabicie nudy w położonym na uboczu miasta motelowym kompleksie. W efekcie ciągle wpadają w jakieś kłopoty. Ich prawdziwym opiekunem jest zaskakująco cierpliwy i opanowany menadżer hotelu (Willem Dafoe). W tym dość patologicznym środowisku to właśnie Dafoe robi za ostoję normalności, przywołując innych do porządku, ze stoickim spokojem znosząc wybryki dzieci oraz dorosłych mieszkańców kompleksu.
„The Florida Project” jest zabawny i tętni energią. Jest to żywy świat pełen krzykliwych barw, głośnej muzyki, hałaśliwych ludzi oraz skrajnych emocji. W drugiej godzinie chwilami bywa to męczące, bo stale rozrabiające i strasznie rozwrzeszczane dzieciaki sprawiają, że głowa zaczyna puchnąć. A kłótliwi dorośli bynajmniej nie pomagają. No cóż, samo życie.



You Were Never Really Here/Nigdy cię tu nie było (reż. Lynne Ramsay)

Nowy film Lynne Ramsay („Musimy porozmawiać o Kevinie”) stanowi wyzwanie dla odbiorcy. Reżyserka wychodzi od skrzyżowania fabuły „Uprowadzonej” z ostatnimi dokonaniami Nicolasa W. Refna (a konkretnie to tymi zrobionymi do spółki z Goslingiem), ale idzie o krok dalej, tworząc zagadkowe artystyczne dzieło, w którym eksperymentuje z formą i konstrukcją fabularną, testując jak niewiele informacji można pokazać, a jednocześnie zbudować bogaty fundament psychologiczny dla głównej postaci. Nieuważny widz może poczuć się podczas seansu nieco zagubiony, ale Ramsay mówi o przeszłości bohatera całkiem sporo, problem w tym, że to są tylko skrawki istotnych wydarzeń, które trzeba już sobie poukładać samemu, często dopowiadając do nich kontekst, oczywiście bazując na otrzymanych wcześniej informacjach. „You were never really here” to kino brutalne, klimatyczne, interesujące wizualnie, bardzo pomysłowe, ale zarazem niedookreślone, jakby złożone z kilku różnych historii, składających się na „filmowy trip”, będący nieco odrealnionym doznaniem kinowym, które należy odbierać na poziomie nie tyle intelektualnym, co raczej intuicyjnym, zawierzając wskazówkom udzielanym przez panią przewodnik.



I am not your Negro/Nie jestem twoim murzynem (reż Raoul Peck)

Podczas tegorocznych Oskarów o statuetkę w kategorii najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny rywalizowały dwa tytuły opowiadające o amerykańskim rasizmie i historii napięć społecznych na tym tle. Wygrał „O.J.: Made in America”, blisko ośmiogodzinny dokument, kompleksowo i głęboko wgryzający się w temat procesu Simpsona, obgryzający go starannie ze wszystkich stron, a na koniec starannie wylizujący resztki. Poznajemy w nim nie tylko przebieg procesu stulecia, krwawe szczegóły okrutnej zbrodni i najsłynniejsze elementy medialnego cyrku, ale też niemniej istotny element, wręcz fundamentalny, jeżeli chcemy zrozumieć późniejszą skandaliczną decyzję ławy sędziowskiej, czyli historię napięć rasowych w USA. Szczególnie dużo czasu poświęca się zbrodniom i wykroczeniom przeciwko czarnej społeczności, jakich dopuszczali się policjanci z L.A. Jest to rzecz niezbędna do pełnego zrozumienia wydarzeń z końca ubiegłego wieku.

„I am not your Negro” słusznie przegrało z nim rywalizację o Złotego Rycerza, ale bynajmniej nie znaczy to, że jest złym filmem. Wręcz przeciwnie, co więcej, stanowi ładne uzupełnienie do niego, ale to innego rodzaju filmowe doświadczenie, bardziej poetyckie, empiryczne i duchowe, jak poznawcze. Hipnotyzująca narracja (Samuel L. Jackson) zabiera odbiorcę w podróż przez historię czarnoskórych w USA. Jest to równie delikatne w formie, co przygnębiające w treści. Warto.



Kończąc temat nowości, które nie miały jeszcze okazji trafić do polskich kin, muszę jeszcze krótko wspomnieć o dwóch filmach.

„The Big Sick” („I tak cię kocham”) to swoisty rewers „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Facet poznaje kobietę, zaczynają się ze sobą spotykać, ale rozdzielają ich różnice kulturowe, albo raczej jego rodzicie, którym nie ma odwagi powiedzieć o swojej partnerce. Kumail jest z Pakistanu i jedyną dziewczyną, jaką rodzina zaakceptuje, może być pakistańska muzułmanka. Gdy już wydaje się, że temat jest zamknięty, a związek zakończony, Emily okazuje się być ciężko chora i zostaje wprowadzona w stan śpiączki klinicznej. Zamieszany w to Kumail poznaje jej rodziców i nawiązuje się pomiędzy nimi bliższa relacja. Urocza, zabawna i lekka komedia romantyczna oparta na faktach.

„Good Time” to nowy film braci Safdie. Rodzeństwo nie ma jeszcze wyrobionej marki w świecie kina, ale bywalcy festiwali filmowych mogą kojarzyć ich poprzedni film „Heaven knows what” („Bóg wie co”), który można było chociażby zobaczyć w konkursie głównym na zeszłorocznych Nowych Horyzontach. „Good Time” to intensywny, teledyskowy, narkotyczny trip w formie dramatu sensacyjnego, który zabiera na nocną przejażdżkę ulicami Nowego Jorku w towarzystwie Roberta Pattinsona. Warto dodać, że to najlepsza rola w jego karierze, a w filmie pojawia się jeszcze Jennifer Jason Leigh i Barkhad Abdi.


FILMY, KTÓRE WARTO NADROBIĆ:


Manchester by the Sea (reż. Kenneth Lonergan)

Mały wielki film. Przeglądając opinie o tym filmie, bardzo często trafiamy na ten zwrot. I rzeczywiście, jest to najlepsze podsumowanie tego niesamowicie intymnego, spokojnego i emocjonalnie dojrzałego dramatu Kennetha Lonergana. Scenariusz „Manchester by the Sea” to mała perełka. Historia prowadzona jest dwutorowo, wydarzenia współczesne pobudzają w pamięci Lee czasy przeszłe. Lonergan umiejętnie odsłania kolejne elementy układanki, idealnie kontrastując ponury klimat filmu z humorystycznymi zdarzeniami, dialogami i zachowaniami postaci. Czasem to ciepłe w wymowie wspomnienia z przeszłości stanowią kontrapunkt dla ponurej teraźniejszości, a czasem na odwrót, a bywa, że po prostu jest źle i już, trzeba jakoś przeżyć kolejny dzień w nadziei, że przyjdą jeszcze jakieś lepsze.

„Manchester by the Sea” to film powolny, kino nastroju złożone ze skrawków codziennego życia, szczerze opowiedzianych i bez przesadnego dramatyzowania wydarzeń. Historia przypominająca, że ludzie to skomplikowane istoty, które skrywają w sobie wiele niezaleczonych ran, a na zachowanie każdego dorosłego człowieka składa się całe życie doświadczeń, tych bolesnych, ale i tych radosnych. U niektórych osób te pierwsze okazują się być jednak zbyt dotkliwe, żeby się z nich w końcu otrząsnąć i zacząć czerpać z tych drugich.



American Honey (reż. Andrea Arnold)

Brytyjska reżyserka, Andrea Arnold (autorka m.in. bardzo dobrego „Fish Tank” oraz „Wichrowych wzgórz”), po raz pierwszy opowiada o Stanach Zjednoczonych. Już od pierwszych minut, gdy główna bohaterka nurkuje w śmietniku pobliskiego marketu w poszukiwaniu niedawno przeterminowanego jedzenia, wiadomo, że może Arnold i przeniosła się z kamerą za ocean, ale wrażliwość na problemy społeczne i zainteresowanie przedstawicielami jego biedniejszych warstw nie zmieniło się.

„American Honey” to jeden z tych filmów, które wymagają od widza cierpliwości. Arnold stawia na niespieszne tempo, snując opowieść powoli i cierpliwie. Lubi się czasem zawiesić na jakimś detalu, kadr jest ściśnięty, a kamera rozedrgana, prowadzona z ręki, czasem nawet korygowana podczas ujęcia. Nadaje to surowego, realistycznego stylu, umieszczając nas w samym środku wydarzeń, ale oczywiście nie każdemu przypadnie do gustu. Nie jest to jednak klasyczny festiwalowy snuj. Odbiorcę do życia pobudza energetyczna muzyka, bohaterowie nie wałęsają się bezcelowo po ekranie, ciągle coś się dzieje, a do tego przyjemnie się na to patrzy, bo ładne zdjęcia skąpane są w ciepłych słonecznych barwach, albo rozświetlane blaskiem fajerwerków i ognisk. Nie jest to jednak kino nastawione na dramatyczne wydarzenia i szokujące twisty. Śledzimy życie wędrownej komuny, ich powtarzalne rytuały, wewnętrzne relacje, drobne przygody, beztroski styl życia, cieszenie się chwilą i niemyślenie o dniu jutrzejszym. Łatwo ich polubić, poczuć się członkiem ich komuny, niemym obserwatorem, który chętnie powałęsałby się w ich towarzystwie po Stanach Zjednoczonych. Jeżeli ktoś jednak nie poczuje tej więzi, wtedy seans może mu się nieznośnie dłużyć, bo to kino nastroju, a nastrój albo się łapie, albo nie.



Paterson (reż. Jim Jarmusch)

Nuda i monotonność dnia codziennego podniesione do rangi sztuki. Jim Jarmusch mistrzowsko opanował sztukę operowania „kinem nastroju”, bo to przecież sztuka, żeby film, w którym za nagły twist robi awaria autobusu, a za scenę akcji wymachiwanie w barze zabawkowym pistoletem, nawet przez moment nie irytował widza i nie kusił do zerkania co kilka minut na zegarek. „Paterson” to film zabawny, wielokrotnie wywołujący uśmiech na twarzy, puszczający do nas oko (w jednej scenie autobusem bohatera jadą Suzy i Sam, bohaterowie „Moonrise Kingdom” Andersona, starsi już o kilka lat, dyskutujący o korzeniach dziewiętnastowiecznego włoskiego anarchizmu), uwodzący i czarujący.



It comes at night/To przychodzi po zmroku (reż. Trey Edwards Shults)

Zaskoczył mnie ten film. Poszedłem na horror w multipleksie, wyszedłem z ambitnego filmu niezależnego, oglądając się za ramię, czy aby przypadkiem nie przeniosło mnie podczas seansu do kina studyjnego. Nie dajcie się zwieść zwiastunowi oraz minimalistycznemu, mrocznemu plakatowi – groza w tym filmie jest obecna, ale nie spodziewajcie się poczwar wyskakujących zza rogu. Reżyser bardzo skąpo dawkuje informacje, pozwalając odbiorcy na snucie domysłów. Jedno jest pewne, trafiliśmy do postapokaliptycznej rzeczywistości. Amerykanie zostali zdziesiątkowani jakimś wirusem, który najwyraźniej przenosi się głównie przez kontakt cielesny, ale najwyraźniej szkodliwe są również zarodniki unoszące się w powietrzu, bo bohaterowie często korzystają z masek przeciwgazowych.

Trey Edward Shults umiejętnie buduje nastrój paranoi i grozy. Atmosfera jest chwilami bardzo gęsta, skrzypiące dechy, skąpe oświetlenie i klimatyczna muzyka sprawiają, że mimowolnie poprawiamy się w fotelu. Zdjęcia plenerowe, z kadrami wypełnionymi drzewami, prowokują do wypatrywania w tle czegoś, bo przecież to horror, co nie? Więc należy się spodziewać jakiegoś zagrożenia. Ulegamy więc poniekąd paranoi bohaterów, a może po prostu dobrze wiemy, że jesteśmy zwodzeni przez sprytnego reżysera, który w każdej chwili może nam przyłożyć w głowę czymś mocnym. I przywala, ale przede wszystkim ponurym klimatem i sposobem w jaki ukazuje relacje międzyludzkie w okresie zagłady cywilizacji. Nie opowiada o niczym nowym, wszystko to już było wielokrotnie portretowane w niezliczonych filmach, serialach, grach, książkach i komiksach. Wielokrotnie pomyśli się o „The Walking Dead”, zarówno tym telewizyjnym, jak i komiksowym, ale historia rodziny Paula może być równie dobrze kolejnym zapiskiem paskudnych wspomnień odnalezionych na nuklearnych pustkowiach „Fallouta” albo w porośniętym dziką roślinnością domostwem z „The Last of Us”. Shults nie odkrywa przed nami niczego nowego, ale pogłębiony portret psychologiczny bohaterów, oraz Joel Edgerton w szczytowej formie (choć bardzo oszczędnie stosujący środki aktorskiego wyrazu), nie pozwolą szybko wyrzucić z pamięci opowieści o rodzinie Paula.

I ostatniej sceny filmu...



The Room (reż. Tommy Wiseau)

Na koniec, nieco przewrotne, nie tylko najgorszy film w programie, ale wręcz jeden z najgorszych w historii kina. Podczas festiwalu będzie można zobaczyć „The Disaster Artist” Jamesa Franco, film bardzo dobrze oceniany przez krytyków, który opowiada o realizacji „The Room”. Gdy tylko o tym usłyszałem, miałem nadzieję, że organizatorzy pokażą również „dzieło” Tommy’ego Wiseau, bo jest to coś, czego warto doświadczyć z żywo reagującą festiwalową publicznością.

Niezaprzeczalnie jest to twór niepowtarzalny, choć zarazem przetwarzający materiał z kilku dekad amerykańskich oper mydlanych. Film o powitaniach, zrobiony przez gościa, który "warsztatu" uczył się oglądając "Pamiętnik Czerwonego Pantofelka" i teledyski Boyzone. Scenom seksu Wiseau poświęca równie wiele uwagi, co dbaniu o to, żeby każdy z każdym się tutaj ładnie przywitał w każdej możliwej scenie. Wszystkie wyglądają jak lekki erotyk z lat 90., coś pomiędzy wczesnym pasmem na Polonii 1, a okolicą północy na Polsacie. Fabuła jest szczątkowa. Jeżeli Wiseau akurat nie próbuje spenetrować pępka swojej zdradliwej kobiety to łazi po dachu i rzuca piłką z kolegami.

Łażeniu po dachu warto się przyjrzeć bliżej, bo jest to pierwszy przykład tego, że Dolina Niesamowitości może dotyczyć nie tylko istot wygenerowanych w komputerze, ale również krajobrazu wrzuconego na green screenie. Nie wiem jakiej czarnej magii dokonano przy importowaniu obrazu w tle, ale z przynajmniej dwa razy (gdy ktoś wchodził na dach) przez ułamek sekundy zaszalał mi błędnik, a z całą pewnością nie wypiłem podczas seansu dość rumu, żeby winić za to procenty.

„The Room” każdy kinoman powinien potraktować jak pierwszą butelkę wódki, coś czego kiedyś trzeba doświadczyć, a później odchorować. Nie wyobrażam sobie do tego lepszych warunków, jak na sali pełnej kinomanów, którzy zapewne będą mieli konkretną śmiechawę. I słusznie.

Botoks - recenzja


Kino eksploatacji i taniej sensacji, które udaje cięty komentarz społeczny i krytykę patologii drążących polską służbę zdrowia. Patryk Vega chciałby wstrząsnąć środowiskiem i narodem, od miesięcy wyciera sobie gębę misyjnym zaangażowaniem, a tak naprawdę jest tylko kabotynem, cynicznie żerującym na polskim widzu. „Botoks” to jakiś alternatywny wymiar, świat utkany z patologii, wyzbyty empatii, zaludniony istotami pozbawionymi uczuć, ludźmi nie zachowującymi się jak ludzie, lekarzami, którzy chyba rano brandzlują się do zdjęcia doktora Mengele, a przed snem oglądają torture porn w poszukiwaniu inspiracji na następny dzień. Nie wierzę w ten świat, nawet jeżeli rzeczywiście jest patchworkiem złożonym z prawdziwych historii z całej Polski, to wciąż jest obrazem zakłamanym, tkaniną opartą na przejaskrawionych barwach, zapominającą o wszystkim tym, co jest pomiędzy – o ludzkich odruchach. Nie wierzę w świat, w którym wszyscy lekarze tylko czyhają na okazję dopierdolenia pacjentowi, oszpecenia go, okaleczenia i zamordowania. Nie wierzę w świat, w którym pracownicy szpitala widząc koleżanką z pracy w ciężkim stanie, mają to w dupie, a nawet pogarszają sytuację. Nie wierzę w ten świat i jestem zirytowany, gdy przez cały seans reżyser tłucze mi do głowy, że to jest prawdziwy obraz rzeczywistości. Jeżeli już, to raczej bezpośredni transfer majaków kogoś, kto ma poważne problemy z własną głową.

Jest to zły film, trwający nieco ponad dwie godziny, a sprawiający wrażenie, jakby się ciągnął przez dwadzieścia. Vega już w Pitbulach udowodnił, że nie potrafi złożyć opowieści o czymś, bo próbuje opowiedzieć o wszystkim. W „Botoksie” nieco doszlifował formę, bo tym razem przynajmniej sprawia to wrażenie, jakby wszystkie te wątki podążały w podobnym kierunku, a nie tylko stanowiły zbiór epizodycznych sytuacji. I są w tym jakieś zalążki ciekawej historii, gdy bohaterki odstawione w szałowe kiecki maszerują na plażę, żeby dokonać „rytualnego” pogrzebania nieprzyjemnych wspomnień, na ułamek sekundy przebudziłem się z letargu spowodowanego dwudziestogodzinnym nużącym seansem i pomyślałem sobie: „yeah, girl power!”. Zresztą ogólnie postać doktor Banach, która jest inicjatorką zdarzenia, stanowi największy plus filmu, bo w całym tym moralnym, przerysowanym, nierzeczywistym, moralnym szambie, stanowi jakiś głos rozsądku, posiada ludzkie odruchy, o dziwo, chce leczyć, pomagać i być szczęśliwa, a do tego nie osiąga tego kosztem innych. Vega miał pewnie torsje, jak ją tworzył. Pochwalić za to należy jednak przede wszystkim aktorkę. Marieta Żukowska jest wyrwana z innej bajki, tworzy kreację opartą na subtelnościach, przemyślaną wizualnie, rozpalaną cudowną furią, gdy zachodzi taka potrzeba, ale przez większość czasu stonowaną, delikatną, rzeczową i konkretną. W świecie zaludnionym przez wynaturzone i złowieszcze wykwity mózgu reżysera, stanowi przystań normalności. Szkoda, że jedyną.

niedziela, 8 października 2017

Blade Runner 2049 - recenzja


Poszedłem do kina, rozsiadłem się w fotelu (w niemalże pustej sali) i rozpłynąłem się. Zahipnotyzował i wciągnął mnie bez reszty świat stworzony przez Villeneuve. Ze swoistego transu zdołałem wyjść po jakichś czterdziestu minutach, wcześniej nie myślałem o zegarku, rzeczywistości, otoczeniu, byłem tylko ja i Los Angeles Anno Domini 2049. Uwielbiam, jeżeli twórcy filmów science-fiction przykładają uwagę do detali, starannie budując świat przyszłości i oszałamiając nie tyle pustymi komputerowymi wodotryskami, co pomysłową implementacją zaawansowanej technologii w życie bohaterów. „Blade Runner 2049” jest wypełniony kapitalnymi konceptami wizualnymi, ale zarazem wierny swemu poprzednikowi. Denis Villeneuve nie ignoruje ewolucji technologicznej, jaka miała miejsca od premiery filmu Ridleya Scotta, ale też nie próbuje udawać, że ówczesny świat przyszłości przypomina obecną teraźniejszość, która dogoni go przecież niebawem. Wskakuje więc śmiało do alternatywnej rzeczywistości, w której wielkie logo Atari zajmuje przestrzeń publiczną, a budynek Pan Am (zlikwidowanego kilka lat po premierze pierwszego filmu) wciąż stanowi element miejskiego krajobrazu. I jest to dobre rozwiązanie, uczciwe, ale również niepętające rąk artyście, który może do woli pławić się w retro-futurystycznych realiach.

Cieszę się, że trafiłem do największej sali w moim kinie, bo ten film wygląda OBŁĘDNIE na dużym ekranie. O tym, że Roger Deakins jest doskonałym operatorem wiadomo nie od dziś, nigdy nie miał jednak szczęścia do Oskarów, trzynaście razy był nominowany, trzynaście razy musiał obejść się smakiem. I chociaż można jeszcze zrozumieć jego niefart w ostatnich latach, gdy musiał ustępować miejsca Emmanuelowi Lubezkiemu, odstawiającego niesamowite piruety z kamerą przy swoich firmowych długich ujęciach, tak niektóre decyzje z wcześniejszych lat był dość dyskusyjne. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby tym razem mogło paść na kogoś innego. „Blade Runner 2049” wygląda przepięknie w praktycznie każdej możliwej scenie. I nie jest to tylko powielanie neonowej estetyki z pierwszego filmu. W filmowej rzeczywistości minęło od tamtej pory 30 lat, co ma swoje przełożenie na stronę wizualną, której bliżej teraz świetlistym scenografiom z filmu „Tron: Dziedzictwo” oraz jednolitym kolorystycznie realiom postapokaliptycznego pozamiejskiego krajobrazu z filmów Richarda Stanleya („Hardware”).


Jest to nie tylko film cudnie skadrowany i nakręcony, ale też oświetlony. Tym razem nie brakuje ujęć w dziennym świetle (najczęściej przebijającym się przez jakiegoś rodzaju naturalną osłonę - mgłę, dym, deszcz, śnieg), ale najbardziej zapadają w pamięci te w pomieszczeniach, skąpanych w mroku, który otula oświetloną przestrzeń. Kapitalna jest również scena, gdy jedynym źródłem światła jest futurystyczny Peugeot, dosłownie tonący w mroku, który skrywa tony wzburzonej wody. Imponujące są również scenografie: fizyczne, prawdziwe, namacalne, zrobione z rozmachem, nadające filmowemu światu charakteru, przekazujące dodatkowe informacje, często minimalistyczne, ale też bogate w intrygujące detale.

Dużo uwagi poświęcam stronie technicznej, ale niebezpodstawnie. Po pierwsze, jest przecudowna. Po drugie, wolałbym jak najmniej pisać tutaj o fabule. Wbrew obecnym trendom, kampania promocyjna nie zdradziła praktycznie żadnych istotnych informacji o bohaterach i historii. Zasiadając do filmu wiedziałem całkiem sporo o wydarzeniach poprzedzających go, ale niewiele o tym, czego mogę się spodziewać po fabule. Zamierzam więc to uszanować i pozostawić w podobnej niewiedzy czytelników, którzy filmu jeszcze nie widzieli. Historia toczy się niespiesznie, powiem więcej – jest wręcz bardzo powolna, i to na tyle, żeby wyznaczyć granicę pomiędzy odbiorcami odpornymi na takie tempo narracji, a całą resztą, przyzwyczajoną do pędzącej akcji w kinie wysokobudżetowym. Mnie osobiście to zauroczyło, film nie dłużył się nawet przez moment, bo pozwalał smakować piękne kadry i pomysłowo zaprojektowany świat przyszłości. Z całą pewnością nie każdemu przypadnie to jednak do gustu, tym bardziej, że film jest dość długi (163 minuty). Przeszkadzać może również, że Villeneuve lubi pewne rzeczy dopowiadać, jakby nie zawierzając inteligencji odbiorcy. Całe szczęście, że tam gdzie naprawdę powinien to zrobić, wtedy jednak pozostawia pewne kwestie otwartymi na interpretacje.

Jest tu dużo fajnych pomysłów fabularnych, nadających historii i futurystycznej rzeczywistości dodatkowych warstw (jak chociażby relacja K z Joi). Jest to ponury i dość smutny świat, pełen nietolerancji, niesprawiedliwości i okrucieństwa. Świat, który niektórym bohaterom daje bardzo w kość, tym bardziej, że scenarzyści ich nie szczędzą. Przyszłość, w której bardzo łatwo o kryzys, o zakwestionowanie swojego jestestwa, o ciągłe borykanie się z filozoficznymi rozterkami, ale też zagubienie w poszukiwaniu życiowej drogi i sensu istnienia. Jest to naturalna ewolucja problemów znanych z „Łowcy androidów”, rozwinięcie ich, rozszerzenie zakresu zagadnień, ale też nadanie im większego bagażu emocjonalnego.


I w końcu, jest to film, pierwszy od dawna, w którym Harrisona Forda można autentycznie polubić, a nawet docenić jako aktora. Nie sprawia wrażenie znudzonego gościa, cynicznie odcinającego kupony, żerując na dawnych ikonicznych rolach, ale prawdziwego aktora, zafascynowanego graną postacią, wkładającego w to serce i czerpiącego z tego radość. Harrison, stary druhu, nareszcie! Sporym zaskoczeniem jest również Ana de Armas, śliczna Kubanka, której dotąd największym dokonaniem aktorskim było zaoferowanie ekscytującego fellatio Keanu Reevesowi w bardzo kiepskim „Kto tam?”. Joi, w którą się wciela, okazuje się być interesującym, i dość niespodziewanym, bo oszczędnie prezentowanym w zwiastunach, elementem fabuły, z którym wiąże się sporo wartościowych emocji. Oczywiście, niczego więcej nie mogę napisać.

Film ten wzbudził sporo niepokoju, gdy przed laty ogłoszono prace nad nim. Jak widać, jeżeli tylko projekt wyląduje w odpowiednich rękach, nie ma takiej legendy, której nie można by udanie zreanimować i dopowiedzieć nowy wartościowy rozdział. Liczy się pomysł, talent i wyznaczony cel.

sobota, 30 września 2017

Raw (Mięso) - recenzja


„Mięso” zadebiutowało rok temu w bocznej sekcji (Critics’ Week) podczas festiwalu w Cannes. Umknęło mi wtedy zupełnie, na film zwróciłem uwagę dopiero kilka miesięcy później, gdy podczas pokazów na festiwalu w Toronto kilku widzów zemdlało i wzywano pomoc medyczną. Zapewne sprytna ściema promocyjna, ale skuteczna, bo tak jak wcześniej byłem lekko zaintrygowany filmem, o którym zaczynało się robić głośno, tak wtedy już wiedziałem, że muszę to kiedyś zobaczyć. Ucieszyłem się więc, gdy odkryłem, że będzie podczas tegorocznych Nowych Horyzontów. Zdziwiony tylko jestem, że nie trafiło do sekcji Nocne Szaleństwo, bo byłby to najmocniejszy (obok „Kuso”) tytuł w programie. Nie jest to jednak istotne, bo i tak był to czadowy pokaz w idealnych warunkach - największej sali w multipleksie wypełnionej po brzegi kumatymi widzami. Wiadomo, jakiś tam procent ludzi ewakuował się w trakcie seansu, ale to było do przewidzenia, większość jednak bawiła się przednio, ze mną na czele, bo micha cieszyła mi się przez cały film.

Zauważyłem, że dużo osób obawia się tego filmu. Powstał już mit, że jest to kino szokujące, testujące wytrzymałość żołądka i pozostawiające odbiorcę z traumą psychiczną. Jest to przekaz przesadzony, nieprawdziwy i krzywdzący dla tego bardzo dobrego filmu. Oczywiście jest to kwestia osobistej wrażliwości, rzeczywiście jest kilka scen, które mogą zszokować osoby nadwrażliwe, omdlewające na widok krwi, ale nie ma tutaj niczego nastawionego na tani efekt. Widz, który bez żadnego problemu przyjmuje na klatę przemoc z filmów Tarantino, Rodrigueza i Scorsese, nie mrugnie tutaj nawet okiem, bo „Mięso” nie ma niczego wspólnego z patologiami spod znaku „torture porn”, a ilość elementów gore jest znikoma w porównaniu do niektórych filmów wyżej wymienionych twórców. W „Mięsie” szokujące jest oczywiście przełamywanie tabu i sympatyzowanie z bohaterką uskuteczniającą kanibalizm, ale sam temat potraktowany jest z wyczuciem, nie epatuje się tutaj krwawymi obrazami, reżyserka wykazała się… przepraszam, nie mogę się powstrzymać… wyczuciem dobrego smaku.


„Mięso” to dzieło debiutantek, zarówno przed kamerą, jak i za nią. Paniom jednak daleko do nieopierzonych nowicjuszek. Wprawdzie jest to pierwszy pełnometrażowy film w karierze reżyserki (Julia Ducornau) oraz aktorki pierwszoplanowej (Garance Marillier), ale panie zrobiły już razem film krótkometrażowy, nagrodzonego kilka lat temu na festiwalu w Cannes „Juniora”, który zaowocował ofertą pracy od Canal Plus i realizacją telewizyjnego filmu „Mange”. Dotychczasową twórczość Ducornau zdaje się nakręcać fascynacja kobiecym ciałem, przechodzeniem przez bohaterki metamorfoz i wiążącymi się z tym problemami. „Junior” opowiadał o nastoletniej chłopczycy, która odkrywa w sobie dziewczęcość, „Mange” natomiast dotyczyło problemu bulimii. Metamorfoza, zarówno cielesna, jak i psychiczna, jest również ważnym elementem „Mięsa”.

Główna bohaterka, Justine, od dziecka wychowywana przez rodziców na wegetariankę, rozpoczyna naukę w szkole weterynaryjnej. Jest to istotne miejsce w historii rodziny, bo na uczelni poznali się przed laty jej rodzice, a obecnie w szkole uczy się również jej starsza siostra, Alexia (Ella Rumpf). Justine już pierwszej nocy odkrywa, że pierwsze tygodnie w nowym miejscu nie będą łatwe, bo starsi uczniowie wkładają dużo czasu i energii w „kocenie” nowych roczników. Podczas inicjacyjnego tygodnia Justine zostaje zmuszona do spożycia surowej króliczej nerki, co okazuje się wywołać w niej nie tylko odruchy wymiotne, ale również rozbudzić głód surowego mięsa. Szybko się okazuje, że wyroby garmażeryjne nie wystarczą, bo dziewczyna pożąda innego rodzaju mięsa…

Zmienia się nie tylko dieta, ale też sama Justine, odkrywająca w sobie skrywane pokłady zwierzęcości i seksualnych żądz. Metamorfozę sugeruję najpierw dosłowne zrzucenie skóry, następnie zmiana stylu ubierania, a w końcu inicjacja seksualna, której daleko do delikatnego dziewiczego seksu przy świecach. Justine pieprzy się tak, jak patrzy na surowe mięso ociekające krwią - ostro, drapieżnie, na granicy obłędu, a w zasadzie to pozostawia ją daleko w tyle. Garance Marillier jest doskonała, równie przekonująca w roli bystrej kujonki, próbującej się zbytnio nie wyróżniać, co pobudzonej istoty, którą kieruje przede wszystkim pierwotny instynkt. Co interesujące, zwierzęce zachowania prowokowane są najpierw przez szkolne reguły, przyzwalające na odczłowieczające traktowanie przez starszych roczników nowych uczniów, czego efektem jest rozbudzenie drapieżnego instynktu w dziewczynie.


Niemniej utalentowana jest młoda reżyserka, sprawnie operująca klimatem, zgrabnie żonglująca różnymi gatunkami filmowymi, mieszająca ze sobą zaangażowane kino obyczajowe, z opowieścią grozy, całość doprawiając humorem i hipnotyzującymi scenami studenckich imprez rodem z filmów Nicolasa Refna. Strona wizualna jest bardzo ważna w „Mięsie” i starannie przygotowana. Wysmakowane kadry śledzą bohaterki (bo jest przecież jeszcze siostra, świetnie zagrana przez Rumpf), przyglądając się ich mimice, mowie ciała, ale też oczom zdradzającym drapieżną naturę. Wspomniałem o skojarzeniach z twórczością Refna, ale równie istotne jest to, czym niewątpliwie inspirował się duński reżyser, czyli włoskim giallo. Ducornau wspomina, że w dzieciństwie połykała horrory hurtowo, i to widać, ale też słychać. Kompozycje Jima Williamsa mają barokowy sznyt (ten niesamowity klawesyn!), ale często kojarzą się z tym, co Goblini tworzyli na potrzeby filmów Dario Argento. Williams operuje różnymi nastrojami, bywa delikatny i zmysłowy, ale również pompatyczny, pobudzający i wzbudzający niepokój. Eklektyzm muzyczny dopełniają jeszcze świetnie dobrane piosenki, zróżnicowane gatunkowo, pomysłowo wykorzystane i wpadające w ucho.

Zasiadając do „Mięsa” byłem zaintrygowany, wyszedłem z kina podekscytowany, rozbawiony i zachwycony. Film pomysłowy, złożony, niegłupi, przemyślany, piękny wizualnie, oprawiony ładną muzyką i doprawiony dobrze dobranymi piosenkami, a do tego świetnie obsadzony. Widziałem go już dwa razy, zobaczę jeszcze wiele kolejnych razy.

piątek, 22 września 2017

mother! - recenzja


Jennifer Lawrence z całą pewnością nie należy do osób powściągliwych, które nadmiernie ważą słowa. Nie było więc specjalnym zaskoczeniem, gdy po przeczytaniu scenariuszu filmu „mother!” rzuciła nim nerwowo przez cały pokój, a następnie wysłała wiadomość do jego autora: „co z tobą jest nie tak?”. Darren Aronofsky zapewne nie był nadmiernie zaskoczony reakcją aktorki, bo kilkugodzinny lot do niej, w celu zaprezentowania projektu (do czego zresztą namówił go producent), uważał za stratę czasu. Reżyser był przekonany, że młoda aktorka nie będzie zainteresowana występem w jego ekstrawaganckim filmie. Następnego dnia Jennifer napisała do niego kolejną wiadomość: „a tak na marginesie, napisałeś arcydzieło”. I tym samym Darren zyskał nie tylko aktorkę do filmu, ale też partnerkę w życiu. Z naszej perspektywy szczególnie istotny był ten pierwszy punkt, bo w momencie, gdy gwiazda pokroju Lawrence zdecydowała się wystąpić w filmie, przed Aronofskym otworzyło się wiele drzwi w Hollywood. Nie było to wcześniej oczywiste, bo jest to film, który przy pierwszym kontakcie wielu widzów odbierze podobnie do JLaw, niewielu już jednak podpisze się pod jej kolejną reakcją…

Seans „mother!” jest niewątpliwie pamiętnym kinowym doświadczeniem, i to niekoniecznie przyjemnym, o czym świadczą reakcje widowni. Film Aronosky’ego jest zagadkowy, surrealistyczny, a chwilami wręcz szokujący, szczególnie jeżeli odbiorca należy do osób nadwrażliwych. Pierwsza godzina filmu usypia nieco czujność, historia i zachowania postaci szybko robią się dziwaczne, ale na tamtym etapie oglądania tli się jeszcze w odbiorcy nadzieja, że istnieje racjonalne wytłumaczenie i całość zostanie spięta w sensowny sposób. I rzeczywiście, jest klamra spinająca, ale osoby twardo stąpające po ziemi raczej nie będą z niej zachwyceni. W drugiej połowie filmu, a zwłaszcza w ostatnich 30 minutach, Aronofsky rozpętuje ekstrawagancką orgię surrealistycznych obrazów i iście apokaliptycznych wydarzeń, które nabierają coraz większej masy absurdu z każdą kolejną minutą filmu. I wtedy staje się jasne, że nie mamy do czynienia z historią o ludziach, ale metaforą, albo raczej – METAFORĄ! I ciężko się dziwić, że film zbiera baty, bo jeżeli widzowie przychodzą do kina na horror, a zostają spałowani brutalna serią alegorycznych artystycznych majaków reżysera, to później lecą z ognistymi zażaleniami do internetu. Jest to sytuacja nieco podobna do „To przychodzi po zmroku”, którego kampania reklamowa również była skierowana do niewłaściwych odbiorców, ale w tym przypadku jest gorzej, bo jeżeli nie załapie się, o co twórcy chodziło, zaliczy się dwugodzinną fantazmatyczną jazdę bez trzymanki, która nie będzie trzymała się kupy.

Bardzo łatwo jest nie załapać, o co tak w zasadzie chodziło Aronofsky’emu, bo znając klucz interpretacyjny, robi się przeciągłe: „aaaaaaha, no tak” i wszystko zaczyna układać się w spójną całość, ale jest to zarazem na tyle abstrakcyjne, że nie znając podpowiedzi, nasze skojarzenia mogą podążyć w kilku innych kierunkach, co wpłynie znacząco na odbiór filmu. Reżyser najwyraźniej zrozumiał, że poniósł porażkę w tej materii, bo zanim film zdążył zagrzać sobie miejsce w kinach, jego twórca, a także aktorzy i członkowie ekipy, zabrali się za jego wyjaśnianie i podpowiadanie widowni tego, jak należy go rozumieć. Sytuacja nieco kuriozalna, ale zarazem należy dodać, że wiedząc w jakim kierunku należy spoglądać, zaczyna się doceniać pomysłowość i odwagę Aronofsky’ego, a także studia filmowego, które zdecydowało się wyłożyć na to pieniądze. „mother!” to dzieło ambitne, oryginalne, intrygujące, pięknie zrealizowane, ale zarazem przeszarżowane, nieprzemyślane, bo nie oferujące widzowi czytelnego drogowskazu, wymagające przewodnika, który poratuje zagubionych biedaków. Jeżeli ktoś wykaże się wystarczającą dawką dobrej woli i samozaparcia, żeby podjąć próbę zrozumienia wizji reżysera, albo wyszukać sobie klucz interpretacyjny, ten doceni „mother!”, bo to kino niewątpliwie autorskie i pobudzające na wielu poziomach, ale niestety wymagające odrobienia zadania domowego albo talentu do nieco abstrakcyjnej analizy fabuły.