niedziela, 21 stycznia 2018

Super Dark Times - recenzja


Jeżeli szukacie dobrego filmu na wieczór, posiadacie dostęp do Netflixa i lubicie serial „Stranger Things” to jest tytuł dla Was. Jeżeli przyciągnąłem uwagę to muszę szybko jeszcze doprecyzować, że serial braci Duffer tak naprawdę niewiele ma wspólnego z debiutanckim filmem Kevina Phillipsa. Współdzielą raczej źródło inspiracji, czyli książki Stephena Kinga o grupach młodych chłopców przeżywających jakieś mroczne historie.

I w zasadzie tutaj podobieństwa się kończą, bo bohaterowie „Super Dark Times” wprawdzie również przemieszczają się po ulicach amerykańskiego przedmieścia przy pomocy rowerów i oddychają popkulturą (lat 90.), ale są starsi o te kilka lat i po głowie krążą im już kosmate myśli, którymi zresztą chętnie dzielą się ze sobą. Gdy ich młodsi koledzy z ekipy Mike’a Wheelera przeżywają w dyskusjach ostatnią weekendową sesję w D&D i wizytę w salonie gier, oni już rozmawiają o masturbacji, komentują w dosadny sposób koleżanki ze szkoły i rozglądają się za ziołem. Wypada to wszystko w bardzo naturalny sposób, bo zagrane i rozpisane jest zgrabnie, a Phillips potrafi opowiadać obrazem oraz budować atmosferę. Nad bohaterami cały czas wisi jakieś mroczne widmo, już otwierająca film scena zwiastuje, że coś tutaj może pieprznąć i to głośno, ale gdy strzelba Czechowa w końcu wypala, konsekwencje tego są dość niespodziewane i ciekawe, bo historia skręca w interesującym kierunku.

„Super Dark Times” to bardzo udany debiut, z polotem opowiadający o wchodzeniu w dorosłość, o uciążliwych wyrzutach sumieniach i odpowiedzialności za swoje czyny, a także ludzkiej psychice oraz różnych reakcjach młodych chłopców na traumatyczne doświadczenie. Phillips to gość, którego dalszej karierze warto się będzie dalej przyglądać, bo „czuje” kino, elegancko buduje atmosferę, a nawet myli nieco tropy przy tej okazji, celowo nie oferując odbiorcy jasnego przekazu, czy ogląda jedynie thriller psychologiczny, czy może jednak już kino grozy. Rozczarowujący jest niestety ostatni akt, zbyt dosłowny, banalny i jakby z innej bajki, ale to i tak kawał solidnego kina, które warto zobaczyć.

sobota, 20 stycznia 2018

Call Me by Your Name (Tamte dni, tamte noce) - recenzja


Film niczym pierwsza letnia miłość, delikatny, niepozorny, nieco leniwy, pozornie błahy, ale wchodzący pod skórę i niedający o sobie zapomnieć. Luca Guadagnino niejako kontynuuje to, co rozpoczął w „Nienasyconych”, czyli filmową pocztówkę z wakacji w słonecznych Włoszech. Oba filmy oczarowują klimatem, pięknymi zdjęciami i krajobrazami, relacjami pomiędzy bohaterami, no i oczywiście aktorstwem. Dużo w nich nagości i seksu, bo leniwy wakacyjny klimat skąpanych w słońcu Włoszech sprzyja większej rozwiązłości i uleganiu pokusom. Różni się jednak sposób portretowania tychże. Pożądanie seksualne w „Nienasyconych” jest wykorzystywane do testowania granic bohaterów, ich wierności, miłości, stanowi możliwość rozpoczęcia nowej relacji, odnowienia starej albo jej definitywnego zakończenia. „Tamte dni, tamte noce” są pod tym względem bardziej niewinne, mniej cyniczne, a do tego skąpane w nostalgii do czasów, gdy łatwiej było odciąć się od świata, zaszyć na jakimś bezludziu i spędzić godziny przy książce albo w księżycowym blasku.

„Tamte dni, tamte noce” portretują rodzące się gejowskie uczucie, ale unikają typowych dramatów i sensacyjnej otoczki często występującej w filmach o takiej tematyce, skupiając się za to na zniuansowanej relacji pomiędzy dwójką bohaterów, ale też poświęcając wystarczająco dużo uwagi postaciom pobocznym, żeby tchnąć życie w otaczający ich świat i nadać mu kolorytu. Rewelacją filmu jest Timothée Chalamet, operujący subtelnymi środkami gry aktorskiej, równie przekonujący jako młody bystrzacha, co wrażliwy młody człowiek, przeżywający pierwsze poważne emocje w życiu. Ostatnia scena z jego udziałem pozostaje z widzem długo po seansie. Armie Hammer jest dla niego idealnym dopełnieniem, zgrabnie pogrywając butą i pewnością siebie Amerykanina przekonanego o tym, że cały świat należy do niego. Hammer dobrze się odnajduje w takim melancholijnym kinie i powinien częściej robić sobie urlop od rozbuchanych hollywoodzkich blockbusterów. Ich kreacje i chemia pomiędzy nimi oparta jest na często niewypowiadanych uczuciach, mowie ciała, mimice, znaczących spojrzeniach i gestach, więc niejakim kontrastem dla nich jest Michael Stuhlbarg, jak zwykle stoicko spokojny, ale obdarowany najlepszymi dialogami w filmie. Jego końcowy monolog to ten moment, gdy wybijamy się z letniego oszołomienia i dociera do nas powaga oraz znaczenie całego doświadczenia, jakiego byliśmy świadkiem.

Luca Guadagnino zaczyna powoli wyrastać na jednego z najciekawszych europejskich twórców, których filmy warto oglądać. W tym roku zobaczymy jego kolejny film, w którym zmierzył się z klasykiem, „Odgłosami” Dario Argento. Mam nadzieję, że jego „Suspiria” nie okaże się potknięciem w obiecująco rozwijającej się karierze filmowej, a zamiast tego stanie się kolejnym świadectwem jego niewątpliwego talentu do budowania klimatu na ekranie.

sobota, 13 stycznia 2018

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri - uzupełnienie


Jeszcze muszę wrócić do filmu „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”, a przede wszystkim do trzech ról, o których świadomie nie napisałem we wczorajszej recenzji, bo rozwaliłoby mi to strukturę całego tekstu i rozwodniło go. Nie przestaję jednak myśleć o filmie, więc niech to będzie małe uzupełnienie w formie luźnych przemyśleń.

John Hawkes, stęskniłem się za nim trochę. Zapomniałem, że w tym występuje i podekscytowałem się lekko, gdy pojawił się na ekranie. Mała rola, ale zapadająca w pamięci, najpierw wybuchem agresji (oraz momentem, gdy na scenę wchodzi nóż), który potwierdza słowa Margaret, ale też tym, jak dalej jest poprowadzony jego wątek. Charlie to w gruncie rzeczy dupek, który nie może się powstrzymać przed złośliwymi żartami z Jamesa (Peter Dinklage) i ewidentnie ma tendencję do lania kobiet, ale jak większość postaci w tym filmie, zdradza również delikatną stronę osobowości, potrafi czasem spasować, albo połączyć się na poziomie empatycznym z byłą żoną, gdy chodzi o utratę ich dziecka.


Samara Weaving, czyli nastoletnia dziewczyna Charliego. McDonagh obdarował ją świetnymi dialogami, ale Samara perfekcyjnie złapała ich rytm oparty na pewnego rodzaju strumieniu świadomości, czy też raczej nieświadomości własnej głupoty. Penelope nie ma filtra, plecie co ślina na język przyniesie, ale to dobra dziewczyna, o ciepłym sercu, nie budząca awersji, tylko że mało rozgarnięta. Samara świetnie to ogrywa, tonacją głosu, tempem wypluwania z siebie dialogów, ale też mimiką, mową ciała i tymi hipnotyzującymi wielkimi oczami. Za każdym razem, jak otwierała buzię to już wiedziałem, że będzie beka. I była.

Željko Ivanek, kolejny gość, za którym już się trochę stęskniłem. Jeżeli szeryf jest głosem rozsądku w tym mieście, to Ivanek jest umęczonym duchem całej lokalnej policji i twarzą każdego pracownika biurowego, który widział już wszystko, słyszał już wszystko, nie ma ochoty tego widzieć i słyszeć kolejny raz, a tak w ogóle to dajcie mu spokój i pozwólcie w spokoju patrzeć ze znudzeniem w kalendarz ścienny. Uwielbiam ten moment, gdy okazuje się, że jednak nie słyszał jeszcze wszystkiego w życiu i nie może uwierzyć, że cywil wpadł na posterunek i bezczelnie zwyzywał policjanta od zjebów.


Carter Burwell i Martin McDonagh to zawsze dobre połączenie. Jeżeli wierzyć last.fm to soundtrack z „In Bruges” był najbardziej katowanym przeze mnie albumem przez ostatnie kilka lat. „Three Billboards...” niewątpliwie będzie jednym z najbardziej katowanych w tym roku. Podoba mi się, że klimatyczne jest bardzo różnorodny, ale jest w tym wszystkich kompozycjach wyczuwalny duch westernu.

Film był moim pierwszym seansem kinowym w tym roku, w tym tygodniu zobaczyłem go jeszcze raz, bo potrzebowałem tego żeby sobie poukładać w głowie różne przemyślenia przed napisaniem recenzji. Oglądało mi się go równie przyjemnie, co za pierwszym razem. Zacząłem rok od mocnego uderzenia, ciężko będzie to przebić, ale wierzę, że się uda. Do filmu wrócę jeszcze wiele razy, bo już teraz widzę, że jest w nim wiele dobra, które docenia się również przy kolejnych seansach. McDonagh ma talent do wplatania humoru w poważną historię obyczajową, a cała obsada idealnie się w to wstrzeliwuje, szczególnie Frances McDormand i Sam Rockwell, ona potrafi rozłożyć na łopatki samym spojrzeniem, on pojedynczym prychnięciem, jęknięciem i zapowietrzeniem się.

Martin, jesteś gość.

piątek, 12 stycznia 2018

Three Billboards Outside Ebbing, Missouri - recenzja


Martin McDonagh nie należy do osób przesadnie skromnych. Jak sam przyznaje, początkowo skupił się na pisaniu sztuk teatralnych, bo nie było zbyt mocnej konkurencji na tym polu i nie znał ani jednego pisarza, którego nie byłby w stanie pobić. Szybko stał się rozpoznawalnym i cenionym autorem, więc było już tylko kwestią czasu, żeby postanowił w końcu spróbować swoich sił w roli scenarzysty filmowego. Nie zamierzał jednak oddawać swoich dzieci w ręce producentów i reżyserów, którzy będą majstrować przy jego dialogach i fabule, więc przy okazji został też reżyserem. Pierwsze podejście, krótkometrażowy „Sześciostrzałowiec”, został nagrodzony Oskarem. Drugie podejście, „In Bruges” (pozwolę sobie zignorować polski tytuł), zgarnął nominację za scenariusz. Trzecie podejście, „Siedmiu psychopatów”, zostało przyjęte dość chłodno, osobiście bardzo lubię ten film, ale sam reżyser przyznaje, że za bardzo się popisywał przy pisaniu scenariusza. Czwarte podejście, „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”, to już dzieło dojrzałego twórcy, pokorniejsze, bardziej stonowane, ale bynajmniej niewykastrowane z tego, co czyniło jego dotychczasowe filmy tak ekscytującymi.

Pierwsza godzina filmu może zmylić. McDonagh powoli wprowadza nas w małomiasteczkowy klimat i niespiesznie rysuje relacje pomiędzy postaciami. Od samego początku jedno jest pewne i pozostaje niezmienne w filmowym wszechświecie – Mildred (Frances McDormand) jest siłą natury, niewzruszoną, charyzmatyczną wojowniczką, która zmiata wszystko, co stanie jej na drodze. McDormand to aktorka ekstraklasy, która nigdy nie odwala pańszczyzny i nawet z planu „Transformersów” potrafi zejść niepoturbowana (a co najwyżej zażenowana), więc gdy dostaje coś tak doskonale napisanego, jak scenariusz filmu „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”, można sobie łatwo wyobrazić efekt finalny. Jakby ktoś cierpiał na ubogą wyobraźnię to służę odpowiednim sformułowaniem – miazga. O tym, że McDonagh ma talent do pisania wpadających w ucho, efekciarskich dialogów, doprawionych humorem, błyskotliwymi puentami i soczystymi bluzgami, wiadomo od pierwszego filmu. Niewielu scenarzystów potrafi wulgaryzmami operować niczym poezją, nadając im rytmikę i odpowiednią dynamikę, ale unikając przy tym prostactwa. McDonagh opanował to do perfekcji, a McDormand rozsmakowuje się w każdym przekleństwie niczym w smakołyku, czasem pozwalając wybrzmieć pojedynczej obeldze, ale za to dobitnej, żeby w kolejnej scenie wystrzelić z siebie długą wiązankę nastawioną na oszołomienie ofiary ilością wulgaryzmów.


Mildred nie zależy na sympatii i współczuciu innych osób. To żądny krwi anioł zemsty, w którym nie pozostało już wiele ciepłych uczuć, większość z nich umarła wraz z córką, bestialsko zgwałconą i zamordowaną kilka miesięcy wcześniej. Bohaterka potrzebuje osoby, na której mogłaby skupić swoją nienawiść, lokalna policja nie zdołała tego zapewnić, więc zamiast tego dostaje się szeryfowi, a przy okazji każdemu, kto będzie miał nieszczęście nadepnąć Mildred na odcisk. Na jednym z trzech tytułowych billboardów, mających na celu zawstydzić policjantów i narobić szumu, wymienia szeryfa z nazwiska. Ten okazuje się być zżerany przez raka i gdy próbuje wykorzystać to jako kartę przetargową, dowiaduje się, że bohaterka dobrze o tym wiedziała, gdy opłacała billboard („gdybym wstrzymała się z tym do dnia, gdy już się przekręcisz, nie byłoby to już efektywne, co nie?”). Twarz Woody’ego Harrelsona przekazuje w tym momencie wszystko, bez niepotrzebnych słów, szeryf jest zraniony i rozczarowany postawą kobiety, ale zarazem rozumie jej ból, szanuje determinację i bezpardonowe podążanie w wyznaczonym sobie kierunku. On dostrzega, że dla niej liczy się już tylko jedno. Serce Mildred zostało rozerwane na strzępy i teraz jest oślepiona pragnieniem zemsty, ale też rozgoryczona nieefektywnością policji i resztą świata, która już ruszyła do przodu, zapominając o całej tragedii. To matka, która straciła dziecko i nie może nawet znaleźć ukojenia w świadomości, że sprawcy tego czynu zostali schwytani.

Szeryf to głos rozsądku społeczności mieszkającej w Ebbing. Realista, który nie wyplenił w sobie jeszcze doszczętnie optymisty i idealisty, potrafi dostrzec w innych dobro oraz wyciągnąć z nich najlepsze cechy, ale nie przeszkadza mu to w trzeźwym patrzeniu na życie. Jego przeciwieństwem jest oficer Dixon (doskonały Sam Rockwell), nieco przygłupi prowincjusz, wieczory spędzający na chlaniu w miejscowym barze, skąd wraca do domu dzielonego z bystrą, ale nieco szujowatą matką, a status policjanta wykorzystuje do uzewnętrzniania swojego rasizmu i homofobii. W świecie McDonagha nic jednak nie jest czarno-białe, chętnie wywleka przywary bohaterów, ale w zaskakująco naturalny sposób potrafi również odkrywać powoli przed widzem delikatne cechy ich osobowości, skrywane dobro i ciepło. Dixon przechodzi w tym filmie największą ewolucję, chociaż jest to paradoksalnie bardzo subtelna przemiana, która została pierwszorzędnie rozplanowana, poprowadzona i odegrana przez aktora oraz asystującego mu reżysera.


Napisałem wcześniej, że pierwsza godzina potrafi zmylić. Gdy już wydaje się, że rozpracowaliśmy klimat filmu i kierunek obrany przez scenarzystę, ten zaczyna zaskakiwać, czasem na poziomie fabuły, a czasem nagłymi zmianami dynamiki i nastroju rozmów oraz interakcji pomiędzy postaciami. Później ciężko już przewidzieć w jakim konkretnym kierunku podąży ta historia, ale chociaż wyłamuje się schematom i ucieka łatwym odpowiedziom, wszystko to wypada szczerze, naturalnie i wynika jasno z fabuły. Uwieńczeniem tego jest otwarte zakończenie, nieco melancholijne, ale też w ciekawy sposób krzyżujące ścieżki niektórych postaci. Przez cały film powracał motyw ognia, trawiącego, naznaczającego bohaterów, ich życia oraz ciała, ale też oczyszczającego, stanowiącego rodzaj przejścia do nowego życia. W finale ogień w ich sercach zaczyna dogasać, ale wciąż się tli, gotowy wybuchnąć na nowo i dokonać znaczących zniszczeń. Jeżeli czegoś jednak McDonagh nauczył odbiorcę przez te niecałe dwie godziny seansu, to przede wszystkim tego, że życie nigdy nie podąża dokładnie w takim kierunku, jaki sobie zaplanowaliśmy i przed bohaterami rozpościera się całe morze możliwości, o których jeszcze nie zdają sobie sprawy. Najważniejsze, że odnaleźli trochę spokoju w sercach, chociaż sami jeszcze o tym nie wiedzą.

środa, 10 stycznia 2018

Hostiles - recenzja


Nowy film Scotta Coopera („Crazy Heart”, „Out of the Furnace”, „Black Mass”) zaczyna się cytatem D. H. Lawrence’a. „Amerykańska dusza jest twarda, wyizolowana, stoicka i zabójcza. Jeszcze nie zmiękła.” Zanim reżyser przejdzie do wgryzania się w ten temat, uderza widza po głowie mocną sceną otwierającą. Farma pośrodku niczego, drewniane domostwo, mała zagroda z końmi, małżeństwo, dwie córki, które uczą się angielskiego pod okiem matki (Rosamund Pike), doglądającej jednocześnie noworodka. Sielanka, którą niszczy najazd Komanczów. Zanim prolog dobiegnie końca, mąż będzie leżeć ze strzałą w plecach, oskalpowany i martwy, porzucony przed wejściem do domu, który wkrótce spłonie, ciała córek będą leżeć niewiele dalej, a ich przerażona matka ukrywać się w lesie z martwym noworodkiem w rękach. Witamy na Dzikim Zachodzie.

Cooper, świadomy krzywd, jakie klasyczne westerny uczyniły rdzennym mieszkańcom Ameryki, zaraz równoważy to kolejną sceną, w której amerykańska armia znęca się nad schwytanymi czerwonoskórymi. Przygląda się temu niewzruszony kapitan Blocker (Christian Bale). Blocker to już weteran, który w życiu schwytał, ale też wyrżnął, wielu Indian. Jego przeszłość spływa krwią, ale teraz to już człowiek zmęczony wojaczką, oczekujący już spokojnej emerytury. Nienawidzi Indian, ale dali mu ku temu wiele powodów, bestialsko mordując wielu jego przyjaciół, a jego samego pozostawiając kiedyś z włóczniach wbitą w bebechy. On też nie był jednak aniołem o czym świadczy jego reputacja w wojsku. Niechętnie przyjmuje więc ostatnie zlecenie od swojego dowódcy, pułkownika Biggsa (Stephen Lang). Mówiąc ściślej, woli zostać postawiony przed sądem wojskowym, jak je wykonać. Po długiej - przekonująco rozpisanej – dyskusji, podejmuje się jednak zadania: eskorty dawnego przeciwnika, wodza Żółtego Jastrzębia (Wes Studi) oraz jego rodziny do świętych terenów, gdzie wiekowy już Indianin, zżerany przez raka, pragnie umrzeć.

Zainicjuje to podróż przez Amerykę końca dziewiętnastego wieku. Krainę zamieszkaną przez nieprzyjaznych ludzi, w której każde pojawienie się na horyzoncie grupy konnych mężczyzn (dowolnego kolory skóry) automatycznie łączy się z uczuciem zagrożenia i niepewności. Jest to świat, w którym przypadkowo spotkane, bezbronne kobiety, porywa się bez chwili wahania, żeby zgwałcić przed położeniem się spać. Rzeczywistość, w której chwila nieuwagi, okazana słabość, dobroć i życzliwość może kosztować życie. Amerykańska dusza jeszcze wtedy nie zmiękła, była twarda, wyizolowana, stoicka i zabójcza.

„Hostiles” to jednak również film o nadziei, o próbie zrozumienia przeciwnika, przyznaniu się do poczynionych krzywd, chęci odkupienia ich, a także o życzliwych odruchach, okazaniu pomocy i taktownym usunięciu się w cień (pozostając jednak w pobliżu, tak na wszelki wypadek), gdy osobistą tragedię przeżywa ktoś obok. Jest to kino powolne, zabierające widza w podróż po amerykańskich bezdrożach, ponurych lasach, jeszcze świeżych koszarach, obskurnych norach i pięknie sfotografowanych bezkresach. Historia o traumie, kruszejącej nienawiści, rozpaczy, dumie, wstydzie, żądzy krwi, ale też potrzebie zmiany. Wyciszone kino, czemu sekundują ponure spokojne kompozycje Maxa Richtera oraz niespieszny montaż. Rarytas dla fanów westernów, zacnie obsadzony, dobrze odegrany i zrealizowany, doprawiony wieloma mocnymi scenami. Cooper nie stroni od przemocy, ale też potrafi poruszyć odbiorcę czymś szczerym, jakąś ludzką emocją, i to niekoniecznie zawsze pozytywną, ale za to prawdziwą i skłaniającą do refleksji.

niedziela, 7 stycznia 2018

Jim & Andy: The Great Beyond - recenzja


Jeżeli jesteście zafascynowani opowieściami o aktorach odstawiającymi cyrk na planach filmowych, bo weszli zbyt głęboko w rolę – to jest dokument dla Was. No wiecie, o wyznawcach metody Stanisławskiego, którzy nie wcielają się w graną postać, oni STAJĄ się postacią. W niektórych przypadkach ma to sens (Daniel Day-Lewis), w niektórych ociera się o pocieszną głupotę (Jared Leto), a gdzieś pośrodku jest Jim Carrey i jego występ w „Człowieku z księżyca”. O tym, co aktor wyczyniał na planie filmu od lat krążyły plotki i legendy, teraz mamy okazję przekonać się o tym na własne oczy, bo wszystko było rejestrowane na kamerze przez byłą dziewczynę Kaufmana. Studio kategorycznie zabroniło wtedy pokazywania publicznie tego materiału z obawy, że Carrey zostanie odebrany jako dupek i straci sympatię widowni. Nagrania leżały więc sobie w jego sejfie przez te wszystkie lata i dopiero teraz dogadał się z ludźmi z Netfliksa, gdzie zdecydował się pokazać dokument Chrisa Smitha, który uporządkował zebrany materiał. Sympatii widowni raczej nie straci, ale po zobaczeniu tego dokumentu rzeczywiście wychodzi trochę na dupka i to egocentrycznego.


„Jim & Andy: The Great Beyond” to fascynująca opowieść o zatraceniu się w roli, ale też o tym, jak dokonuje się tego kosztem innych, korzystając przy tym z własnego statusu gwiazdy. Interesujące było obserwowanie kolejnych odlotów Carreya, który pozostawał przez cały czas realizacji filmu w roli Kaufmana albo przeskakiwał na tryb Kaufmana wcielającego się w Tony’ego Cliftona. To pierwsze było nieco mniej uciążliwe dla postronnych, bo zwracając się do niego musieli po prostu korzystać z imienia głównego bohatera i ignorować różne dziwaczne zachowania, ale to drugie wykańczało psychicznie wszystkich na planie, bo Clifton to była wredna, hałaśliwa szuja, za którą zawsze podążał chaos. Najciekawsze w tym wszystkim było obserwowanie reakcji otoczenia na wyczyny Carreya. Ludzie z ekipy technicznej schodzili mu z drogi, albo wpadali w popłoch, jak „przełączał” się na Cliftona. Danny DeVito patrzył na to z lekkim niedowierzaniem, ewidentnie gryząc się w język, żeby nie skomentować tego w odpowiedni sposób. Paul Giamatti próbował zachowywać się jak profesjonalista, który ignoruje cały rozpierdziel jaki ma miejsce wokół niego (ewidentnie omijał go też sam Carrey, możliwe więc, że stało za tym coś więcej, czego nie uchwycono na kamerze). Biednego Milosa Formana było mi natomiast chwilami żal, bo to chyba wtedy mógł pierwszy raz pomyśleć, że nie ma już w sobie mocy na robienie filmów i obcowanie z takimi wariatami. Jedną z rzeczy, które szczególnie zapadły mi w pamięci, był moment, gdy z lekkim zagubieniem w oczach próbował komunikować się z hollywoodzkim gwiazdorem („Tony, czy możesz przekazać Jimowi, żeby do mnie zadzwonił w weekend?”). Z drugiej strony, gdy aktor sprawdza go w pewnym momencie i podpytuje ostrożnie, czy chciałby żeby zmienił swoje podejście do roli i częściej pozostawał sobą, zostaje zapewniony, że ma pełne poparcie z jego strony. Widocznie Czech doszedł do wniosku, że jakkolwiek zachowanie komika było męczące i często irytujące to jednak końcowy efekt na ekranie powinien to wynagrodzić.

Nie zgodziłby się z tym zapewne Jerry Lawler. Lawler jest zapaśnikiem, który w latach 80. współpracował z Kaufmanem, kilkukrotnie aranżując publicznie starcia z Andym (na ringu i w programie Davida Lettermana). Jerry zagrał w filmie samego siebie i stał się tym samym ofiarą Carreya, który jako Kaufman uważał, że musi go stale obrażać, znieważać jego rodzinę i rzucać w niego przedmiotami. Zdezorientowany Lawler mówi w pewnym momencie, że to nie ma najmniejszego sensu, przecież prawdziwy Kaufman był jego dobrym przyjacielem, nigdy nie byli dla siebie podli poza ringiem, a wszystkie ich sprzeczki były starannie zaaranżowane. I chyba w tym tkwi cały problem z metodą obrana przez aktora. Wprawdzie efekciarska i wymagająca dużego zaangażowania to jednak oparta na tym, co aktor sam sobie wymyślił na pewnym etapie, że będzie stanowiło o esencji granej przez niego postaci, a niekoniecznie oferowało to jakąś prawdę o nim. Z jednej strony podziwiam takie wczucie się w rolę i niejako zepchnięcie na dalszy plan własnej osobowości, a z drugiej strony mam często wrażenie, że jest to zwykłe popisywanie się i to nierzadko kosztem innych osób. Co ciekawe, najczęściej słyszy się jedynie o męskich aktorach „poświęcających” się w taki sposób dla roli, kobiety jakoś nie potrzebują przez cały okres zdjęciowy jeździć na wózkach inwalidzkich, korzystać z zaślepiających soczewek i nocować miesiącami w buszu żeby wcielać się w swoje bohaterki. Fenomen dotyczący jedynie mężczyzn, czy raczej bzdurna fanaberia i aktorski odpowiednik prężenia muskułów oraz porównywania z kolegami swoich osiągnięć?


Dokument ledwie się prześlizguje po tej kwestii, i to niejako przypadkiem, bo pytania rodzą pewne zachowania oraz kwestie rzucane przez kolegów i koleżanki z planu, a nie przez samego Carreya, który materiał sprzed lat traktuje jako punkt wyjściowy do snucia filozoficznych pytań na temat ludzkiej natury, osobowości i artyzmu. Chris Smith obudowuje to wszystko laurką dla aktora, opowiadając o jego sukcesach i drodze na szczyt, przemilczając przy tym jego niepowodzenia oraz dość chłodne przyjęcie samego „Człowieka z księżyca”. Zapewne nie pasowałoby to do natchnionego tonu w jaki wpada chwilami aktor (oczywiście z brodą, bo jak bawić się w snucie górnolotnych przemyśleń to tylko w stylówie mistrza Jedi) przed kamerą.

„Jim & Andy: The Great Beyond” jest dokumentem, który warto zobaczyć, nawet nie znając „Człowieka z księżyca”, bo uchwycono w nim wiele ciekawych rzeczy. Przede wszystkim sam proces realizacji filmu, a także to, co się działo wokół niego, a co często było bardziej interesujące od samego „Człowieka z księżyca”. Jest to świadectwo talentu Carreya, ale również materiał do zastanowienia się, czy został on dobrze ukierunkowany. To także kolekcja kapitalnych anegdotycznych scenek, które wydarzyły się przy okazji (moim faworytem jest wizyta Cliftona na imprezie w domu Hugh Hefnera) i wgląd w codzienne życie na planie filmowym. Interesujący materiał dla każdego zainteresowanego procesem powstawania filmów.

sobota, 6 stycznia 2018

18+2 - najlepsze filmy 2017


Powtarzam to w zasadzie co roku, ale zawsze jest to prawdą – nie słuchajcie malkontentów, ubiegłe dwanaście miesięcy obfitowało w dobre filmy. Jak patrzę na poniższą listę to widzę kolekcję bardzo dobrych produkcji, wartościowych tytułów z „wyższej półki”, ale też pomysłowych filmów rozrywkowych do których z przyjemnością będzie się wracać w przyszłości. Do niektórych zresztą już wróciłem, a w niektórych przypadkach to nawet ponownie w kinie.

Najbardziej mnie cieszy, że widzę tam filmy, które rodzą momentalną emocjonalną reakcję, gdy tylko trafiam na jakiś kadr z nich. Pod tym względem tegorocznym królem był Casey Affleck. Najpierw zdruzgotał występem w cholernie ponurym „Manchester by the sea”, a następnie poprawił to poruszającym „A Ghost Story”. W tym drugim nie zobaczymy na ekranie zbyt dużo ujęć jego twarzy, ale duchem (ekhm) i ciałem był w niemal każdej scenie filmu. W tym roku znajdziecie aż 20 filmów. Zasady były te same co w ubiegłych latach, film musiał dostać ode mnie co najmniej 8/10 i być dystrybuowany w polskich kinach. Niektóre filmy miałem okazję oglądać już półtora roku temu, niektóre w Cannes, albo kilka miesięcy później na festiwalu Nowe Horyzonty, a resztę w brytyjskich kinach. W ubiegłym roku byłem w kinie 106 razy, do tego zobaczyłem jeszcze 48 filmów w Cannes oraz 46 na wrocławskim festiwalu. Dało to okrągłą liczbę 200 seansów kinowych. Poniżej osiemnaście najlepszych ubiegłorocznych filmów jakie miałem okazję zobaczyć na dużym ekranie. Zdecydowałem się jeszcze dodatkowo wyróżnić jedną produkcję Netflixa oraz jeden film, który oceniłem na 7/10.

Gdybym miał łatwy dostęp do wszystkich polskich premier kinowych (mieszkam w Anglii) to myślę, że załapałaby się jeszcze „Cicha noc” i „Najlepszy”, ale mogę jedynie zgadywać. No i jest jeszcze „Coco”, którego niestety zobaczę dopiero w przyszłym roku.



LA LA LAND

Jeżeli ktoś śledzi tego bloga od przynajmniej roku to raczej nie będzie zaskoczony, że to właśnie „La La Land” trafiło na szczyt listy, bo nawet jeżeli kolejność większości filmów jest tutaj dość luźna to jednak pierwsze kilka tytułów zostało dobrane nieprzypadkowo. Na punkcie „La La Land” miałem totalnego pierdolca. Jeszcze na żadnym filmie nie byłem w kinie tyle razy. Pokochałem go, bo dawno już żaden tytuł nie sprawił, że poczułem tak mocną „magię kina”. Poczułem się zachwycony, a zarazem wzruszony obejrzanym filmem, wspominałem go kładąc się spać i myślałem o nim następnego dnia po przebudzeniu. Nawet po tygodniu, dwóch, a wręcz miesiącu, czułem słodko-gorzkie uczucie, gdy trafiałem na jakąś piosenkę, albo fragment ulubionej sceny, i chciałem pognać od razu do kina na kolejny seans. Obserwowałem reakcje innych widzów i wiem, że wiele osób podzielało moją obsesję, byliśmy uzależnieni od „La La Land”, chcieliśmy go doświadczać na dużym ekranie jak największą ilość razy dopóki było to możliwe. Magia kina w czystej postaci, możecie tego nie podzielać i nie rozumieć, a ja mogę jedynie wzruszyć ramionami i współczuć, bo jest to jedno z piękniejszych doświadczeń kinowych ostatnich lat. Coś, czego poszukuję każdego roku, a dostaję w pełnej dawce niezwykle rzadko. Ostatnim takim filmem był „Mad Max: Na drodze gniewu”, który oczywiście poruszał zupełnie inne struny w sercu, ale również stanowił przykład na to, że gdy się w projekt włoży odpowiednio dużo pasji i zaprawi to nienaganną stroną techniczną to efekt może być tylko jeden – kino totalne, pobudzające nasze zmysły, ale jeszcze mocniej emocje.

Recenzja: KLIK
Artykuł: KLIK


A GHOST STORY

Jeżeli pierwsze półrocze należało w moim sercu do „La La Land” to druga połowa roku została podbita przez nowy film Davida Lowery’ego. Wspomnianym musicalem nasyciłem się jednak kolejnymi seansami kinowymi oraz późniejszym domowym, gorące emocje z pierwszych miesięcy po premierze zdążyły już więc ostygnąć do tej pory. Nie zebrałem się natomiast jeszcze za drugi seans „A Ghost Story” i to chyba dlatego wzbudza on we mnie największe emocje w tej chwili. Za każdym razem, gdy widzę gdzieś kadr z tym gościem (Casey Affleck) w prześcieradle, ogarnia mnie radość, że miałem okazję ten film zobaczyć i doświadczyć go na sali kinowej. Mam ochotę wszystkich namawiać do seansu, ale zarazem wiem, że nie jest to kino, które można polecić każdemu. Jest to film wymagający od widza uwagi i skupienia, ale za to szczodrze wynagradzający ten wysiłek. „A Ghost Story” to film oparty na długich ujęciach, często pozbawionych dialogów, a do tego zamknięty w format 4:3 z zaokrąglonymi rogami kadru. Kino artystyczne pełną piersią. Jest to opowieść o zagubionych duszach, które z jakiegoś powodu postanowiły pozostać na Ziemi, przywiązując się na stałe do wybranego miejsca, które kojarzyło się z czymś szczęśliwym, z konkretnym momentem w życiu albo osobą, której nie zdążyły czegoś powiedzieć, pożegnać się, przytulić. Czas jednak ma własne plany. I nie ma litości. Piękne, mądre, poruszające, kino kontemplacyjne.

Recenzja: KLIK


MANCHESTER BY THE SEA

Mały wielki film. Przeglądając opinie o tym filmie, bardzo często trafiałem na ten zwrot. I chyba rzeczywiście, najlepiej podsumowuje on ten niesamowicie intymny, spokojny, emocjonalnie dojrzały dramat Kennetha Lonergana. Scenariusz „Manchester by the Sea” to mała perełka. Historia prowadzona jest dwutorowo, wydarzenia współczesne pobudzają w pamięci bohatera (znowu Casey Affleck) czasy przeszłe. Lonergan umiejętnie odsłania kolejne elementy układanki, idealnie kontrastując ponury klimat filmu z humorystycznymi zdarzeniami, dialogami i zachowaniami postaci. Czasem to ciepłe w wymowie wspomnienia z przeszłości stanowią kontrapunkt dla ponurej teraźniejszości, a czasem na odwrót, a bywa, że po prostu jest źle i już, trzeba jakoś przeżyć kolejny dzień w nadziei, że przyjdą jeszcze jakieś lepsze. „Manchester by the Sea” to film powolny, kino nastroju złożone ze skrawków codziennego życia, szczerze opowiedzianych i bez przesadnego dramatyzowania wydarzeń. Historia przypominająca, że ludzie to skomplikowane istoty, które skrywają w sobie wiele niezaleczonych ran, a na zachowanie każdego dorosłego człowieka składa się całe życie doświadczeń, tych bolesnych, ale i tych radosnych. U niektórych osób te pierwsze okazują się być jednak zbyt dotkliwe, żeby się z nich w końcu otrząsnąć i zacząć czerpać z tych drugich.

Recenzja: KLIK


BLADE RUNNER 2049

Poszedłem do kina, rozsiadłem w fotelu i rozpłynąłem się. Zahipnotyzował i wciągnął mnie bez reszty świat stworzony przez Villeneuve. Ze swoistego transu zdołałem wyjść po jakichś czterdziestu minutach, wcześniej nie myślałem o zegarku, rzeczywistości, otoczeniu, byłem tylko ja i Los Angeles Anno Domini 2049. Uwielbiam, gdy twórcy filmów science-fiction przykładają uwagę do detali, starannie budując świat przyszłości i oszałamiając nie tyle pustymi komputerowymi wodotryskami, co pomysłową implementacją zaawansowanej technologii w życie bohaterów. „Blade Runner 2049” jest wypełniony kapitalnymi konceptami wizualnymi, ale zarazem wierny swemu poprzednikowi. Wygląda do tego oszałamiająco przepięknie w praktycznie każdej możliwej scenie. I nie jest to tylko powielanie neonowej estetyki z pierwszego filmu. W filmowej rzeczywistości minęło od tamtej pory 30 lat, co ma swoje przełożenie na stronę wizualną, której bliżej teraz świetlistym scenografiom z filmu „Tron: Dziedzictwo” oraz jednolitym kolorystycznie realiom postapokaliptycznego pozamiejskiego krajobrazu z filmów Richarda Stanleya („Hardware”). Film ten wzbudził sporo niepokoju, gdy przed laty ogłoszono prace nad nim. Jak widać, jeżeli tylko projekt wyląduje w odpowiednich rękach, nie ma takiej legendy, której nie można by udanie zreanimować i dopowiedzieć nowy wartościowy rozdział. Liczy się pomysł, talent i spójna wizja.

Recenzja: KLIK


THE SQUARE

„The Square” w trakcie seansu kojarzyło mi się nieco z „Wielkim pięknem” Sorrentino. Östlund wprawdzie prezentuje odmienny styl poezji obrazu i opowiadania nim, ale ich filmy wiele łączy. Włoch z umiłowaniem pławi się w kolejnych pięknych scenach, wdzięcząc się przy tym do widza. Szwed natomiast jest bardziej zdyscyplinowany, mniej skory do wizualnego onanizmu, ale równie mocno dba o estetykę obrazu, świadomie rozstawiając bohaterów w filmowej przestrzeni, starannie komponując kadry i scenografię. Oba filmy opowiadają o współczesnych środowiskach artystycznych z dużych europejskich miast poprzez zabawne (nierzadko absurdalne) epizodyczne scenki. Szwed mnoży kolejne niewymuszenie zabawne momenty, zgrabnie wyławiając życiowe absurdy, czyniąc z nich źródło dla gagu, ale też pożywkę dla mózgu, skłaniając widza do różnych refleksji, zachęcając do przystanięcia na moment i zastanowienia się nad jakimś spostrzeżeniem z filmu. Nigdy jednak nie podchodzi do tego ze śmiertelną powagą i nie pozwala sobie na zbyt mentorski ton. Są w tym filmie sceny prawdziwe magnetyzujące, gdy czas się zatrzymuje, świat przestaje istnieć, a widz zostaje przykuty do ekranu, z fascynacją obserwując wydarzenia i zastanawiając się w jakim kierunku to dalej podąży.

Recenzja: KLIK


MIĘSO

Zauważyłem, że dużo osób obawia się tego filmu. Powstał już mit, że jest to kino szokujące, testujące wytrzymałość żołądka i pozostawiające odbiorcę z traumą psychiczną. Jest to przekaz przesadzony, nieprawdziwy i krzywdzący dla tego bardzo dobrego filmu. Oczywiście jest to kwestia osobistej wrażliwości, rzeczywiście jest kilka scen, które mogą zszokować osoby nadwrażliwe, omdlewające na widok krwi, ale nie ma tutaj niczego nastawionego na tani efekt. Widz, który bez żadnego problemu przyjmuje na klatę przemoc z filmów Tarantino, Rodrigueza i Scorsese, nie mrugnie tutaj nawet okiem, bo „Mięso” nie ma niczego wspólnego z patologiami spod znaku „torture porn”, a ilość elementów gore jest znikoma w porównaniu do niektórych filmów wyżej wymienionych twórców. W „Mięsie” szokujące jest oczywiście przełamywanie tabu i sympatyzowanie z bohaterką uskuteczniającą kanibalizm, ale sam temat potraktowany jest z wyczuciem, nie epatuje się tutaj krwawymi obrazami. Młoda reżyserka sprawnie operuje klimatem, zgrabnie żongluje różnymi gatunkami filmowymi, miesza ze sobą zaangażowane kino obyczajowe, z opowieścią grozy, całość doprawiając humorem i hipnotyzującymi scenami studenckich imprez rodem z filmów Nicolasa Refna.

Recenzja: KLIK


DUNKIERKA

Film o militarnej porażce, którą przekuto w cholernie wciągający, emocjonujący, trzymający na krawędzi fotela, horror wojenny, w którym zamiast poczwary, bohaterów prześladuje… no w zasadzie to uciekający czas. Upływający czas stale depcze bohaterom po piętach i podkreśla to muzyka Hansa Zimmera. Nerwowa, rwana, głośna, często wybijająca się na pierwszy plan, a nierzadko dosłownie imitująca tykanie zegara. Przeciwieństwem tego są dialogi, oszczędne, nieczęste, bohaterowie przez długie minuty nie wypowiadają niczego, krążąc po plaży i kręcąc się przy okrętach wojennych, desperacko poszukując sposobu na ucieczkę z Dunkierki. Jest w tym coś z nastroju kina niezależnego, festiwalowego, ale zrobionego za grube pieniądze i nieskazitelnego od strony technicznej. „Dunkierka” imponuje jakością wykonania, przepięknymi zdjęciami, dźwiękiem, montażem, brakiem efektów komputerowych i świadomością tego, ile ciężkiej pracy musiano włożyć w to, żeby to wszystko wyglądało tak fenomenalnie. Pod pewnymi względami przypomina ostatniego „Mad Maxa”, bo fabuła jest prosta jak drut, ale w prostocie tkwi właśnie jej siła, na skupieniu całej uwagi na realizacji emocjonującego widowiska, rzucającego odbiorcę w sam środek akcji, nie rozpraszającego jego uwagi emocjonalnymi rozterkami bohaterów i budowaniem jakiejś skomplikowanej historii. Widowisko kinowe, które można określić mianem pustego, ale można też pozwolić ponieść się czystym emocjom i z rozdziawioną buzią śledzić wydarzenia.

Recenzja: KLIK


CAPTAIN FANTASTIC

„Captain Fantastic” najpierw puszcza do nas zalotnie oko, uśmiechamy się, taktownie kiwamy w odpowiedzi głową, chwilę później klepie nas poufale po plecach, nie przeszkadza nam to, bo już zaczynamy podzielać serdeczny nastrój. A chwilę później trafiamy na fantastyczną scenę, po której dociera do nas, że w sumie to już jesteśmy lekko zakochani w tym filmie. Film Rossa kipi od pozytywnej energii, pociesznego humoru, kapitalnych pomysłów fabularnych i barwnych postaci. Viggo doskonale się bawi w roli surowego, acz sprawiedliwego i pozytywnie „walniętego” ojca. Młodzi aktorzy nie odstają od starszego kolegi z planu zdjęciowego. Wszystko w tym filmie jest w punkt. Piękne kino, które porusza poważne tematy, ale robi to w zdecydowanie niepoważny sposób. Fantastyczny film.

Recenzja: KLIK


WOJNA O PLANETĘ MAŁP

„Wojna o planetę małp” to nietuzinkowy blockbuster, kiedy trzeba to efekciarski i głośny, nie bojący się jednak ciszy, i to długotrwałej, przystanięcia na dłuższy moment, rozejrzenia się, rozczulenia nad jakimś gestem, dokonania refleksji, zastanowienia się nad motywacjami postaci, uśmiechnięcia się albo zasmucenia czymś, a w końcu - spojrzenia w przyszłość z zaintrygowaniem. Słowo „wojna”, które mamy w tytule, sugeruje pełne rozmachu starcie ludzi z małpami, no i rzeczywiście, nie brakuje wybuchów, kul i włóczni przeszywających powietrze oraz ofiar po obu stronach, ale jest to zaskakująco kameralne kino rozrywkowe, które więcej uwagi poświęca o wiele ciekawszym kwestiom. Reżyserowi nie spieszy się z wytoczeniem dużych dział (a jest na co czekać). Zamiast tego sięga po konwencję westernu, ale także i kina drogi, żeby opowiedzieć o podróży Cezara i jego kilku przyjaciół w poszukiwaniu zemsty. Zanim osiągną cel wyprawy, znajdą ból i cierpienie, ale też miłość, czułość oraz nadzieję na lepszą przyszłość.

Recenzja: KLIK


UCZEŃ

Zawsze z zaintrygowaniem zasiadam do współczesnych rosyjskich filmów. Dużo ciekawego dzieje się w ich kinematografii, na festiwalach filmowych ochoczo więc chodzę na ruskie tytuły. Zeszłoroczny „Uczeń” jest potwierdzeniem, że warto. Film jest fascynującym obrazem procesu pogrążania się w religijny fanatyzm. „Uczeń” nie podąża jednak przewidywalną ścieżką, fabuła skrywa sporo zaskoczeń, postacie ewoluują w ciekawy sposób, a główny bohater jednocześnie przeraża nas, jak i rozbawia swoim zachowaniem. Reżyser przygląda się jego poczynaniom z niemałą fascynacją. Nie bez znaczenia jest, że wcielający się w niego młody aktor wykazał się niemałym talentem i charyzmą. Autor filmu niejednokrotnie wyśmiewa jednak krótkowzroczność bohatera, wytyka dziury w rozumowaniu i stawianych mentorskim tonem tezach oraz podkreśla to, jak bardzo jest on głuchy na jakąkolwiek polemiczną dyskusję.

Recenzja: KLIK


BABY DRIVER

„Baby Driver” to uczta dla każdego miłośnika szybkich samochodów oraz klasycznych filmów sensacyjnych ze scenami akcji realizowanymi przy użyciu kaskaderów, prawdziwych samochodów i poza studiem filmowym, bez wspomagania się przy tym efektami komputerowymi. Sceny pościgów to czysta maestria techniczna, dokładnie zaplanowane, starannie zrealizowane i dopieszczone różnymi czadowymi pomysłami: drobnymi pierdółkami, wywołującymi uśmiech na twarzy i błysk w oku, błyskotliwymi przejściami montażowymi, karkołomnymi ustawieniami kamery, zachowaniami aktorów, ich gestami, mimiką oraz rzucanymi komentarzami. Czysta radocha. A wszystko to fantastycznie zespolone z muzyką. Muzyka to serce tego filmu, jego układ kostny, a także pokrywające go mięso. Wszystko zostało tutaj obudowane wokół wybranych piosenek, doprawione kolejnymi piosenkami, a gdy akurat z głośników niczego nie słychać, to w głowie i tak jeszcze pobrzmiewa któryś z usłyszanych wcześniej kawałków. Wright najpierw dokonywał wyboru piosenki, a później budował wokół tego scenę, i to zarówno na etapie pisania scenariusza, jak i później przy realizacji filmu. Utwory towarzyszyły ekipie na planie zdjęciowym każdego dnia, a reżyser cały czas kombinował, jak wszystko to ze sobą połączyć i idealnie zsynchronizować wydarzenia na ekranie z muzyką. Końcowy efekt jest kapitalny. Jeden z najbardziej oryginalnych blockbusterów tego roku.

Recenzja: LINK


AMERICAN HONEY

„American Honey” to jeden z tych filmów, które wymagają od widza cierpliwości. Andrea Arnold stawia na niespieszne tempo, snując opowieść powoli i cierpliwie. Lubi się czasem zawiesić na jakimś detalu, kadr jest ściśnięty, a kamera rozedrgana, prowadzona z ręki, czasem nawet korygowana podczas ujęcia. Nadaje to surowego, realistycznego stylu, umieszczając nas w samym środku wydarzeń, ale oczywiście nie każdemu przypadnie do gustu. Nie jest to jednak klasyczny festiwalowy snuj. Odbiorcę do życia pobudza energetyczna muzyka, bohaterowie nie wałęsają się bezcelowo po ekranie, ciągle coś się dzieje, a do tego przyjemnie się na to patrzy, bo ładne zdjęcia skąpane są w ciepłych słonecznych barwach, albo rozświetlane blaskiem fajerwerków i ognisk. Nie jest to jednak kino nastawione na dramatyczne wydarzenia i szokujące twisty. Śledzimy życie wędrownej komuny, ich powtarzalne rytuały, wewnętrzne relacje, drobne przygody, beztroski styl życia, cieszenie się chwilą i niemyślenie o dniu jutrzejszym. Łatwo ich polubić, poczuć się członkiem ich komuny, niemym obserwatorem, który chętnie powałęsałby się w ich towarzystwie po Stanach Zjednoczonych. Jeżeli ktoś jednak nie poczuje tej więzi, wtedy seans może mu się nieznośnie dłużyć, bo to kino nastroju, a nastrój albo się łapie, albo nie.

Recenzja: LINK


STRAŻNICY GALAKTYKI VOL. 2

Każdego roku dostajemy solidną dawkę blockbusterów, które może i są wykonane bez zarzutu od strony technicznej, obsadzone znanymi aktorami i wyreżyserowanie przez utalentowanych reżyserów, ale zarazem pozbawione serca, zrobione bez pasji, wedle wytycznych działu marketingowego, w celu zmaksymalizowania zysku, przy jednoczesnym zminimalizowaniu ryzyka. Gdy więc trafia się taki gość, jak James Gunn, którego głowa aż kipi od pomysłów, a serce wyrywa się z piersi, bo tak jest podekscytowane możliwością przeniesienia ich na ekran i pokazania całemu światu, zaczynam się ekscytować równie mocno jak on i pełen entuzjazmu przebieram nogami, nie mogąc doczekać się kolejnej sceny. Pierwsza godzina seansu to czysta przyjemność. Od groma fantastycznych pomysłów, dobrze dawkowany humor, idealne tempo, fajne pomysły realizacyjne oraz sceny akcji robione z głową, ale też z jajem, tętniące pozytywną energią i sprawiające odbiorcy dużo radości. Film jest bardzo ładny, cieszy oczy bogatą paletą barw, kolorowych stworzeń i ciekawych planet. Gunn zabronił korzystania na planie z koloru fioletowego, który zbytnio zdominował poprzedni film, i całe szczęście, bo zaowocowało to bardzo zróżnicowaną tonacją, operującą szczególnie czerwienią i żółcią, ale niezapominającą również o innych kolorach. Kosmos w końcu jest różnorodny, cieszący oczy i oferujący coś ciekawego w każdym zakątku galaktyki. Jest w to wszystko oczywiście wpisany kicz, który nierozerwalnie łączy się z gatunkiem space opery, ale Gunn nie próbuje tego maskować, wręcz przeciwnie, czerpie z tego garściami, bawi się tym i pławi w bajecznie kolorowej historii.

Recenzja: LINK


MILCZENIE

„Milczenie” powstawało w bólach przez prawie 30 lat. Nie jest to historia, która podbije serca widzów preferujących takie tytuły, jak „Wilk z Wall Street” i „Chłopcy z ferajny”. To zupełnie inny Scorsese, stonowany, powolny, uduchowiony, pochylający się nad tematem i nie mówiący widzowi wprost, co powinien myśleć po seansie. To Scorsese w najwyższej formie warsztatowej i intelektualnej, ale zarazem opowiadający w takim stylu, że nie odważyłbym się polecić tego filmu nikomu. Warto podjąć wyzwanie i zmierzyć się z nim, ale należy liczyć się z tym, że powolne tempo może okazać się zbyt mordercze i skończy się na machnięciu ręką oraz rzuceniu bezlitosnego wyroku: „nuda!”. I rzeczywiście, w trakcie seansu łatwo złapać się na myśli, że Martin tym razem przynudza, ale jest w tym metoda, nic w tym filmie nie jest przypadkowe, bo wszystko co reżyser chciał przekazać, zostaje z widzem. Trzeba jedynie wyłączyć się na chwilę z codziennego pędu i wsłuchać w przemyślenia zasiane w naszej głowie przez starszego pana.

Recenzja: LINK


GWIEZDNE WOJNY: OSTATNI JEDI

Film wzbudza skrajne emocje, jedni film zachwalają, drudzy darzą go gorącą nienawiścią. Mnie zdecydowanie bliżej do tych pierwszych. Podoba mi się, jak Johnson zagrał na nosie fanom, a przede wszystkim to autorom dziesiątek teorii na temat różnych postaci i potencjalnego rozwoju wypadków. Zarówno bohaterów, jak ich przeszłość, Rian potraktował tutaj dość bezpardonowo. Szanuję takie podejście i niepodążanie naprzeciw różnym oczekiwaniom. „Ostatni Jedi” jest przy tym blockbusterem z prawdziwego zdarzenia. Jeżeli już zaczyna się w nim coś dziać to dzieje się na całego, ale zawsze jest to przemyślane koncepcyjnie. Otwierająca film scena bitwy w kosmosie ma dobrze rozpisaną dramaturgię, jest tutaj miejsce na humor i atrakcyjnie zaprezentowane eksplozje, ale też poświęcenie i chwilę zadumy nad zabitymi przez wroga towarzyszami. Późniejsza scena pojedynku w skąpanej w czerwieni sali tronowej to jedna z najpiękniejszych rozrób w serii, umiejętnie operująca spowolnieniami obrazu, ale też oferująca najbardziej nonszalanckie zabójstwo z udziałem miecza świetlnego w sadze. Nad finałową bitwą na solnej planecie można by się długo rozpływać, bo to wizualna petarda, genialnie pomyślana od strony kolorystycznej. Hipnotyzujący jest moment, gdy pewnej eksplozji towarzyszy kilka sekund absolutnej ciszy, udowadniając, że czasem najgłośniej wybrzmiewa zupełne przeciwieństwo kakofonii wybuchów. Nie jest to film pozbawiony wad, nie wszystko w tym scenariuszu gra i hula tak jak powinno, nie brakuje w nim różnych dziur, do wielu rozwiązań fabularnych można by się przyczepić, ale będzie to właśnie czepianie się. Jeżeli w przeciągu kilku dni obejrzałem dwukrotnie film trwający 150 minut, bez znudzenia i irytacji, a za to z przyjemnością i zaciekawieniem, wyłapując przy tym różne fajne detale, które umknęły przy pierwszym podejściu, no to ośmielę się twierdzić – że jest to bardzo udany film.

Recenzja: LINK


DOBRZE SIĘ KŁAMIE W MIŁYM TOWARZYSTWIE

Film zaczyna się jak niewinna urocza komedia, z czasem jednak ewoluuje, dotykając coraz mroczniejszych tematów, humor jest tutaj stale obecny, ale jest to często śmiech przez łzy, a prezentowany obraz długoletnich związków (i w ogóle jakichkolwiek relacji międzyludzkich) jest dość ponury i przygnębiający. Jest to fantastyczne napisane, oparte na zabawnych i błyskotliwych dialogach, które potrafią rozbawić do łez, ale również wprawić w zadumę. Odegrane jest to wzorcowo, tempo filmu - pomimo osadzenia akcji w jednym miejscu - jest idealne, kolejne szokujące odkrycia dawkowane są idealne, niektóre można wprawdzie przewidzieć z wyprzedzeniem, ale reżyser w zgrabny sposób przeskakuje pomiędzy bohaterami, przenosząc całą uwagę widza - i pozostałych postaci - na kolejny szkielet, który wyleciał z lekko uchylonej szafy. Fajne, zabawne, niegłupie i szczere kino. I to cudowne zakończenie, które przypomina nam o tym, że od bolesnej, destrukcyjnej prawdy, o wiele gorsze jest życie w zakłamaniu.

Recenzja: LINK


TWÓJ VINCENT

Pisząc o tej polsko-brytyjskiej produkcji nie sposób nie zacząć od zachwytu nad stroną formalną. Film nakręcono najpierw w tradycyjny sposób z aktorami, a następnie setka artystów odtwarzała każdą klatkę filmu na płótnie przy pomocy pędzli i farb. Efektem tego jest niepowtarzalna strona wizualna: piękna, artystyczna, niesamowicie plastyczna i oryginalna. Ożywione obrazy Van Gogha. Obawiałem się przed seansem, że film okaże się jedynie barwnym fajerwerkiem dla oczu. Na szczęście równie starannie przygotowano jego scenariusz. Trójka scenarzystów przygotowała interesującą historię kryminalną osadzoną rok po rzekomym samobójstwie słynnego malarza. Główny bohater (Douglas Booth) przeprowadza śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci Van Gogha. Przesłuchując kolejne osoby (Saoirse Ronan, Chris O’Dowd, Jerome Flynn) odkrywa kolejne elementy układanki, które rodzą jednak więcej pytań, jak odpowiedzi. Oryginalny scenariusz, uciekający od sztampowej biografii, idzie więc w parze z niesamowitą stroną techniczną.


AQUARIUS

Piękne, umiarkowanie długie, powolne (ale nie ślamazarne i nudne) kino o współczesnej Brazylii, o przywiązaniu do miejsc i rzeczy, o sentymentach, miłości do kultury, ale też bucie, upartości i bezlitosnej ocenie rzeczywistości wynikającej z życiowego doświadczenia. Film o dojrzałej kobiecie (znakomita Sonia Braga), która walczy ze złą korporacją, ale też cieszy się życiem, delektuje słońcem, morzem i plażą oraz dniami spędzanymi przy muzyce i winie. O bohaterce poszukującej intymnych doznań i otwartej na kontakt z ludźmi, ale też zachowującej bezpieczny dystans i dbającej o nierozdrapywanie starych ran. Clara lubi wspominać i celebrować przeszłość, ale też nie zapomina o dniu dzisiejszym i jutrzejszym. Fascynująca bohaterka, interesujący scenariusz, czarujący film.


WYRÓŻNIENIA:


OKJA

Film, który wyłamuje się z przyjętych zasad, bo nie doczekał się premiery kinowej i trafił od razu do dystrybucji streamingowej. Miałem okazję zobaczyć go na dużym ekranie w Cannes i mam żal do Netlixa, że ograbił publiczność z możliwości zobaczenia filmu w takiej formie. Zwłaszcza, że Joon-ho Bong poświęcił sporo czasu na odnalezienie nieopatrzonych, ciekawych i pięknych koreańskich plenerów, a zdjęcia w filmie są pełne rozmachu i cieszą oczy wieloma pomysłowymi ujęciami. „Okja” zdecydowanie zasługuje na jak największy ekran. Film ma żywe tempo, wypełniony jest kapitalnymi pomysłami, a do tego wsparty bardzo eklektyczną ścieżką dźwiękową (moje skojarzenia w przeciągu kilku minut potrafiły skakać od melodii bałkańskich do rytmów meksykańskich). Reżyser zachował styl znany z koreańskich filmów, ale udanie miesza go z zachodnimi wzorcami. Obsada aktorska ma wyraźny ubaw, szczególnie Jake Gyllenhaal, który szarżuje bez opamiętania, tworząc przerysowaną postać skrzekliwego prezentera telewizyjnego. Scenariusz skacze pomiędzy różnymi wątkami, oczarowując sielskim klimatem koreańskiej prowincji oraz zażyłą relacją małej dziewczynki z tytułowym zwierzęciem, ale też pozwalając sobie na krytykę międzynarodowych gigantów korporacyjnych, delikatne drwiny z eko-terrorystów (świetny Paul Dano), a nawet na wstrząsające sceny rzezi w ubojniach. Bywa zabawnie, czasem smutno, reżyser potrafi chwycić widza za serducho, szczególnie w ostatnich 30 minutach, ale też wywołać u niego szczery śmiech. Przez cały film żongluje różnymi nastrojami, zgrabnie przeskakując pomiędzy nimi, jednocześnie dbając o to, żeby widza nie dopadała nuda, ale również nie pozwalając na nadmiar atrakcji i bodźców wizualnych, które często prowadzą do otumanienia odbiorcy.

Recenzja: LINK


TO PRZYCHODZI PO ZMROKU

„To przychodzi po zmroku” nie dostało ode mnie 8/10, ale postanowiłem wyróżnić ten tytuł, bo warto go zobaczyć. Zaskoczył mnie ten film. Poszedłem na horror w multipleksie, wyszedłem z ambitnego filmu niezależnego, oglądając się za ramię, czy aby przypadkiem nie przeniosło mnie podczas seansu do kina studyjnego. Nie dajcie się zwieść zwiastunowi oraz minimalistycznemu, mrocznemu plakatowi – groza w tym filmie jest obecna, ale nie spodziewajcie się poczwar wyskakujących zza rogu. Trey Edward Shults umiejętnie buduje nastrój paranoi i grozy. Atmosfera jest chwilami bardzo gęsta, skrzypiące dechy, skąpe oświetlenie i klimatyczna muzyka sprawiają, że mimowolnie poprawiamy się w fotelu. Zdjęcia plenerowe, z kadrami wypełnionymi drzewami, prowokują do wypatrywania w tle czegoś, bo przecież to horror, co nie? Więc należy się spodziewać jakiegoś zagrożenia. Ulegamy więc poniekąd paranoi bohaterów, a może po prostu dobrze wiemy, że jesteśmy zwodzeni przez sprytnego reżysera, który w każdej chwili może nam przyłożyć w głowę czymś mocnym. I przywala, ale przede wszystkim ponurym klimatem i sposobem w jaki ukazuje relacje międzyludzkie w okresie zagłady cywilizacji. Nie opowiada o niczym nowym, wszystko to już było wielokrotnie portretowane w niezliczonych filmach, serialach, grach, książkach i komiksach. Wielokrotnie pomyśli się o „The Walking Dead”, zarówno tym telewizyjnym, jak i komiksowym, ale historia rodziny Paula może być równie dobrze kolejnym zapiskiem paskudnych wspomnień odnalezionych na nuklearnych pustkowiach „Fallouta” albo w porośniętym dziką roślinnością domostwem z „The Last of Us”. Shults nie odkrywa przed nami niczego nowego, ale pogłębiony portret psychologiczny bohaterów, oraz Joel Edgerton w szczytowej formie (choć bardzo oszczędnie stosujący środki aktorskiego wyrazu), nie pozwolą szybko wyrzucić z pamięci opowieści o rodzinie Paula. I ostatniej sceny filmu...

Recenzja: LINK

niedziela, 31 grudnia 2017

The Greatest Showman (Król rozrywki) - recenzja


P.T. Barnum pokiwałby głową z uznaniem, gdyby usłyszał o okolicznościach, w jakich Michael Gracey poznał Hugh Jackmana. W roku 2010 australijski reżyser starał się dostać pracę przy reklamie mrożonej herbaty Liptona. Twarzą sprzedającą produkt miał być słynny australijski aktor, a główną konkurencją o stołek reżysera był jakiś Francuz. Zleceniodawcy zdecydowali się na Graceya, bo założyli z góry, że jest znajomym swojego rodaka. Oczywiście nie próbował tego prostować, ale obawiał się trochę pierwszego dnia na planie reklamy, gdy w końcu będzie mieć okazję poznać na żywo gwiazdę kina. Niepotrzebnie, gdy tylko Jackman go zobaczył, roześmiał się i podleciał do niego, uściskał go i wyszeptał do niego: „myślą, że się znamy, stary, odegrajmy więc teatrzyk”. Nie wiem, czy był to początek pięknej przyjaźni, ale koleżeństwa na pewno. Kilka lat później zaowocowało to powierzeniem mu reżyserii filmu „Król rozrywki”, będącego jego pełnometrażowym debiutem.

Jedno trzeba powiedzieć już na wstępie, film opowiada o P.T. Barnumie, ale nie dowiemy się z niego prawdy o tej kontrowersyjnej historycznej postaci, która cwaniactwem, cynizmem i manipulacją zdobyła sławę i majątek, przy okazji stawiając podwaliny pod dwudziestowieczny show-biznes. „Król rozrywki” pomija lub przeinacza niewygodne fakty, a przy okazji porzuca sporo interesującego materiału, który mógłby posłużyć za ciekawą biografię, ale już tylko od nastawienia widza zależy, czy powinno to wpłynąć na odbiór filmu. Niewątpliwie jest to film, który może się podobać, jeżeli tylko podejdziemy do niego jak do tego, czym naprawdę jest – oszałamiającym, nieco kiczowatym, ale w kontrolowany sposób, rozrywkowym musicalem o broadwayowskim sznycie. Już pierwsza scena, przedstawiająca show Barnuma w szczytowej formie, mówi o filmie wszystko, co musimy wiedzieć. Eksplozja barw, bodźców wizualnych i dźwiękowych, tłum rozśpiewanych, barwnych postaci, a w epicentrum tego stylistycznego tornada, on – Hugh Jackman, roześmiany, pełen pozytywnej energii, zapału i charyzmy. Nie ma najmniejszej wątpliwości, on kocha występować, śpiewać, tańczyć i zabawiać widownię, świadczy o tym każdy musicalowy numer w tym filmie, zawsze odegrany z sercem i młodzieńczym zapałem. Jeżeli coś jest duszą tego filmu to właśnie Jackman.


Co nie znaczy, że samotnie dźwiga na swoich barkach cały ciężar produkcji. Jest w tym filmie kilka innych osób, a także scen, które pozwalają zapomnieć na chwilę o australijskim aktorze. Mamy więc charyzmatyczną Damę z brodą. Keala Settle jest chyba największym objawieniem tego filmu. Doświadczona teatralna aktorka, która początkowa miała jedynie pomóc w próbach na scenie, gdy poszukiwano odpowiedniej aktorki w Hollywood, ale szybko skradła serca ekipy i nie było już mowy o zatrudnieniu kogoś innego. Nie jest to trudne do zrozumienia, bo charyzma Settle rozsadza ekran i aktorka kradnie większość scen z jej udziałem. Jest też Rebecca Ferguson, którą obdarowano wspaniałą sceną muzyczną, stanowiącą emocjonalną bombę w połowie filmu. Co ciekawe, jest to efekt, którego Ferguson nie zawdzięcza jedynie własnemu talentowi. Niesamowitego głosu na scenie użyczyła jej Loren Allred (fantastyczny wokal, który przy kinowym nagłośnieniu wbija w fotel), ale Ferguson idealnie odegrała wokalny wysiłek, mimiką, pulsującymi żyłami na szyi i pełnymi emocji oczami sprzedając iluzję na tyle dobrze, że niejeden widz da się na to nabrać. I w końcu – Zendaya. O tej kolejnej nastoletniej gwiazdeczce Disneya usłyszałem przy okazji jej małego (ale wyrazistego) występu w „Spider-Man: Homecoming”. W „Królu rozrywki” jej postać jest zarysowana dość cienką kreską, łapiemy co chciano przekazać, ale nie obdarowano aktorki zbyt dużą ilością mięsistego materiału, więc przede wszystkim musi ładnie wyglądać. I jest w tym bardzo dobra, kamerą ją lubi, jest bardzo naturalna, na wszystkie jej wygibasy na trapezie i w sekwencjach muzycznych patrzy się z przyjemnością, a przy tym widać, że jak już otwiera buzię to nie pryska czar i potrafi też coś zagrać. O tej dziewczynie jeszcze usłyszymy, bo dopiero się rozkręca, ale niewątpliwie ma w sobie potencjał.

No właśnie, scenariusz, jeżeli coś rozczarowuje w tym filmie to właśnie ten element. Nie tylko przez bezpieczne i nieco ckliwe zarysowanie postaci Barnuma, ale ogólnie za pozbawioną pazura historię. Wszystko tutaj sprawia łączników pomiędzy kolejnymi sekwencjami muzycznymi i to dopiero w nich film nabiera jakiegoś charakteru. Wygląda jednak na to, że był to celowy zabieg, bo miało to być właśnie takie krótkie, intensywne widowisko muzyczne, przy którym będzie można zapomnieć przez te niecałe dwie godziny o świecie na zewnątrz. Jeżeli komuś to odpowiada, lubi musicale, potrafi docenić jakość wykonania choreografii w scenach muzycznych i nie przeszkadzają mu zgrabne popowe piosenki, to jest to film dla niego. Wprawdzie o większości piosenek zapomina się jeszcze w trakcie seansu, ale za to jak już któraś wpadnie w ucho to będzie w nim siedzieć przez tydzień.

sobota, 30 grudnia 2017

Black Mirror: Arkangel - recenzja


Od wczorajszej premiery czwartego sezonu „Black Mirror” natrafiłem na dużo opinii, że „Arkangel” jest słabym odcinkiem. Nie mogę się zgodzić, jest bardzo w duchu pierwszych dwóch sezonów serialu, wprawdzie nie szokuje i nie daje jakoś bardzo po głowie, ale porusza ciekawą kwestię i pobudza do refleksji.

Od dawna mnie fascynuje, jak bardzo zmieniło się współcześnie podejście rodziców do dzieci i zagospodarowywania ich wolnego czasu. Czytałem kilka lat temu ciekawy artykuł (bodajże w New Yorkerze) o pewnym psychologu, który 30 lat temu – za zgodą rodziców – spędził kilka tygodni z grupą dzieciaków z amerykańskiego przedmieścia. Młodzi szybko zaakceptowali jego osobę i zaczęli traktować jako „swojego”. Zabierali go ze sobą wszędzie, co pozwoliło mu odkryć, że dzieciaki prowadzą poza domem zupełnie nowe życie, o którym ich rodzice nie mają najmniejszego pojęcia. Całe dnie spędzali w pobliskim lesie, gdzie budowali swoją bazę, poświęcali temu masę czasu i energii, ale nie czuli potrzeby dzielenia się tym z rodzicami. Tych zresztą to nie interesowało, wtedy było normalne, że dzieci same zapewniają sobie rozrywkę i nie potrzebują do tego instrukcji od osób starszych.

30 lat później facet odnalazł całą ekipę, większość posiadała już własne dzieci, postanowił spróbować przeprowadzić więc z nimi podobny eksperyment, ale odkrył, że nie ma czego śledzić, bo nowe pokolenie nie miało czegoś takiego, jak drugie życie, o który nie mieli pojęcia ich rodzicie. Ich wolny czas był starannie zaplanowany: szkoła, basen, zajęcia pozalekcyjne, jakieś kółka zainteresowań, harcerstwo, etc. Zaciekawiony zaczął się dopytywać rodziców, czy pamiętają ekscytację, jaką rodził w nich przed laty domek budowany w lesie i spędzanie czasu na „niczym”. Większość nie pamiętała już tego, wzruszała ramionami na to wspomnienie albo tłumaczyła się, że w dzisiejszych czasach jest zbyt niebezpiecznie żeby dzieciaki puszczać samopas.


Jest to coś, nad czym często się zastanawiam, gdy słyszę o „zapracowanych” dzieciakach z napiętymi grafikami i odwiedzając stare osiedle w moim mieście, gdzie widzę puste boiska do koszykówki i korty tenisowe, które „za moich czasów” były zawsze pełne. Cały okres dzieciństwa i szkoły podstawowej spędziłem na dworze, jeżeli akurat nie graliśmy w coś na boiskach to eksplorowaliśmy pobliski teren. Co ciekawe, jakoś sami z siebie wiedzieliśmy, że nie należy się zapuszczać zbyt daleko od domu i nie biegaliśmy w głąb miasta, zazwyczaj krążąc w obrębie kilometra, może dwóch, od bazy startowej, czyli domu. Nie wiem, czy rodzice zdołali w nas to wpoić, czy też to tylko jakiś podstawowy instynkt, który zapewnia przetrwanie gatunku, ale nie przychodziło nam do głowy żeby oddalać się przesadnie daleko.

W tamtym okresie miałem obsesję bycia „szefem”, w sumie dorastałem na trzech różnych osiedlach, zawsze kończyło się na tym, że tworzyłem jakąś „bandę”, której dowodziłem. Również biegaliśmy po okolicznych parkach i lasach, budowaliśmy bazy na drzewach, pchaliśmy się do starych ruder, zapuszczaliśmy się do kanałów, gdy odkryliśmy otwarty właz pośrodku jakiejś łąki i ogólnie robiliśmy wiele rzeczy, których nie powinniśmy, bo nie należały do zbyt bezpiecznych. Czasem ktoś złamał sobie jakąś kończynę, czasem ktoś inny poturbował się, ale raczej zarówno on, jak i reszta bandy, wyciągała z tego jakąś naukę. I chyba na tym polegał cały bajer, żeby doświadczać życia i uczyć się czegoś o nim, ale też uczyć się kreowania czegoś z niczego, w tym przypadku rozrywki, a nie jedynie być sterowanym przez dorosłych.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że łatwo o tym mówić, samemu nie będąc rodzicem. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy gdyby to ode mnie zależało, pozwoliłbym swojemu dziecku na podążanie moją ścieżką, licząc na to, że skończy się ona dla niego równie szczęśliwie, czyli zachowaniem wszystkich kończyn i gałek ocznych. Z jednej strony jest to budowanie przez dziecka silnych wspomnień i doświadczeń na całe życie, a z drugiej strony loteria ze strony rodzica, który musi się liczyć z tym, że pozwalając na większą swobodę latorośli może narazić ją na jakąś poważną krzywdę albo nawet coś gorszego. Rozumiem więc, że starannie zaplanowany grafik daje spokój ducha i zwiększa szansę tego, że potomek dożyje studniówki, ale w efekcie coś jednak przy tym traci i jest to dość przykre.

Odpłynąłem dość konkretnie w tej dygresji więc wracając do „Black Mirror”…


„Arkangel” pokazuje, jak to zwykle bywa w tym serialu, ekstremalny przykład nadopiekuńczości współczesnych rodziców, co doprowadza do wynalezienia specjalnej aplikacji, która śledzi każdy aspekt życia potomka. Rodzic może nie tylko szybko go zlokalizować, przy pomocy czipu wczepionego w głowę, ale też śledzić podstawowe funkcje życiowe, zakłócać przekaz wizualny i dźwiękowy, tym samym odcinając dziecko od stresujących treści zewnętrznych, czy też śledzić świat jego oczami. Dosłownie. Jest to wizja niepokojąca i straszna, ale nie mam wątpliwości, że znaleźliby się rodzice, którzy zdecydowali się skorzystać z opcji permanentnej inwigilacji swojego dziecka w imię jego bezpieczeństwa. „Arkangel” bierze ten pomysł i rozwija go dalej, zadając pytanie nie tylko o moralność takiego traktowania dziecka, ale też o to, kiedy należałoby wylogować się z aplikacji i pozwolić w końcu drugiej istocie na intymność. Czy śledzenie dziesięciolatki to już przesada, a może nastolatki, czy dopiero jak pójdziue na studia, a może nigdy? Bo przecież pokusa sprawdzenia, co się dzieje u dziecka, może być zbyt duża, a bezkarne podglądanie przez lata musi uzależnić.

„Arkangel” nie jest pozbawiony wad, szczególnie na poziomie scenariusza, który pozwala sobie na zbyt duże uproszczenia w dwóch, czy trzech miejscach, ale jak widać powyżej, pobudza do refleksji, a tego przede wszystkim oczekuję po „Black Mirror”. Nie skreślajmy więc go przedwcześnie, bo warto przystanąć na chwilę i zastanowić się nad światem, który jest w nim pokazany.

wtorek, 26 grudnia 2017

Song to Song - recenzja


Wielu podejmuje próby poszukiwania fabuły w „Song to song”, znajdując jedynie ogólniki i banały, kończą swoją podróż po poetyckiej rzeczywistości Malicka z uczuciem rozczarowania i zażenowania. Terrence tymczasem nie jest zainteresowany budowaniem klasycznej fabuły, stawia raczej na ulotną narrację, zabierającą widza w chwile nacechowane dużymi emocjami, przeskakując wszystko to, co było pomiędzy nimi. Obserwujemy więc bohaterów w radosnych momentach, gdy się wygłupiają, żartują ze sobą, przytulają, całują i uprawiają seks, ale też w chwilach smutku, melancholii, zdrady i zagubienia w dorosłym życiu. Reżyser i operator budują bardzo intymną relację z aktorami wcielającymi się w bohaterów filmów, często z dużą uwagą obserwują ich atrakcyjne ciała, powoli prześlizgując się po nich okiem kamery, ale bywa też, że narzucają dystans do sceny, beczkowato zniekształcając obraz przy pomocy specjalnego obiektywu (fisheye), albo filmując ją z ręki z małego oddalenia.

Nierzadko, jak to u Malicka, o bohaterach się tutaj zapomina, żeby skupić się na ich otoczeniu, barwnych krajobrazach, miejskiej architekturze oraz przyrodzie. I nawet, jeżeli w kadrze pojawia się postać, to traci na moment swoje znaczenie fabularne, stając się elementem większej całości, czyli świata, w którym żyje. Nie jest to jednak odczłowieczony obraz, gdy uwaga zostaje już skupiona na bohaterach, kamera wchodzi z nimi w bardzo intymną relację, czemu zupełnie poddają się aktorzy, nie tylko pozwalając sobie na bardzo bliski kontakt ze sobą, ale też malując całą gamę emocji na swoich twarzach. Szczególnie poruszyły mnie tu role kobiece, zwłaszcza ta Rooney Mary, która potrafi czasem wszystko przekazać nerwowym drganiem jednego mięśnia na twarzy.

Jest to film niesamowicie pobudzający estetycznie. Piękne są stylowo dobrane ubrania i niesamowite zdjęcia Lubezkiego. Natalie Portman od lat nie wyglądała tak oszałamiająco i seksownie na ekranie. „Song to Song” to nie jest pozycja dla ludzi, którzy poszukują klasycznego filmu, jakiejś opowieści skupionej na budowaniu fabuły i relacji pomiędzy bohaterami. Malick jest wprawdzie zainteresowany tym drugim, ale opowiada jedynie o skrawkach z ich życia, pomiędzy którymi już trzeba sobie samemu dokonać połączeń, bazując na szczątkowych informacjach z dialogów i wewnętrznych monologów. Jest to kino nastroju, które może zahipnotyzować swoim powolnym tempem, stroną wizualną i dobraną muzyką (ciągle wracamy na teren teksańskiego festiwalu muzycznego), ale może też odrzucić swoją artystyczną pretensją i brakiem solidnej fabuły. Mnie zahipnotyzowało, nie mogę się jednak pozbyć uczucia, że to w gruncie rzeczy był film o niczym i niewiele z niego pozostanie tak w głowie, jak i w sercu. Było to natomiast bardzo ładne "nic".