poniedziałek, 20 maja 2019

A Hidden Life - recenzja


Terrence Malick nie ma litości dla niecierpliwych albo niewyspanych widzów. Fabułę, która wystarczyłaby na godzinę bardzo powolnego filmu rozciągnął do trzech godzin morderczo ślamazarnego filmu. Nie jest to film stworzony do oglądania w realiach festiwalowych, bo długie ujęcia na falującą trawę, górski strumyk i ludzi w falującej trawie patrzących na górski strumyk, okazały się być poważnym wyzwaniem dla mojego zmęczonego umysłu, który wyłączył się dwukrotnie podczas seansu. I tak prawdę mówiąc to nie byłem później pewien, czy po przebudzeniu patrzę na tę samą scenę z falującą trawą, czy też może przegapiłem jakąś sekwencję z górskim strumykiem.

Nabijam się trochę, bo Malick ma to do siebie, że lubi zawiesić się na jakimś statycznym kadrze z którego przeskakuje (albo raczej drepcze) do następnego statycznego kadru, ale zawsze wygląda to obłędnie i cieszenie tym oczu stanowi wartość samą w sobie. „A Hidden Life” zachwyca za każdym razem, gdy pokazuje pokryte zielenią górskie austriackie krajobrazy, gdy śledzi życie we wiosce, pokazuje stare drewniane chaty i miejscową ludność pochłoniętą swoimi codziennymi zajęciami. Niestety tym razem za zdjęcia nie odpowiadał Emmanuel Lubezki, ale ponieważ zastępujący go Jörg Widmer był operatorem kamery we wszystkich filmach Malicka od czasu „Drzewa życia” to bez większego problemu odnalazł się w charakterystycznym dla twórczości tego reżysera stylu wizualnym.

Jeżeli nie byliście w stanie przebrnąć przez ostatnie produkcje Malicka to „A Hidden Life” raczej nie trafi na listę waszych ulubionych tegorocznych premier kinowych. Zapowiadany powrót Malicka do tradycyjnej narracji filmowej oznacza w praktyce, że rzeczywiście jest tu jakaś historia, ale oficjalne streszczenie fabuły opowiada w zasadzie cały film. Oparta na faktach historia przybliża postać Franza Jägerstättera, austriackiego rolnika, który w czasie II Wojny Światowej odmówił walki po stronie nazistów. I niezależnie od tego, czy znacie szczegóły prawdziwych losów Franza, czy też dowiecie się o nich z filmu to najprawdopodobniej nie zostaniecie zaskoczeni przez (powolny) rozwój historii.

Oczywiście nie każda historia ma obowiązek zaskakiwać, a Malick zdecydowanie nie próbuje tego dokonać. „A Hidden Life” to medytacja na temat granic moralności w czasie wojny. Filozoficzny traktat o powinnościach wobec rodziny, społeczeństwa i własnego sumienia. I w końcu historia o nieprzyjemnych konsekwencjach podążania własną ścieżką jeżeli skierowana jest ona w odmiennym kierunku niż główny trakt używany przez resztę ludzi.

Nie wiem, czy to kwestia wspomnianego festiwalowego zmęczenia, czy też zbyt prostolinijnego scenariusza, ale niestety zupełnie nie chwyciło mnie to na poziomie emocjonalnym. Malick ładnie rozpisuje relację głównego bohatera z jego żoną i niespiesznie (no raczej) kreśli przykłady ostracyzmu z jakim spotykają się w rodzinnej wiosce, ale beznadziejna walka o ideały, jakiej podejmuje się Franz, działa wprawdzie na poziomie estetycznym, ale pozostawiła mnie obojętnym względem losu bohatera i skutków podejmowanych przez niego decyzji.

Gdy połączyć to z zamiłowaniem Malicka do kaznodziejstwa, natchnionych, górnolotnych przemyśleń płynących z głośników (oczywiście narracja z offu towarzyszy widzowi przez cały film), bogobojnością i sporą dawką pretensji – otrzymujemy film, który pewnie podzieli fanów jego twórczości, ale raczej nie przekona do niego nieprzekonanych.

niedziela, 19 maja 2019

J'ai perdu mon corps (I lost my body) - recenzja


Jak na razie najlepsze co widziałem w tym roku w Cannes. Jestem całkowicie urzeczony debiutancką animacją Jérémy’ego Clapina.

Młody chłopak przypadkowo ucina sobie dłoń. Odcięta kończyna budzi się do życia w szpitalnej lodówce. Ucieka z budynku i wyrusza w długą oraz niebezpieczną podróż przez miasto w poszukiwaniu reszty swojego ciała. Jednocześnie poznajemy historię nieszczęśliwego chłopaka, jego dzieciństwa w Afryce, stratę rodziców i przenosiny do nieprzyjemnego krewnego w Europie, gdzie dawne plany zostania muzykiem oraz astronautą (w takiej kolejności) musiały zostać zweryfikowane i zastąpione pracą w charakterze dostawcy pizzy. Chłopak jest marnym pracownikiem, ale dzięki tej robocie poznaje uroczą dziewczynę (ich długa rozmowa przez domofon podczas ulewnego wieczoru to najromantyczniejsza scena jaką widziałem w tym roku w kinie) co prowadzi do zasadniczych zmian w jego życiu.

Wątek odciętej dłoni przemierzającej świat przy pomocy palców to motyw, który mógł zaistnieć - i tak szybko zadziałać - tylko w filmie animowanym. Nie mam oczywiście na myśli problemów natury technicznej, wszyscy przecież pamiętamy i lubimy Rączkę z Rodziny Adamsów. Jako postać istniał on jednak w filmie o określonym charakterze, gdzie nie dziwił, bo stanowił fragment dużego świata złożonego z podobnych mu istot. W formie animowanej można natomiast łatwo zaakceptować osadzenie takiego nadnaturalnego motywu w realistycznej historii i nie zadawać przy okazji niepotrzebnych pytań. Dłoń żyje w oderwaniu od ciała, ma świadomość i wspomnienia? Ok, spoko, lecimy dalej.

„I lost my body” zachwyciło mnie, bo stanowi pełny pakiet. Jest pięknie animowane, oparte na wciągającej historii i wypełnione po brzegi różnymi emocjami. Nieważne, czy chodzi o romantyczne gesty zakochanego chłopaka, nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, szczere w swej naturalności interakcje międzyludzkie, czy też odcięta dłoń walczącą o przeżycie w starciu z gołębiem i agresywnymi szczurami – opowieść zawsze generuje zamierzony efekt w odbiorcy. Jest wzruszająco, przygnębiająco, ujmująco albo emocjonująco. I nie powinno to dziwić, że ten film tak zgrabnie żongluje romantyzmem, nostalgią, humorem i elementami realizmu magicznego, bo jednym ze scenarzystów jest Guillaume Laurant, stały współpracownik Jean-Pierre Jeuneta, mający na koncie chociażby scenariusz „Amelii”.

Jeżeli jesteście fanami filmów animowanych (dla dojrzałych odbiorców) zapamiętajcie ten tytuł, bo to będzie jeden z najlepszych filmów jakie zobaczycie w tym roku.

sobota, 18 maja 2019

The Climb - recenzja


„The Climb” narodziło się jako pokazywany w Sundance film krótkometrażowy – zabawna, kilkuminutowa opowieść o dwóch długoletnich przyjaciołach, którzy próbują pokonać na rowerach jakąś górzystą drogę. Jeden z nich, ten bardziej wysportowany, wykorzystuje okazję żeby wyznać drugiemu, że od dłuższego czasu sypia z jego narzeczoną.

Pełnometrażowy „The Climb” zaczyna się właśnie od tej sceny, nakręconej ponownie, zmienionej w drobnych szczegółach (dialogach i niektórych zachowaniach postaci), powiększonej o nowy finał ich rowerowej wyprawy oraz puentującą go późniejszą scenę. Jest nieco inaczej, ale równie zabawnie. I stanowi za punkt wyjścia do jednego z najlepszych filmów w tegorocznych canneńskim programie.

„The Climb” zabiera nas w podróż przez kolejnych kilka lat z życia dwójki mężczyzn, opowiadając o jego najważniejszych momentach, o tym jak ewoluowała ich przyjaźń i zmieniała się dynamika tej relacji. Będzie pogrzeb, będzie wesele, będzie też jeden zmarnowany indyk i rozwalona choinka.

Jest to debiut zwiastujący narodziny nowego ekscytującego duetu w świecie amerykańskiego kina niezależnego. Michael Angelo Covino i Kyle Marvin wspólnie napisali scenariusz, wystąpili w głównych rolach, a ten pierwszy jeszcze to wyreżyserował. Pomiędzy panami jest naturalna chemia na ekranie (zapewne wynikająca z długoletniej znajomości), humor w jaki celują jest niewymuszony, sprawnie nim operują, zarówno na poziomie scenariusza, jak i późniejszej aktorskiej interpretacji, a do tego mają talent do pisania zabawnych, błyskotliwych dialogów.

Jest to zarazem projekt ambitny technicznie, nakręcony wprawdzie z surowością charakterystyczną dla kina niezależnego, ale oparty na skomplikowanych długich ujęciach, które nadają rytmu kolejnym epizodom z życia bohaterów. Covino lubi rozpoczynać (lub kończyć) sceny w niespodziewany sposób, ciągle dba o to żeby widza czymś zaskoczyć, rozbawić i zaciekawić. Nigdy nie pozostawia jednak z wrażeniem, że ktoś tu starał się zbyt bardzo i zobaczyliśmy coś wymuszonego przez scenarzystę. Wszystko wynika tutaj naturalnie z historii albo osobowości bohaterów.

Zapamiętajcie sobie nazwiska tych panów, bo Hollywood niebawem zacznie do nich wydzwaniać.

piątek, 17 maja 2019

Sorry we missed you - recenzja


Ken Loach ma szansę zapisania się w historii jako pierwszy posiadacz trzech Złotych Palm. Osobiście to uważam, że trzy lata temu niezasłużenie zgarnął nagrodę za „Ja, Daniel Blake” (do „Wiatru buszującego w jęczmieniu” nie mam zastrzeżeń), bo tamtego roku w konkursie głównym było kilka lepszych filmów, ale to tylko pokazało, że wrażliwy społecznie przekaz jego filmów trafia do uprzywilejowanych członków jury i Brytyjczyk może ponownie zaskoczyć.

„Sorry we missed you” sprawia wrażenie duchowej kontynuacji poprzedniego filmu. Również osadzony w Newcastle opowiada o „zwykłych” ludziach, brytyjskiej rodzinie zmagającej się z długami, rachunkami do zapłacenia i niesfornym synem. On jest kurierem, ona opiekunką starszych osób, ich dzieci są rude, a życie w Anglii niełatwe. Klasyczny Loach. Bohaterowie filmu, rodzina Turnerów, zmaga się jednak z innymi problemami niż schorowany Blake i jego koleżanka egzystująca na granicy ubóstwa. Oni nie cierpią na brak pracy, ale nadmiar, bo kilkunastogodzinne zmiany po sześć dni w tygodniu to stały element ich życia.

On właśnie podjął się nowej pracy, która w teorii brzmi jak idealna szansa na odmianę jakości ich życia i kupna własnego domu, ale w praktyce okazuje się, że samozatrudnienie i „bycie samemu sobie szefem” jest sprytnym sposobem na bezlitosny wyzysk pracowników, który jednak nie przekłada się na wymarzone zarobki. Życiem Ricky’ego rządzi elektroniczne urządzenie, które dyktuje gdzie ma jechać, jak szybko musi tam dotrzeć i czy tym razem też będzie musiał się załatwiać do butelki.

Jego żona, Annie, jako opiekunka pracuje na równie chorych warunkach. Agencja wysyła ją do mieszkań różnych osób, głównie starszych ludzi, ale płaci tylko za czas wizyty, a zatem w praktyce kobieta spędza w robocie kilkanaście godzin dziennie, ale otrzymuje wynagrodzenie tylko za kilka godzin, bo wypłata nie uwzględnia czasu marnowanego na podróżowanie po całym mieście do mieszkań „klientów”.

Wszystko to odbija się na życiu rodzinnym, bo nie dość, że Ricky i Annie praktycznie siebie nie widują to nie mają też czasu na doglądanie dzieci, które wytyczne od matki otrzymują każdego dnia drogą telefoniczną. Szczęśliwie dla nich młoda córka jest odpowiedzialną dziewczynką której nie trzeba pilnować na każdym kroku. Nie można tego samego powiedzieć o nastoletnim synu, mającym już liczne problemy w szkole, a nawet z policją.

„Sorry we missed you” jest mniej moralizatorskie od poprzedniego filmu Loacha, mniej też próbuje szokować tragedią niefortunnych ofiar systemu, a bardziej przybliżyć trudne realia pracy osób z którymi regularnie spotykamy się jako klienci. I jest to już wystarczająco szokujące samo w sobie, nie potrzebuje dodatkowego „efektu rażącego”. Niestety Loach nie byłby sobą, gdyby problemów nie podkręcił do ekstremum. Wszystko co tutaj może pójść nie tak i zwalić się na barki bohaterów oczywiście idzie nie tak. Jest to trochę rozczarowujące, bo Loach ma talent do opowiadania o losach przeciętnych mieszkańców Anglii i jego ostatnie dwa filmy najlepsze są wtedy, gdy z wdziękiem i lekkością opowiadają o codziennym życiu Brytyjczyków oraz ich małych problemach. Gdy zaczyna je przesadnie podkręcać dla wywołania na odbiorcy mocniejszego efektu to historia przestaje już być portretem , a staje się moralitetem, który wypada troszkę niezgrabnie, bo reżyser znów wykłada ustami bohaterów, co powinniśmy wynieść z tej historii.

sobota, 11 maja 2019

Cannes 2019: oczekiwania i nadzieje


Za jakieś kilkanaście godzin powinienem wylądować na nicejskim lotniku. Jakąś godzinę później zobaczę pierwsze canneńskie palmy, te prawdziwe, nieozłocone. W ubiegłych latach dzieliłem się tutaj swoją wiedzą (i oczekiwaniami) na temat niekompletnego canneńskiego programu krótko po ogłoszeniu tego, kto został wybrany przez organizatorów. W tym roku nie miałem na to czasu, ani zapału, więc zamiast tego będzie o moich oczekiwaniach tuż przed rozpoczęciem festiwalu, gdy znamy już tytuły wszystkich wyświetlanych filmów i posiadamy trochę informacji o większości z nich.


NAJBARDZIEJ CZEKAM NA:

Quentina Tarantino („Once Upon a Time in Hollywood”)

Nawet nie będę próbować udawać, że jest inaczej. W tym roku zdecydowanie najmocniej czekam na nowy film Quentina Tarantino. Gdy tylko usłyszałem (w ubiegłe wakacje), że „Once Upon a Time in Hollywood” ma zaplanowaną datę premiery na sierpień tego roku, no to już wiedziałem. Ten film musi trafić do Cannes! Jak wiadomo, wcale nie było to takie pewne, bo Quentin niemal do ostatniej chwili trzymał w niepewności, nie potrafiąc zagwarantować, czy wyrobi się z montażem. Na szczęście wyrobił się i będę teraz mocno trzymać kciuki żeby ten film okazał się być bardzo dobry, bo byłoby pięknie, gdyby w 25 rocznicę wygrania Złotej Palmy za „Pulp Fiction” reżyser opuścił Lazurowe Wybrzeże z kolejną nagrodą.


Joon-ho Bong („Parasite”)

W zasadzie samo nazwisko wystarcza żeby to była jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie canneńskich premier. Bong dotąd rozczarował mnie tylko raz, debiutem angielskojęzycznym („Snowpiercer”), co zostało mu zapomniane, gdy dwa lata temu pojawił się w Cannes z cudowną „Okją”. O „Parasite” na razie mało wiem, oprócz tego, że będzie oparty na koreańskiej obsadzie, pięknych zdjęciach i zagadkowo brzmiącej fabule, niczego więcej jednak nie potrzebuję (ani nie chcę) wiedzieć.

Robert Eggers („The Lighthouse”)

I w sumie to samo mogę powiedzieć o „The Lighthouse”. Samo nazwisko reżysera wystarcza żeby ten projekt powędrował na szczyt mojej listy. Eggers ma na koncie dopiero jeden film, ale za to jaki! „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” zwróciła na niego uwagę kinomanów na całym świecie, czyniąc go jednym z najbardziej obiecujących młodych reżyserów, a przy okazji podarowała światu Anyę Taylor-Joy. „The Lighthouse”, osadzony w Maine z końca dziewiętnastego wieku, zapowiada się na kolejną dawkę nieoczywistej grozy. Oficjalny opis wspomina o hipnotyzującej, halucynogennej opowieści o dwóch latarnikach (Robert Pattinson, Willem Dafoe), pierwsze zdjęcie zapowiada kino czarno-białe, a całość została nakręcona na taśmie 35mm w formacie akademii (obraz kinowy o proporcjach 1,37:1). Kino festiwalowe pełną piersią.

Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles („Bacurau”).

O Filho pierwszy raz usłyszałem za sprawą „Sąsiedzkich dźwięków”, które widziałem na festiwalu Nowe Horyzonty (gdzie zgarnęły nagrodę FIPRESCI). Również na Nowych Horyzontach oglądnąłem jego następny film, „Aquariusa”, którego nie dałem rady zobaczyć w Cannes trzy lata temu. „Sąsiedzkie dźwięki” były dobrym filmem, ale „Aquarius” był już rewelacyjny. Piękne, umiarkowanie długie, powolne (ale nie ślamazarne i nudne) kino o współczesnej Brazylii, o przywiązaniu do miejsc i rzeczy, o sentymentach, miłości do kultury, ale też bucie, upartości i bezlitosnej ocenie rzeczywistości wynikającej z życiowego doświadczenia. Film o dojrzałej kobiecie (znakomita Sonia Braga), która walczy ze złą korporacją, ale też cieszy się życiem, delektuje słońcem, morzem i plażą oraz dniami spędzanymi przy muzyce i winie. Fascynująca bohaterka, interesujący scenariusz, czarujący film. Juliano Dornelles pracował przy obu projektach w roli scenografa. Najwyraźniej z tej długoletniej współpracy zrodził się pomysł na kolejny wspólny film, tym razem zrealizowany już jako dwóch reżyserów.


Jean-Pierre i Luc Dardenne („Young Ahmed”)

Bracia Dardenne to już stali goście canneńskiego konkursu głównego. Osiem edycji i dwie Złote Palmy na koncie. W ostatnim latach czasem pojawiali się z czymś przeciętnym („Nieznajoma dziewczyna”), a czasem dającym po głowie i trafiającym w serducho („Dwa dni, jedna noc”). Ignorować ich jednak nie należy, bo mają szansę stać się pierwszymi w historii posiadaczami trzech Złotych Palm na koncie. „Young Ahmed” opowie o belgijskim nastolatku, będącym pod wpływem muzułmańskich ekstremistów, który planuje zabić swoją nauczycielkę.

Terrence Malick („A Hidden Life”)

No wiem, co niektórzy sobie myślą, gdy słyszą to nazwisko. Ja mam jednak słabość do Malicka, zarówno tego starszego, który jeszcze próbował opowiadać jakąś „normalną” historię, jak i tego obecnego, odpływającego w pretensjonalne tripy okraszone przepięknymi zdjęciami. „A Hidden Life” ma podobno być powrotem do tych „normalniejszych” filmów i opowiedzieć historię Austriaka, który odmówił wstąpienia do nazistowskiej armii podczas II Wojny Światowej. Ostatnim razem, gdy Malick był w Cannes to wyjechał z niego ze Złotą Palmą w ręku (za „Drzewo życia”). Czy historia się powtórzy? Zapewne nie, ale przebieram już z ekscytacją nogami na myśl o zobaczeniu jego przepięknych kadrów na ogromnym canneńskim ekranie.

Jim Jarmusch („The Dead Don’t Die”)

W zasadzie od samego początku, gdy tylko usłyszałem o tym projekcie, to nie miałem wątpliwości, że znajdzie się w tegorocznym programie. Nie przypuszczałbym natomiast, że nowy film Jarmuscha, komedia o zombie, otworzy festiwal. Z filmami otwarcia w ostatnich latach było dość kiepsko, czasem były one przyzwoite („Śmietanka towarzyska”, „Z podniesionym czołem”), czasem tragiczne („Grace księżna Monako”), ale jednak najczęściej słabe („Kobiety mojego życia”) albo rozczarowujące („Wszyscy wiedzą”). Oby „The Dead Don’t Die” mogło się zaliczyć przynajmniej do tej pierwszej listy. Nie spodziewam się po tym filmie nie wiadomo czego, liczę na luźną zabawę historią o inwazji zombie z udziałem zaprzyjaźnionych aktorów (oj, kogo tam nie ma w tej obsadzie) i właśnie to chciałbym dostać. Jakieś gore, pomysłowe żarty, dobrze bawiąca się obsada i będzie git.


Céline Sciamma („A portrait of a lady on fire”)

Céline Sciammę kojarzę jako reżyserkę dobrego „Girlhood” i scenarzystkę niezłego „Mając 17 lat”. Obu filmom daleko do miana rewelacyjnych, ale oferowały ciekawe i wyraziste (to raczej bardziej pasuje do „Girlhood”) portrety dzisiejszych młodych Francuzów. Jej poprzedni film działał szczególnie dobrze na poziomie pojedynczych scen, które do dziś okazjonalnie wspominam z przyjemnością, ale jego największa zaleta, czyli portret współczesnych dziewczyn z francuskich nizin społecznych, raczej nie przełoży się na nowy film reżyserki. „A portrait of a lady on fire” opowiada o malarce z osiemnastowiecznej Francji, która dostaje zlecenie namalowania portretu ślubnego młodej dziewczyny, ale bez jej wiedzy. Za dnia obserwuje więc bohaterkę obrazu, nawiązując z nią w efekcie nić porozumienia, a wieczorami tworzy swoje dzieło. Fabuła zapala mi w głowie trochę alarmowanych lampek, bo brzmi to trochę jak kolejny francuski przeciętniak kostiumowy o którym prędko zapomnę, ale pozwolę sobie zachować trochę wiary w reżyserkę z potencjałem.

Takashi Miike („First Love”)

Takashi Miike to taki gość, który nakręcił już ponad 100 filmów i zanim doczytacie do końca to zdanie to pewnie zdąży już napisać scenariusz kolejnego filmu. Będzie o samurajach. Albo yakuzie. A może nawet samuraju walczącym z yakuzą. „First Love” jest o yakuzie. No, tak pośrednio, bo bohaterem jest młody bokser i atrakcyjna prostytutka, uzależniona od narkotyków, którzy dają się wplątać w jakiś bałagan ze szmuglowanymi narkotykami i muszą uciekać przed skorumpowanym policjantem, yakuzą oraz płatną zabójczynią wysłaną przez chińską triadę. W tle Tokio nocą oraz pewnie kilka galonów krwi. I fajnie, dobrze będzie zobaczyć kolejny film Miike na dużym ekranie. Poprzedni taki seans również zaliczyłem w Cannes. Oczywiście to był film o samurajach.

Bertrand Bonello („Zombi Child”)

Haiti, lata 60., martwy mężczyzna zostaje przywrócony do życia i wysłany do morderczej pracy przy trzcinie cukrowej. 55 lat później, Paryż, prestiżowa szkoła, młoda Haitanka zdradza swoim przyjaciołom mroczny rodzinny sekret. Jedna z dziewczyna wykorzysta tę informację do zrobienia jakiejś niewyobrażalnej rzeczy, gdy ktoś złamie jej serce. Ciężko powiedzieć, czy wyniknie z tego coś wartego uwagi, ale instynkt mi podpowiada, że tak. Widzę tutaj potencjał na mroczne i wciągające kino z voodoo w tle. Widziałem trzy ostatnie filmy Bertrando Bonello. „Apollonide. Zza okien domu publicznego” podobał mi się bardzo, dwa kolejne („Saint Laurent” i „Nocturama”) już zdecydowanie mniej, oby więc poziomem było to coś bliższego temu pierwszemu tytułowi.


JESTEM CIEKAWY:

Pedro Almodovar („Pain and glory”)

Almodovar jako jeden z niewielu twórców na świecie ma ten komfort, że jego filmy trafiają do canneńskiego konkursu głównego pomimo wcześniejszych premier w Hiszpanii. Festiwal stawia na światowe premiery, ale dla Pedro już nie pierwszy raz robią wyjątek. Daje to ten komfort, że można jeszcze przed festiwalem podejrzeć sobie w hiszpańskojęzycznych recenzjach czego należy się spodziewać po filmie. Wygląda na to, że filmu bardzo osobistego, udanego, ale dalekiego od rewelacji. Czyli niestety typowego Almodovara z ostatnich lat, twórcę którego dalej warto oglądać, ale czasy tworzenia filmów wzbudzających zachwyt już chyba minęły. Szkoda.

Ken Loach („Sorry we missed you”)

Loach, podobnie jak wspomniani już bracia Dardenne, ma szansę zapisania się w historii jako pierwszy posiadacz trzech Złotych Palm. Osobiście uważam, że niezasłużenie zgarnął trzy lata temu nagrodę za „Ja, Daniel Blake” (do „Wiatru buszującego w jęczmieniu” nie mam zastrzeżeń), bo tamtego roku w konkursie głównym było kilka o wiele lepszych filmów, ale to tylko pokazało, że wrażliwy społecznie przekaz jego filmów trafia do wpływowych członków jury i może ponownie zaskoczyć. „Sorry we missed you” zapowiada się na takiego właśnie Loacha, klasycznego, skupionego na maluczkich - zmagającej się z zaległymi rachunkami brytyjskiej rodzinie, która wciąż nie zdołała się pozbierać po kryzysie finansowym z ubiegłej dekady. On jest dostawcą, ona opiekunką starszych osób, ich dzieci są rude, a życie w Anglii niełatwe. Klasyczny Loach.

Xavier Dolan („Matthias and Maxime”)

Xavier Dolan to złote dziecko kina. I zbyt często też zachowuje się jak niedojrzały chłopiec. Rozgoryczony kiepskimi recenzjami filmu „To tylko koniec świata” (które i tak zgarnęło Grand Prix festiwalu!) obraził się na Cannes i swój kolejny projekt, ambitny debiut angielskojęzyczny, przetrzymał do premiery na festiwalu w Toronto. Zapewne liczył, że pozytywne opinie poniosą go ku Oscarom. Przeliczył się, bo „The Death and Life of John F. Donovan” został zdruzgotany przez krytyków i szybko o nim zaginął słuch. Dolan wraca więc do macierzystego festiwalu, gdzie pierwszy raz o nim usłyszano, z projektem już skromniejszym, francuskojęzycznym i mam nadzieję, że co najmniej dobrym i pozwalającym odzyskać nieco wiarę w tego zdolnego młodego twórcę.


Annie Silverstein („Bull”)

„Bull” brzmi jak duchowy krewny pięknego filmu „The Rider”, który zadebiutował w Director’s Fortnight dwa lata temu (obecnie można zobaczyć na HBO GO, polecam). Osadzony na obrzeżach Houston i nakręcony głównie z naturszczykami opowiada o nastolatce, która ukojenie w ciężkiej życiowej sytuacji znajduje w środowisku ludzi uczestniczących w walkach byków.

Quentin Dupieux („Deerskin”)

W świadomości kinomanów Dupieux zapisał się najmocniej filmem „Mordercza opona”, czyli szaloną historią o oponie obdarzonej świadomością i parapsychologicznymi umiejętnościami, która podąża śladem pewnej kobiety, siejąc przy okazji śmierć i zniszczenie. Bywalcy festiwali filmowych wiedzą jednak, że bynajmniej nie był to ostatni dziwny projekt filmowy Dupieuxa, który uwielbia prowadzić z widzami surrealistyczny meta-dialog. Po „Deerskin”, które otworzy w tym roku sekcję Director’s Fortnigh, również nie spodziewam się niczego normalnego. I dobrze.

Gaspar Noé („Lux Æterna”)

Zapewne normalnym filmem nie będzie też nowa produkcja Gaspara Noé. Średniometrażowa fabuła opowie o dwóch aktorkach (Béatrice Dalle i Charlotte Gainsbourg) snujących na planie filmowym historie o wiedźmach. Podobno jest to projekt stanowiący deklarację miłości reżysera do kina, esej na ten temat, ale też dokument o histerii towarzyszącej czasem pracy przy filmie. Jest to wszystko mocno enigmatyczne i trochę się obawiam, że wyjdzie z tego lekki artystyczny bełkot, o którym szybko zapomnę, ale to Noé, zobaczyć trzeba.

Abdellatif Kechiche („Mektoub, my love: Intermezz”)

Do tego filmu podchodzę dość nieufnie. „Mektoub. Moja miłość: Pieśń pierwsza” zabierał widza do francuskiej nadmorskiej miejscowości z lat 90. Bohaterami była grupa miejscowych (powiązanych ze sobą skomplikowaną siatką powiązań rodzinnych, uczuciowych i koleżeńskich), a także kilka przyjezdnych dziewczyn. Postacie dnie i noce spędzały na plażach, w restauracjach, klubach nocnych oraz… zagrodach z owcami. Życie upływało im na romansach, zabawach i dyskusjach o tym, kto z kim i za czyimi plecami. Wchodziło to dobrze, Kechiche ma talent do opowiadania takich długich opowieści o niczym i portretowaniu w naturalny sposób młodzieńczych aktywności. Jednak gdzieś tak w okolicy trzydziestej godziny filmu, poczułem się nieco znużony obserwowaniem wakacyjnej biby, która zmierza donikąd. Nie zaszkodziłoby, gdyby twórca zmusił się do zamknięcia całości w dwóch godzinach, a skoro taki był efekt trzygodzinnego filmu, no to obawiam się, czy zdzierżę czterogodzinną kontynuację. Liczę jednak na to, że Kechiche nie spędzi już większości czasu na plażowej imprezie i zechce jednak też opowiedzieć coś ciekawego.


I tak jeszcze w telegraficznym skrócie o kilku innych tytułach, których jestem ciekawy:

Corneliu Porumboiu („The Whistlers”), bo jego poprzedni film (prezentowany kilka lat temu w Un Certain Regard „Skarb”) był wciągający i zabawny.

Yi'nan Diao („The wild goose lake”), bo jeszcze nie miałem okazji zobaczyć żadnego filmu tego zdobywcy Złotego niedźwiedzia sprzed pięciu lat (za „Czarny węgiel, kruchy lód”), czas to naprawić.

Asif Kapadia („Diego Maradona”), bo poprzednimi dokumentami („Sienna”, „Amy”) pokazał, że jego filmom warto poświęcać czas.

Won-Tae Lee („The gangster, the cop, the devil”), bo jestem prostym człowiekiem, jeżeli w programie widzę koreańskie kino gangsterskie to automatycznie ustawiam się w kolejce na seans.

Lorcan Finnegan („Vivarium”), bo to thriller sci-fi z Jesse’em Eisenbergiem i Imogen Poots.

Werner Herzog („Family Romance, LLC.”), bo jeżeli Herzog wraca do Cannes po dłuższej nieobecności z filmem nakręconym z japońskimi naturszczykami, no to wypada się tym zainteresować.

Robert Rodriguez („Red 11”), bo surrealna opowieść o paranoicznym uczestniku badań medycznych może być fajną odskocznią od ciężkiego kina artystycznego.


Pierwsze recenzje z Cannes już niebawem na Kinofilii.

piątek, 10 maja 2019

Long Shot (Niedobrani) - recenzja


Jeżeli nachodziliście się już do kina na „Endgame” to film „Niedobrani” jest komedią, którą warto teraz zobaczyć. Jest to nie tylko idealny pomysł na randkę z kimś, ale też na radosny wspólny wypad ze znajomymi, albo spontaniczny samotny seans, bo akurat przechodziło się obok kina a film się zaczynał za kilka minut (#truestory).

W „Niedobranych” wszystko działa jak należy. Przede wszystkim jest idealna chemia pomiędzy Sethem Rogenem i Charlize Theron. Oglądanie ich razem na ekranie sprawia czystą przyjemność. Można się zżymać z pomysłu, że cholernie ambitna i politycznie zaangażowana kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych mogłaby zakochać się w takim typie jak Seth Rogen, ale ja to kupiłem bez większych problemów. Jego bohater może wygląda niechlujnie, nie ma obycia w świecie „wyższych sfer” i jego życiowe osiągnięcia wypadają blado w zestawieniu z karierą Charlotte (Theron), ale gość jest bystry, spostrzegawczy, wprowadza do jej nieznośnie poukładanego życia (przepracowana bohaterka żeby odpocząć robi sobie mikro-drzemki polegające na staniu z otwartymi oczami) sporo chaosu i luzu, a co najważniejsze – potrafi ją rozbawić. Jestem w stanie uwierzyć, że mógł tym podbić jej serce.

„Niedobrani” to komedia romantyczna, ale zgrabnie unikająca wiążących się z tym kolein fabularnych i irytujących schematów. Głównie dlatego, że nie jest to historia o dwójce ludzi wzdychających do siebie i zmuszonych do radzenia sobie w trzecim akcie z jakimś bzdurnym problemem podrzuconym przez scenarzystów, który zazwyczaj dałoby się łatwo rozwiązać, gdyby tylko raczyli ze sobą szczerze porozmawiać i wysłuchać racji drugiej strony. W „Niedobranych” największym twistem jest to, że gdy pojawia się problem to oni naprawdę podejmują dyskusję. I to pomaga w rozwiązaniu problemu. Szokujące odkrycie.

Jednak to jest nie tyle historia romantyczna, co raczej opowieść o dwójce ludzi, którzy dobrze się bawią w swoim towarzystwie i spędzają ze sobą dużo czasu, a jakieś głębsze uczucie pojawiające się pomiędzy nimi wynika z tej relacji w naturalny sposób. A oni tak fajnie się razem bawią. Szczególnie, gdy Fred zabiera Charlotte w tango na miasto i zapoznaje z MDMA, a oczywiście nagle okazuje się, że bohaterka musi awaryjnie przeprowadzić telefoniczną negocjację w sprawie uwolnienia Amerykanina, który wpadł w ręce wroga. Widok naćpanej Theron próbującej zachować profesjonalizm i przytomny umysł (oraz sposób w jaki wybrnęła z tej sytuacji) to komediowe złoto.

I dużo jest w tym filmie takich właśnie scen, oferujących lekki, niewymuszony, bezpretensjonalny humor, który naprawdę bawi i utrzymuje w dobrym nastroju. Nie wspominając o kilku całkiem udanych spostrzeżeniach na temat seksizmu w polityce oraz kondycji współczesnej demokracji i przy okazji wyśmiania błaznów dostających się na szczyt władzy, czego uosobieniem jest filmowy amerykański prezydent, grany przez Boba Odenkirka, który sprawowania władzy uczył się z… wcielania się w prezydenta w popularnym telewizyjnym sitcomie.

Wychwalałem wcześniej łamanie schematów fabularnych, ale nie zrozumcie mnie źle, to wciąż jest dość standardowa komedia romantyczna, idąca jak po sznurku, często przewidywalna, oferująca dość naiwny w wymowie finał, ale naturalność i luz z jakim ekranowy duet przeprowadza nas przez tę historię, ilość udanych żartów, fajnych dialogów, pociesznych postaci drugoplanowych (O’Shea Jackson Jr.!) i pozytywny klimat unoszący się nad tym wszystkim, sprawiają, że ogląda się to z dużą przyjemnością.

sobota, 6 kwietnia 2019

Us (To my) - analiza


Jeszcze małe uzupełnienie do przedwczorajszego wpisu o „Us”, bo nie wspomniałem w nim o jednej bardzo interesującej teorii znalezionej w sieci. Oczywiście ostre spoilery od następnego akapitu.

Otóż istnieje możliwość, że Adelaide nie jest jedynym członkiem rodziny Wilsonów, który został w dzieciństwie podmieniony ze swoim sobowtórem. Prawdziwym Jasonem jest tak naprawdę Pluto. Do zamiany jednak nie doszło podczas sceny na plaży, ale rok wcześniej, gdy zmarła jego babcia (o czym wspomina się w filmie).

Co o tym świadczy? Jason używa w samochodzie nowych słów szokujących jego rodzinę. Wielokrotnie jest pytany przez krewnych, gdzie się nauczył takiego słownictwa. Zostaje zatrzaśnięty w szafie (rozbawiona siostra pyta: „czy nie dał się już tak złapać rok temu?”). Gdy bawi się na plaży to nie lepi zamku z piasku tylko… kopie tunel. Przez cały film próbuje odtworzyć jakąś sztuczkę z zapalniczką, którą potrafił wykonywać rok wcześniej. Gdy dochodzi do feralnej nocy to wydaje się najmniej zszokowaną osobą w rodzinie (oczywiście z wyjątkiem Adelaide, która przez całe życie spodziewała się, że kiedyś do tego dojdzie). Sobowtóry zdają się go ignorować, nie próbują chłopaka zabić, jego relacja z Pluto jest wyzbyta agresji, a finałowe starcie nie jest oparte na bezpośredniej przemocy.


Usłyszałem o tym jeszcze przed drugim seansem, odniosłem się do pomysłu sceptycznie, ale trzeba przyznać, że jest dość ekscytujący, więc oczywiście szukałem później w filmie wskazówek, które mogłyby to potwierdzić.

Jakby to mogło działać? Do zamiany doszło rok wcześniej, krótko po śmierci babci z którą Jason był bardzo związany. Gdyby więc doszło do podrzucenia rodzinie doppelgängera to jego dziwne zachowania byłyby tłumaczone niedawną stratą bliskiej osoby. Chłopak potrafił już mówić, bo pewnie nauczyła go tego Red, więc odpadł problem jaki miała Adelaide’a po dokonaniu podmiany w dzieciństwie. Jest on później w stanie zmusić Pluto (czyli prawdziwego Jasona) do wejścia w ogień, bo wspomniane w filmie rządowe eksperymenty z kontrolowaniem oryginałów przez klony najwyraźniej na jakimś poziomie działały, ale wymagały świadomego zdominowania swojego alter ego, a w przypadku oryginalnego Jasona mogło do tego dojść, gdy był zdruzgotany śmiercią babci. Zresztą warto pamiętać, że w przypadku Jasona i Pluto (ale też ich sióstr) mamy specyficzną sytuację, bo obaj są „mieszańcami”, czyli dziećmi zrodzonymi ze współżycia oryginału z doppelgängerem. Możliwe więc, że mają podobny potencjał, ale tylko jeden z nich o tym wiedział, co dało mu szansę na zdominowanie oryginału.

Jeżeli tak właśnie się stało, no to łączy się z tym traumatyczna dla oryginalnego Jasona kwestia poparzonej twarzy będącej zapewne efektem przymusowego odtwarzania przy pomocy prawdziwych zapałek tego, co Pluto robił niedziałająca zapalniczką. Zakładam, że z tego wynika też niezdolność komunikowania się z dawną rodziną, bo uniemożliwiają mu to poważne oparzenia buzi i strun głosowych. Z tego też powodu odpada możliwość, że do zamiany doszło podczas sceny na plaży, bo rany na twarzy byłyby wtedy jeszcze świeże. Warto też zauważyć, że podczas gdy Red zawsze wydaje polecenia reszcie swojej mrocznej rodziny przy pomocy różnych pomruków i warknięć to Pluto otrzymuje je w formie normalnej mowy. Nie jest to jednak takie oczywiste, bo kobieta zwraca się wtedy do obu chłopców, wcześniej jednak zawsze uzupełniała swoje wypowiedzi tłumaczeniem skierowanym do Abrahama i Umbrae, a gdy w pomieszczeniu zostaje już tylko Pluto to najwyraźniej nie ma takiej potrzeby.


Bardzo dwuznaczna jest też ostatnia scena w której widzimy Pluto. Razem z Red zastawia on pułapkę na Wilsonów, wpełza pod ich samochód, przecina przewód paliwowy i próbuje odciągnąć uwagę na tyle długo żeby móc wysadzić pojazd w powietrze. Podczas interakcji z Adelaide demoniczny chłopiec wielokrotnie pstryka palcami. Co w tym dziwnego? Jak dowiadujemy się później, kariera sceniczna Adelaide nie mogła się dalej rozwijać, bo dziewczyna nie była w stanie tańczyć równie dobrze co Red. Najwyraźniej doppelgänger ma z natury problem z idealnym wstrzeleniem się w rytm, bo podczas wcześniejszej sceny w samochodzie, gdy rodzina Wilsonów słucha „I got 5 on it” i Adelaide uczy syna pstrykania palcami do muzyki to też nie robi tego równo z rytmem piosenki. Znaczące jest w tym kontekście jej finałowe starcie z Red, gdy przeciwniczka z gracją i bez większego problemu unika wszystkich niezgrabnych ataków Adelaide (swoją drogą lecący w tle „Pas De Deux”, oparty na „I got 5 on it”, również zbudowany jest na ciągłych zmianach rytmu, jakby linia melodyczna ciągle przeskakiwała na nowy rejestr). Wracając do Jasona i Pluto. Gdy ten pierwszy jest uczony pstrykania palcami, robi to dość niezgrabnie, rytmicznie, ale raczej nieco obok piosenki i wygląda to dość dziwnie. Natomiast gdy Pluto stoi naprzeciw Adelaide i pstryka palcami (co prowadzi do sztuczki magicznej z „materializującą się w powietrzu” zapałką) nie ma tam wprawdzie źródła muzyki z która mógłby się „zsynchronizować”, ale zachodzi swoisty dialog z materią samego filmu, bo jego pstryknięcia płynnie korespondują z rytmami wybijanymi przez kompozytora. Oczywiście postacie tego nie mogą wiedzieć, ale widać też gołym okiem, że samo pstrykanie wychodzi Pluto o wiele bardziej naturalnie i zgrabnie niż Jasonowi. I można już tylko gdybać, czy Adelaide wielokrotnie krzycząca „nie!”, a następnie patrząca w niemym przerażeniu na chłopca wchodzącego w ogień, robiła to tylko z czystej empatii względem istoty bliźniaczo podobnej do jej dziecka, czy też dopiero w tamtym momencie zrozumiała, że patrzy na swojego prawdziwego syna.

Co przeczy temu pomysłowi? Zachowanie samego Pluto. Jeżeli o tym, że Jason jest podmieniony miałoby świadczyć ponowne zatrzaśnięcie się w szafie, no to dlaczego Pluto też dał się na to złapać podczas wieczornej inwazji sobowtórów? Jeżeli Pluto to tak naprawdę ten prawdziwy Jason, no to dlaczego zachowuje się tak zwierzęco? Zaledwie rok wystarczył żeby zupełnie wyzbył się człowieczeństwa? Oczywiście to można wytłumaczyć tym, że dzieciak przeżył bardzo traumatyczny rok, doświadczył poważnych oparzeń, którymi nie zajął się specjalista, a do tego żył wśród obłąkanych ludzi, żywiąc się surowymi królikami. Jestem w stanie uwierzyć, że mogłoby to zniszczyć psychikę małego dziecka. Wciąż jednak jego zachowanie podczas pierwszego ataku jest ciężkie do wytłumaczenia, zwłaszcza to jak naturalnym wydaje się dla niego poruszanie w taki sposób, jak instynktownie to wszystko robi, sprawiając wrażenie jakby to było częścią jego osobowości od momentu narodzin. Wspomniana wcześniej teoria, że mówienia mogła nauczyć go Red też rodzi sporo wątpliwości. Jeżeli mogła nauczyć syna to dlaczego nie zrobiła tego samego z córką? Przede wszystkim jednak to Red sprawiała wrażenie jakby nie używała głosu od 30 lat. W dzieciństwie jej aparat mowy ewidentnie został uszkodzony w gabinecie luster, gdy Adelaide ścisnęła ją bardzo mocno za gardło (aż do utraty przytomności). Gdy się przebudziła przykuta do pryczy to widać było, że łapie się za szyję i nie jest w stanie wypowiedzieć sprzeciwu, ani tym bardziej krzyczeć o pomoc. W finale filmu, gdy tłumaczy swój plan, Red mówi z wyraźnym trudem, ale jest to o wiele bardziej płynne niż podczas pierwszego wieczornego ataku na dom Wilsonów, gdy pierwsze słowa wychodzące z jej gardła brzmiały jakby nigdy wcześniej nie próbowała korzystać z narządu mowy. Jedynym wytłumaczeniem tego byłby fakt, że był to efekt nieużywania głosu przez rok, czyli od chwili, gdy podmieniła swojego syna na oryginał z góry.


Prawdę mówiąc to zasiadałem do pisania tego tekstu z nastawieniem, że wypiszę wszystkie argumenty za, ale pozostanę bardzo sceptycznie nastawiony do tego pomysłu. Kończąc go, po długiej analizie różnych elementów fabularnych, zaczynam jednak dochodzić do wniosku, że rzeczywiście coś może być na rzeczy. Zwłaszcza, gdy doda się do tego zachowanie Jasona w wielu scenach, jego obsesyjne chowanie się za maską (gdy kładzie się spać to zdejmuje ją, ale gdy zaczyna się wieczorna inwazja to widzimy, że maska już wróciła na czubek jego głowy) oraz różne dziwne interakcje pomiędzy nim, a Adelaide i Pluto. I tylko nie rozumiem jaki byłby cel w podmienianiu chłopców skoro ekipa z podziemi od dawna planowała dokonać zmasowanego ataku na powierzchnię.

Niewykluczone też, że wszystkie te wskazówki nieprzypadkowo znajdują się w filmie, ale stanowią jedynie sposób na pogrywanie sobie przez Jordana Peele z widzem, który nadmiernie analizuje wszystko co zobaczył.

Co o tym myślicie?

czwartek, 4 kwietnia 2019

Us (To my) - recenzja


Jednego z całą pewnością nie można mu zarzucić. Jordan Peele nie kręci filmów, które wyparowują z głowy pięć minut po seansie. „Us” najpierw mnie zaintrygowało wprowadzeniem do historii, następnie zachwyciło zgrabnością z jaką Peele prowadzi narrację i operuje warsztatem, poczułem się rozbawiony, zaciekawiony, pobudzony intelektualnie, a co najważniejsze - zaangażowany w życie filmowej rodziny i jej losy w drugiej połowie filmu. Obchodziło mnie, co się z nimi stanie w momencie kryzysu, bo najpierw skutecznie sprzedano ich w „normalnych” okolicznościach, gdy wspólnie jedli śmieciowe żarcie, gadali o pierdołach i przekomarzali się ze sobą. „Us” jest do tego nasycony, a wręcz przesycony, symboliką. I to wszelaką, bo podczas seansu można się doszukać garść metafor na kilka różnych tematów, a później znaleźć w sieci jeszcze drugie tyle kolejnych znaczeń odkrytych przez innych ludzi. Wszystko to powinno się złożyć na horror wybitny, ale tak się nie dzieje, bo wypchane tematami „Us” pęka nieco na szwach.

[Tekst zdradza istotne elementy fabuły]

Podstawowym problemem, jaki mam z tym filmem, jest to, że Peele nie przemyślał go sobie dokładnie i nie dopracował historii w wielu istotnych detalach. Jest pewnym paradoksem, że film, który został ewidentnie stworzony z myślą o dociekliwych widzach, uważnie analizujących oglądane dzieło, w pewnych kwestiach wymaga zawieszenia niewiary i zignorowania ogromnych dziur logicznych. Jeżeli tego nie zrobimy to nie będzie w stanie w pełni się zachwycić tym, co otrzymaliśmy. Przy całym bogactwie intelektualnych skarbów do których można się dokopać podczas seansu jest tam zaskakująco dużo „szybów” do których lepiej się nie zapuszczać. Pierwszym znakiem, że Peele trochę przedobrzył jest tani twist w finale, który potężnie mnie rozczarował. Zbuntowałem się, zamamrotałem pod nosem „to kurna nie ma sensu” i wyszedłem z kina lekko wkurzony. Głównie byłem zły na reżysera, że zniszczył coś, co mogło być filmem wybitnym. Nie odpuszczałem jednak tematu, kwestionowałem swoją postawę przez całą podróż powrotną do domu, szukałem w głowie wyjaśnień, które mogły mi umknąć, i z radością znajdywałem je, ale zaraz odkrywałem coś, co temu przeczyło albo stawiało pod sporym znakiem zapytania. I tak jeszcze przez następnych kilka dni. Dobrze to świadczy o filmie, bo cały ten wewnętrzny dialog wynikał z chęci obronienia go, doszukania się czegoś, co wytrąciłoby mi broń z ręki i dało podstawę do pełnego zachwytu. Gdy już miałem wszystko przepracowane w głowie i uzupełnione spostrzeżeniami innych ludzi - wybrałem się do kina jeszcze raz. Film oglądało się równie przyjemnie, co za pierwszym razem, a do tego z uznaniem odkryłem, że wiele wypowiedzi Red i Adelaide nabrało teraz nowego znaczenia. Niestety ostatecznie niewiele z tego wynikło, bo jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że ten twist nie ma sensu. Pomijając już wiele innych kwestii, to najważniejszym pytaniem jest: dlaczego oryginalna Adelaide’a po prostu nie wyszła na powierzchnię jak tylko została odkuta?


Znalazłem kilka różnych ewentualnych rozwiązań, ale wszystkie zakładają sporą dozę dobrej woli u odbiorcy (czyli „nieczepianie się” szczegółów) i wyciągnięte są z powietrza, bo film nie daje żadnych sensownych wskazówek. Jest to zarazem jedynie czubek góry lodowej, bo ilość piętrzących się pytań rośnie proporcjonalnie do czasu spędzanego na rozmyślaniu o „Us”. Jeżeli sobowtóry odtwarzały wszystkie zachowania ludzi na powierzchni to jak to działało w praktyce? Widzimy przecież obłąkańczo się obracających doppelgängerów w ciasnym pomieszczeniu, co jest odbiciem ich oryginałów korzystających z karuzeli w wesołym miasteczku, a także wynaturzoną wersję przejażdżki kolejką górską oraz zbijania kręgli, a nawet flirtu. Jeżeli było to odwzorowaniem tego, co oryginały aktualnie robiły na powierzchni i wiązało się z wiecznym podążaniem ich śladem, no to co się działo, gdy ograniczona przestrzeń podziemnego tunelu nie pozwalała podążyć tam, gdzie poszedł oryginał na górze? A jeżeli sobowtóry jedynie odtwarzały to, co się działo na terenie wesołego miasteczka i gubiły „połączenie”, gdy tylko oryginały oddalały się od Santa Cruz to dlaczego Red powiła - wzorem Adelaide - dwójkę dzieci, w tym jedno z nich w mocno traumatycznych warunkach. I dlaczego Red, która przecież tak naprawdę była oryginałem, od dzieciństwa zachowywała się niewolniczo jak kolejny sobowtór? I jak w ogóle sobowtóry nagle wyrwały się spod (nieświadomej) kontroli oryginałów? Jeżeli doszło do tego podczas sceny tańca to dlaczego później Red dalej kopiowała zachowania Adelaide? I skąd oni wszyscy dorwali takie same czerwone wdzianka i nożyce krawieckie? Zamówili sobie w ACME?

Można by tak jeszcze długo mnożyć różne drobne i większe dziury logiczne. Można by też oczywiście wymyślać przeróżne mniej lub bardziej przekonujące wyjaśnienia, ale byłoby to wyręczaniem scenarzysty, który wszystkie niewygodne fabularnie kwestie zwyczajnie przemilczał, wychodząc pewnie z założenia, że jeżeli jakiś fajny patent nie da się sensownie uzasadnić to chrzanić sensowne uzasadnienie. Najważniejsze, że wnikliwsi odbiorcy dostaną wielopoziomowy znaczeniowo i otwarty na wielorakie interpretacje błyskotliwy koncept całego filmu w którym będą mogli „grzebać” do woli. Mnie to jednak przeszkadza, bo nie pozwala w pełni zachwycić się tym pomysłowym filmem, którego ciągnie chwilami w dół lenistwo reżysera niepróbującego znaleźć rozwiązań dla wspomnianych wyżej kwestii. W sumie to motyw doppelgängerów sprawdza się najlepiej w pierwszej połowie filmu, gdy otrzymujemy opartą na starych europejskich baśniach historię o cieniach, które przeżywają wynaturzoną wersję życia swoich oryginałów z powierzchni. Gdy Peele nie próbuje tego wyjaśnić, ale skupia się na mrocznej, baśniowej otoczce, wiążącej się z nagłą inwazją dziwnych istot, to widz nie kwestionuje tego i nie szuka dziury w całym. Akceptuje się, że te istoty żyły sobie w jakimś równoległym świecie i nagle pojawiły się w naszej rzeczywistości. Problem pojawia się, gdy reżyser zaczyna wyjaśniać ich istnienie w sposób „realistyczny”, bo wtedy mimowolnie zaprasza do krytycznej analizy otrzymanych informacji, a Peele niestety dostarcza pełno amunicji dla „czepialskich” umysłów. I można powiedzieć, że trzeba po prostu zawiesić niewiarę i zaakceptować pewne ułomności tego konceptu, no można, ale jeżeli chcemy wynieść ten film na wyższy poziom i postawić ponad „jakieś tam bzdurne horrory”, no to trzeba też umieć zaadresować takie kwestie.


Wielką zaletą „Us” jest natomiast to, że można odciąć się od tego wszystkiego, zapomnieć nawet o tych wszystkich sprytnych metaforach, zignorować przewijający się przez cały film dualizm, wszystkie te mniej lub bardziej subtelnie powiązane z tym symbole (ciągle powracająca liczba jedenaście, żywy pająk drepczący obok tego zabawkowego, prawdziwe bliźniaczki, dwie łodzie, etc.) i pomysłowe zwiastowanie przyszłych wydarzeń (ogromne cienie wychodzące z bohaterów podczas spaceru przez plażę), a nadal otrzymamy cholernie satysfakcjonujący film. Jordan Peele to szalenie utalentowany reżyser, umiejętnie budujący kolejne klimatyczne sceny, równie zgrabnie operujący atmosferą, jak i humorem (moim faworytem jest rodzina licytująca się na ilość dokonanych mordów), dobrze wyczuwający rytm filmu i rozumiejący, gdzie można przystanąć na chwilę, gdzie trzeba nieco przyspieszyć, a co warto by doprawić dobrą piosenką.

No właśnie, muzyka i wykorzystane w filmie piosenki, są mistrzostwem świata. Wszyscy zachwycają się kawałkiem N.W.A, który pojawia się w scenie rzezi rodziny Tylerów, i słusznie, też parsknąłem, gdy poleciał z głośników, ale prawdziwą rewelacją było poprzedzające go „Good Vibrations” The Beach Boys. Peele odkrył ten kawałek dla mnie na nowo i mogę to chyba porównać tylko z tym, co Tarantino zrobił ze „Stuck in the middle with you” we „Wściekłych psach”. I tak jak zawsze, gdy słyszę w radio piosenkę zespołu Stealers Wheel to mam przed oczami taniec Michaela Madsena poprzedzający scenę tortur, tak „Good Vibrations” od ponad tygodnia siedzi mi w głowie razem z widokiem zakrwawionej Elisabeth Moss pełznącej w kierunku ciała zarżniętego męża. Mocarny moment. Miałem ciary przy obu seansach, a nawet i teraz, gdy tylko o tym wspominam. Za przejaw geniuszu uznaję natomiast to, co zrobiono z piosenką „I got 5 on it”. Peele mógł się ograniczyć do popkulturowej nawijki na jej temat w scenie podróży samochodem, byłby fajny motyw do zwiastuna, spoko piosenka do puszczenia w filmie, no i gitara. Nic z tych rzeczy jednak, bo piosenka pojawia się w filmie jeszcze kilka razy, w ostatecznej formie robiąc dla Michela Abelsa (kolejny po „Get Out” cudowny soundtrack, warto śledzić dalsze losy tego kompozytora) za bazę pod fantastyczny orkiestralny utwór baletowy ilustrujący starannie zaaranżowane finałowe starcie pomiędzy dwiema wersjami bohaterki granej przez Lupitę Nyong’o.


Wszyscy aktorzy w tym filmie błyszczą w swoich podwójnych rolach, ale to Lupita świeci najmocniej. Istnieją aktorzy i aktorki, których kamera autentycznie kocha. I nie jest to tylko kwestia ponadprzeciętnej urody, bo Hollywood jest przecież wypełnione po brzegi wdzięczącymi się pięknymi ludźmi, którzy jednak nie potrafią złapać chemii z obrazem. Nie jest to też jedynie kwestią talentu, bo czasem możemy się zachwycać czyjąś kreacją, a niekoniecznie tym jak aktor prezentuje się na ekranie. Chyba musi po prostu zajść szczęśliwa kombinacja powyższych połączona z instynktowną zdolnością odnajdowania się w filmowej przestrzeni. Jedną z takich osób jest Lupita Nyong’o. Kamera kocha Lupitę, a Lupita potrafi bez większego wysiłku podsycać to uczucie. W „Us” zaprezentowała pełny pakiet: dwie wyraziste kreacje aktorskie, charyzmę oraz twarz, która jest bardzo plastyczna, ale też przy tym szlachetna, czym fascynuje i absorbuje całą uwagę widza przy każdym zbliżeniu. Nie zaszkodziło też, że aktorka została obdarowana fantastycznie na niej leżącym białym strojem oraz cudowną fryzurą. Niczego bym w niej nie zmienił w tym filmie. Gdyby decyzję podejmowano już teraz to oscarowa nominacja należałaby jej się jak soczysty króliczek doppelgängerowi.

Wielkie serducho należy się też Elisabeth Moss za wszystko, co odwala na ekranie jako doppelgänger, a zwłaszcza za scenę przy oknie, gdy przez kilka sekund daje niesamowity popis mimiki i sposobów w jaki jest w stanie wyrażać emocje. Moss chwilę wcześniej ma również inną bardzo znaczącą scenę, gdy Dahlia z namaszczeniem nakłada sobie makijaż na twarz. Szminkowanie ust, banalna czynność, którą przez większość życia musiała papugować, w końcu staje się czymś realnym, gdy może ją naprawdę poczuć na ustach i zobaczyć tego efekt. Jest to moment, w którym można poczuć sympatię do oprawców, bo staje się jasne, że to istoty, których dotychczasowe całe życie były podłym żartem, a dla nich samych – koszmarem będącym prawdziwym źródłem ich obłędu i nienawiści do „uprzywilejowanych” ludzi z powierzchni.


Już wklepałem grubo ponad półtora tysiąca słów, a wciąż mam wrażenie, że jedynie prześlizgnąłem się po tym filmie. Nie brnąłem w analizowanie go pod kątem wszystkich metafor, których można się w nim doszukać bez większego problemu, bo mam wrażenie, że gdzie teraz nie spojrzeć tam można przeczytać i usłyszeć natchnione przemyślenia o zawartej w nim krytyce konsumpcjonizmu, nierównościach społecznych, komentarzu religijnym, politycznym i co tam kto sobie jeszcze w nim wypatrzył. Ilość kierunków w jakie można podążyć z analizą „Us” zapala mi jednak w głowie ostrzegawczą lampkę, bo wychodzi na to, że Peele nie tyle chciał opowiedzieć o czymś konkretnym, co rzucić w odbiorców licznymi tropami i pozwolić im zadecydować (w oparciu o własnego „pierdolca”) na którym z nich postanowią się skupić. Nie narzekam jednak, rodzi to wprawdzie sporo pretensjonalnego materiału, ale stanowi też inspirację do wielu intrygujących spostrzeżeń i przemyśleń. Jeżeli miałbym wybierać pomiędzy kolejnym filmem o typie z czymś ostrym w łapie (swoją drogą krawieckie nożyce to kapitalny pomysł na zabójczy rekwizyt) służącym do mordowania przygłupich ludzi, a przesycony intelektualnymi bodźcami horror, który siedzi w głowie nawet dwa tygodnie po seansie, no to bez wahania wskażę palcem na to drugie.

Jordan Peele reżyserską karierę rozpoczął od mocnego podwójnego uderzenia – filmów skutecznie przyciągających uwagę masowej widowni, generujących spore zyski i ekscytujących w warstwie rozrywkowej, ale jednocześnie pobudzających do dyskusji po seansie oraz inspirujących do dalszego wgryzania się w otrzymany materiał. Wierzę jednak, a nawet jestem o tym przekonany, że swoje najwybitniejsze filmy ma jeszcze przed sobą i będę ze zniecierpliwieniem wypatrywać informacji o kolejnych jego projektach.

niedziela, 24 marca 2019

Cold Pursuit - recenzja


Widzieliście już ten film. Dilerzy narkotykowi zabijają syna Liama Neesona. Liam Neeson łapie za karabin, obcina w nim lufę i kolbę żeby broń mieściła się pod płaszczem, i rusza w krwawe tango. Powoli pnie się w górę gangsterskiego łańcucha pokarmowego eliminując kolejne osoby, które odpowiadały za śmierć jego syna. W zasadzie to naprawdę mogliście widzieć już tę konkretną historię, bo to remake norweskiego filmu „Obywatel roku”. Nakręcony zresztą przez autora tegoż (Hans Petter Moland).

Jeżeli oglądaliście oryginał to pewnie już wiecie, że nie jest to typowy film z Liamem Neesonem na wojennej ścieżce. W zasadzie to ostatnie dziesięć lat jego kariery uczyniło go idealnym wyborem obsadowym do tej roli. Szybko staje się jasne, że reżyser „Cold Pursuit” nie ma szacunku dla reguł jakimi rządzi się ten gatunek i bezpardonowo obśmiewa jego różne klisze. Nie jest to jednak parodia. „Cold Pursuit” to często ponura, brutalna i poważna historia, która jednak opowiadana jest w niepoważny sposób. Atakuje to trochę z zaskoczenia, gdy klasyczna scena w kostnicy ze zdruzgotanymi rodzicami oglądającymi zwłoki syna zostaje doprawiona absurdalnym elementem komicznym. Reżyser stąpa po cienkim lodzie, balansując pomiędzy dramatem, a czarną komedią. Efekt jest trochę dziwny i pozostawiający widza w stanie lekkiego zmieszania. Powinniśmy się śmiać? Czy może współczuć rodzicom? Nastrój tragicznej sceny został już zaburzony, nie ma więc mowy o poważnym jej traktowaniu, ale też tonacja pozostałych elementów nie skręciła ewidentnie w rejon podśmiechujek więc trudno podchodzić do tego jak do lekkiej czarnej komedii. Takich scen w tym filmie będzie jeszcze wiele.

Myśl „to jest bardzo dziwne” towarzyszyła mi przez dobre kilkadziesiąt minut seansu. Moland pozostaje w tym jednak konsekwentny i stopniowo oswaja odbiorcę ze specyficznym klimatem oraz humorem tej opowieści. Zaczynamy to powoli akceptować, rozumieć, a w końcu nawet lubić. W filmie pada wiele trupów. Każdy zgon zostaje uhonorowany czarną planszą z nazwiskiem postaci oraz stosownym elementem graficznym (jakimś drobnym symbolem w stylu krzyża, zwierzęcia albo znaku pokoju). Czasem morderstwa bywają brutalne, czasem komiczne, ale najczęściej umiejscowione są po prostu gdzieś na przecięciu powagi i kpiny. Mamy więc scenę z gościem malowniczo rozsmarowanym na sukniach ślubnych, albo bezpardonowe zmasakrowanie czyjejś twarzy, ale też paralotniarza przypadkowo wlatującego do… no, powiedzmy, że w miejsce do którego wolałby nie wlecieć.


„Cold Pursuit” ma ten charakterystyczny skandynawski sznyt, przejawiający się przede wszystkim klimatem całej opowieści, oczywiście zaczerpniętym z oryginału, ale też niewątpliwie wynikającym z osoby reżysera i będącym jego naturalnym stylem opowiadania. Umiejscowienie akcji na mroźnym amerykańskim zadupiu (oraz co z tego wynika) rodzi jednakże liczne skojarzenia z „Fargo”, zarówno tym serialowym, jak i filmem braci Coen. Postacie zaludniające ekran bez problemu wpasowałyby się w jakąś coenowską historię. Głównym bohaterem jest kierowca pługu, Nels Coxman, który codziennie wycina w kilkunastometrowej śnieżnej warstwie korytarze dla miejscowych kierowców. Później zamieni to na wycięcie w pień miejscowego półświatka. Wiking (Tom Bateman), czyli gangster stojący na szczycie przestępczej organizacji odpowiedzialnej za śmierć Coxmana juniora, rygorystycznie dogląda diety własnego syna, a gdy odkrywa, że ten jest gnębiony w szkole, nakazuje mu pobić swoich oprawców. Zirytowany przypomina też potomkowi o przeczytaniu książki „Władca much”, którą mu kiedyś podarował („odpowiedzi na wszystkie pytania masz w tej książce”). Zanim drogi tych dwóch postaci się skrzyżują poznamy jeszcze ambitną młodą policjantkę (Emmy Rossum) stanowiącą stałe utrapienie dla rozleniwionego starego wyjadacza (John Doman) nieprzyzwyczajonego do prawdziwej przestępczości w jego małym miasteczku, zobaczymy płatnego zabójcę o bardzo wątpliwej etyce zawodowej oraz odkryjemy sekretny gejowski romans w przestępczych szeregach.

Powtórzę to jeszcze raz: to jest dość dziwny film, nie zawsze działa to na jego korzyść, ale dzięki temu nie jest nudny, przewidywalny i oczywisty. Niestety nie oferuje jakiejś specjalnie błyskotliwej i oryginalnej zabawy z gatunkiem, ale jest na tyle pomysłowy żeby oglądało się go z zaciekawieniem. Jeżeli szukacie jakiegoś dobrego filmu z Liamem Neesonem w trybie twardego tatuśka mordującego bandziorów to „Cold Pursuit” jest niegłupim pomysłem na seans.

niedziela, 17 marca 2019

Love, Death & Robots - recenzja


Dziesięć lat temu David Fincher miał wyprodukować razem z Jamesem Cameronem nową antologię mrocznych, przesyconych seksem i przemocą opowieści sci-fi opartych na kultowym magazynie komiksowym Heavy Metal. Oprócz nich reżyserią poszczególnych historii miał się jeszcze zająć Gore Verbinski, Tim Miller, Zack Snyder i Guillermo del Toro. Ostatecznie niestety nic z tego nie wyszło, bo Paramount Pictures wycofało się z finansowania projektu. Fincher i Millers nie odpuścili jednak zupełnie tego konceptu czego owocem jest zrealizowane dla Netflixa „Love, Death & Robots”.

Finalna wersja składa się z osiemnastu niemiłosiernie wciągających pulpowych opowiastek sci-fi. Wszystkie historie zostały zrealizowane przez oddzielne studia animacyjne z całego świata i opierają się na różnych technikach animacyjnych. Mamy więc różne odmiany animacji tradycyjnej, zamierzenie groteskowe projekty zrobione komputerowo, ale też sporo takich zachwycających niesamowitą jakością fotorealistycznej animacji komputerowej. Jedna historia („The Witness”) dodatkowo jeszcze sobie tym pogrywa, sprawiając wrażenie techniki rotoskopowej (czyli animacji nanoszonej na nagrany film z aktorami), ale podobno była w całości zrealizowana w komputerze jedynie symulującym ten efekt. Wow.

Wciąga to strasznie, bo poszczególne historie trwają od zaledwie kilku do kilkunastu minut. Najpierw więc się zerka z ciekawości na pierwszą minutę żeby zobaczyć na jaki styl animacji postawiono tym razem. Szybko łapie się przynętę w postaci jakiegoś intrygującego konceptu fabularnego, stopniowo rozwijanego przez scenarzystów, a gdy już odkrywamy, czy podoba się nam to w jakim kierunku poszli, czy też jednak nie, to i tak mamy już niewiele minut do końca więc ogląda się to bezboleśnie. I Netflix od razu odpala nam kolejną historię więc zerkamy z ciekawości na pierwszą minutę żeby zobaczyć...


Krótki czas poszczególnych historii jest ogromną zaletą tego projektu, bo twórcy nie mają czasu na zbytnie kombinowanie (czytaj: psucie) z fabułą, wpadają na jakiś fajny pomysł, bawią się nim przez ileś tam minut, widz nie ma zbyt wiele czasu żeby zacząć doszukiwać się w nim dziur logicznych (oj są) i jakiegoś sensu (oj czasem nie ma), a jeżeli okazuje się, że scenarzyści nie mieli ciekawego konceptu na rozwinięcie startowego pomysłu to widz nie musi się zbyt długo męczyć przed ekranem. Idealnie.

„Love, Death & Robots” (+ cats) to często opowieści bez większej puenty, albo zakończone puentą o sile rażenia zimnego ognia, ale nie ma czasu kręcić na to nosem, bo już lecimy z kolejną historią. I kwadrans później z kolejną. O tym, które z nich naprawdę były warte uwagi, zdecydujemy za kilka dni, gdy wciąż będziemy wracać do nich myślami, ale oglądanie tego sprawiło wystarczająco dużo frajdy i przyjemnych doznań estetycznych żeby można było zignorować błahość fabularną większości zaprezentowanych historii.