niedziela, 24 marca 2019

Cold Pursuit - recenzja


Widzieliście już ten film. Dilerzy narkotykowi zabijają syna Liama Neesona. Liam Neeson łapie za karabin, obcina w nim lufę i kolbę żeby broń mieściła się pod płaszczem, i rusza w krwawe tango. Powoli pnie się w górę gangsterskiego łańcucha pokarmowego eliminując kolejne osoby, które odpowiadały za śmierć jego syna. W zasadzie to naprawdę mogliście widzieć już tę konkretną historię, bo to remake norweskiego filmu „Obywatel roku”. Nakręcony zresztą przez autora tegoż (Hans Petter Moland).

Jeżeli oglądaliście oryginał to pewnie już wiecie, że nie jest to typowy film z Liamem Neesonem na wojennej ścieżce. W zasadzie to ostatnie dziesięć lat jego kariery uczyniło go idealnym wyborem obsadowym do tej roli. Szybko staje się jasne, że reżyser „Cold Pursuit” nie ma szacunku dla reguł jakimi rządzi się ten gatunek i bezpardonowo obśmiewa jego różne klisze. Nie jest to jednak parodia. „Cold Pursuit” to często ponura, brutalna i poważna historia, która jednak opowiadana jest w niepoważny sposób. Atakuje to trochę z zaskoczenia, gdy klasyczna scena w kostnicy ze zdruzgotanymi rodzicami oglądającymi zwłoki syna zostaje doprawiona absurdalnym elementem komicznym. Reżyser stąpa po cienkim lodzie, balansując pomiędzy dramatem, a czarną komedią. Efekt jest trochę dziwny i pozostawiający widza w stanie lekkiego zmieszania. Powinniśmy się śmiać? Czy może współczuć rodzicom? Nastrój tragicznej sceny został już zaburzony, nie ma więc mowy o poważnym jej traktowaniu, ale też tonacja pozostałych elementów nie skręciła ewidentnie w rejon podśmiechujek więc trudno podchodzić do tego jak do lekkiej czarnej komedii. Takich scen w tym filmie będzie jeszcze wiele.

Myśl „to jest bardzo dziwne” towarzyszyła mi przez dobre kilkadziesiąt minut seansu. Moland pozostaje w tym jednak konsekwentny i stopniowo oswaja odbiorcę ze specyficznym klimatem oraz humorem tej opowieści. Zaczynamy to powoli akceptować, rozumieć, a w końcu nawet lubić. W filmie pada wiele trupów. Każdy zgon zostaje uhonorowany czarną planszą z nazwiskiem postaci oraz stosownym elementem graficznym (jakimś drobnym symbolem w stylu krzyża, zwierzęcia albo znaku pokoju). Czasem morderstwa bywają brutalne, czasem komiczne, ale najczęściej umiejscowione są po prostu gdzieś na przecięciu powagi i kpiny. Mamy więc scenę z gościem malowniczo rozsmarowanym na sukniach ślubnych, albo bezpardonowe zmasakrowanie czyjejś twarzy, ale też paralotniarza przypadkowo wlatującego do… no, powiedzmy, że w miejsce do którego wolałby nie wlecieć.


„Cold Pursuit” ma ten charakterystyczny skandynawski sznyt, przejawiający się przede wszystkim klimatem całej opowieści, oczywiście zaczerpniętym z oryginału, ale też niewątpliwie wynikającym z osoby reżysera i będącym jego naturalnym stylem opowiadania. Umiejscowienie akcji na mroźnym amerykańskim zadupiu (oraz co z tego wynika) rodzi jednakże liczne skojarzenia z „Fargo”, zarówno tym serialowym, jak i filmem braci Coen. Postacie zaludniające ekran bez problemu wpasowałyby się w jakąś coenowską historię. Głównym bohaterem jest kierowca pługu, Nels Coxman, który codziennie wycina w kilkunastometrowej śnieżnej warstwie korytarze dla miejscowych kierowców. Później zamieni to na wycięcie w pień miejscowego półświatka. Wiking (Tom Bateman), czyli gangster stojący na szczycie przestępczej organizacji odpowiedzialnej za śmierć Coxmana juniora, rygorystycznie dogląda diety własnego syna, a gdy odkrywa, że ten jest gnębiony w szkole, nakazuje mu pobić swoich oprawców. Zirytowany przypomina też potomkowi o przeczytaniu książki „Władca much”, którą mu kiedyś podarował („odpowiedzi na wszystkie pytania masz w tej książce”). Zanim drogi tych dwóch postaci się skrzyżują poznamy jeszcze ambitną młodą policjantkę (Emmy Rossum) stanowiącą stałe utrapienie dla rozleniwionego starego wyjadacza (John Doman) nieprzyzwyczajonego do prawdziwej przestępczości w jego małym miasteczku, zobaczymy płatnego zabójcę o bardzo wątpliwej etyce zawodowej oraz odkryjemy sekretny gejowski romans w przestępczych szeregach.

Powtórzę to jeszcze raz: to jest dość dziwny film, nie zawsze działa to na jego korzyść, ale dzięki temu nie jest nudny, przewidywalny i oczywisty. Niestety nie oferuje jakiejś specjalnie błyskotliwej i oryginalnej zabawy z gatunkiem, ale jest na tyle pomysłowy żeby oglądało się go z zaciekawieniem. Jeżeli szukacie jakiegoś dobrego filmu z Liamem Neesonem w trybie twardego tatuśka mordującego bandziorów to „Cold Pursuit” jest niegłupim pomysłem na seans.

niedziela, 17 marca 2019

Love, Death & Robots - recenzja


Dziesięć lat temu David Fincher miał wyprodukować razem z Jamesem Cameronem nową antologię mrocznych, przesyconych seksem i przemocą opowieści sci-fi opartych na kultowym magazynie komiksowym Heavy Metal. Oprócz nich reżyserią poszczególnych historii miał się jeszcze zająć Gore Verbinski, Tim Miller, Zack Snyder i Guillermo del Toro. Ostatecznie niestety nic z tego nie wyszło, bo Paramount Pictures wycofało się z finansowania projektu. Fincher i Millers nie odpuścili jednak zupełnie tego konceptu czego owocem jest zrealizowane dla Netflixa „Love, Death & Robots”.

Finalna wersja składa się z osiemnastu niemiłosiernie wciągających pulpowych opowiastek sci-fi. Wszystkie historie zostały zrealizowane przez oddzielne studia animacyjne z całego świata i opierają się na różnych technikach animacyjnych. Mamy więc różne odmiany animacji tradycyjnej, zamierzenie groteskowe projekty zrobione komputerowo, ale też sporo takich zachwycających niesamowitą jakością fotorealistycznej animacji komputerowej. Jedna historia („The Witness”) dodatkowo jeszcze sobie tym pogrywa, sprawiając wrażenie techniki rotoskopowej (czyli animacji nanoszonej na nagrany film z aktorami), ale podobno była w całości zrealizowana w komputerze jedynie symulującym ten efekt. Wow.

Wciąga to strasznie, bo poszczególne historie trwają od zaledwie kilku do kilkunastu minut. Najpierw więc się zerka z ciekawości na pierwszą minutę żeby zobaczyć na jaki styl animacji postawiono tym razem. Szybko łapie się przynętę w postaci jakiegoś intrygującego konceptu fabularnego, stopniowo rozwijanego przez scenarzystów, a gdy już odkrywamy, czy podoba się nam to w jakim kierunku poszli, czy też jednak nie, to i tak mamy już niewiele minut do końca więc ogląda się to bezboleśnie. I Netflix od razu odpala nam kolejną historię więc zerkamy z ciekawości na pierwszą minutę żeby zobaczyć...


Krótki czas poszczególnych historii jest ogromną zaletą tego projektu, bo twórcy nie mają czasu na zbytnie kombinowanie (czytaj: psucie) z fabułą, wpadają na jakiś fajny pomysł, bawią się nim przez ileś tam minut, widz nie ma zbyt wiele czasu żeby zacząć doszukiwać się w nim dziur logicznych (oj są) i jakiegoś sensu (oj czasem nie ma), a jeżeli okazuje się, że scenarzyści nie mieli ciekawego konceptu na rozwinięcie startowego pomysłu to widz nie musi się zbyt długo męczyć przed ekranem. Idealnie.

„Love, Death & Robots” (+ cats) to często opowieści bez większej puenty, albo zakończone puentą o sile rażenia zimnego ognia, ale nie ma czasu kręcić na to nosem, bo już lecimy z kolejną historią. I kwadrans później z kolejną. O tym, które z nich naprawdę były warte uwagi, zdecydujemy za kilka dni, gdy wciąż będziemy wracać do nich myślami, ale oglądanie tego sprawiło wystarczająco dużo frajdy i przyjemnych doznań estetycznych żeby można było zignorować błahość fabularną większości zaprezentowanych historii.

poniedziałek, 11 marca 2019

Captain Marvel (Kapitan Marvel) - recenzja


Wszyscy spragnieni większej ilości filmów o kobiecych superbohaterkach mogą już spać spokojnie. "Captain Marvel” po pierwszym weekendzie wyświetlania zgarnęła prawie pół miliarda dolarów. Jest dobrze. Szkoda, że ten (potencjalnie) przełomowy dla przyszłości MCU tytuł jest zarazem projektem tak bardzo zachowawczym.

„Captain Marvel” to kwintesencja kinowego uniwersum Marvela. Produkt dopracowany, starannie zrobiony, cieszący oczy ładnymi efektami, trzymający się kupy, doprawionymi różnymi mniej lub bardziej udanymi drobnymi żartami i nieodstręczający widza niczym istotnym. Studio Marvela nie produkuje ewidentnych kaszan. Od strony producenckiej mają wypracowaną formułę, która się sprawdza od lat. Problem z formułami wtłaczanymi w proces twórczy jest jednak taki, że zapewniają jakąś ich stałą jakość, ale zarazem oferują mało miejsca na kreatywne szaleństwo i nieprzewidywalność gotowego produktu. A bez tego widz łapie się na tym, że ogląda coś, co wprawdzie nie przynudza, bo ma przyzwoite tempo i starannie wyważone poszczególne elementy składowe, a nawet sprawia sporo radochy podczas samego seansu, ale jest to dość fantomowe przeżycie. Fantomowe, bo ciężko później określić, co właściwie sprawiło, że oglądało się to dobrze. Nie wraca się do tych filmów myślami, nie wspomina z podnieceniem konkretnych scen, nie wypatruje kolejnego seansu, bo doświadczenie oglądania ich było wykastrowane z ekscytacji towarzyszącej obcowaniu z czymś nowym, świeżym i pomysłowym.


Dlatego widzowie tak bardzo pokochali zeszłorocznego animowanego Spider-mana, gdzie w sposób błyskotliwy i niczym nieskrępowany bawiono się formą oraz oczekiwaniami odbiorców. Z tego powodu zakochano się w tym bezwstydnie komediowym podejściu w filmie „Thor: Ragnarok”. I quasi-realistycznym potraktowaniu tematu z domieszką szpiegowskiej paranoi w „Zimowym żołnierzu”. Chcemy więcej takich filmów, czyli szalonych, pomysłowych, zaskakujących i błyskotliwych, a mniej robionych według sprawdzonego wzorca. Po dziesięciu latach istnienia MCU i zrobieniu dwudziestu filmów wchodzących w jego skład, Kevin Faige powinien zacząć coraz śmielej odchodzić od tej wypracowanej i bezpiecznej formuły, która sprawdzała się w pierwszej fazie, ale zaczyna coraz bardziej uwierać w nowych projektach. Przyszłość tego kinowego uniwersum powinna teraz zostać złożona w rękach takich artystów jak Taika Waititi, James Gunn i bracia Russo. Reżyserów o wyrazistym stylu, którzy potrafią się odnaleźć w realiach wysokobudżetowych produkcji realizowanych według wytycznych studia, ale zarazem posiadających komfort wypowiadania się przy tej okazji w swoim unikalnym stylu bez obawy, że zostaną zakneblowani.

„Captain Marvel” nie jest dzieckiem takich twórców. Jest to przezroczysty projekt pozbawiony autorskiego sznytu. Film przenoszący nas do lat 90., z czego niewiele wynika oprócz kilku fajnych piosenek z tamtego okresu. Produkt rozrywkowy obfitujący w ładnie zrobione komputerowe sceny akcji, ale cierpiący na deficyt zapadających w pamięci pomysłów na ekranową rozróbę. Film, który potrafi straszyć drętwym komputerowym manekinem udającym młodego agenta Coulsona, ale też zachwycić fantastycznie odmłodzonym Samuelem L. Jacksonem. Zresztą jego relacja z główną bohaterką to jeden z największych pozytywów tej historii, przyjemnie się na to patrzyło i słuchało ich rozmów. Scenariusz jest dość przewidywalny, ale potrafi delikatnie zaskoczyć w kilku kwestiach i okazjonalnie przywalić jakimś zgrabnym dialogiem, ripostą albo żartem. Brie Larson jest fajna w tej roli, ale chyba jeszcze nie do końca czuje tę postać i wciąż szuka pomysłu na nią, oby więc te poszukiwania nietrwały zbyt długo.


I żeby było jasne – to jest udany film, jeszcze dekadę temu przyjąłbym go z otwartymi ramionami, ale przez ten czas powstało przynajmniej kilkanaście innych mu podobnych i jako widz poszukuję już czegoś więcej, jak tylko kolejnego solidnego produkcyjniaka, który będzie przyjemny w odbiorze, ale pozostawi mnie w stanie uśpienia na poziomie emocjonalnym. Pragnę produkcji wymykających się oczywistym rozwiązaniom, a zrobienie z kobiety głównej postaci w filmie nie jest złamaniem schematu tylko potwierdzeniem czegoś, co powinno być oczywiste – nieważna jest płeć, ważne jest to, czym będzie się mogła pobawić na ekranie, czyli rolą, scenariuszem i przygotowanymi rekwizytami.

niedziela, 24 lutego 2019

Resident Evil: The Final Chapter - recenzja


Nie zdołałem wybrać się na „Resident Evil: Ostatni rozdział” do kina. Pewnie za bardzo byłem wtedy zajęty bieganiem na „La La Land”. Zresztą z repertuaru w lokalnym kinie wyparował chyba po tygodniu wyświetlania. Jakiś czas temu film trafił do oferty Netfliksa. Miałem wczoraj wieczorem pudełko gorącej pizzy i zimny browar w łapie, połączenie tego z obejrzeniem ostatniego rozdziału kultowej (hehe) serii „Resident Evil” wydawało się dobrym pomysłem. Po kilku minutach seansu zwątpiłem w to.

Jakimś cudem im bardziej doświadczony w swoim fachu, tym większe szroty wypluwa z siebie Paul W.S. Anderson. Seria „Resident Evil” nigdy nawet nie leżała obok dobrych filmów, ale poprzednią odsłoną („Resident Evil: Retrybucja”) udowodnił, że jego wieloletnie dopracowywanie przepisu na ostateczne guilty pleasure zbliżyło go do absolutu. Był niczym mały chłopiec, który sięga po każdy czadowy pomysł podpatrzony gdzieś indziej i wykorzystuje podczas zabawy w reżyserowanie. Nawet nie próbował już udawać, że robi dobry film, albo przeciętny film, co tam, że robi w ogóle film. Zabawił się po prostu w zrobienie nieinteraktywnej gry nadziabanej efekciarskimi pomysłami ukradzionymi od innych.

Bohaterowie przebijali się przez kolejne poziomy, w których mieli do zabicia określoną ilość przeciwników, przeskakiwali z ogarniętego epidemią Tokio do starcia z bossem na ulicy Nowego Jorku (dwóch wielkich zakapiorów z ogromnymi siekierami). Pomiędzy miejscówkami było nawet coś zbliżonego do ekranu ładowania poziomu. Postacie były płaskie, waliły sucharami z prędkością karabinu półautomatycznego i oczywiście biegały we wdziankach rodem z bijatyk z pierwszego Playstation. I oglądanie tego sprawiało autentyczną frajdę. Oczywiście jeżeli potrafiło się docenić filmowy paździerz wyniesiony do poziomu niedorozwiniętego artyzmu. Co najfajniejsze, Anderson nie zdradzał absolutnie żadnych pretensji, nie udawał, że ten film jest czymś więcej jak tylko głupawą rozrywką, ale zachowywał przy tym pełny profesjonalizm techniczny. Film mógł sobie być pod każdym innym względem koszmarem studenta filmoznawstwa, ale od strony formalnej był bez zarzutu. Miało to dopracowane efekty, fajne ujęcia, czytelny montaż, wylatujące z ekranu przedmioty, jakąś ogólną estetykę wizualną i ciekawe pomysły aranżacyjne. Spięte to było oczywiście klamrą zdradzającą obecność na planie delikatnie opóźnionego filmowca, ale to tylko dodawało całości smaczku.

W najnowszym filmie nie ma z żadnej z tych rzeczy, pozostał tylko ten niezbyt lotny reżyser, krzyczący „akcja” do istot aktoropodobnych stojących w pomieszczeniu otoczonym zieloną ścianą. Jest to film zły. Ale to zły w sposób dobitny. Z każdego kadru wylewa się tandeta, pokraczne dialogi wywołują kolejne parsknięcia, fabuła zupełnie nie ma sensu, zachowania postaci wywołują ciągły śmiech, podobnie jak interakcje pomiędzy nimi. Strona techniczna to jakiś kiepski żart. Już dawno nie widziałem tak złego montażu. Na sceny akcji nie da się patrzeć, bo tak strasznie je poszatkowano na setkę krótkich cięć, albo raczej próbowano ulepić z setki krótkich skrawków, że można dostać padaczki od zbyt intensywnego wpatrywania się w ekran. Osoba dotknięta chorobą Parkinsona skleciłaby z tego lepszy materiał. Sprawę pogarsza, że część scen zrealizowano w nocy albo mrocznych pomieszczeniach (zapewne żeby oszczędzić na efektach specjalnych) więc przez znaczną część filmu nie do końca wiadomo, co się dzieje na ekranie. Dodać do tego nudny scenariusz i przezroczystych bohaterów, którzy zapewniają widzowi niezamierzoną rozrywkę przez sam fakt bycia pociesznie oczywistym mięsem armatnim dla Andersona, i otrzymujemy obraz filmu spełnionego. Idealnego, perfekcyjnego wręcz, przykładu tego jak nie należy robić kina rozrywkowego.

Co się jednak uśmiałem to moje.

Nie mogę się teraz doczekać masakry jaką para Anderson-Jovovich zrobi marce „Monster Hunter”.

sobota, 9 lutego 2019

Sex Education - pierwszy sezon


Nie zapowiadał tego pierwszy odcinek, który był po prostu w porządku, ale „Sex Education” to cholerstwo, które wciąga jak woreczek mandarynek. Niby można je sobie dawkować, ale zanim się obejrzysz wokół ciebie leży pełno skórek i zastanawiasz się, jak teraz wytłumaczyć rodzinie, że wpieprzyłeś wszystko sam przy jednej posiadówie. Dawno już nie połknąłem jakiegoś serialu za jednym posiedzeniem, zwłaszcza w piątek wieczorem, gdy zdarza mi się odpłynąć w fotelu zanim jeszcze dokończę myśl: „ej, ale bez jaj, że walnę w kimono przed 22.00...”. „Sex Education” oglądałem do drugiej rano. I nawet nie było opcji żebym przerwał i położył się wcześniej spać.

Nie jest to jakiś wybitny serial. Nie wszystko tutaj działa bez zarzutu. Czasem rozjedzie się tonalnie, czasem poleci jakimś schematem, a muzyka w tle to taki poziom „Złotopolskich”, bardzo opisowa, banalna, oczywista i często stawiająca na tandetne, humorystyczne tonacje. „Sex Education” jednak nadrabia to wszystko serduchem włożonym w scenariusz, budowę postaci i ciekawy rozwój relacji pomiędzy nimi, a przede wszystkim to humorem i bardzo dobrymi kreacjami aktorskimi. Wiadomo, najbardziej znaną aktorką, ciągnącą ten serial na swoich barkach (i dostarczającą kilka kapitalnych scen) jest Gillian Anderson, ale obsada skrywa jeszcze Asa Butterfielda, dobrze czującego się w skórze swojego bohatera, a także kilka aktorskich objawień, o których jeszcze pewnie usłyszymy w przyszłości. Obsada często za cholerę nie wygląda, jakby byli prawdziwymi nastolatkami, ale za to wszyscy trzymają poziom i bez zgrzytów przeprowadzają nas przez tę wciągającą historię. I do tego jest jeszcze Emma Mackey, która czasem wygląda jak młodsza siostra Margot Robbie, a czasem jak ktoś zupełnie niepodobny do Margot Robbie, ale w obu przypadkach patrzy się na nią z równym zainteresowaniem.

Interesujące są tutaj poboczne wątki, które wynikają z działalności głównego bohatera, scenarzyści zgrabnie korzystają z humoru sytuacyjnego, dialogi też skrzą się od zabawnych tekstów, a czasem na łopatki rozkłada pocieszna absurdalność jakiejś sceny. Jest to niewątpliwie serial, w którym powinni się odnaleźć fani brytyjskiego „Skins”, bo oferuje zbliżone podejście do nastoletniego komedio-dramatu, ale „Sex Education” jest mniej szalone, dzikie i… brytyjskie. Sprawia to trochę wrażenie, jakby o angielskich realiach próbowali opowiadać Amerykanie, którzy zrobili sobie maraton ze „Skins”, ale jednocześnie weekendami katowali stare odcinki „Beverly Hills 90210”. Nie stanowi to wielkiego problemu, ale początkowo sprawia, że zastanawiamy się, czy rzeczywiście akcja osadzona jest w Anglii i przez jakiś czas poszukujemy na ekranie dowodów na to.

Najważniejsze jednak, że serial cholernie wciąga, ogląda się go z przyjemnością i zaciekawieniem, delikatnie rozbawia, ale nie boi się też uderzyć w poważniejsze tony, a do tego pozostawia po sobie niedosyt i chęć zobaczenia kolejnego sezonu (już potwierdzonego).

Będę na niego czekać.

niedziela, 13 stycznia 2019

ZGNIŁE PARÓWY 2018, czyli największe rozczarowania i traumy filmowe ubiegłego roku.


Wzorem ubiegłego roku, oprócz tych najlepszych, postanowiłem ponownie „wyróżnić” również najgorsze filmy jakie widziałem w kinie w ubiegłym roku. Muszę przyznać, że tym razem obawiałem się, czy uda mi się w ogóle skompletować jakąś dłuższą listę. Nie widziałem jakoś specjalnie wiele złych filmów (co głównie wynikało z tego, że często nie chciało mi się zebrać do kina na produkcje, które zapowiadały się na nużące przeciętniaki), a nie zamierzałem wrzucać tutaj czegoś na siłę. Po przejrzeniu na Filmwebie wszystkich filmów ocenionych w zeszłym roku znalazłem jednak dziewięciu „wspaniałych” i dorzuciłem do tego jedną bonusową pozycję z Netfliksa. Warto zaznaczyć, że nie mieszkam w Polsce więc nie miałem okazji zobaczyć żadnej polskiej komedii romantycznej, co niewątpliwie wpłynęłoby znacząco na liczbę tytułów na poniższej liście. Nie zdołałem się też zebrać pod koniec roku na takie filmy jak „Zabójcze maszyny” i „Robin Hood: Początek”, które szybko zniknęły z kinowego repertuary, a pewnie trafiłyby do poniższej listy. Nawet nie próbowałem natomiast zobaczyć „Slender Mana”, bo wiedziałem, że tylko bym się niepotrzebnie irytował podczas seansu.

Nie sugerujcie się kolejnością tytułów na liście, bo podporządkowana jest datom ich polskich premier.

Dobrze więc, lećmy z tymi zgniłymi parówami, opisy będą krótkie i treściwe, bo i tak już poświęciłem tym marnym filmom zbyt wiele mojego czasu:


PASAŻER, no trzeba przyznać, że jest jakimś osiągnięciem zrobienie tak bardzo bezbarwnego, bzdurnego, sztampowego i pozbawionego napięcia filmu akcji. Liam Neeson mógłby już przestać odcinać kupony od „Uprowadzonej”, bo robi się to coraz smutniejsze i cięższe do zniesienia.

NOWE OBLICZE GREYA, tym razem dopatrzyłem się nawet jakichś plusów, bo było to niewątpliwie lepsze od drugiej części, przynajmniej miało fajne piosenki, a nie straszyło natomiast zakończeniem zapowiadającym kolejną odsłonę. I to jest w zasadzie najpiękniejsza rzecz związana z tą premierą – okres Walentynek w kinach będzie od teraz wolny od Pana Szarego i jego pejczyków. No, przynajmniej do czasu, gdy zrobią remake, albo opowiedzą historię z jego perspektywy...

PACIFIC RIM: REBELIA, jeden z tych filmów, które momentami przynudzają tak bardzo, że zaczynamy liczyć nasze umierające komórki mózgowe, wykańczane seriami przez kolejne idiotyzmy fabularne. Nie było w tym serca i polotu, była natomiast nuda, przewidywalność i odtwórczość.

PRAWDA CZY WYZWANIE, prawda: idiotyczna, niestraszna, pozbawiona klimatu, słabizna.

RAZ SIĘ ŻYJE, niby obsada fajna i Charlize Theron elegancko szarżująca na czwartym biegu, ale jakieś to takie bez życia, pomysłu i polotu, za to strasznie rozlazłe i nieco przynudzające.

JESTEM TAKA PIĘKNA!, a z tego to już nawet nic nie pamiętam więc najwyraźniej musiałem bardzo intensywnie pracować nad wyrzuceniem tych negatywnych przeżyć z pamięci.


PIERWSZA NOC OCZYSZCZENIA, film pełen zaskoczeń, bo za każdym razem, gdy wydaje się, że scenarzysta dokopał się już do samego dna głupoty tej historii to jakimś cudem odnajduje jednak w niej kolejne pokłady idiotyzmów. Ten film jest głupi i tandetny na tak wielu poziomach, że jest to na swój sposób imponujące. Logika tutaj nie istnieje, film wzbija się na wyżyny absurdu, gdy gangsterzy zaczynają wymachiwać siekierami i nożami niczym waleczni mnisi z zakonu Shaolin, a widz kiśnie z żenady, gdy sięgają po karabiny i w podniosłym nastroju decydują się walczyć o swoją dzielnię i zwykłych szaraków z osiedla.

THE MEG, ostatni raz przeżywałem takie emocje, gdy przypaliłem paluszki rybne. Pięciu scenarzystów zdołało zlepić historię, która zabija nudą od pierwszych minut. Nie znajdziecie tutaj zabawy motywem wyjściowym, energii, dowcipu i pomysłowych scen. Znajdziecie drewniane dialogi, wypchane pompatycznymi myślami, nieśmiesznymi żartami i bełkotliwymi kwestami.

VENOM, wehikuł czasu zabierający widza w okres powstawania takich tytułów jak „Spawn”, „Daredevil”, „Catwoman” oraz „Elektra”. Filmów nie tyle radośnie campowych, co zwyczajnie durnych, nudnych, nietrafionych tonalnie, nierozumiejących materiału źródłowego, no i zwyczajnie tandetnych. Film zupełnie pozbawiony ikry, oparty na leniwie skleconym scenariuszu, wypchanym kretynizmami, drewnianymi dialogami, nudnymi scenami, zerowa logiką wydarzeń i obowiązkowym niewyrazistym finałowym starciem kupki pikseli o los całej ludzkości.


Bonus:

BEZ SŁOWA, czyli rozczarowanie dekady, bo tyle mniej więcej czekałem na ten film. Duncan Jones stał się niestety reżyserem, który z obiecującego debiutanta został zdegradowany do poziomu przeciętnego wyrobnika. W przypadku tragicznie złego „Warcrafta” mógł się jeszcze zasłaniać tym, że był jedynie trybikiem w wielkiej komercyjnej maszynie sterowanej przez studio. Przy realizacji „Bez słowa” miał wolną rękę, Netflix nie bruździł w jego piaskownicy, Jones czekał na taką możliwość przez kilkanaście lat, a w efekcie otrzymaliśmy kino bez polotu, wizji, a co najgorsze – pozbawione życia i energii. Kiepsko.

Więcej traum i rozczarowań nie pamiętam.

niedziela, 6 stycznia 2019

Najlepsze filmy 2018


2018 był bardzo dobrym rokiem dla polskiego kina. Premierę miało dużo udanych i ciekawych filmów. W rodzimych kinach niewątpliwym fenomenem był „Kler”, który rozbił bank, a na świecie było o nas głośno za sprawą festiwalu w Cannes, gdzie pokazywano w tym roku aż trzy polskie produkcje. Najwięcej szumu oczywiście zrobiła „Zimna wojna”, nagrodzona za reżyserię, co bynajmniej nie zakończyło listy sukcesów filmu Pawlikowskiego. Cieszyło mnie to, jak i fakt, że to Wojciech Smarzowski, a nie pewien łysy pan, podbijał portfele polskich widzów. „Kler” nie znalazł się na poniższej liście, bo nie spełnił podstawowej zasady, jaką się każdego roku kieruję przy jej układaniu – film musiał dostać ode mnie co najmniej 8/10. Nie jest to czas i miejsce, żeby tłumaczyć się z tej oceny, więc przejdźmy szybko do wyjaśnienia drugiej zasady, której się zawsze stosuję – film musiał mieć polską dystrybucję kinową w ubiegłym roku.

W tym roku padło więc na siedemnaście filmów, w tym trzy produkcje polskie, oraz jeden bonusowy tytuł, który niestety w Europie był dostępny jedynie na Netfliksie. Kolejność filmów na poniższej liście nie jest zupełnie przypadkowa, ale oprócz pierwszych kilku pozycji, nie poświęcałem tej kwestii przesadnie dużo czasu i nie biłem się przesadnie z myślami. Wszystkie te filmy są warte zobaczenia, ale niekoniecznie przez każdego odbiorcę, i chodziło głównie o to, żeby je jakoś wyróżnić, a nie wartościować względem siebie.

No dobrze, przejdźmy zatem do dania głównego...



WYSPA PSÓW

Jeżeli miałbym podsumować „Wyspę psów” jednym słowem byłaby to: doskonałość. Niczego bym tutaj nie zmienił. Ogląda się to ze stałym zainteresowaniem, interakcje pomiędzy bohaterami bawią, kolejne lokacje nie przestają zaskakiwać pomysłowością twórców, orientalne kompozycje Desplata są idealnie dobrane, humor jest subtelny, często uderzający w specyficzne tonacje, idealnie trafiający jednak w moją wrażliwość, podobnie jak dziwaczny klimat filmu, przy którym nie sposób się nudzić. Film Andersona jest wypełniony kapitalnymi pomysłami. Ekipa animatorów bawi się wykorzystywaną technologią, zgrabnie korzystając z jej możliwości, ale też ograniczeń, czyniąc z nich zalety i pomysłowo adaptując do roli gagów wizualnych. Każde kolejne filmowe miejsce to nowa wartość i doznanie, cieszące oczy detalami, pociesznymi zabudowaniami, pomysłową architekturą, ciekawie rozstawionymi w ekranowej przestrzeni rekwizytami, a wszystko zrobione wedle wzorca – ma bawić. Jest to niewątpliwie dzieło Wesa Andersona, produkcja nieco dziwna, z pogranicza kina dla dzieci i dorosłych, nigdy nieprzekraczająca granicy dobrego smaku, ale jednak daleka od bezpiecznych, uładzonych bajek, które nikogo nie zbulwersują. Nie nudziłem się nawet przez minutę, twórcy cały czas dbają o to, żeby jakoś zaciekawić odbiorcę. Fabuła jest nielinearna, często wskakują retrospekcje, zabawy formalne i błyskotliwe sztuczki narracyjne. Zawsze czeka na widza jakiś gag - wizualny, muzyczny, czy też skrywający się w dialogu, który zapewni, że nie zniknie nam z ust grymas rozbawienia, będący stałym ustawieniem naszej twarzy podczas seansu. Doskonałość.

Recenzja: KLIK



TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI

O tym, że McDonagh ma talent do pisania wpadających w ucho, efekciarskich dialogów, doprawionych humorem, błyskotliwymi puentami i soczystymi bluzgami, wiadomo od pierwszego filmu. Niewielu scenarzystów potrafi wulgaryzmami operować niczym poezją, nadając im rytmikę i odpowiednią dynamikę, ale unikając przy tym prostactwa. Frances McDormand jest bardzo wdzięczną tubą dla jego „wierszy”. Aktorka rozsmakowuje się w każdym przekleństwie niczym w smakołyku, czasem pozwalając wybrzmieć pojedynczej obeldze, ale za to dobitnej, żeby w kolejnej scenie wystrzelić z siebie długą wiązankę nastawioną na oszołomienie ofiary ilością wulgaryzmów. „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri” to dzieło dojrzałego już twórcy, pokorniejsze, bardziej stonowane, ale bynajmniej niewykastrowane z tego, co czyniło jego dotychczasowe filmy tak ekscytującymi. W świecie McDonagha nic nie jest czarno-białe, chętnie wywleka przywary bohaterów, ale w zaskakująco naturalny sposób również powoli odkrywa przed widzem delikatne cechy ich osobowości, skrywane dobro i ciepło. Pierwsza godzina seansu może zmylić. Gdy już wydaje się, że rozpracowaliśmy klimat filmu i kierunek obrany przez scenarzystę, ten zaczyna zaskakiwać, czasem na poziomie fabuły, a czasem nagłymi zmianami dynamiki i nastroju rozmów oraz interakcji pomiędzy postaciami. Później ciężko już przewidzieć w jakim konkretnym kierunku podąży ta historia, ale chociaż wyłamuje się schematom i ucieka łatwym odpowiedziom, wszystko to wypada szczerze, naturalnie i wynika jasno z fabuły. Uwieńczeniem tego jest otwarte zakończenie, nieco melancholijne, ale też w ciekawy sposób krzyżujące ścieżki niektórych postaci.

Recenzja: KLIK



TAMTE DNI, TAMTE NOCE

Film niczym pierwsza letnia miłość, delikatny, niepozorny, nieco leniwy, pozornie błahy, ale wchodzący pod skórę i niedający o sobie zapomnieć. Luca Guadagnino niejako kontynuuje to, co rozpoczął w „Nienasyconych”, czyli filmową pocztówkę z wakacji w słonecznych Włoszech. Oba filmy oczarowują klimatem, pięknymi zdjęciami i krajobrazami, relacjami pomiędzy bohaterami, no i oczywiście aktorstwem. Dużo w nich nagości i seksu, bo leniwy wakacyjny klimat skąpanych w słońcu Włoszech sprzyja większej rozwiązłości i uleganiu pokusom. Różni się jednak sposób portretowania tychże. Pożądanie seksualne w „Nienasyconych” jest wykorzystywane do testowania granic bohaterów, ich wierności, miłości, stanowi możliwość rozpoczęcia nowej relacji, odnowienia starej albo jej definitywnego zakończenia. „Tamte dni, tamte noce” są pod tym względem bardziej niewinne, mniej cyniczne, a do tego skąpane w nostalgii do czasów, gdy łatwiej było odciąć się od świata, zaszyć na jakimś bezludziu i spędzić godziny przy książce albo w księżycowym blasku. „Tamte dni, tamte noce” portretują rodzące się gejowskie uczucie, ale unikają typowych dramatów i sensacyjnej otoczki często występującej w filmach o takiej tematyce, skupiając się za to na zniuansowanej relacji pomiędzy dwójką bohaterów, ale też poświęcając wystarczająco dużo uwagi postaciom pobocznym, żeby tchnąć życie w otaczający ich świat i nadać mu kolorytu.

Recenzja: KLIK



PŁOMIENIE

Film, którego w pełni doceniłem dopiero przy drugim seansie, gdy byłem wyspany i w pełni skupiony na fabule. Jeżeli powolne kino zbyt mocno testuje waszą cierpliwość to „Płomienie” będą męczarnią. Historia korzysta ze szkieletu dreszczowca, ale wyrzuca z niego mięso, wnętrzności, krwiobieg i serce, zastępując je organami przeniesionymi z kina arthouse’owego, stawiając na niemrawy rytm slow cinema, skupiony raczej na refleksji i klimacie, jak dreszczu emocji oraz nerwowym napięciu kina gatunkowego. Reżysera „Płomieni” bardziej interesuje budowanie niedopowiedzeń, wątpliwości i zagadek, jak udzielanie odpowiedzi, straszenie i wstrząsanie. Cierpliwie buduje świat, starannie kreując rzeczywistość otaczającą bohaterów, usilnie próbując pokazać jak najwięcej z tego, co składa się na ich życie, nie zdradzając zbyt wiele o nich samych. Chang-dong Lee zdecydowanie dopieszcza odbiorców skupionych na historii i bawi się w podsuwanie im potencjalnych odpowiedzi na różne pytania, które później również kwestionuje. Jeżeli należycie do takich widzów to „Płomienie” będą siedzieć Wam w głowie jeszcze przez długie tygodnie, szczególnie, jeżeli znajdziecie sobie odpowiedniego partnera do dyskusji po filmie, bo jest o czym rozmawiać jeżeli różnicie się zdaniem w pewnej kwestii.

Recenzja: KLIK



NIĆ WIDMO

Najlepszy film Paula Thomasa Andersona od czasu „Aż poleje się krew”, ale też zupełnie inny, subtelny, delikatny, nieoczywisty, a przy tym cholernie intrygujący. Zaczyna się jako opowieść o szarej myszce z prowincji, która wchodzi w świat mody kuchennymi drzwiami, wpuszczona przez rozkapryszonego egocentryka, ale niespodziewanie ewoluuje w historię niebanalnego związku opartego na skomplikowanej relacji dwójki ludzi (i sekundującej im kobiety). On potrzebuje żeby całe życie domu kręciło się wokół niego, podporządkowane jego fanaberiom i potrzebom, ale rozumie też, że będzie w stanie pokochać jedynie kobietę, która zdoła raz na jakiś czas powalić go na kolana (i to dosłownie), a następnie otoczyć matczyną opieką. Ona potrzebuje czasu, żeby to rozgryźć, nie bez problemów, ale w końcu odczytuje jego potrzeby i zaczyna nimi pogrywać. Z boku przygląda się temu jego siostra, na co dzień podległa jego potrzebom, ale potrafiąca warknąć i przywołać go do porządku, gdy zaczyna sobie pozwalać na zbyt wiele. I chyba największym zaskoczeniem jest to, że to miała być ostatnia wielka rola Daniela Day-Lewisa, no i jest, ale nie pozostawia w cieniu partnerujące mu dwie doskonałe aktorki, które tworzą zniuansowane i nieoczywiste bohaterki. W tle plumka sobie subtelne pianinko, nerwowe szarpnięcia skrzypków podbijają napięcie, a pewną ręką opowiada to wszystko wybitny reżyser.



ROMA

„Roma” to fascynujący wgląd w czyjeś wspomnienia. Dzieło na wskroś osobiste. Alfonso Cuarón zbiera od kilku miesięcy liczne laury i pochwały za głębokie zanurkowanie w odmętach nostalgii oraz sentymentalnych skrawków z własnej przeszłości. To film, który był podporządkowany przeszłości. Gdy szukano ludzi, którzy wcielą się w filmową rodzinę, podstawowym kryterium był wygląd zbliżony do prawdziwej rodziny Cuaróna. Reżyser nie dbał o to, czy będą to zawodowi aktorzy, i ostatecznie jedynie Marina de Tavira, wcielająca się w matkę, miała doświadczenie w zawodzie. W scenariuszu były wyszczególnione daty prezentowanych zdarzeń i bardzo dbano, żeby to, co w filmie było pokazywane w kinie, telewizji oraz nagłówkach gazet, było zgodne z prawdą. „Roma” jest filmem opowiedzianym długimi ujęciami, ale Cuarón nie był niewolniczo poddany tej formie, bo wizualną ucztę potrafi stworzyć chociażby z krótkich ujęć dokumentujących skomplikowaną operację parkowania samochodu w ciasnym korytarzu. Jest to produkcja niewątpliwie oszałamiająca stroną techniczną, dbałością o detale, scenami, gdy kamera śledzi bohaterkę przechadzającą się meksykańskimi ulicami upstrzonymi statystami pochłoniętymi swoimi codziennymi czynnościami. Ilość rzeczy, jakie tutaj mają miejsce na drugim planie (albo pierwszym, bo czasem to Cleo przemyka gdzieś w tle) jest zachwycająca. I do tego te przepiękne czarno-białe zdjęcia, którym przyglądamy się w niemym zachwycie przez cały seans. Dlaczego więc „Roma” nie tylko nie znalazła się na podium, ale nawet nie zmieściła się do pierwszej piątki? Pozostałe filmy po prostu mocniej łechtały mnie intelektualnie, albo emocjonalnie, w efekcie na dłużej pozostały ze mną po seansie, co jednak stawiam nieco wyżej, jak zachwyt nad mistrzowskim operowaniem kamerą i starannie przygotowanym scenom.



SPIDER-MAN UNIWERSUM

Gdy już pogodziłem się z myślą, że po raz pierwszy na tej liście nie znajdzie się żaden film superbohaterski to nagle pojawił się ON, cały na czerwono-niebiesko. „Spider-Man Uniwersum” jest dokładnie taką animacją, jaką wydawał się być po pierwszych zwiastunach – świeżą, oszałamiającą wizualnie, zabawną i cholernie pomysłową. Ilość fajnych pomysłów, którymi ciska się tutaj pełnymi seriami w widza, jest doprawdy oszałamiająca. Gdy tempo w scenach akcji wskakiwało na najwyższy bieg, a liczba pajęczaków obecnych na ekranie zaczynała przekraczać normy unijne, to chwilami działo się tyle rzeczy, że nie wiedziałem gdzie się patrzyć najpierw. Jest sporo niespodzianek, jest tysiąc nawiązań do komiksów, starszych filmów oraz kreskówek ze Spiderem, ale przede wszystkim to jest ogromna miłość do tej postaci. I do tego ta niesamowita strona wizualna. Piękna, niebanalna, dynamiczna, stale czymś zaskakująca, z lekkością skacząca pomiędzy konwencjami i stylami, bawiąca się formą, perspektywą oraz oczekiwaniami widza. Pełny zachwyt.



ZIMNA WOJNA

„Zimna wojna” to historia pary, która nie mogła bez siebie żyć, ale nie mogła też znieść wspólnego życia. Film niesie do przodu przede wszystkim kreacja Joanny Kulig, ciepła i zmysłowa, gdy staje przed mikrofonem i śpiewa, ale też wariacka, żywiołowa oraz impulsywna w codziennym życiu. Kulig spycha w cień resztę obsady, zwłaszcza nieco wycofanego Tomasza Kota, znajdując równą sobie partnerkę w osobie Agaty Kuleszy, której postać niestety szybko zostaje porzucona przez scenarzystę. Podobnie jak w przypadku „Idy” jest to film pięknie nakręcony. Czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala ponownie stanowią źródło estetycznych doznań najwyższej jakości. Widać, że operator (wspólnie z reżyserem) starannie układał kadry i bohaterów w filmowej przestrzeni żeby zapewnić widzowi wizualną podróż najwyższej jakości. Film jest bardzo krótki, a do tego sporo czasu zajmują w nim pięknie zrealizowane sceny występów muzycznych. Reżyser wyciska jednak z nich o wiele więcej, jak tylko wartość estetyczną, pokazując przy ich pomocy aktualne relacje pomiędzy bohaterami, ewolucję postaci albo dowalając dającym po głowie obrazkiem (ludowy zespół fikający na tle wielkiego wizerunku Stalina śpiewając przy tym o socjalistycznych wartościach). Jestem dumny, że polska kinematografia zaczyna być kojarzona na zachodzie z takimi dobrymi produkcjami.

Recenzja: KLIK



KSZTAŁT WODY

Film wygrał cholernego Złotego Lwa, dostał też Złoty Glob oraz Oscara, ale czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, której się on podobał. Pewnie dlatego, że przeciwnicy tak żarliwie krzyczeli o tym, dlaczego powinien się nie podobać. Osobiście nie dałbym mu statuetki za najlepszy film, ale za reżyserię już tak. „Kształt wody” to pięknie i płynnie opowiedziana historia, a to zasługa właśnie sympatycznego Meksykanina. Jest to film bardzo w jego stylu, kolejny raz stanowiący świadectwo ogromnej miłości do potworów i dziwadeł, bardzo hollywoodzki, baśniowy, nostalgiczny, dość naiwny, puszczający oko do klasyki kina, ale zarazem też bardzo niehollywoodzki, bo mroczny, brutalny, rozerotyzowany. Wątpię żeby Guillermo del Toro stworzył jeszcze w przyszłości coś tak bardzo mainstreamowego, zachowując jednocześnie swój unikatowy styl, trafiając przy tym idealnie w stronę wizualną, dostając przy okazji dodatkowe wsparcie w postaci świetnego soundtracku i kreacji aktorskich (uważam, że Sally Hawkins była w tym filmie fantastyczna). To była jego najlepsza szansa na zdobycie kiedyś statuetki, i to prawdopodobnie jedyna, bo pewnie teraz odpłynie ponownie w kierunku jakichś „dziwnych” projektów, więc cieszę się, że mu się udało.



LADY BIRD

Nie jest to kino odkrywcze, opowiadające jakieś nowe prawdy o życiu lub przenicowujące gatunek. „Lady Bird” to kino o rozterkach, problemach oraz przemyśleniach nastolatków, i jako takie odhacza większość tematów typowych dla tego rodzaju filmów: młodzieńczy bunt, niemożność znalezienia wspólnego języka z rodzicem, inicjację seksualną, uczucie zagubienia u progu dorosłego życia i obawę o to, co przyniesie przyszłość. Siła filmu Grety Gerwig leży w tym, jak o tym wszystkim opowiada, a jest to historia szczera, osobista, czasami zabawna, czasami skłaniająca do refleksji albo powrotu wspomnieniami do własnych nastoletnich przeżyć. W „Lady Bird” osoba autorki jest ważna, bo Gretę czuć w tym filmie, jest to opowieść o jej rodzinnych stronach, własnych doświadczeniach i relacji z matką, ale przepuszczona przez filtr dorosłego artysty, wprawdzie czule patrzącego na młodzieńczą naiwność, a jednak wytykającego egoizm i egocentryzm skupionej na sobie nastolatki, nieświadomie raniącej uczucia bliskich. Gerwig zgrabnie wyłuskuje kolejne małe-wielkie momenty z życia maturzystki, skupiając się na skrawkach z życia, ale pokazując też, jak różne drobnostki, wręcz pierdoły z perspektywy dorosłego, mogą być istotne, a wręcz formatywne dla osobowości młodego człowieka.

Recenzja: KLIK



DOGMAN

„Dogman” oferuje najlepsze elementy „Gomorry” porzucając jednocześnie jej usypiające tempo narracji. Jest to mroczna, ponura, chwilami brutalna opowieść o miejscu w którym nie chciałbym spędzić nawet godziny. Miejscowa zabudowa, składająca się z rozsypujących się starych budynków, przypomina postapokaliptyczną scenografię. Rozległy, praktycznie wymarły plac, będący areną wielu wydarzeń w filmie, jest niczym z westernu. Wszechobecny brud, szarzyzna i bogate pokłady błota pojawiające się po każdym deszczu, przypominają natomiast o tym, że istnieją na zachodzie miejsca, które szerokim łukiem obchodziłby nawet największy drab ze Śląska. Garrone nie pędzi do przodu, spokojnie wgryza się w realia tego świata, pokazując nam codzienność głównego bohatera (świetna rola Marcello Fonte, nagrodzonego w Cannes) i mnożąc przykłady kolejnych zbójeckich zachowań miejscowego bandyty o imieniu Simone (Edoardo Pesce). Nie jest to jednak kino ślamazarne, dzieje się tutaj sporo, tempo jest wartkie, klimat budowany wzorcowo, a postacie starannie rozbudowywane. Mój ulubiony film Matteo Garrone.

Recenzja: KLIK



FOKSTROT

Rewelacja festiwalu w Wenecji sprzed dwóch lat. Izraelski film kilkukrotnie zmienia klimat i ciężar historii, ale konsekwentnie zmierza ku najważniejszemu – opowiedzeniu o realiach życia we współczesnym Izraelu, miejscu stojącym w rozkroku pomiędzy wojną, a pokojem. Film składa się z trzech segmentów. Pierwszy opowiada o rodzicach zdruzgotanych informacją o śmierci syna, który zginął na służbie. Maoz wnikliwie, ale też czule, z empatią, przygląda się rodzinnej tragedii i sfrustrowanemu ojcu, który próbuje odnaleźć w tym jakiś sens i nie oszaleć w kontakcie z wojskowymi przepisami. Drugi segment skręca w bardziej surrealne i absurdalne rejony, gdy śledzimy znudzonych żołnierzy spędzających w swoim towarzystwie długie godziny na posterunku położonym pośrodku pustyni. Maoz potrafi jednak postawić ich, a także odbiorcę, do pionu i przypomnieć, jak łatwo ich rutyna może przerodzić się w koszmar. O trzecim segmencie najlepiej nie pisać zbyt wiele. Stanowi wprawdzie najsłabszy element filmu, ale jest bardzo istotny, bo wyjaśnia znaczenie tytułu filmu, a także dostarcza istotnych informacji o całej rodzinie. „Fokstrot” to kino niebanalne, nieoferujące łatwych rozwiązań fabularnych i sympatycznych bohaterów, co jednak nie przeszkadza we współczuciu im, gdy muszą zmagać się z żałobą, ale też zrozumieniu ich, gdy pozwalają sobie odpocząć od niej. A scena tańca z karabinem maszynowym to jeden z najbardziej zapadających w pamięci obrazów z zeszłorocznych filmów.



FUGA

Zwolennicy „Córek dancingu” mogą być rozczarowani, bo nie jest to równie wariacka opowieść. Zarówno w formie, jak i treści, jest to kino stonowane, chłodne, ale jest to też dzieło o wiele dojrzalsze, ciekawsze, szczersze na poziomie emocjonalnym. „Fuga” to kino kameralne, opowiadające o schorzeniu zwanym fugą dysocjacyjną, czyli specyficznemu rodzajowi amnezji. Osoba dotknięta tym całkowicie zapomina o wszystkim czego doświadczyła, stając się praktycznie nowym człowiekiem. Główna bohaterka, grana przez Gabrielę Muskałę (autorkę scenariusza), musi się skonfrontować ze swoją przeszłością zanim będzie gotowa odnaleźć się w nowej sytuacji i zdecydować o tym, jaką będzie teraz matką i żoną, albo raczej – czy zechce ponowne wcielić się w te role. Jest to fascynujący proces, ogląda się go z zaintrygowaniem, bo relacje pomiędzy bohaterami są nieoczywiste. Ona jest rozdrażniona tym, że musi odgrywać jakąś kobietę, która jest jej obca. Rodzina natomiast podchodzi do niej i jej schorzenia z dystansem, jakby nie do końca wierząc w niecodzienny problem niegdyś bliskiej im kobiety. Jest to odważna i dobra rola Muskały, wymagająca obnażenia zarówno cielesnego, jak i emocjonalnego. Całe szczęście, że miała oparcie w solidnej kreacji Łukasza Simlata i reżyserce, która pewną ręką prowadziła ich postacie.



DZIEDZICTWO. HEREDITARY

„Hereditary” został okrzyknięty jednym z najstraszniejszych horrorów, co jest nieprawdziwe i krzywdzące dla filmu, bo Ari Aster skupiał się na innych wartościach, elementy klasycznej grozy niejako doklejając do historii o czymś zupełnie innym. Reżyser jest bardziej zainteresowany niuansami psychologicznymi, jak tanim straszeniem widza, więc to w momentach, gdy przygląda się zachowaniom swoich bohaterów - które bywają zaskakujące, ale nie ma w tym fałszu, bo jest w tym jakaś prawda o ludzkiej psychice - rozkręca się najbardziej i wtedy ogląda się ten film z największą fascynacją. Gdy już jednak straszy, robi to z przytupem, dosadnie i bez ściemy, podśmiechujek i mrugania do widza. Przez większość filmu są to nieczęste momenty, ale tym mocniej wybrzmiewające, aczkolwiek nastrój grozy unosi się nad tą opowieścią od pierwszych scen. Często wynika to jednak ze specyficznego, nieco dziwacznego klimatu, który wtłacza obłęd i niepokój do pozornie normalnych wydarzeń. Nie jest to film, który przeraża w sposób paraliżujący, ale gdy już Aster wskakuje na odpowiednie tory to nie sposób oderwać wzroku od ekranu, w który wpatrujemy się niczym zahipnotyzowani, nie chcąc uronić jakiegoś drobiazgu, ale też zainteresowani tym, co wydarzy się dalej. Jest to przy tym ten rodzaj horroru, który ma szansę zostawić piętno na umyśle odbiorcy i przypomnieć o sobie w najgorszym możliwym momencie, czyli gdy jesteśmy sami, nocą, we własnym domu.

Recenzja: KLIK



WIEŻA. JASNY DZIEŃ

O „Wieży. Jasny dzień” reżyserka (Jagoda Szelc) mówi, że chciała zrobić normalny film, który rozpada się w finale. I tak rzeczywiście jest. O tym, że jest to coś więcej, jak tylko rodzinny dramat zbudowany wokół komunijnych obrzędów, wiadomo już w zasadzie od samego początku. Zwiastują to pojedyncze nadnaturalne elementy i lekka groza oraz „dziwaczność” przeszywająca okazjonalnie nasze kości niczym niespodziewany powiew zimnego wiatru późnym latem. Im bliżej końca, tym mocniejsze ich oddziaływanie na strukturę i nastrój filmu, który zabiera nas w podróż do nowego świata, chociaż nie ruszamy się z domu nawet na kilometr. Stąd też dwa tytuły, które pojawiają się w oderwaniu od siebie na początku i końcu filmu. Kończymy z zupełnie innym filmem, jak zaczynaliśmy seans. „Wieża. Jasny dzień” pozostawia władzę w rękach widza, który może zupełnie dowolnie interpretować sobie to, co właśnie zobaczył i doszukiwać się sensu w tropach podsuniętych przez reżyserkę. Może to być frustrujące, ale należy spojrzeć na to jak zaproszenie do intelektualnej zabawy z zagadkowym filmem. Oczywiście trzeba lubić takie zabawy. Nie każdemu będzie się to podobać, ale ja darzę dużym szacunkiem twórców, którzy mają własny pomysł na to, czym kino powinno być i konsekwentnie się tego trzymają. Zwłaszcza, gdy mają taki talent do dialogów, dyscyplinę w opowiadaniu niejasnych historii i kunszt w przelewaniu tych dziwnych pomysłów na język filmu, jak Jagoda Szelc.

Artykuł: KLIK



DUSZA I CIAŁO

Ildikó Enyedi udowadnia, że historię miłosną można osadzić wszędzie, nawet w węgierskiej rzeźni. On jest starzejącym się mężczyzną, który już stracił nadzieję na znalezienie partnerki na resztę życia. Ona jest źródłem kpin w zakładzie, bo jest osobą bardzo sztywną, formalną, obsesyjnie przestrzegającą reguł i maniakalnie dbającą o porządek. Bohater próbuje wyciągnąć do niej rękę i zaprzyjaźnić się, ale kolejne rozmowy zupełnie się nie kleją. Ich relacja nabiera rozpędu (do tempa spacerowego), gdy przypadkiem odkrywają, że nocami spotykają się w swoich snach pod postacią jeleni. Z tych bardzo nietypowych elementów fabularnych węgierska reżyserka układa ujmująco delikatną i szczerą opowieść o dwójce „dziwaków”, którym nie jest łatwo samotnie, ale niestety jeszcze trudniej bywa u boku kogoś innego. Enyedi niespiesznie rozwija historię ich relacji, mnożąc poboczne wątki, humorystyczne scenki i dorzucając do tego jeszcze coś w rodzaju śledztwa kryminalnego. Wszystko to jednak ma swoje miejsce w scenariuszu, zgrabnie splata się ze sobą, nie rozcieńcza głównej fabuły, a wręcz wzbogaca ją. Delikatne, szczere, zabawne i niebanalne love story osadzone w węgierskiej rzeźni. Można? Można!

Recenzja: KLIK



PRZEBUDZENIE DUSZ

„Przebudzenie dusz” nie jest filmem przerażającym, a przynajmniej nie w sposób przytłaczający, jest natomiast odpowiednio straszną historią, która łapie w pewnym momencie widza za gardło i zaczyna je bardzo powoli zaciskać. Jest to wzorcowy popis w operowaniu ekranową grozą. Reżyserzy mistrzowsko opanowali sztukę straszenia obrazem i tym, czego nie widać. Kamera często jest ustawiana bardzo blisko postaci, sprawiając wrażenie, że źródło niebezpieczeństwa jest na skraju kadru, wystarczyłoby przesunąć kamerę o kilkanaście centymetrów żeby zobaczyć coś przerażającego. Twórcy uwielbiają przeciągać takie momenty, nie spiesząc się z przejściem do następnego punktu - zapewnienia odbiorcy ulgi albo strasznego wydarzenia. Film czerpie garściami z klasyków kina grozy, nawiązując do nich, składając im hołd, ale też bawiąc się w błyskotliwy sposób kliszami gatunku i zapewniając tym samym stałą rozrywkę jego miłośnikom. Panowie stopniują grozę, dozując ją pewną ręką i zapewniając coraz lepsze wrażenia, które często kwitujemy nerwowym śmiechem, będącym bardziej ujściem dla skołatanych nerwów, jak niewinnym rozbawianiem sytuacją na ekranie. „Przebudzenie dusz” to jeden z tych filmów, które im straszniejsze się robią, tym bardziej bawią i sprawiają przyjemność, bo doceniamy kunszt w operowania grozą i ogromną pomysłowość twórców.

Recenzja: KLIK



BONUS: ANIHILACJA

Film w Europie trafił bezpośrednio na Netflix, bo Paramount Pictures przestraszyło się jego intelektualnego uroku i postanowiło opchnąć zagraniczne prawa dystrybucyjne. Szkoda, bo te zielone krajobrazy i kwasowe elementy wizualne musiały wyglądać obłędnie na dużym ekranie, ale rozumiem ich decyzję, bo to zdecydowanie nie jest kino dla każdego. „Anihilacja” to science-fiction pełną piersią, ale zamiast na oczarowywaniu futurystycznymi błyskotkami i efekciarskimi pomysłami fabularnymi, nastawione jest raczej na budowanie klimatu, niejednoznacznej treści, filozoficznych warstw i dostarczaniu pożywki dla mózgu. „Anihilacja” jest kinem niespiesznym, ale Garland wie, jak trzymać widza na skraju fotela. Osiąga to korzystając na przykład z pomocy pewnego aligatora, co i tak jest jedynie przystawką do mocarnej sceny z niedźwiedziem, która niejednego wbije w kanapę i zapewni później bezsenną noc. Alex potrafi budować niepokój i stopniować grozę, ale też podkręcać ją przy pomocy zaskakujących pomysłów bazujących na specyfice miejsca akcji, a efekt podbija jeszcze fantastyczny soundtrack, przypominający nieco odjechane kompozycje z „Pod skórą”. Ten film wygląda przepięknie, wszechobecna zieleń we wszelakich odcieniach, kolory rodem z kwasowego weekendu z doktorem Gonzo i skąpane w mroku wnętrza budynków oraz nory rozświetlane pojedynczym źródłem światła - wszystko to syci oczy. Nie jest to film, który zachwyci duże grono odbiorców, ale jeżeli ktoś wkręci się w jego powolne tempo i pozwoli się pochłonąć psychodeliczno-onirycznemu klimatowi historii, ten będzie się wpatrywać w ekran jak zahipnotyzowany jeszcze długo po wejściu napisów końcowych (które chyba też zrobiono na kwasowym tripie).

Recenzja: KLIK

niedziela, 23 grudnia 2018

Płomienie - recenzja


Za tydzień do polskich kin wchodzi koreański film „Płomienie”. Jest to tytuł, który trafi na niejedną listę najlepszych tegorocznych premier. Widziałem go pół rok temu w Cannes. I odbiłem się od niego. Powolne kino, oparte na niejednoznacznościach i niespiesznej akcji, nie było idealną pozycją do zobaczenia pod koniec festiwalu i to jeszcze późno w nocy. Chyba nawet przysnąłem na kilka minut. Obiecałem sobie wtedy, że wrócę jeszcze do filmu w okolicy polskiej premiery i dam mu drugą szansę, ale tym razem zasiądę do niego po przespanej nocy. Misja wykonana.

Przy drugim podejściu połknąłem haczyk, wkręciłem się w historię, zaciekawiłem różnymi niuansami fabuł i podniosłem ocenę. Nie jest to jednak film do obejrzenia którego zachęciłbym z pełnym przekonaniem wszystkich czytelników. Jeżeli powolne kino zbyt mocno testuje waszą cierpliwość to „Płomienie” będą męczarnią. Krytycy upodobali sobie określać koreańską produkcję mianem najsubtelniejszego thrillera tego sezonu. Jest to ładna myśl, ale jedynie w połowie trafiająca w sedno, a przynajmniej w uczciwe przedstawienie sytuacji. „Płomienie” to kino subtelne, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości, ale thrillerem to jest jedynie w teorii. W drugiej połowie historia rzeczywiście korzysta ze szkieletu dreszczowca, ale wyrzuca z niego mięso, wnętrzności, krwiobieg i serce, zastępując je organami przeniesionymi z kina arthouse’owego, stawiając na niemrawy rytm slow cinema, skupiony raczej na refleksji i klimacie, jak dreszczu emocji oraz nerwowym napięciu kina gatunkowego. I to nie znaczy, że to jest zła praktyka, oznacza tylko tyle, że niekoniecznie należy polecać ten film osobom poszukującym azjatyckich thrillerów. Szczególnie, że smakosze gatunku zapewne odkryli już, ile dobra można odkryć w koreańskiej kinematografii.

Reżysera „Płomieni” interesuje raczej budowanie niedopowiedzeń, wątpliwości i zagadek, jak udzielanie odpowiedzi, straszenie i wstrząsanie. Cierpliwie buduje świat, starannie kreując rzeczywistość otaczającą bohaterów, usilnie próbując pokazać jak najwięcej z tego, co składa się na ich życie, nie zdradzając zbyt wiele o nich samych. Drugą połowę filmu dominuje pytanie, czy ktoś jest tym, za kogo się podaje, czy też kimś zupełnie innym, ale nie dość, że Chang-dong Lee nie podaje jasnej odpowiedzi to nie kwapi się nawet do zadania bezpośredniego pytania. Nieuważny widz, nieczytający pomiędzy wierszami, nie wyciągający wniosków z delikatnie podsuwanych tropów i niepróbujący zrozumieć psychologii postaci, może być nieco zagubiony w finale i opacznie odczytać zachowanie głównego bohatera. Szczególnie, że jest on dość apatyczną i małomówną postacią, co nie ułatwia zrozumienia jego różnych zachowań.

Lee dopieszcza odbiorców skupionych na historii i bawi się w podsuwanie im potencjalnych odpowiedzi na różne pytania, które później również kwestionuje. Rozwiązanie zagadki zaginięcia jednej postaci wydaje się oczywiste od samego początku, świadczą o tym liczne elementy fabuły i poczynania innych bohaterów, ale prawda jest taka, że ostatecznego dowodu nigdy nie dostajemy i to co pozornie wydaje się być niewinnym, uczciwym zachowaniem, skrywającym socjopatyczną osobowość, mogło być tylko niewinnym, uczciwym zachowaniem, któremu sami przypisaliśmy znamion demoniczności, zbyt łatwo skacząc do konkluzji na podstawie samych poszlak.

„Płomienie” już na początku historii mówią (ustami bohaterki), że jeżeli wierzymy w jakąś fikcję wystarczająco mocno to staje się ona prawdą. Jest to motyw, który przewija się przez cały film, stawiając pod znakiem zapytania wiele zachowań oraz słów wypowiedzianych przez bohaterów i potencjalnie wpływa też na finał filmu. Jestem wprawdzie przekonany, że główny bohater nie pomylił się, ale czy aby na pewno?

niedziela, 16 grudnia 2018

Bumblebee - recenzja


„Bumblebee” to film o Transformerach na jaki czekałem od kilkunastu lat. Klasyczny wygląd postaci, czytelne sceny akcji, emocje, nieirytujący humor oraz ludzcy bohaterowie i zgrabne operowanie nostalgią. W końcu!

Nie byłem specjalnie zaskoczony pozytywnymi zachodnimi recenzjami, bo wierzyłem w ten projekt od pierwszych (konkretnych) informacji jakie o nim przeczytałem. Producenci twierdzili, że bardzo dał im do myślenia zeszłoroczny „Logan”, jako przykład udanego, skromniejszego, pobocznego projektu powiązanego z dużą marką. Film oddano w ręce Travisa Knighta, reżysera bardzo dobrej animacji poklatkowej „Kubo i dwie struny” (od mistrzów ze Studio Laika), a ten zapalił się do pomysłu opowiedzenia czegoś mniejszego, subtelniejszego i bardziej uroczego. Knight chciał podejść do tej masywnej, rozrastającej się marki i skupić na tylko jednym małym skrawku płótna. Wszystko to, czego próbował dokonać w studiu Laika, poszukując pomysłowego połączenia mroku i dobra, napięcia i serdeczności, humoru i serca, planował przenieść do Transformerów.


Oczywiście można to było potraktować jako wciskanie marketingowego kitu. Knight mógł się okazać kolejnym wrażliwym twórcą przemielonym i wyplutym przez studyjny system. Z nadzieją więc, ale nie bez zdrowego sceptycyzmu, czekałem na pierwsze zwiastuny i późniejsze recenzje. I nie rozczarowałem się. Całego procesu tworzenia filmu doglądał Michael Bay (jako producent), ale reżyser celował raczej w filmografię drugiego ojca serii, czyli Stevena Spielberga. Akcja „Bumblebee” osadzona jest w drugiej połowie lat 80., żółtego Trzmiela widzimy w formie klasycznego garbusa doskonale znanego fanom oryginalnych Transformerów, a film próbuje odtworzyć klimat amblinowskich produkcji łączących historię o dojrzewaniu z efekciarskim kinem sci-fi. Udanie, należy dodać.

Łatwo podejść do tego projektu cynicznie, odebrać go jako kolejny nostalgiczny trip ufundowany przez lata 80. Wiecie, żonglerkę walkmanami, kaseciakami, VHS-ami, muzyką popularną, ścianami pokojów nastoletnich bohaterów ozdobionymi plakatami filmów z tamtego okresu i temu podobnymi elementami. Jest nawet nieśmiertelny, kultowy w Stanach, „Klub winowajców”, który wielokrotnie powracał w filmach z ostatnich lat i jest też źródłem kilku żartów w „Bumblebee”. Ciężko się jednak dziwić, że dzisiejsi trzydziestolatkowie, wychowani na filmach z tamtego okresu, gdy dostają w końcu szansę wyreżyserowania własnych produkcji to czerpią garściami z tego, co kiedyś kochali. Przecież dokładnie to samo napędzało pierwsze filmy ich idoli, pierwszego pokolenia reżyserów wychowanych na telewizji, czemu składali później hołd m.in. w „Gwiezdnych wojnach” i „Indianie Jonesie”.


Jeżeli animowane (bądź komiksowe) Transformery z lat 80. są bliskie waszym sercom to zabiją one mocniej już od pierwszych minut filmu, gdy w bitwie na Cybertronie zobaczycie bohaterów i łotrów żywcem wyjętych z bajek waszego dzieciństwa. Niewiele później, gdy klasyczny Blitzwing - w formie odrzutowca - będzie pruł przez niebo, posyłając rakietę ze znakiem decepticonów w kierunku bohatera filmu, to poczujecie się jak w rodzinnym domu, którego nie odwiedzaliście od bardzo dawna. Takich momentów będzie jeszcze wiele, ale nie wszystkie będą bezpośrednio związane z marką należącą do Hasbro. Knight zostawia widza w uczuciu niedosytu, nie zarzuca go widokiem kolejnych robotów, bo tych w samej historii jest bardzo niewielu, w zasadzie to tylko trzech: Bumblebee i dwóch decepticonów (którym głosu użyczyła Angela Bassett oraz Justin Theroux). Nie żartował więc, gdy zapowiadał, że postawi na skromniejsza historię, skupioną raczej na relacjach, jak efekciarskiej demolce. Nie zrozumcie jednak tego źle, dzieje się tutaj dużo, bez wybuchów, pościgów i giętego metalu nie mogło się przecież obejść, ale scenarzystka zadbała o to, żebyśmy dbali o bohaterów historii, a wykorzystane w filmie Transformery nie zlewały się w jedną lśniącą górę metalu pozbawioną indywidualnego charakteru. Wygląd klasycznych postaci z serialu animowanego odtworzono tak cudownie, że chciałoby się żeby dostali oni więcej ekranowego czasu i sięgnięto po większą liczbę postaci, ale szanuję takie świadome dawkowanie tego, co serwuje się odbiorcy. Niedosyt, ale w zdrowej formie, bo sprawiający ochotę na dokładkę, a nie wypuszczający w świat z uczuciem przedawkowania wizualnych bodźców.

„Bumblebee” to w gruncie rzeczy hołd złożony produkcjom Amblina. Opowieść o niezdarnym kosmicie ukrywającym się pod dachem zwykłej amerykańskiej rodziny. Historia o dwóch skrzywdzonych istotach pomagających sobie nawzajem w zalizaniu ran, ewoluowaniu i zrobieniu pierwszego kroku w lepszą przyszłość. Nie bez znaczenia jest, że w główną ludzką bohaterkę, nastoletnią Charlie Watson, wciela się Hailee Steinfeld. Hailee to zdolna młoda aktorka, której potencjał został strasznie zmarnowany w filmach z serii „Pitch Perfect”. Doskonałą rolą w „Gorzkiej siedemnastce” udowodniła jednak, że nominacja do Oscara za występ w „Prawdziwym męstwie” nie była jedynie szczęśliwym przypadkiem. Zarówno Steinfeld, jak również uroczy w swej poczciwości i niezgrabności, Bumblebee, sprawiają, że seria nastawiona dotąd na oszałamianie (chociaż częściej właściwszym słowem byłoby: otumanianie) błyskotkami w końcu trafia też w serce i zaczyna nieco emocjonować.

Nie można tego było tak zrobić od samego początku?

sobota, 15 grudnia 2018

Aquaman - recenzja


„Aquaman” to film dziwny. Już pierwsze minuty powinny skutecznie odstraszyć wszystkich dla których kino superbohaterskie jest synonimem filmowej tandety i infantylizmu. Sztywne, niezgrabne, pretensjonalne dialogi, kiczowate zdjęcia, dziecinne wprowadzenie do bajkowej historii o miłości pomiędzy królową podwodnego świata, a latarnikiem (!), i komputerowa Nicole Kidman robiąca w ciasnym salonie fikołki, którymi zawstydziłaby Selene z serii „Underworld”. Później jest tylko gorzej, albo lepiej (zależy od nastawienia), bo jest to kino superbohaterskie do kwadratu. James Wan nie próbuje nawet udawać, że robi coś z wyższej półki. I chyba inaczej się nie dało, bo powiedzmy to sobie szczerze - oglądamy film o gościu potrafiącym porozumiewać się z rybami, walczącym z typem, który pływa na rekinie, egzystującymi do tego w świecie, gdzie jedną z nacji są kraboludzie (każdy fan serialu „South Park” może teraz zacząć skandować: „craaaaaab people!”).

Wan nie podąża ścieżką, która zaprowadziła na manowce Snydera, nie próbuje urealniać na siłę tego niedorzecznego konceptu, pokazuje go dokładnie takim, jakim jest w swojej istocie – bzdurnym i tandetnym. Nie ulega tez pokusie naśmiewania się z tego, nie dystansuje się, opowiada to wszystko z powagą i namaszczeniem, co samo w sobie rodzi śmiech w odbiorcy. Szczególnie, gdy wyobrazimy sobie tych wszystkich mniej lub bardziej utalentowanych aktorów, wciśniętych w te obciachowe kostiumy, siedzących w pomieszczeniu z zielonymi ścianami, na zielonych przedmiotach imitujących wyrośnięte koniki wodne, wygłaszających jakieś dyrdymały o podwodnym imperium. Nie wiem, czy żałować ich, czy zazdrościć pociesznej fuchy.

Jest to kino bombastyczne i przesadzone. Bywają w nim momenty, że chce się zaklaskać z entuzjazmem, gdy dostajemy na przykład scenę z ośmiornicą robiącą solówę na bębnach. Posmakujmy tych słów raz jeszcze. Ośmiornica. Robiąca solówę. Na bębnach. Pod wodą. Yeah, baby! W takich chwilach chciałbym uwierzyć, że to jednak nie jest na serio i Wan jednak robi sobie jaja na całego. Zbyt często jednak klimat filmu jest żaden, nie ma on swojego charakteru, tu jakieś wizualne odniesienie do filmu „Tron: Dziedzictwo”, tam jakiś stwór żywcem z memów o „Starciu tytanów”, a całość spięta naiwnym archaicznym podejściem z czasów pierwszego filmowego „Supermana”. Można w tym jednak znaleźć jakąś wartość. Można nawet odebrać jako zaletę filmu. Wierzę, że znajdzie się sporo ludzi, którzy go pokochają, albo przynajmniej będą się na nim dobrze bawić, bo jest to widowisko pełną piersią, ciągle coś się w nim dzieje, błyska i wybucha. Ja niestety odbiłem się od niego na poziomie estetycznym, zniechęciłem nadmiernie skomplikowaną fabułą, która tak naprawdę była przewidywalna i oczywista do bólu, a pozostałem dobity dziwnymi decyzjami przy budowaniu tonacji filmu (muzyka towarzysząca interakcjom pomiędzy Arthurem i Merą na pustyni).

Jeżeli to miał być film ostatniej szansy dla kinowego uniwersum DC to raczej kiepsko ją wykorzystał, bo wątpię, żeby przekonał do siebie wielu sceptyków, a za to może zniechęcić niejednego fana. Wydaje mi się jednak, że jeżeli podobał się Wam zwiastun to będziecie usatysfakcjonowani, bo film jest dokładnie tym, na co się zapowiadał. I każdy powinien zinterpretować to sobie wedle własnego uznania.