poniedziałek, 24 lipca 2017

20 ulubionych seriali telewizyjnych (miejsca 10-1)


W zeszłym tygodniu nie udało mi się zabrać za opracowanie drugiej połowy listy moich ulubionych seriali (pierwsza część: tutaj), bo byłem zajęty pisaniem dwóch innych tekstów, w tym jednego dość obszernego. Nie mogłem jednak dłużej trzymać czytelników w niepewności, pierwsze pięć tytułów opisałem w sobotę, kolejne pięć w niedzielę, a poniedziałek zleciał na robieniu ostatnich poprawek, pisaniu wstępu, no i oprawianiu tekstu. Wyszedł z tego artykuł jeszcze dłuższy, i to prawie dwukrotnie, niż w poprzednim wpisie. Wydaje mi się to jednak naturalne. Wszakże nie bez przyczyny poniższe tytuły znalazły się na liście moich dziesięciu ulubionych seriali telewizyjnych - jest o czym pisać i co zachwalać. Zanim jednak przejdę do listy, muszę się najpierw wytłumaczyć z nieobecności jednego serialu, czyli „Deadwood”. Oczywiście znakomitych tytułów, których tutaj zabrakło, jest o wiele więcej. Mniej więcej tyle, ile osób przeczyta ten tekst, bo zapewne każdemu czegoś będzie brakować. I to jest zrozumiałe, lista jest subiektywna, a do tego wypełniona znakomitymi produkcjami, więc przebić się do finałowej dwudziestki nie było łatwo.

Deadwood” jednak nie trafiło tutaj z innego powodu: po prostu nie pamiętam go wystarczająco dobrze. Serial oglądałem ponad dziesięć lat temu, większości seriali z poniższej (i wcześniejszej) listy jeszcze wtedy nie znałem. Część z nich zresztą jeszcze nawet nie istniała. „Deadwood” podobał mi się, i to bardzo, ale pamiętam, że miałem do niego trochę uwag. Problem w tym, że pamiętam go już mgliście, a do tego nie jestem przekonany, czy dawne minusy, wciąż uważałbym dziś za minusy. Nie jestem więc w stanie napisać o nim czegoś wartościowego, ani tym bardziej umieścić na jakimś konkretnym miejscu na liście 20 ulubionych seriali. Wydanie zbiorcze wszystkich sezonów na nośniku Blu-Ray od dawna posiadam w domowej kolekcji, więc kiedyś na pewno zmierzę się z „Deadwood” ponownie i zapewne opisze to wtedy tutaj. Na razie, niestety, musiało pozostać w stanie zawieszenia, chociaż mam świadomość, że prawdopodobnie przebiłoby się do pierwszej dziesiątki.

No dobra, skoro przydługawe i pokrętne wytłumaczenia mamy już za sobą, pora przejść do dania głównego…



10. The Office

W szczytowym okresie, czyli w okresie nadawania środkowych sezonów, to był mój zdecydowanie ulubiony serial komediowy spośród wszystkich ówcześnie realizowanych. Początkowo nic na to nie wskazywało, bo pierwszy sezon wręcz przemęczyłem. Pierwsze odcinki, jeszcze bazujące na brytyjskim oryginale, za bardzo epatowały osobowością antypatycznego szefa oraz dość ciężkim klimatem biurowym, co okazały się dla mnie zbyt ciężkostrawne. W sumie to chyba jedynie niezrozumiałe samozaparcie pozwoliło mi dobrnąć do drugiego sezonu, w którym to na scenę wkroczyli już amerykańscy scenarzyści. Gdy tylko wersja U.S. zaczęła iść własnym torem, serial od razu nabrał wiatru w żagle, antypatyczny szef przestał męczyć, zaczął natomiast bawić, ciężki klimat biurowy ustąpił ciepłej obserwacji ludzkich dziwactw, a poziom dobrego nastroju u widza podskoczył pod sam sufit.

The Office” już do samego końca zachowało wysoki poziom, aczkolwiek serial wyraźnie ucierpiał, gdy w siódmym sezonie odszedł Steve Carell. Ewidentnie szukano później pomysłu na to, co zrobić, żeby zrekompensować odbiorcy pustkę po Michaelu. Ósmy sezon okazał się więc poligonem doświadczalnym, który dostarczał zarówno dobrych chwil, jak i przeciętnych. Ostatni (dziewiąty) sezon nie był zły, był całkiem fajny, z całą pewnością nie było to powolne dogorywanie, jakie wiązało się z oglądaniem ostatnich sezonów „That’s 70s show”. Wciąż bawiłem się przy tym dobrze, ale niestety odczuwalne już było lekkie zmęczenie materiałem. Realizację „The Office” zakończono więc w dobrym czasie, bo formuła już ewidentnie się wyczerpała i nie było sensu tego dalej ciągnąć.



9. Firefly

Sytuacja odwrotna. Serial, który zszedł z anteny przedwcześnie, i to o wiele za wcześnie, bo nie zdążył się nawet dobrze rozkręcić. „Firefly” było zaplanowane na siedem sezonów, doczekało się tylko jednego, którego nawet nie pokazano w całości, bo serial anulowano po zaledwie trzech miesiącach emisji. Stworzony przez Jossa Whedona, który ówcześnie przez telewidzów był uwielbiany za serial „Buffy: Postrach Wampirów”, a przez Hollywood ceniony za pomysły i talenty scenopisarskie, ale przez wiele lat wykorzystywany głównie w charakterze osoby dopieszczającej dialogi i pojedyncze sceny (chociażby pierwszy "X-men"). Przez pierwsze 20 lat w branży Whedon przymierzał się do realizacji ekranizacji komiksu superbohaterskiego wiele razy. Każdy kolejny projekt, które na jakimś etapie przedprodukcyjnym zawieszano, pogarszał jego przygnębienie i wiarę w to, że kiedyś uda mu się coś wyreżyserować. Praktycznie do samego końca nie wierzył więc, że pierwsza część "Avengers" rzeczywiście zostanie zrobiona i wypuszczona do kin.

Ciężko się dziwić, gdy przypomni się historię „Firefly”. Fox od samego początku nie dawał serialowi dużych szans na zaistnienie w telewizji. Najpierw odrzucono półtoragodzinny pilot, który uznano za zbyt ponury. Zamiast tego nakazano Whedonowi napisanie nowego (krótszego) odcinka, którym rozpoczęto nadawanie serialu. Późniejsze odcinki emitowano w nieprawidłowej kolejności, nie patrząc się na to, jak zostały ułożone chronologicznie przez twórców. Kolejność zdarzeń i ciągłość (oraz ewolucja) relacji pomiędzy postaciami poleciały więc do kosza. Pomimo tych utrudnień, serial znalazł swoją widownię (początkowo byli to głównie fani Buffy), którzy dzielnie walczyli o jego przetrwanie. Najpierw apelowali do Foxa (zalewając ich biura listami) o zmianę decyzji w sprawie anulacji, następnie próbowali znaleźć dla serialu inną stację, a w końcu dokonali zakupu imponującej ilości wydań DVD, co przyciągnęło uwagę panów z kalkulatorami i sprawiło, że doszło do realizacji filmu kinowego.

Skąd taka miłość do „Firefly”? Joss Wheedon, próbując - przed laty - sprzedać pomysł zarządowi Foxa, opisał serial jako opowieść o dziewięciu bohaterach, którzy wpatrują się w czerń kosmosu i dostrzegają w niej dziewięć różnych rzeczy. „Firefly” to western, space opera oraz kino drogi w jednym. Opowieść o dalekiej przyszłości (rok 2517), w której ludzie porozumiewają się mieszanką angielskiego i chińskiego. Historia dziewięciu osobowości, które znalazły się na pokładzie jednego statku i próbują ze sobą współpracować. O niektórych dowiadujemy się całkiem sporo przez te kilkanaście odcinków, a niektórzy pozostają pewną zagadką, która miała zostać rozwiązana dopiero w późniejszych sezonach. Oczywiście jest to zawsze dość zasmucające oraz irytujące, gdy zostajemy pozostawieni z niedokończoną historią, ale w tym przypadku jest ona na tyle dobra, że warto przyjąć to na klatę i posmakować ciastka, chociaż nigdy nie będzie dane nam spałaszować smakołyka w całości.



8. Rome

Do „Rzymu” muszę kiedyś powrócić, bo jest to serial, od którego dopiero zaczynałem odkrywać perełki, jakie HBO zaczęło tworzyć od lat 90. ubiegłego stulecia. Zanim więc poznałem niemal wszystkie wymienione już wcześniej seriale, a także te z wyższych miejsc, znałem tylko „Rzym”, który mnie totalnie zachwycił i pokazał, że telewizyjna produkcja to nie tylko „Złotopolscy” i „Moda na sukces”, a pewne historie w pełni rozkwitają dopiero w formie serialu. „Rzym” do tego udowodnił, że mini-serial to idealne rozwiązanie, gdy celem jest zachowanie wyśrubowanego poziomu przez wszystkie odcinki. Dzięki temu widz ma do czynienia z niezwykle „zagęszczoną” akcją i zerową ilością sztucznego rozciągania wątków. Małą bolączką obydwu sezonów jest brak scen bitewnych. Rozumiem, że twórcy musieli borykać się z ograniczeniami budżetowymi, ale tutaj chwilami aż się prosiło o jakieś emocjonujące sceny zbiorowe z udziałem wielu statystów i dużej ilości broni białej. HBO nie było niestety jeszcze gotowe na wyłożenie pieniędzy potrzebnych na zrealizowanie pełnoprawnych scen bitewnych w serialu telewizyjnym (aczkolwiek „Kompania braci” przeczy temu twierdzeniu). Nie rzutuje to jednak specjalnie na ogólny, bardzo pozytywny, odbiór „”Rzymu””, który oferuje świetne aktorstwo, znakomity, dopracowany scenariusz oraz dbałość o realizm przedstawionego świata i wysoki poziom realizacyjny całego projektu. Pamiętam, że do drugiego sezonu zasiadałem z lekką obawą, ale już z pierwszym odcinkiem została ona rozwiana. Nie tylko nie zrujnowano dobrej marki, która była już wypracowana, ale wręcz ją umocniono, udowadniając, że wysoki poziom pierwszego sezonu nie był przypadkiem. Koronny dowód na to, że najlepsze historie pisze życie i hmm....sama historia.



7. Friends

Przyjaciele” to serial, który mi towarzyszył przez większość życia. Pierwsze sezony oglądałem jeszcze w szkole podstawowej, gdy pojawiły się na Polsacie, nowsze oglądałem w niekodowanym paśmie Canal+, a ostatni zaliczyłem będąc już studentem, co stanowiło wtedy zamknięcie długiego kilkutygodniowego maratonu z wszystkimi odcinkami. Później próbowałem oglądać całość jeszcze raz, ale projekt się posypał, gdy urwał się mój kontakt z osobą, która mi towarzyszyła w tym zadaniu. Ostatnio zwiększyła się częstotliwość z jaką oglądam w sieci pojedyncze sceny z serialu, wygląda więc na to, że powrót do całości jest nieuchronny, tym razem już chyba w wersji rozszerzonej, zawierającej sceny usunięte w wersji telewizyjnej.

Co jest takiego dobrego w „Przyjaciołach”? Wszystko. Jest to rzadki przypadek serialu komediowego, który z kolejnymi sezonami robił się coraz lepszy, żeby później już utrzymywać stały, wyśrubowany poziom, bawiąc przez WSZYSTKIE dziesięć sezonów. Długo można by wymieniać listę gwiazd, które przewinęły się przez te 236 (!) odcinków, ale zawsze to był jedynie dodatek do najważniejszego – paczki sześciu przyjaciół, którzy nigdy nie nudzili. Postacie świetnie obsadzono (chemia pomiędzy aktorami była niezaprzeczalna), zbudowano na zasadzie kontrastów i równo podzielono pod względem płci. Humor był w punkt, puenty celne, pomysłów scenarzystom nigdy nie brakowało, a obsada trzymała się razem, była zgodna i do samego końca pozostała nienaruszona. W zalewie przeciętnych współczesnych sitcomów, opartych na wymuszonych żartach i przewidywalnych puentach, „Przyjaciele” jawią się jako niedościgniony ideał. I chyba to właśnie dlatego nigdy nie przestanę do nich wracać na różnych etapach mojego życia. Bez uśmiechu życie jest ciężkie i smutne, a skoro nowe produkcje rozczarowują to trzeba sięgać po sprawdzone rzeczy.



6. Band of Brothers

Zacznijmy od najważniejszego, żeby nie było najmniejszych wątpliwości - „Kompania braci” to dzieło wybitne. Dziesięciogodzinna opowieść o wojnie w całej jej rozciągłości, która wpisuje się w ramy telewizyjnego serialu, a zarazem rozsadza je, oferując doskonałą stronę techniczną (nie licząc okazjonalnych efektów komputerowych, które niestety zestarzały się) i znakomity scenariusz w którym nikt tak do końca nie jest głównym bohaterem, a zarazem wszyscy za niego robią. Bo to opowieść o braterskiej więzi, którą nie splątała krew płynąca w żyłach, ale przelana na polu bitewnym. Jest to serial do którego wracam regularnie, bo z tytułami wybitnymi przyjemnie jest obcować. Chociaż „przyjemność” to ostatnie co przychodzi do głowy podczas obserwowania najsmutniejszych i najtragiczniejszych momentów w historii kompanii E.

W „Kompanii braci” są trzy odcinki, które są szczególnie istotne fabularnie i przy każdym seansie wypatruję ich. Pierwszy jest w sumie dość nieoczywisty i nie każdy się z tym zgodzi, bo to już otwierający serial odcinek („Currahee”) traktujący o szkoleniu młodych żołnierzy. Jest to w zasadzie rzecz oderwana klimatem od reszty serialu, osadzona w Ameryce i czerpiąca garściami z mocarnej pierwszej połowy „Full Metal Jacket”. Krew przelana w okopach, przeżyte cierpienie i trudy wojaczki utwardzą to jeszcze bardziej, ale podwaliny pod niezaprzeczalną więź i braterstwo tych młodych bohaterów zostały położone właśnie w obozie treningowym.

Odcinek szósty - „Bastogne”. Bolesne wspomnienia kilkutygodniowych walk prowadzonych w lasach belgijskiego Bastogne pozostały do końca życia z każdym żołnierzem, który zdołał to przetrwać. Niewątpliwie pozostaną również z każdym widzem, bo to jeden z najmocniejszych odcinków serialu. Odcinek odziera wojnę z wzniosłości i pokazuje jej bezsens. Wojna w belgijskim lasie to chowanie się po rowach jak szczur. Trzęsienie się z zimna dzień za dniem, bo dowództwo nie dostarczyło odpowiedniego umundurowania. Żebranie o amunicję, lekarstwa, zastrzyki morfiny, bandaże, a nawet głupie nożyczki. Codzienność żołnierza to sranie po okopach, bo strach wystawić nawet nos na zewnątrz, nie wspominając już o wypinaniu tyłka. To oglądanie kolegów rozrywanych na strzępy, bo akurat mieli niefart siedzieć w złym miejscu. To totalna losowość z jaką Ponury Żniwiarz kosi życia. To wykrwawianie się na oczach przyjaciół, bo pistolet wypalił w kieszeni i kula trafiła w tętnicę. To depresja, psychoza, ale zarazem zawziętość i uczucie wspólnoty we wspólnym przeżywaniu tego piekła.

I w końcu odcinek dziewiąty, znacząco zatytułowany „Why we fight”. Jest to już schyłek wojny, Niemcy już praktycznie przegrali, wojska alianckie są coraz bliżej Berlina, podobnie jak i radzieckie. Bohaterowie zaczynają wierzyć, że mają szansę na przeżycie tego konfliktu i powrót do domu. Zaczynają też coraz głośniej zadawać pytanie: „po co to było?”. Z niemieckimi żołnierzami często nie mieli bezpośredniego kontaktu, zazwyczaj musieli się za czymś chować i liczyć na to, że dobiegną cało do kolejnej ściany, murku, okopu, a w końcu dostatecznie blisko przeciwnika, żeby go zabić, zanim on zdoła zabić ich. Bezpośredni kontakt zazwyczaj rozstrzygał się w przeciągu kilku sekund na korzyść tego, kto pierwszy zdołał oddać celny strzał. Gdy więc mają okazję zetknąć się z Niemcami i nie muszą natychmiast pociągać za spust, dociera do nich, że to ludzie w ich wieku, z wieloma z nich mają zapewne podobne zainteresowania, w innych okolicznościach mogliby nawet zostać przyjaciółmi. Niemcy przestają być jedynie bezimienną masą waląca z artylerii i karabinów w kierunku bohaterów, stają się ludźmi, którzy zapewne przeżywali podobne dramaty przez ostatnie kilka lat, tracili kolegów, kończyny i nabywali traumy, które będą ich prześladować do końca życia. Po co to wszystko było? W imię czego? Czy było warto? Odpowiedź na te pytania otrzymają, gdy rutynowy patrol dokona w lesie przerażającego odkrycia...



5. The Sopranos

Kilkadziesiąt godzin pokazowego występu Jamesa Gandolfiniego. Ten niezwykle utalentowany i charyzmatyczny aktor, zapewne szybko zniknąłby w mrokach popkulturowej historii, gdyby nie postać Tony’ego Soprano, która pozwoliła mu rozwinąć skrzydła i zabłysnąć na małym ekranie. Rola z gatunku tych definiujących karierę, ale też "prześladujących" później do końca życia. "Rodzina Soprano" skierowała na niego uwagę publiki, ale też stała się dla niego „przekleństwem”. W czymkolwiek by już później nie zagrał, i jak bardzo nie starałby się uciec od postaci gangstera z New Jersey, to widzowie i tak wiedzieli lepiej: „o, Tony Soprano!”. No ale próbował, sięgał po komedie, dramaty, a nawet musical. Z cienia rzucanego przez Tony’ego Soprano nie było jednak łatwo uciec. I ciężko się temu dziwić, bo to nietuzinkowa postać, której poświęcono kilka sezonów opartych na mistrzowskim scenopisarstwie.

„Rodzina Soprano” sięgała po formułę serialu obyczajowego i demitologizowała przy jej pomocy środowisko mafijne, pokazując, że po przebiciu się przez kryminalną skorupę i zapomniawszy czasem o mrocznych treściach i nielegalnych występkach, znajdziemy takie same codzienne problemy jak w "Gotowych na wszystko": niesforne dzieciaki, znudzoną żonę, siedzącą całymi dniami w wielkim domu, zepsuty kran, problemy zdrowotne, przypalone mięso na grillu. W zasadzie, to gospodynie z Wisteria Lane częściej musiały się zmagać z szokującymi zbrodniami od gangsterów z New Jersey. Gdy już jednak w „Sopranos” zaczynało się coś „dziać”, to się działo, oj działo…

Twórcy nie uciekali od cięższych tematów, brutalności, bezlitosnych decyzji fabularnych i konsekwentnie pogłębiali portrety psychologiczne postaci, a zwłaszcza głównego bohatera. Jeżeli jeszcze początkowo można było lubić Tony’ego i przymykać oczy na jego występki, próbując racjonalizować niektóre z jego czynów, to z czasem zaczynało być jasne, że to małostkowy, egoistyczny oraz egocentryczny, zazdrosny, niemoralny bandyta, który popadał w coraz większą paranoję, niszcząc wszystko wokół siebie, czego ofiarami padały bliskie mu osoby. Jednocześnie potrafił zaskakiwać ludzkimi odruchami, ciepłą osobowością, humorem, troską o rodzinę, etc. Intrygująca, niejednoznaczna, cholernie fascynująca postać.

„Rodzina Soprano” to kapitalne dialogi, znakomicie napisane postacie, doskonałe kreacje aktorskie, wzorcowa realizacja oraz tona fantastycznych piosenek w napisach końcowych. Całość obejrzałem dwa razy, w pełni doceniłem dopiero przy drugim podejściu, byłem po nim zachwycony serialem.



4. The Shield

The Shield” powinien zobaczyć każdy szanujący się miłośnik seriali policyjnych, ale osoby unikające seriali proceduralnych zdecydowanie nie powinny się do niego zrażać, bo stracą możliwość zobaczenia jednego z najlepszych tytułów w historii telewizji. Historia osadzona jest w Los Angeles, opowiada o dość niewielkim posterunku policyjnym, który musi zmagać się z przestępcami pochodzącymi ze środowisk latynoskich, czarnoskórych, z białą biedotą, z wszelkimi innymi patologiami społecznymi, a nawet wschodnioeuropejską mafią. Za miejscowe gwiazdy robi mały zespół interwencyjny prowadzony przez Vica (życiowa rola Michaela Chiklisa). Panowie są zgrani, zdecydowani, efektywni oraz… totalnie zdemoralizowani. Zarabiają na czarnym rynku, kradną, podkładają materiały dowodowe, dopuszczają się morderstwa na innym policjancie, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Im dalej w las, a numer sezonu wyższy, tym robi się ciekawiej, a widz tym mocniej osuwa się w kanapie i nie może oderwać oczu od ekranu.

Osobiście nie miałem z tym problemu, ale wiele osób nie może przebić się przez pierwsze dwa sezony, bo fabuły odcinków nie były wtedy jeszcze ze sobą ściśle powiązane, przez co całość sprawiała wrażenie epizodycznych historii, a do tego zostało to nakręcone w dość surowym stylu. Nie zrażajcie się tym, bo od trzeciego sezonu fabuła mocno się zagęszcza, każda seria ma jakiegoś głównego przeciwnika, z którym musi się zmierzyć ekipa Vica, a tragedie i dramatyczne wydarzenia zaczynają się bardzo nawarstwiać, oferując jedne z najbardziej pamiętnych i emocjonujących scen w historii telewizji. Całość obejrzałem od początku do końca tylko raz. Później korzystałem z tego, że serial oglądała współlokatorka (oczywiście gorąco poleciłem, gdy szukała czegoś dobrego), więc czasem się do niej dosiadałem, żeby z doskoku obserwować to cudo, ale od tamtej pory minęło już dobre kilka lat. Chętnie wróciłbym jeszcze dziś, ale rozsądek podpowiada, że jeszcze nie, za wcześnie, muszę się z tym wstrzymać, bo lista serialowych zaległości jest duża i ciągle rośnie. Kiedyś jednak na pewno to zrobię i zapewne zaowocuje to bardzo długim tekstem, bo o „The Shield” można by pisać bez umiaru.

„The Shield” TRZEBA zobaczyć. Mówię poważnie, nie pożałujecie, i nie przerywajcie po dwóch sezonach, zapewniam, że jeszcze mi za to podziękujecie.



3. Breaking Bad

Zbliżamy się do szczytu, dotarliśmy na podium, konkurencja jest duża, a pojedynek toczy się o tytuł serialu idealnego. Czego brakuje „Breaking Bad”? Dobre pytanie, bo nie pamiętam. Tydzień temu odpaliłem sobie pierwszy odcinek, po części z ciekawości, jak to się zaczęło, po części żeby sprawdzić, czy serial wciąż „działa”. Oszukiwałem siebie, że zobaczę 20 minut, maksymalnie jeden odcinek, i szlus. Następnego dnia byłem już po kilku odcinkach. Obecnie kończę drugi sezon. Tak, serial wciąż „działa”. I nie, nie odkryłem jeszcze, czego mi zabrakło, żeby określić go mianem idealnego.

Ponowne oglądanie pierwszych trzech odcinków „Breaking Bad” jest ciekawym doświadczeniem. Interesująco się patrzy na drogę, jaką przeszli aktorzy, no i oczywiście grani przez nich bohaterowie. Mając w pamięci to, co pokazali w późniejszych sezonach, pierwsze odcinki, a zwłaszcza pilot, wyglądają, jakby dopiero stanowiły rozgrzewkę przed wejściem na scenę. Podstawowe charakterystyczne elementy już są widoczne, ale to jeszcze surowa, nieobrobiona wersja, szczególnie w przypadku Aarona Paula (Jesse pierwsze „bitch” rzuci dopiero w trzecim odcinku i zostanie umieszczone w takim zdaniu: „oh, well, heil Hitler, bitch”), ale w zasadzie można to powiedzieć o każdej postaci.

Pierwsze trzy odcinki są niezmiernie ważne dla postaci Waltera, bo Vince Gilligan nie zwleka i szybko wrzuca go na trasę szybkiego ruchu prowadzącą do gangsterskiej rzeczywistości. Pierwszą istotę ludzką Walter zabija już w pierwszym odcinku. Nie ma specjalnie czasu roztkliwiać się nad tym, bo grunt pali mu się pod nogami, rzezimieszka zabił instynktownie, w samoobronie, a teraz musi coś z tym zrobić (a to, jak tego dokonuje, odrzuci od serialu niejednego nadwrażliwca). Pierwszego morderstwa z zimną krwią dokona pod koniec trzeciego odcinka i należy traktować ten moment jako chwilę, gdy White świadomie dokonuje skrętu na wspomnianą trasę. Wcześniej była tylko zabawa w kryminalistę, naiwne przeświadczenie, że jest wystarczająco sprytny żeby pobawić się w gotowanie mety na boku i dorobić do kieszonkowego. Arogancka pewność siebie jeszcze wielokrotnie wpędzi go w poważne kłopoty, a każde wybrnięcie z nich pogorszy tylko sprawę, bo jeszcze bardziej utwierdzi go w przekonaniu o swojej potędze. To jednak będzie później, na razie jest on i jego pierwsza (no, technicznie to druga) ofiara.

Krazy-8 mówi Walterowi, że nie ma „tego” w sobie, nie jest w stanie zabić drugiego człowieka. Pod koniec pierwszego odcinka, gdy nakręcony adrenaliną inicjuje raptowny seks ze Skylar, słyszy pytanie: „Walter, czy to ty?”. Żona jeszcze nie dowierza, ale my już wiemy, że to nie jest inny Walter, to jest prawdziwy Walter, coś, o czym on sam nie zdawał sobie sprawy, drzemiące dotąd głęboko w nim, zostało rozbudzone i od teraz będzie już tylko rosło w siłę, pożerając wszystko dookoła.

„Breaking Bad” to fascynujący proces ewolucji, jaką przechodzi większość postaci, sięgania po to, co w zalążkach było obecne już w pierwszych odcinkach, a następnie rozbudowywania tego o kolejne elementy, pogłębiające psychologię postaci, ale też świadczące o tym, że jak bardzo byśmy się nie zmienili to pewne cechy osobowościowe pozostaną takie same, o istnieniu niektórych z nich po prostu nie zdawaliśmy sobie sprawy. „Breaking Bad” to jednak przede wszystkim emocjonująca jazda bez trzymanki, wciągający scenariusz, ekscytujące wydarzenia, które przykuwają do ekranu, niebanalne pomysły realizacyjne, ciągłe bawienie się formą, powtarzanie pewnych ujęć, ale przedstawianie ich w nowych kontekstach, liczne nawiązania do popkultury, sztuki i literatury, a także wpadający w ucho soundtrack. Serial ekscytujący, pobudzający intelektualnie, emocjonalnie oraz wizualnie. A więc jednak – ideał. Czyż nie…?



2. The Wire

Niektórzy się nabijają złośliwie, że „The Wire” to najlepszy serial w historii telewizji, którego nikt nie oglądał. Od „The Wire” rzeczywiście łatwo się odbić, bo to nie jest produkcja nastawiona na szokowanie odbiorcy, nagłe twisty fabularne oraz szokujące finały odcinków zachęcające do dalszego oglądania. Pierwszy sezon to mozolne i bezowocne śledztwo, które zdaje się prowadzić donikąd. Drugi sezon nie jest lepszy, wręcz przeciwnie, znam wielu, którzy właśnie na nim ugrzęźli i nigdy nie zdołali się „przebić” dalej. Warto jednak przez to przebrnąć (jeżeli rzeczywiście sprawia trudność), skupić się na treści i oglądać dalej, bo w pewnym momencie, gdy zaczynamy bohaterów znać jak bliskich znajomych, a kolejne sezony zaczynają nam uzmysławiać ogrom wizji, jaką miał David Simon, zaczynamy odczuwać do jego serialu duży szacunek, który następnie przeradza się w zachwyt. „The Wire” zaczyna się jako prosta opowieść o policjantach i czarnoskórych kryminalistach z Baltimore, ale jest to tylko swoisty wytrych do reszty historii, punkt wejścia do ogromnego świata, który Simon rozwija z każdym kolejnym sezonem. „The Wire” nie jest serialem o policjantach. Nie jest też serialem o gangsterach. Jest serialem o mieście. Najpierw poznajemy mały wycinek jego tkanki społecznej, następnie odkrywamy kolejne warstwy łańcucha pokarmowego, a skala mikro zaczyna przechodzić w makro. Z ulicy przeskakujemy do szkolnych murów, śledzimy świat polityki, poznajemy funkcjonowanie czwartej władzy, cały czas jednak nie zapominamy o tych małych trybikach w wielkiej maszynie, które poznaliśmy w pierwszych odcinkach. A trybiki są świetnie napisane i zagrane.

„The Wire” jest dziełem wybitnym, tak, nie bójmy się takiego stwierdzenia. Jest to ambitny, kompleksowy i wnikliwy komentarz społeczno-polityczny, ale nigdy nie popada przy tym w samozachwyt, nie ma tutaj mentorskiego ględzenia albo kaznodziejskiego wytykania palcem, jest fascynacja miastem, zaciekawienie, rozgoryczenie, przerażenie, ale też rozbawienie. Simon rzuca oskarżenia, ale nie zapomina o tym, że świat nie jest czarno-biały, a chociaż jest to inteligencka rozprawka to nigdy nie wskakuje na nieznośnie poważną tonację, bo twórcy cały czas dbają o spuszczanie powietrza z fabuły, mnożąc wesołe epizody, pocieszne sceny, błyskotliwe dialogi i zabawne wymiany zdań. „The Wire” może stanowić pewnego rodzaju wyzwanie, jeżeli oczekujemy czegoś bardziej energetycznego i wypełnionego akcją, ale jeżeli podarujemy mu szansę, przysiądziemy obok i cierpliwie wysłuchamy tego, co ma do powiedzenia, możemy odkryć z zaskoczeniem, że jest to najlepsze, co telewizja stworzyła. Oczywiście z wyjątkiem…



1. Six Feet Under

Jeżeli „The Wire” to serial wychodzący od skali mikro, żeby przejść w tryb makro, to „Six Feet Under” zaczyna od mikro, żeby dokonać jeszcze większego zbliżenia. Serial jest wnikliwym portretem rodziny, która prowadzi zakład pogrzebowy, a zarazem stanowi próbę „oswojenia” odbiorcy ze śmiercią. Śmierć jest tutaj stale obecna, napędza biznes bohaterów, ale też wydarzenia w serialu, jest bohaterem, antybohaterem, sędzią, katem i bezstronnym obserwatorem. Stanowi punkt zamknięcia, ale też początek dla żyjących. Śmierć jest nieuchronna, bywa zaskakująca, a czasem wyczekiwana, jest nagła, ale czasem przychodzi za późno, śmierć była, jest i będzie.

Od telewizyjnej premiery finałowego odcinka „Six feet under” minęło już kilkanaście lat. Prawie dziesięć lat minęło od dnia, gdy samemu sięgnąłem po serial i zostałem zmieciony emocjonalnie. Mam wiele ulubionych produkcji telewizyjnych, ale to jest mój niezaprzeczalny numer jeden. Od dziesięciu lat nigdy w to nie zwątpiłem i nie sądzę, żeby kiedyś to się zmieniło. Jest to produkcja absolutnie wybitna. Za każdym razem jak trafiam gdzieś na zdjęcie, materiał video albo jakiś artykuł o serialu, mam ochotę wszystko rzucić i natychmiast zabrać się za oglądanie całości od początku.

Już pierwszy odcinek jest obiecujący, ale o tym, że pokocham "Six feet under" byłem przekonany dopiero po pierwszych minutach drugiego odcinka. Widzimy w nim grupę majętnych ludzi podczas małej imprezy przy basenie należącym do gospodarzy. Trójka mężczyzn słucha z uwagą charyzmatycznego młodzieńca, który racząc się cygarem, opowiada im o możliwościach pewnego i dużego zysku jeżeli tylko zainwestują w jego projekt. W tym czasie jego młoda żona, tuląc do piersi niedawno narodzonego synka, urabia małżonki trzech mężczyzn, wychwalając swego partnera i opowiadając o tym, jak to w przeciągu dwóch lat stworzył z niczego przynoszący krocie biznes. Jeden z mężczyzn daje się uwieść obietnicom wielkiego zysku i obiecuje zainwestować kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Cała sprawa śmierdzi na kilometr, z góry wiadomo, że szybko okaże się to szwindlem mającym na celu wyciągnięcie pieniędzy od naiwniaków, a my będziemy obserwować wiążące się z tym wydarzenia. A takiego! Drobny cwaniaczek postanawia ochłodzić się w basenie, prężąc swe muskularne ciało skacze z trampoliny i uderza głową o dno. Na ekranie pojawia się jego nazwisko i lata w jakich żył. Staje się on kolejnym klientem bohaterów serialu.

Oczywiście szybko się okazuje, że rozpoczynanie odcinków od ukazania czyjejś śmierci jest stałym schematem w serialu, ale nigdy nie staje się to nużące. Twórcy bawią się tym motywem oraz przyzwyczajeniami widza, który czasem do samego końca prologu nie jest pewien tego, kto tym razem zginie, stając się w efekcie kolejnym klientem Fisherów. Rozpisuję się o prologach, a to tylko kilkuminutowe smaczki, niemające często większego wpływu na dalszą akcję w odcinku. To co nakręca serial to kapitalnie napisane postacie członków rodziny Fisherów oraz ich znajomych i partnerów życiowych. Już w pierwszym sezonie przekonujemy się, że nikogo z nich nie można łatwo zaszufladkować, wszyscy skrywają jakieś sekrety, potrafią czymś zaskoczyć, stanowiąc skomplikowane osobowości, zmagające się z różnymi obsesjami, traumami oraz popełniające masę błędów. Im lepiej ich poznajemy, tym odbiór ich osoby staje się mniej oczywisty, a bohaterowie stają się tym ciekawsi. Fisherowie pracują na przedostatnim przystanku życiowej wędrówki wielu ludzi, to determinuje ich własne życie, kształtuje perspektywę patrzenia na świat, przypomina im ciągle o ulotności ludzkiego życia, ale też wpływa na samego widza, bo już same prologi potrafią nastroić do filozoficznych rozmyślań.

Absolutnie doskonały serial, inteligentny, zabawny, poruszający, czasem cholernie zasmucający, czasem nastrajający pozytywnie, a finałowe minuty ostatniego odcinka to czysta perfekcja. Uwielbiam.

wtorek, 18 lipca 2017

T-Mobile Nowe Horyzonty 2017: Filmy, które musisz zobaczyć.


Tydzień temu ogłoszono pełen program siedemnastej edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Od jutra rusza sprzedaż biletów, a posiadacze karnetów i akredytacji prasowych już tylko odliczają dni do rozpoczęcia imprezy. Program, jak co roku, jest wypchany po brzegi, więc wzorem ubiegłych lat, przygotowałem listę filmów, które warto zobaczyć. Wszystko co znajdziecie poniżej, widziałem już w Cannes oraz angielskich kinach. Mam nadzieję, że okaże się to pomocne podczas planowania seansów.


JAZDA OBOWIĄZKOWA:



The Square (reż. Ruben Östlund)

Niemalże kompletne arcydzieło. „The Square” w trakcie seansu kojarzył mi się nieco z „Wielkim pięknem” Sorrentino. Östlund wprawdzie prezentuje odmienny styl poezji obrazu i opowiadania nim, ale ich filmy wiele łączy. Włoch z umiłowaniem pławi się w kolejnych pięknych scenach, wdzięcząc się do widza. Szwed natomiast jest bardziej zdyscyplinowany, mniej skory do wizualnego onanizmu, ale równie mocno dba o estetykę obrazu, świadomie rozstawiając bohaterów w filmowej przestrzeni, starannie komponując kadry i scenografię. Oba filmy opowiadają o współczesnych środowiskach artystycznych z dużych europejskich miast poprzez zabawne (nierzadko absurdalne) epizodyczne scenki. Bohaterem filmu Östlunda jest dyrektor muzeum sztuki współczesnej. Obserwujemy jego życie poprzez serię anegdotycznych scenek, które początkowo zdają się ze sobą nie łączyć, ale wszystkie doczekują się późniejszego rozwinięcia i z czasem zaczynają się zazębiać.

Szwed mnoży kolejne niewymuszenie zabawne momenty, zgrabnie wyławiając życiowe absurdy, czyniąc z nich źródło dla gagu, ale też pożywkę dla mózgu, skłaniając widza do różnych refleksji, zachęcając do przystanięcia na moment i zastanowienia się nad jakimś spostrzeżeniem z filmu. Nigdy jednak nie podchodzi do tego ze śmiertelną powagą i nie pozwala sobie na zbyt mentorski ton. Są w tym filmie sceny prawdziwe magnetyzujące, gdy czas się zatrzymuje, świat przestaje istnieć, a widz zostaje przykuty do ekranu, z fascynacją obserwując wydarzenia i zastanawiając się w jakim kierunku to dalej podąży.

Dlaczego więc nie jest to kompletne arcydzieło? Otóż Östlund tak się rozpędził w mnożeniu wątków i rozbudowywaniu historii, że w końcu nie zdołał w porę wyhamować i wylądował o kilka długości poza linią mety. Film jest zwyczajnie za długi, zyskałby na przycięciu do wersji dwugodzinnej, tym bardziej, że te dodatkowe dwadzieścia minut przypada na zbyt rozwleczony akt finałowy, z którego należałoby wywalić kilka niepotrzebnych scen. Co ciekawe, reżyser początkowo planował wersję jeszcze dłuższą, przed premierą na canneńskim festiwalu dokonał jednak dwóch korekt, za każdym razem skracając nieco film. Nie zaszkodziłoby, gdyby przed wypuszczeniem filmu do normalnej dystrybucji kinowej jeszcze raz wkroczył do sali montażowej, bo mogłoby to zaowocować czymś prawdziwie wielkim. A tak dostajemy „tylko” jeden z najlepszych filmów roku.



Niemiłość (reż. Andrey Zvyagintsev)

Andriej Zwiagincew („Lewiatan”, „Powrót”) dalej przygląda się ojczystej Rosji i snuje ponury obraz współczesnej rodziny. W zasadzie to wszystko mówi tytuł. Nie ma tutaj miłości, uczucia, ciepła, są natomiast liczne pretensje, krzyki, oskarżenia i przekleństwa.

Żona i mąż. Ona nie może już na niego patrzeć, reaguje agresywnie, czepia się drobnych rzeczy, o większe rozpętuje batalie, praktycznie każda dyskusja kończy się na ostrej kłótni. On w zasadzie chce już tylko spokoju, uwolnienia się od krzyczącego koszmaru, z którym dzielił życie jeszcze do niedawna, ale zdradził, zrobił dziecko innej, no trudno, lecimy dalej z egzystencją. Nie ma najmniejszej wątpliwości, ten związek się definitywnie rozpadł, wyrok został podpisany, ale wykonanie opóźnia drobne nieudogodnienie – należy sprzedać wspólne mieszkanie.

Jest jeszcze trzeci bohater rodzinnego dramatu: dziecko, a konkretnie to dwunastoletni syn. Zamknięty w sobie, zrozpaczony, posiadający zaledwie jednego przyjaciela i przerażony wisząca nad nim groźbą bycia porzuconym przez oboje rodziców. No właśnie, jakoś brakuje chętnych na zaopiekowanie się potomkiem. Mama odmawia, argumentując to tym, że skoro partner postanowił rozpocząć nowe życie, ona również zasługuje na szansę ułożenia sobie życia od nowa. Szybko staje się jasne, że nigdy dziecka nie kochała, nie chciała go i żałowała, że nie dokonała aborcji. Nie ma matczynego ciepła w jej sercu i troski o życie dziecka, jest irytacja, ignorancja, a najczęściej to zwyczajny brak zainteresowania tym, co podopieczny robi i co się dzieje w jego życiu.

Ojciec natomiast uważa, że syna nie należy porzucać, ale oczywiście to nie on powinien go przygarnąć, od tego jest przecież matka. W jego życiu nie ma miejsca dla niego, ale wyglądałoby to bardzo niekorzystnie w pracy, gdyby swoje własne dziecko oddał do internatu, będącego praktycznie sierocińcem.

Syn jest więc niechcianym meblem, bo matka jest zbyt skupiona na przeglądaniu zdjęć na Instagramie i fotografowaniu talerza z jedzeniem, ojciec natomiast nie chce kłopotu na głowie, woli baraszkować z nową partnerką i martwić się nowym kłopotem, który niedługo przyjdzie na świat. A właśnie, nie wspomniałem jeszcze, że oboje mają kochanków. Oba romanse są dopiero w fazie rozwoju, więc motyle w brzuchu, seks na okrągło, kolacje w restauracjach, numerki w dziwnych miejscach i tak dalej. Bohaterowie są więc zdolni do uczuć, ale w oderwaniu od siebie i wspólnego dziecka, gdy łączą się z tym jedynie przyjemności i osobiste korzyści.

Film Zwiagincewa jest bardzo ponury fabularnie, ale przepiękny wizualnie. Kamera rozkoszuje się surowym rosyjskim krajobrazem, terenami leśnymi, designerskimi nowoczesnymi mieszkaniami i zdewastowanymi komunistycznymi budynkami, a także ludźmi – paskudnymi z charakteru, egoistycznymi, próżnymi, ale często atrakcyjnymi fizycznie albo przynajmniej obdarzonymi „ciekawą” urodą. Klimat bywa hipnotyzujący, wciągający, ale narracja opiera się na powolnym tempie, do którego rosyjski reżyser przyzwyczaił w przeszłości. Przez pierwszą godzinę filmu zupełnie nie zwraca się na to uwagę, zbyt bardzo pochłania nas śledzenie poczynań bohaterów, ale później w zasadzie już niczego nowego o nich się nie dowiadujemy, bo reżyser jedynie potwierdza nasze przypuszczenia, więc skupienie widza nieco się rozluźnia. Nigdy jednak nie tracimy zainteresowania historią.

Nie jest to najlepszy film Zwiagincewa, ale precyzja z jaką opowiada historię, piękno wizualne, dbałość o detale oraz talent w budowaniu klimatu i tak prezentują poziom, o którym wielu innych cenionych twórców mogłoby tylko pomarzyć.



Wszechstronna dziewczyna (reż. Colm McCarthy)

Z niemałym zaskoczeniem odkryłem ten tytuł w tegorocznym Nocnym Szaleństwie, które w tym roku zdaje się stawiać na kino gatunkowe, ale lepszego sortu. Zamiast pokracznych fabuł i amatorskiej realizacji oraz gry aktorskiej, mamy więc filmy z górnej półki, a przynajmniej nieco wyższej od tego, co często trafia do tej sekcji. „Wszechstronna dziewczyna”

Ktoś zamawiał ekranizację „The Last of Us”? Proszę bardzo. Epidemia zombie? Jest. Przyczyna zarazy związana z grzybami? Jest. Przenoszenie choroby przez ugryzienie, ale i również zarodniki unoszące się w powietrzu? Jest. Zarażona dziewczynka, która może ocalić ludzkość? Jest. Wędrówki przez opustoszałe miasta, które zaczyna już porastać roślinność? Jest. Ludzie walczący między sobą o surowce? Je… a nie, przepraszam, tego nie ma. A więc zupełnie nie jak w „The Last of Us”!

Film Colma McCarty’ego różni się wystarczająco na poziomie szczegółów i elementów fabuły, żeby reżyser nie musiał obawiać się pozwu sądowego od wydawcy fantastycznej gry, ale wizualnie, fabularnie i klimatycznie był niewątpliwie mocno zainspirowany produkcją Naughty Dog. W żadnym wypadku mi to jednak nie przeszkadzało! Bynajmniej, obserwując bohaterów przemykających „na paluszkach” obok reagujących na dźwięki zarażonych i przemierzających opustoszały Londyn, pokryty lianami, mchem i inną roślinnością – poczułem się jak w domu. Uwielbiam „The Last of Us” i lepszej ekranizacji nie mógłbym sobie wymarzyć. Film jest mroczny, ponury, brutalny, pesymistyczny, mała nadzieja podąża w parze z uczuciem goryczy i moralnego kaca, dziecięca naiwność jest przeciwstawiana okrutnym zwierzęcym instynktom, a dorośli są zrezygnowani, bo już dawno temu pogrzebali delikatne uczucia i świat odbierają w sposób szorstki, cyniczny, pozbawiony złudzeń. Całości dodatkowego smaczku dodaje miejsce osadzenia akcji i lokalni aktorzy. Paddy’ego Considine’a nie trzeba zachwalać, podobnie jak i Gemmę Arterton, ale również pojawiający się na drugim planie mniej znani brytyjscy aktorzy robią dobrą robotę, a wcielająca się w tytułową dziewczynkę, młodziutka Sennia Nanua, jest doskonała. A, no i jest jeszcze jedna Amerykanka w obsadzie, może słyszeliście o niej kiedyś – Glenn Close. Całkiem niezła aktorka. He he he… ekhm.

„The girl with all the gifts” to przyjemny przykład filmu, który zaczyna się od intrygującego wprowadzenia, nie przestaje zaciekawiać przez następne kilkanaście minut, im dłużej trwa, tym bardziej rozszerzają się nam źrenice i wzrasta nadzieja, że wyjdzie się z kina zachwyconym, ale zarazem obawa, że twórca wszystko spieprzy w finale, który zaprzeczy budowanemu przez całą historię nastroju beznadziei i schyłkowości cywilizacji, jaką znamy obecnie. Nie zaprzecza, finał jest idealny, wynika naturalnie ze ścieżki jaką przeszły postacie, pieczętuje ewolucję młodej bohaterki, pokazuje, że dojrzała, poznała świat, doświadczyła go, wyciągnęła z tego naukę i wykorzystała tę wiedzę. Bardzo dobry film, jeden z najlepszych, jakie widziałem w ubiegłym roku w kinie.



120 uderzeń serca (reż. Robin Campillo)

Początek lat 90. Wirus HIV już od dekady zbiera żniwo, stanowiąc potężną plagę ostatnich dwóch dekad ubiegłego stulecia. Świadomość społeczna wciąż jest jednak znikoma i opiera się na kłamliwych stereotypach. Problem spotyka się z ciągłym niezrozumieniem, władze prezentują ignorancję i opieszałość w akcjach prewencyjnych oraz próbach pomocy ofiarom, a zbyt długo trwające testy nowych leków przyprawiają o rozpacz chorych, nad którymi już wisi Kostucha.
„120 uderzeń serca” opowiada o paryskim ACT UP, grupie aktywistów skupionych na problemach osób zarażonych AIDS oraz uświadamianiu potencjalnych ofiar o zagrożeniu chorobą, a także propagowaniu bezpiecznego seksu. Film prezentuje ich kolejne zebrania, długie dyskusje, niekończące się kłótnie ideologiczne, niezapowiedziane wizyty w liceach, pokazowe akcje medialne, ataki wymierzane w polityków oraz szturm na siedzibę firmy farmaceutycznej (zakończony zapaskudzeniem ścian i szyb sztuczną krwią), niespieszącej się z opublikowaniem wyników istotnych badań. I jest to interesujące, bo prezentujące dramat od nowej, ciekawej strony, która nie została jeszcze przemielona przez popkulturę. Historia ma początkowo niezły rytm, bo widza pobudzają kolejne aktywności bohaterów oraz energetyczne sceny klubowe.
Film wytraca tempo w drugiej połowie (oczywiście jeżeli kogoś nie znudziło już wcześniej setne spotkanie ACT UP), gdy zaczyna się nieuchronne umieranie niektórych bohaterów. Ciężko się wtedy odpędzić od wrażenia, że oglądamy zagubiony film z pierwszej połowy lat 90., ale z gatunku tych łzawych historii, puszczanych w środku tygodnia, opartych na schematach i łatwych wzruszeniach, od których kroiły się delikatne serduszka telewidzów. Robin Campillo w nieprzekonujący sposób sprzedaje odbiorcy dramat postaci. Klimat jest ciężki, umieranie powolne i bolesne, ale wszystko to już widzieliśmy w niezliczonych historiach z końcówki ubiegłego stulecia, często w lepszej formie (bo autentycznie poruszały emocjonalnie), więc mimowolnie zerka się na zegarek, czekając na wiadomy koniec historii. Niech to Was jednak nie odstraszy od filmu, bo to jest ciekawa historia, którą warto poznać, a wiele scen na długo pozostaje w głowie i sercu.



W ułamku sekundy (reż. Fatih Akin)

Czyli film, za który Diane Kruger dostałaby Oskara, gdyby tylko był w języku angielskim. Wciąż jednak liczę na to, że podobnie jak Isabelle Huppert, dostanie chociaż nominację za tę doskonałą rolę. „W ułamku sekundy” to kino o więzach rodzinnych, o matczynej miłości, o współczesnym Berlinie, o tragedii, żałobie, zbrodni, systemie karnym i… nie mogę więcej napisać. Jest to kino pobudzające emocjonalnie i prowokujące intelektualnie, wzorcowo zrealizowane i nie dające o sobie łatwo zapomnieć.



FILMY, KTÓRE WARTO ZOBACZYĆ: 


Podwójny kochanek (reż. François Ozon)

Film, który spokojnie mógłby trafić do tegorocznego Nocnego Szaleństwa. „Podwójny kochanek” zaczyna się od maksymalnego zbliżenia na wnętrze pochwy, jest to idealne przygotowanie widza na resztę seansu. Później bywa już mniej ginekologiczny, ale równie odważny, bo Ozon mnoży kolejne erotyczne sceny, pozwalając sobie na różne szaleństwa, konfiguracje, układy i gadżety. Fabuła jest równie zakręcona, co łóżkowe figle bohaterów, wypełniona pociesznymi twistami, bzdurnymi zachowaniami, onirycznymi wizjami, humorem, grozą, groteską, i co tam jeszcze przyszło Ozonowi do głowy. Film bywa bzdurny, jest to kino trashowe, przesadzone, czasami nieco tandetne, ale nie nudzi nawet przez moment, sprawia masę radochy, pobudza, rozbudza i nie zanudza. Wszystko to, czego potrzebuje uczestnik festiwalu, żeby nie zwariować od nadmiaru ambitnego, powolnego i ponurego kina artystycznego.


Uczciwy człowiek (reż. Mohammad Rasoulof)

Jeżeli uważasz, że festiwal filmowy nie można uznać za kompletny, jeżeli nie zobaczy się przynajmniej jednego tytułu irańskiego, „Uczciwy człowiek” jest pozycją dla ciebie. Film Rasoulofa opowiada o wadliwym systemie, o społeczeństwie i kraju przeżartym korupcją, o dylemacie moralnym, o niechęci do naginania się do panujących zasad, o chorobliwej upartości, o chamstwie, ludzkiej nieżyczliwości i okrucieństwie.



Dzień po (reż. Hong Sang-soo)

Częstotliwość, z jaką Hong Sang-soo trzaska kolejne filmy, można by uznać za imponującą, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy opowiadają o tym samym: rozpitych Azjatach. Oczywiście jest to bardzo upraszczające stwierdzenie, ignorujące istnienie fabularnych puzzli, które często należy sobie układać, urokliwego klimatu oraz humoru obecnego w kolejnych filmach japońskiego reżysera. Osobiście podchodzę do jego twórczości z sympatią, ale uważam, że kręci błahostki, które do tego bywają kiepsko zagrane i zrealizowane (te nagłe zbliżenia…). W tym roku w programie festiwalu można znaleźć aż cztery filmy Honga (trzy z tego roku!). Sam chyba wybiorę się na „Twoja i nie tylko twoja”. Fanów twórczości nie muszę zachęcać, zresztą już pewnie i tak parsknęli z pogardą na powyższe słowa, a jeżeli ktoś jeszcze nie miał styczności z reżyserem, i ma ochotę zasmakować jego stylu, to polecam wybranie się na film pokazywany w tegorocznym canneńskim konkursie głównym: „Dzień po”. Siedzą, piją, jedzą, rozmawiają. Czasem nawet chodzą. Klasyczny Hong.


20th Century Women (reż. Mike Mills)

Film Mike’a Millsa w ostatnim sezonie nagród filmowych otarł się o kilka statuetek, zgarniając jakieś nominacje, ale cały czas pozostawał w cieniu głośniejszych tytułów. Do polskich kin w ogóle nie dotarł. Szkoda, bo to film oparty na dobrym scenariuszu, opowiadający ciekawą historię, poruszającą problemy dojrzewania i macierzyństwa, w zniuansowany sposób opowiadającą o kobiecości, ale też i męskości. I do tego świetnie obsadzoną.


Free Fire (reż. Ben Wheatley)

Fajnie, że ten film trafił do tegorocznego Nocnego Szaleństwa, bo niewątpliwie znajdą się osoby, które uznają go za odkrycie albo pozytywne zaskoczenie. Zrealizowane jest to bez zarzutu, obsadzone fantastycznie, a ilości ran postrzałowych i zachowaniu rannych bohaterów można tylko przyklasnąć (zakładając, że lubi się oglądać jatkę na ekranie). Szkoda tylko, że dość szybko robi się to monotonne. Jest jednak na tyle krótkie (90 minut), że napisy końcowe wchodzą na ekran zanim odbiorca zdąży się zacząć niecierpliwić i nerwowo wiercić w fotelu. Zobaczyć warto, ale warto również pamiętać o zabraniu na seans browaru.



ROZCZAROWANIA, KTÓRE MUSISZ ZOBACZYĆ:

Czyli: filmy, które mnie rozczarowały, ale i tak pójdziesz je zobaczyć, bo zostały nakręcone przez uznanych twórców. I słusznie.



Happy End (reż. Michael Haneke)

Im więcej tygodni mija od dnia, gdy widziałem najnowszy film Austriaka, tym bardziej myślę o nim, jak o największym rozczarowaniu tegorocznego festiwalu w Cannes. Problem nie leży w tym, że „Happy End” jest filmem złym, ale w tym, że nie odcisnął na mnie żadnego piętna. Poprzednie dwa filmy austriackiego reżysera (oba nagrodzone Złotą Palmą) były doskonałymi tytułami. „Biała wstążka” stanowiła pożywkę dla mózgu i oczu, „Miłość” miażdżyła na poziomie emocjonalnym. „Happy End” przyjąłem na chłodno - obejrzałem, przyjąłem do wiadomości, co Haneke chciał przekazać, ale pozostałem obojętny na to zarówno w trakcie seansu, jak i później. Chyba najbardziej mnie boli w tym filmie, że przetwarza motywy, które kino artystyczne mieli na okrągło i nie oferuje niczego więcej. Ujęcia kręcone z komórki, cyberseks, media społecznościowe – Haneke udowadnia, że stara się być na bieżąco, ale problem w tym, że wszystko to już w kinie było, i to wielokrotnie, w ciekawszej formie, oferując błyskotliwsze spostrzeżenia. Autor może i chce poruszać aktualne problemy relacji międzyludzkich w czasach internetu, ale niekoniecznie rozumie całość zagadnienia i potrafi tylko powtarzać prawdy już wypowiedziane.

Na szczęście jest to tylko jeden z wielu wątków, składających się na opowieść o dysfunkcyjnej burżuazyjnej rodzinie, zmęczonej egzystencją, hipokryzją, krewnymi (dobierz odpowiednie określenie do danej postaci, w niektórych przypadkach użyj dwóch lub wszystkich). Początkowo oderwane od siebie wątki z czasem zaczynają łączyć się w całość. Doświadczony twórca prowadzi to pewną ręką, Isabelle Huppert samą swoją obecnością na ekranie podnosi poziom zainteresowania odbiorcy i to do niej należy najlepsza scena w filmie, finał jest idealny, a nawiązanie do „Miłości” intrygujące. Zresztą sam film stanowi ciekawy dialog z poprzednim dziełem twórcy, pokazując bohaterów, którzy nie mogą się doczekać pożegnania się z życiem.

Nie zmienia to jednak faktu, że po seansie wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej z własnym życiem. Nie tego oczekiwałem po Mistrzu Szarpania Emocjami.



Na pokuszenie (reż. Sofia Coppola)

Jako ogromnemu fanowi „Między słowami”, jest mi cholernie przykro, że Sofia Coppola od 15 lat nie jest w stanie nakręcić czegoś porównywalnie dobrego. Nie zrozumcie mnie źle, wszystkie filmy Sofii od tamtego czasu były dobre, żaden jednak nie wzniósł się nawet delikatnie powyżej tego poziomu. „Na pokuszenie” niestety również tego nie robi.

Film jest pięknie nakręcony. Phillippe Le Sourd ładnie portretuje południowe rejony Stanów Zjednoczonych, nadając poetyckiego sznytu scenom plenerowym i szykownego wdzięku wnętrzom ogromnego budynku. Coppola doskonale czuje komizm historii, umiejętnie rozbawia widownię, operując humorem w różnej formie i natężeniu. Zupełnie jednak nie potrafi uchwycić innych emocji i budować klimatu dopasowanego do wydarzeń. Pierwsza połowa, która powinna buzować od erotycznego napięcia i żądzy wiszącej w powietrzu, jest prowadzona subtelnie. Niestety zbyt subtelnie, żeby traktować ją poważnie, można się jedynie podśmiechiwać – na szczęście w momentach, kiedy było to zamierzone przez reżyserkę. Jako źródło humoru sprawdza się więc to dobrze, jako podbudowa pod dramatyczną drugą połowę już niekoniecznie.

Drugiej połowie filmu natomiast brakuje odpowiedniej dawki emocji. Tam gdzie powinien być terror, jest pocieszne miotanie przedmiotami i wrzeszczenie, a „grozę” sytuacji szybko rozładowują drobne żarciki. Tam gdzie powinien być trudny wybór jest pospieszne przeskoczenie do realizacji tegoż. Nie ma to w sobie mocy, nie czuć ciężaru decyzji, nie czujemy ulgi z rychłego końca kryzysowej sytuacji, bo nawet przez moment nie odczuwamy zaniepokojenia czyimkolwiek losem. Za to oglądamy kolejne lekkie żarciki.

Źle zostały rozpisane relacje pomiędzy postaciami. Coppola zbytnio zawierzyła niedopowiedzeniom, przez co przyczynę pewnej kontrowersyjnej decyzji, dokonanej przez bohaterkę graną przez Nicole Kidman, musi wykrzyczeć ustami innej postaci, bo widzowi może nawet nie przejść przez myśl, że kryło się za tym coś więcej. Głównie dlatego, że nie zostało to podbudowane odpowiednimi scenami wcześniej. Problemem jest również to, że bardziej domyślamy się, co próbowali osiągnąć aktorzy, jak naprawdę to widzimy. Colin Farrell nie jest tak czarujący i intrygująco tajemniczy jak film próbuje nam wmówić. Elle Fanning sprawia wrażenie, że kreując postać próbowała osiągnąć równowagę pomiędzy niewinną nastoletnią dziewczyną, której kobiecość dopiero się rozbudza, a młodej manipulantki inicjującej kontakt z mężczyzną. Udaje się to połowicznie, bo zbyt często wycofuje się do typowej dla niej postawy eterycznej dziewczynki, która jedynie udaje dojrzałą kobietę. Nicole Kidman natomiast ciekawie wgryza się w postać matrony, nie popadając w łatwą karykaturę wierzącej starej panny. Niestety zabrakło (fabularnego) mięsa i chemii w jej relacji z Farrellem, na czym znacząco ucierpiał finał historii. Brak chemii jest o tyle ciekawy, że oboje stworzyli świetną ekranową parę w tegorocznym „The Killing of a Sacred Deer”, i to pod okiem reżysera, który z zasady stawia na zamierzenie „sztywne” kreacje aktorskie.

„Na pokuszenie” nie jest jednak złym filmem. Jest to produkcja ładnie zrealizowana, pięknie wyglądająca, z doskonałą obsadą (nie mogą się jednak wykazać, bo scenariusz na to nie pozwala), przystępnie i ekonomicznie skrojona (całość trwa 90 minut), ale chyba zbyt drastycznie przycięta względem literackiego oryginału, bo cierpi na tym finał historii.


KOŃCZĄC:

Rozrosło się to okrutnie, więc kończąc, szybko wspomnę jeszcze tylko o tym, że wśród tytułów, które można było już oglądać w polskich kinach, można znaleźć takie filmy jak: „Ostatnia rodzina” (reż. Jan P. Matuszyński), „Elle” (reż. Paul Verhoeven) oraz „Służąca” (reż. Park Chan-wook). Wszystkie warte zobaczenia, więc jeżeli ktoś jeszcze czegoś nie widział to ma teraz okazję nadrobić na dużym ekranie.

Bawcie się dobrze!

niedziela, 16 lipca 2017

War for the Planet of the Apes (Wojna o planetę małp) - recenzja


Rebooty, remaki oraz prequele zalewające każdego roku ekrany kin są wytykane palcami i stawiane jako przykład choroby trawiącej współczesne kino rozrywkowe. Matt Reeves udowodnił trzy lata temu, że jeżeli ma się pomysł, odwagę i talent to przestaje być istotne, co stoi w tytule filmu. Już „Geneza planety małp” (reż. Rupert Wyatt) okazała się być małym zaskoczeniem, bo w oryginalny i niegłupi sposób dokonała rewitalizacji serii. Dopiero jednak Reeves w pełni wykorzystał potencjał drzemiący w historii. Wprawdzie kolejne rozdziały „Ewolucji planety małp” nie były specjalnie zaskakujące, ale obserwowanie tego, jak reżyser do nich dochodził, sprawiało dużo przyjemności. Kiwało się przy tym głową z uznaniem, bo Reeves ciągle udowadniał, że ma jaja jak kokosy i nie zamierza się wycofywać w ostatniej chwili ze ścieżki, która prowadzi do rzeczywistości znanej z dawnej serii. „Wojna o planetę małp” jest naturalną konsekwencję tego, jak się zakończył poprzedni film.

W scenie otwierającej film widzimy uzbrojonych po zęby żołnierzy przedzierających się przez las. Elementy ich mundurów ozdobione są różnymi napisami nawiązującymi do konfliktu z małpami. Rodzi to naturalne skojarzenia z licznymi filmami o wojnie w Wietnamie, a zwłaszcza z jednym konkretnym tytułem, który nawet zostaje sparafrazowany w postaci graffiti na ścianie kanału („Ape-pocalypse Now”). Nie będzie to jedyne nawiązane do dzieła Coppoli. Co zabawniejsze, nie jest to jedyny w tym roku film o małpie, który ogrzewa się w blasku tego klasyka. Nawiązanie do King Konga (bo oczywiście mam na myśli „Konga: Wyspę Czaszki”) zresztą również pojawia się w filmie Reevesa. Oba tytuły jednak więcej dzieli, niż łączy. Słowo „wojna”, które mamy w tytule, sugeruje pełne rozmachu starcie ludzi z małpami, no i rzeczywiście, nie brakuje wybuchów, kul i włóczni przeszywających powietrze oraz ofiar po obu stronach, ale jest to zaskakująco kameralne kino rozrywkowe, które więcej uwagi poświęca o wiele ciekawszym kwestiom.


Od wydarzeń z poprzedniej części upłynęły już dwa lata, ale Cezara wciąż prześladuje widmo Koby, zbuntowanego przyjaciela, którego zaślepiła nienawiść do ludzi. Niebawem, gdy główny bohater będzie zmuszony ruszyć ścieżką zemsty, zacznie powątpiewać w to, czy rzeczywiście tak wiele go różni od dawnego przyjaciela, szczególnie w kwestii tego, co go motywuje do działania. Po drugiej stronie barykady jest Pułkownik, kreślony dość grubą krechą, ale odegrany powściągliwie i z rozmysłem przez Woody’ego Harrelsona. Pułkownik to Bożek Wojny, hołubiony przez podwładnych, których inspiruje do działania przemówieniami o Świętej Wojnie. Pułkownik jest przekonany, że stanowi ostatnią deskę ratunku dla rodzaju ludzkiego i jest gotów poświęcić wszystko dla przetrwania swojej rasy. Wkrótce staje się jasne, że chociaż kieruje nim ksenofobiczne zaślepienie nakręcane przez strach, to jednak nie jest on daleki od prawdy, bo intrygujący rozwój wypadków, zainicjowanych jeszcze w pierwszym filmie, dokonuje istotnego (dużego) skoku w kierunku realiów znanych z dawnych filmów o planecie małp. Jego poczynania są desperackie i okrutne, ale skazane na porażkę (o czym świadczy nie tylko znajomość starych filmów), a przez to są tym tragiczniejsze w wymowie. Małpy już ostatecznie przejęły serię, stając się jedynymi pozytywnymi postaciami, ale działania i motywacje ludzi są zrozumiałe, a może i nawet potrzebne dla przetrwania gatunku, co nie znaczy, że słuszne od strony moralnej.

Tytuł filmu obiecuje sceny bitewne, ale reżyserowi nie spieszy się z wytoczeniem dużych dział (a jest na co czekać). Zamiast tego sięga po konwencję westernu, ale także i kina drogi, żeby opowiedzieć o podróży Cezara i jego kilku przyjaciół w poszukiwaniu zemsty. Zanim osiągną cel wyprawy, znajdą ból i cierpienie, ale też miłość, czułość oraz nadzieję na lepszą przyszłość. Cezar kwestionuje motywacje swoich działań, ciągle porównując siebie do Koby, ale zbyt łatwo zapomina o tym, że w przeciwieństwie do tamtego szkaradnego okrutnika, stanowi dla swoich pobratymców pozytywny symbol. Jest on postacią wręcz mesjanistyczną, małpim Mojżeszem, który ma doprowadzić swój gatunek do nowej Ziemi Obiecanej.


Jeżeli jeszcze nie jest to oczywiste - „Wojna o planetę małp” to nietuzinkowy blockbuster, kiedy trzeba to efekciarski i głośny, nie bojący się jednak ciszy, i to długotrwałej, przystanięcia na dłuższy moment, rozejrzenia się, rozczulenia nad jakimś gestem, dokonania refleksji, zastanowienia się nad motywacjami postaci, uśmiechnięcia się albo zasmucenia czymś, a w końcu - spojrzenia w przyszłość z zaintrygowaniem. Scenariusz jest daleki od ideału, czasem bywa niekonsekwentny w stosunku do poprzedniego filmu, w pewnej chwili jest przerażająco głupi, gdy pewien element stanowi wygodne rozwiązanie fabularne, ale zarazem czyni z żołnierzy i ich dowódcy, bandę skończonych idiotów bez wyobraźni. Jest jeszcze kilka innych małych głupotek, które wymagają zawieszenia niewiary, ale to zaledwie rysy, które nie przeszkadzają w delektowaniu się tym doskonałym filmem, stanowiącym idealne zwieńczenie trylogii o Cezarze.

niedziela, 9 lipca 2017

20 ulubionych seriali telewizyjnych (miejsca 20-11)


Od dłuższego czasu zbierałem się do ułożenia poniższej listy. Czytelnicy wielokrotnie zgłaszali się do mnie z pytaniami o to, jakie są moje ulubione seriale oraz jakie tytuły uważam za warte zobaczenia. Zazwyczaj dyskusja kończyła się na tych dwóch, trzech, czy tam pięciu, które uważam za zdecydowanie ulubione. Świat telewizji jednak nie kończy się na dwóch serialach sprzed lat, więc uznałem, że warto rozszerzyć listę i podzielić się dziesiątką ulubionych seriali. Poniższy tekst miało otworzyć kilka seriali, które nie zmieściły się do TOP 10, ale są warte zobaczenia. Niestety, zanim skończyłem o nich pisać i dobiłem w końcu do miejsca dziesiątego, okazało się, że wklepałem już nieprzyzwoitą ilość znaków i koniecznie jest rozbicie tekstu na dwa osobne wpisy. Po pierwsze, dla wygody czytelnika, bo jednak chciałbym, żeby ktokolwiek zdołał przeczytać całość i nie powiesić się na gumce od majtek. Po drugie, bo już zwyczajnie nie mam czasu na pisanie o kolejnych dziesięciu serialach. Wciąż jeszcze muszę poprawić poniższy tekst i go oprawić na blogu, więc trzeba wiedzieć, kiedy należy przestać i przejść do następnego etapu. Jeżeli będę mieć na to dość wolnego czasu to drugą część listy napiszę i wrzucę w przyszłą niedzielę.



20. South Park

„South Park” towarzyszy nam już od 20 lat! Aż ciężko uwierzyć, że to już tyle lat jest na antenie. Jeszcze ciężej w to, że wciąż nie odczuwam znużenia formułą i kolejne sezony łykam z równą przyjemnością co 5, 10 i 15 lat temu. Panowie Parker i Stone są niezmiennie zabawni, błyskotliwi i cholernie bezczelni. Jest to jedyny serial, po którego dowolny odcinek (dowolnego sezonu) mogę sięgnąć w każdej chwili i oglądać z równą przyjemnością, co za pierwszym razem. Nie jest to oczywiście do końca prawdą, bo w pierwszych sezonach twórcy dopiero się rozkręcali, a w ostatnich miewali słabsze odcinki, ale to nieistotne. Istotne jest to, że „South Park” stanowi kopalnię genialnych, 30-minutowych fabuł, które wytykają, oskarżają, wyszydzają, czy też po prostu hołdują różnym zjawiskom popkulturowym, społecznym, politycznym i religijnym. Jeżeli coś zgrzyta w dzisiejszym świecie, można z dużą pewnością założyć, że prędzej czy później zostanie to zrównane z ziemią przez nieocenionych twórców serialu.


19. Freaks and Geeks

Stworzony przez Paula Feiga i wyprodukowany przez Judda Apatowa pod koniec ubiegłego stulecia został przedwcześnie uśmiercony przez NBC (początkowo wyemitowano zaledwie 12 odcinków z 18 nakręconych), które nie dało serialowi szansy na „odnalezienie” swojej widowni. Z czasem zyskał status pozycji kultowej, gdy już rozeszła się wieść, że to najlepszy amerykański serial o dojrzewaniu od czasu „Cudownych lat”. Oglądany dziś, imponuje zebraną ówcześnie młodocianą obsadą, która wypełniona jest obecnymi gwiazdami amerykańskiej komedii (Seth Rogen, Jason Segel, James Franco). Nie wspominając o tym, że przez te kilkanaście odcinków można jeszcze wypatrzyć takie osoby jak: Ben Foster, Lizzy Caplan, Rashida Jones, Shia LaBeouf, Leslie Mann, Ben Stiller i Jason Schwartzman. Wiele jest seriali o młodzieży, niewiele jednak równie szczerze i przyziemnie portretuje swoich bohaterów, równie dużo czasu poświęcając ich neurozom, co pierwszym zauroczeniom i obsesjom.



18. Fargo

Nie widziałem jeszcze najnowszego (trzeciego) sezonu, więc nieco asekurancko umieszczam „Fargo” pod koniec listy, ale pierwsze dwie serie to kawał porządnej telewizji. Obie uwielbiam, ale bardziej podobała mi się ta pierwsza, bo duże wrażenie zrobiła na mnie kreacja Martina Freemana.

Nie będzie chyba dużą przesadą, jeżeli stwierdzę, że to jego życiowa rola. Lester przez dziesięć odcinków przechodzi prawdziwą metamorfozę, co daje Martinowi szansę na zaprezentowanie pełnej skali talentu aktorskiego i wykorzystywanych środków. Gdy go poznajemy, Lester jest popychadłem wszystkich, przed laty znęcano się nad nim w szkole, dziś dalej bywa poniewierany przez dawnych oprawców, pogardza nim żona, brat patrzy z politowaniem, jego egzystencja jest niezauważalna dla innych. Co tu dużo mówić, życiowy nieudacznik.

Martin pierwszorzędnie odgrywa tę rolę, chowając się za maską grzecznego, nieco ciapowatego Angola, nieudolnie próbującego wymigiwać się drobnymi żartami od problemów i konfrontacyjnych sytuacji. Jego postać nie jest Brytyjczykiem, ale zachowanie, prezentowany humor, maniery i sposób wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi są bardzo brytyjskie. W wykonaniu Freemana widzieliśmy to wiele razy, tutaj odegrane jest jednak koncertowo, bez jednej fałszywej nuty.

A co najważniejsze, w sposób płynny, bez czkawki, ani nawet jednego lekkiego potknięcia, przeistacza się na naszych w oczach w kogoś innego. Pewnego siebie cwaniaka, człowieka sukcesu, wyrachowanego socjopatę, zgrabnie maskującego ludzkie emocje, może nie tyle żądnego krwi psychopatę, co pozbawionego moralnych hamulców egoistę, który zawsze przełoży dobro własne nad kogoś innego. Bez wahania jest więc gotów zaryzykować czyimś życiem i później przejść nad tym do porządku dziennego. Ofiara przeradza się w drapieżnika, ale świadomego swoich ułomności, atakującego z zaskoczenia, sprytnie wykorzystującego bycie niedocenianym przez innych. Ciągle jednak pozostaje tym starym Lesterem, popełniającym głupie błędy, niepotrafiącym przewidzieć konsekwencji pewnych czynów, plątającym się w swoich kłamstwach i próbującym wyślizgnąć się z każdych tarapatów żartami oraz przesadnym dramatyzowaniem. Doskonała rola, to zbrodnia, że nie została bardziej doceniona.


17. Black Mirror

Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika science-fiction. Rzadko w tym gatunku, zwłaszcza na małym ekranie, można zobaczyć rzeczy prowokujące do tak wielu przemyśleń na temat współczesnego świata, ludzkiej natury oraz tego, w jakim kierunku zmierza postęp technologiczny. Jest to w zasadzie nie tyle serial, co antologia niepowiązanych ze sobą fabularnie historii, połączonych jedynie ideą: mało optymistyczną wizją bliskiej przyszłości, będącą nieco przejaskrawioną wersją współczesnej rzeczywistości - splątanej internetem, elektronicznymi gadżetami oraz zamierającą kulturą słowa pisanego w formie drukowanej. „Black Mirror” obfituje w intrygujące pomysły, ciekawe komentarze społeczno-kulturowe i wciągające historie.



16. Legion

„Najświeższy” tytuł na liście, i to nie tylko dlatego, że pierwszy sezon zadebiutował raptem kilka miesięcy temu. Jestem pełen uznania dla stacji FX, że zaryzykowała i udzieliła zielonego światła dla tak oryginalnej produkcji. Osadzony w uniwersum X-menów, ma tak naprawdę niewiele wspólnego z tym, do czego przyzwyczaiły nas kinowe produkcje. Serial zaskakuje na każdym kroku, jest szalony, pokręcony, bywa abstrakcyjny, psychodeliczny, fantasmagoryczny, czasem twórcy budują nastrój grozy, a czasem wrzucają od czapy scenkę musicalową. Nie istnieją dla nich jakieś reguły i ograniczenia gatunkowe. Gdy starcie z Wielkim Złym zostało zrobione w formie kina niemego, już nie miałem najmniejszych wątpliwości, że wyobraźnia twórców jest nieskończona. I co najlepsze, w całym tym szaleństwie jest metoda, trzyma się to wszystko kupy i ładnie łączy ze sobą, składając się na obraz nieprzeciętnego bohatera pierwszoplanowego.

Co warto jeszcze podkreślić to jakość wykonania „Legiona”. Starannie przygotowane dekoracje, zaprojektowane z designerskim zacięciem, cieszące oczy kostiumy i charakteryzacje, idealnie dobrane piosenki, ciekawe kompozycje muzyczne oraz nieoczywista praca kamery. Operator lubi zaszaleć, przekręcić kadr na bok, albo wręcz ustawić do góry nogami, z gracją odjechać z kamerą, nadając scenie rozmachu, lub też zmienić proporcje obrazu. W tej pokręconej historii, zabierającej nas w podróż w głąb chorego (a zarazem potężnego) umysłu, wszystko uchodzi na sucho, bo nie obowiązują tutaj żadne reguły. Szanuję, bo to nie tylko jedna z najoryginalniejszych historii superbohaterskich, ale też zwyczajnie kawał dobrego serialu telewizyjnego, który można kosztować w oderwaniu od kinowych mutantów i bawić się równie dobrze.


15. True Detective

Nie należę do osób, które ostro krytykują drugi sezon, bo wprawdzie do bardzo wielu rzeczy można się w nim przyczepić, ale to wciąż kawał porządnej sensacji. Mam z nim tylko jeden, ale zasadniczy, problem - powiązano go tytułem z mistrzowskim pierwszym sezonem, tym samym zaniżając ogólny poziom serialu. Gdyby nie to, nie wahałbym się nawet przez moment nad umieszczeniem go w pierwszej dziesiątce, bo było to dzieło kompletne: cholernie mroczne, o klimacie tak gęstym, że można było go kroić maczetą, fantastycznie obsadzone i odegrane, wciągające, fascynujące, emocjonujące i pobudzające intelektualnie. HBO już dawno nie miało czegoś tak dobrego w ramówce.


14. Orange Is the New Black

Poprzedni serial Jenji Kohan, „Weeds”, rozbłysnął niczym joint odpalony w ciemnym pomieszczeniu, ale wciągany zbyt intensywnie, zaczął dogasać, zanim zdołał dotrzeć nawet do połowy imprezowiczów. Po fajnych pierwszych trzech sezonach, poziom zaczął lecieć na łeb, kolejne sezony wciąż oferowały solidną rozrywkę, ale było to tak daremne, że w pewnym momencie zwyczajnie „zapomniałem” sięgnąć po następną serię. Formuła „Orange Is the New Black” chyba zaczęła się już też wyczerpywać, bo oglądając finał piątego sezonu złapałem się na myśli, że byłby to dobry moment na zakończenie historii. Nie zmienia to jednak faktu, że było to bardzo równe pięć sezonów, nie zawsze było idealnie, ale dwie rzeczy nigdy nie zawodziły – błyskotliwe, cięte i dowcipne dialogi oraz bogata galeria ciekawych kobiecych postaci, które kochamy, bądź nienawidzimy, ale nigdy nie są nam obojętne. Czas pokaże, czy serial zakończy się w odpowiednim momencie, czy też podzieli los „Weeds”, do którego wielu widzów w pewnym momencie „zapomniało” powrócić.



13. Carnivale

Nieprzypadkowo umieściłem „Carnivale” na trzynastym miejscu. Serial praktycznie od samego początku swojego istnienia musiał walczyć o przetrwanie. Walkę przegrał po zaledwie dwóch sezonach, zdoławszy zaoferować odbiorcom coś w rodzaju zakończenia, ale pozostawiając z wieloma niedokończonymi wątkami. Kilka nowych nawet otworzył, wprawdzie zostały zaledwie zarysowane, ale ogrom tkwiącego w nich potencjału był oczywisty. Wielka szkoda, że nie dane nam było zobaczyć kolejnych czterech sezonów i tego, jak dalej rozwinęła się cholernie intrygująca historia osadzona w okresie wielkiego kryzysu ekonomicznego z początku ubiegłego wieku. Czy więc warto oglądać tę niedokończoną historię? A czy warto było oglądać przez te wszystkie lata „Miasteczko Twin Peaks”, pomimo jeszcze bardziej urwanego zakończenia drugiej serii? Oczywiście, że tak. Jest to produkcja nietuzinkowa, skąpana w niepowtarzalnym klimacie, zaludniona niesamowitymi bohaterami (co nie zawsze jest powiązane z czynnikiem metafizycznym/magicznym/nadnaturalnym) i oparta na kapitalnym scenariuszu, który wyśmienicie rozpisano na dwa sezony. Ech, jaka szkoda, że tego nie pociągnięto dalej…


12. Treme

Niewystarczająco doceniany serial skrywający w sobie wiele dobra. Fabularnie jest to niejako kontynuacja idei przyświecającej "The Wire" (również stworzonego przez Davida Simona, autora „Treme”), czyli opowiedzeniu o konkretnym mieście z perspektywy osób reprezentujących różne grupy społeczne. Nie jest to jednak ugryzione w tak kompleksowy sposób, czemu ciężko się dziwić, bo Nowy Orlean umyka łatwym kategoryzacjom. Jest to miasto, w którym zakochałem się od razu, ale miłością niełatwą, bo tak bardzo jak chciałbym mieszkać na stałe w miejscu nasyconym takim kulturalnym kolorytem, tak samo mocno obawiałbym się tego podjąć ze względu na niesamowicie skorumpowane służby publiczne, przestępczość na ulicach i ciągłą niepewność tego, co przyniesie przyszłość. Nowy Orlean to miejsce, w którym muzyka rozbrzmiewa na okrągło, kuchnia kusi wymyślnymi potrawami, a ludzie żyją nieco innym rytmem, ale nie brakuje też zagubionych życiowo kilkunastoletnich czarnoskórych rzezimieszków, którzy mogą zabić bez mrugnięcia okiem, bo się na nich krzywo spojrzało albo rzuciło niewłaściwym komentarzem.

Co jednak najważniejsze, „Treme” jest przede wszystkim serialem przebogatym muzycznie. Każdy rozkochany w czarnych rytmach będzie wniebowzięty, bo podczas czterech sezonów poznajemy prawdziwy przekrój muzycznych trendów Nowego Orleanu. Czego tutaj nie ma: jazz, blues, rap, rock, rockabilly (!), każdy odcinek obfituje w jakieś muzyczne dobro. A co najfajniejsze, to piosenkom daje się tutaj odetchnąć, nie ucina się ich po kilkunastu sekundach, pozwala wybrzmieć do końca i rozkochać w sobie nowych słuchaczy. Wielka szkoda, że serial już definitywnie zakończono, bo każdego roku z ogromną przyjemnością zanurzałem się w relaksującej muzycznej kąpieli jaką przygotowywali twórcy.



11. Oz

Drugi na liście serial, którego akcja ma miejsce w więzieniu. I jest to jedna z niewielu rzeczy, które łączą go z „Orange Is the New Black”, bo „Oz” to brutalna i bezkompromisowa jazda bez trzymanki. Oz to miejsce testujące ludzki charakter, walące męskim potem i brudnymi skarpetami, ufajdane krwią i spermą, z szafami wypełnionymi trupami i obudowane murami, które widziały najgorsze bestialstwa. Niesamowita jest ilość wątków przypadających na każdy odcinek. Seriale, nawet te najlepsze, często mają to do siebie, że trzeba odczekać jakiś czas, zanim po powiedzeniu „a”, bohaterowie dodadzą „b”. W „Oz” zdarzają się przypadki, że wątek poruszony w jednym odcinku zostaje dokończony dopiero po kilku kolejnych, ale jednocześnie pełno innych motywów i twistów fabularnych, zachowywanych zazwyczaj na koniec, pojawia się już w środku odcinka. Niewiele innych serialów oferuje równie intensywne nagromadzenie emocjonujących wydarzeń.

„Oz” był jednym z tych tytułów, które podłożyły podwaliny pod współczesną telewizję, pokazując, ile można wycisnąć z formuły serialu i jak ogromny potencjał w niej tkwi. Nie trafił do pierwszej dziesiątki, bo poziom serialu nieco podupadł, gdy po kilku latach zarzucono formułę intensywnego mini-sezonu, co zaowocowało dwukrotnie dłuższym czwartym sezonem. Szybko się z tego wycofano, ale ostatnie dwie serie i tak były wyraźnie słabsze, a ilość morderstw oraz innych przestępstw popełnianych w zakładzie karnym chwilami robiła się niedorzeczna. Kończąc, należy jeszcze wspomnieć o doskonałej męskiej obsadzie, która później ubarwiła wiele innych popularnych seriali. Długo można by wymieniać fantastyczne kreacje, więc wspomnę o dwóch znanych aktorach, którzy spokojnie mogliby uznać role w „Oz” za swoje życiowe osiągnięcia. Co bynajmniej nie znaczy, że spoczęli na laurach. Adewale Akinnuoye-Agbaje już zawsze będzie mi się kojarzyć z Adebisim i jego przekrzywionym okryciem głowy. J.K. Simmons natomiast wykreował postać tak złowrogą i niebezpieczną, że Terence Fletcher schowałby się na jego widok pod stół, a J. Jonah Jameson uciekłby szukać pomocy u Spider-mana.

Ciąg dalszy nastąpi...