sobota, 22 kwietnia 2017

The Belko Experiment - recenzja


Na tydzień przed brytyjską premierą kontynuacji „Strażników Galaktyki” wszedł do kin film, za którego scenariusz odpowiada James Gunn. Jest to pomysł, na który wpadł kilka lat temu, ale ponieważ był zbyt pochłonięty oliwieniem trybów marvelowskiej maszyny do robienia pieniędzy, postanowił w końcu odstąpić projekt Gregowi McLeanowi („Wolf Creek”, „Rogue”), a samemu zadowolić się pozycją producenta filmu.

sobota, 15 kwietnia 2017

The Fate of the Furious (Szybcy i wściekli 8) - recenzja


Lekkie zaskoczenie. Poprzednia odsłona, chociaż była porządnym widowiskiem, sprawiła, że poczułem już mały przesyt bombastyczną formułą serii oraz spory niedosyt w temacie fabuły (przeskakiwanie do kolejnych lokacji i Statham pojawiający się znikąd w każdej z nich oraz pretekstowa intryga to jednak za mało, żeby nazwać to przyzwoitym scenariuszem). Zwiastuny ósmej części zapowiadały kolejną telenowelową historię, upstrzoną głupotami oraz przesadzonymi scenami akcji, czyli godnego kontynuatora tradycji. Nie wzbudzało to we mnie entuzjazmu, więc na sali kinowej zasiadałem bez specjalnych oczekiwań, licząc na zobaczenie przyzwoitej rozwałki oraz przeciętnej fabułki, o której szybko zapomnę. Po pierwszych dziesięciu minutach siedziałem już z szerokim uśmiechem na twarzy, podekscytowany i mile zaskoczony. Przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo podobał mi się kierunek, jaki seria obrała w piątej części, co skutecznie powtórzono w szóstej odsłonie, ale wypaczono w siódmym filmie.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Cannes 2017 - tegoroczny program.


Doczekaliśmy się w końcu listy filmów, które przeszły selekcję i zostaną pokazane podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. W przeciwieństwie do zeszłorocznego programu, nie zapełniono go tym razem popularnymi twórcami, o nazwiskach rozpoznawalnych na całym świecie i ugruntowanej pozycji zawodowej. Nie jest to więc lista, którą zobaczy przeciętny kinoman (mam na myśli osobę interesującą się X muzą, regularnie oglądającą filmy, orientującą się w temacie, ale nie śledzącą z dużą uwagą nieangielskojęzycznego kina festiwalowego) i pomyśli sobie: WOW! W programie nie znalazło się miejsca dla żadnej gorącej premiery mainstreamowej produkcji z Hollywood. Co nie znaczy, że nie będzie ciekawie.

niedziela, 9 kwietnia 2017

The Lost City of Z - recenzja


Jeżeli ktoś szuka pełnego atrakcji przygodowego kina awanturniczego to lepiej niech omija szerokim łukiem nowy film Jamesa Gray’a. „The Lost City of Z” jest tak bardzo niedzisiejsze jak to tylko możliwe. Prawdziwe plenery (ekipa filmowa naprawdę wybrała się do dżungli), niespieszne tempo, surowa forma, brak podśmiechujek, czyste mięcho – czyli długa, żmudna, niebezpieczna wyprawa po nieodkrytych terenach Amazonii, zamieszkiwanej przez niebezpieczne zwierzęta i agresywne prymitywne plemiona, oddające się praktykom kanibalistycznym. Film Gray’a sprawia wrażenie zapomnianej produkcji z lat 70. i kojarzy się nieco z filmem „Aguirre, gniew boży” Wernera Herzoga. Jeżeli tamten przypadł Wam do gustu to zapewne poczujecie się jak w domu.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Legion - pierwszy sezon


W końcu znalazłem czas żeby sięgnąć po serial „Legion”. Dobrze się stało, że zabrałem się za niego dopiero teraz, gdy już jest dostępny cały sezon. Oglądanie tego (a przede wszystkim czekanie) w tygodniowych odstępach byłoby wyzwaniem. Nie chodzi jednak tylko o test cierpliwości, a komfort śledzenia zakręconej fabuły, którą łatwiej składa się do kupy, gdy wszystko dobrze pamiętamy. „Legion” nie jest serialem, który można oglądać jednym okiem, bo czasem jedna scena, dialog lub gest, mogą stanowić klucz do zrozumienia jakiegoś elementu fabuły, uważne śledzenie wydarzeń jest więc wskazane.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Ghost in the Shell - recenzja


Kilka miesięcy temu powtórzyłem sobie anime. Jakie to było dobre! Oglądałem już kilka razy w życiu, ale ostatnio jeszcze w ubiegłej dekadzie, zapomniałem już jaki to jest fantastyczny film. Powiem więcej, dopiero teraz należycie doceniłem jego wartość, bo byłem zmieciony tym, jak wiele idei filozoficznych oraz cyberpunkowych zawarto w tak krótkim filmie (82 minuty!), jednocześnie przykładając uwagę do sensacyjnej treści osadzonej w gatunku sci-fi, detali militarystycznych oraz intrygujących futurystycznych pomysłów, a przy okazji zadbano o zapadające w pamięci sceny akcji, piękną oprawę muzyczną i oświetlenie. Ghost in the Shell to wzorcowy przykład na to, jak treść z wyższej półki należy mieszać z porządną rozwałką, dbając o to, żeby na dłużej nie przysypiało ani serce widza, ani jego mózg. Dawniej wystawiłem 8/10, bez wahania podniosłem teraz ocenę na 9/10.

sobota, 1 kwietnia 2017

Life - recenzja


Daniel Espinosa, odkąd zaczął kręcić produkcje angielskojęzyczne, nie ma nosa do wybierania dobrych scenariuszy filmowych. „System” był dość ponurym i niecodziennym (w amerykańskim kinie) obrazem stalinowskiej Rosji, ale realia, w jakich osadzono historię, stłamsiły jej sensacyjny potencjał. Espinosa trochę pogubił się przy budowie filmu, ambitnie sięgnął po zbyt wiele wątków, próbując ugryźć temat od zbyt wielu stron, a jednocześnie nie zdołał wgryźć się w niego porządnie od żadnej z nich. „Safe House” natomiast był patrzydłem aspirującym do porównań z „The International”, nie był jednak niczym więcej, jak tylko kolejną przeciętną kopią Bourne’a. Rozczarowywał przede wszystkim scenariusz, bo fabułę można było rozpracować już po obejrzeniu zwiastuna. Sceny akcji może i były dynamiczne, ale zupełnie bez wizji, na jeden ciekawy pomysł przypadało dziesięć przeciętnych. Jednocześnie Espinosa zrezygnował z możliwości wyreżyserowania takich filmów jak: „Marsjanin”, „Labirynt” i „Sicario”. Później tłumaczył to tym, że wszystkie te scenariusze były już gotowymi filmami, do których nie mógłby dodać niczego od siebie, a poszukuje tylko projektów, na których mógłby odcisnąć swój ślad. Podejście zrozumiałe, ale dość zabawne, gdy się zobaczy jego najnowszy film.

środa, 22 marca 2017

Oskary - czyli o tym, jak to Akademia Filmowa nie lubi młodych aktorów i kocha młode aktorki.


Gdy myślę o zeszłorocznych Oskarach to pierwsze zdjęcie, które przychodzi mi do głowy, przedstawia dwie aktorki: Brie Larson i Alicia Vikander. Objęte, rozpromienione, roześmiane, 100% radości w radości. Jedna powoli przedzierała się do pierwszej ligi Hollywood, zaliczając szereg drugoplanowych i epizodycznych ról filmowych oraz kilka sezonów telewizyjnego serialu „Wszystkie wcielenia Tary”, gdzie pełniła rolę charakternej i urodziwej córki głównej bohaterki. Dość typowa rola zbuntowanej nastolatki, a jednak zapisała mi się w pamięci, bo później odhaczałem w pamięci kolejne filmowe role Brie. Moją ulubioną kreacją z tamtego okresu, była postać Envy Adams, rasowej blondyny w butach na wysokim obcasie, która miała pamiętną scenę muzyczną. Nieco później przytaknąłem z uznaniem dla pierwszoplanowej roli w „Przechowali numer 12”, zapowiadającej (potencjalnie) ciekawą karierę aktorską. Na początku roku 2015 w życiu bym nie przypuszczał, że rok później ujrzę Brie wśród nominowanych do Oskara, nie wspominając już o tym, że może go wygrać. Alicia natomiast wzięła Hollywood szybkim szturmem, w latach 2014-2015 zaliczając siedem ról kinowych, prędko przeskakując z fazy „skąd znam tę aktorkę…?” do „o, znowu Alicia!”. Na początku roku 2015 w życiu bym nie przypuszczał… (i tak dalej).

niedziela, 12 marca 2017

Kong: Skull Island (Kong: Wyspa Czaszki) - recenzja


Nie ma nawet jeszcze wiosny, ale sezon letnich blockbusterów można już uznać za otwarty. I to z wielką pompą. Z naciskiem na słowo: „wielką”. Reżyser (Jordan Vogt-Roberts) niewiele pozostawia wyobraźni widza, bo już w otwierających minutach filmu prezentuje tytułowego bohatera, nie pozostawiając tym samym złudzeń, kto jest prawdziwą gwiazdą filmu. Nie trzeba też długo czekać, od momentu dotarcia głównych bohaterów na Wyspę Czaszki, żeby Kong pojawił się w pełnej krasie i urządził pierwszorzędną rozróbę z udziałem helikopterów. Nie ma zlituj - śmigła, blachy, truchła żołnierzy na (skalnej) ścianie, zaczynamy rozrywanie. Kong jest majestatyczny, pięknie animowany, a obserwowanie go w akcji to czysta przyjemność. Urzekł mnie już w momencie pierwszego ciosu zadanego powietrznej kawalerii, czyli wykorzystaniu drzewa w postaci włóczni ciśniętej w kabinę pilotów. Później jest już tylko lepiej.

sobota, 11 marca 2017

Buffy the Vampire Slayer vs The Shield - dwa seriale, o których warto pamiętać.


Wczoraj mieliśmy ważną datę dla miłośników seriali, a jutro będzie kolejna. Zacznijmy od wczorajszej, bo minęło równo 20 lat od wyemitowania pierwszego odcinka „Buffy the Vampire Slayer”. Serial o Buffy zacząłem oglądać jeszcze pod koniec lat 90., gdy pierwszy raz trafił do polskiej telewizji za sprawą stacji TVN. Obejrzałem wtedy jakieś dwa, może trzy sezony, a później niestety mój kontakt z serialem się urwał. Nie pamiętam, czy straciłem zainteresowanie, czy też zbyt długo trzeba było czekać na zakup kolejnego sezonu, ale później zerkałem już tylko czasami na pojedyncze odcinki w niemieckiej telewizji, niewiele rozumiejąc z dialogów. Nie przykładałem do tego większej wagi, ot, kolejny serial z dzieciństwa, który miło wspominam, ale niekoniecznie chcę do niego wracać. „Buffy...” jednak mnie zaintrygowała, gdy pod koniec ubiegłej dekady zaczęła się pojawiać na przeróżnych listach najlepszych seriali, często na bardzo wysokich pozycjach. Odkryłem również, że mam kilku znajomych, którzy są fanami serialu, w tym jednego, który regularnie ogląda wszystkiego odcinki. Spróbowałem więc obejrzeć, odbiłem się jednak po kilku odcinkach, bo nie trafiała już do mnie formuła i styl serialu. Odczekałem kilka lat, wypiłem kiedyś piwo z dwoma maniakami serialu, posłuchałem ich entuzjastycznych wypowiedzi o nim, w efekcie postanowiłem spróbować jeszcze raz i jakieś dwa lata temu skorzystałem z tego, że wszystkie sezony były na Netflixie.