sobota, 14 kwietnia 2018

Cannes 2018 - tegoroczny program


W czwartek ogłoszono listę filmów, które w tym roku zostaną pokazana na festiwalu w Cannes. Moją pierwszą reakcją było lekkie rozczarowanie, bo spodziewałem się w tym roku wielu „gorących” nazwisk, a otrzymałem konkurs główny, który można pomylić z sekcją Un Certain Regard. Jest to jednak reakcja, która często towarzyszy mi podczas pierwszych minut obcowania z canneńską listą. I jest to chyba naturalne, że liczy się na możliwość przedpremierowego zobaczenia nowych filmów uznanych twórców, czemu będzie towarzyszyć duże zainteresowanie ze strony osób, które festiwal obserwują jedynie z pozycji kanapy w swoim mieszkaniu. Każdego roku muszę siebie wtedy upomnieć i przywołać słowa z „Incepcji”: „we need to go deeper”. Znaczy się wgryźć w program i sprawdzić jaka była moja dotychczasowa relacja z wyróżnionymi twórcami oraz wyszukać informacje o ich nowych produkcjach. Pod koniec tego procesu zawsze z większym spokojem wypatruję początku majowej imprezy. A zatem zacznijmy wgryzanie…

Konkurs główny:

Wszyscy wiedzą, reż. Asghar Farhadi
At War, reż. Stéphane Brizé
Dogman, reż.Matteo Garrone
The Picture Book, reż. Jean-Luc Godard
Asako I & II, reż. Ryusuke Hamaguchi
Sorry Angel, reż. Christophe Honoré
Girls of the Sun, reż. Eva Husson
Ash Is Purest White, reż. Jia Zhang-Ke
Shoplifters, reż. Hirokazu Koreeda
Capernaum, reż. Nadine Labaki
Burning, reż. Lee Chang-Dong
BlacKkKlasman, reż. Spike Lee
Under the Silver Lake, reż. David Robert Mitchell
Three Faces, reż. Jafar Panahi
Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski
Lazzaro Felice, reż. Alice Rohrwacher
Yomeddine, reż. A.B. Shawky
Summer, reż. Kiriłł Sieriebriennikow


Najważniejszy - z naszej perspektywy – tytuł na tej liście to oczywiście „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. W końcu polski film trafił do konkursu głównego! Przyjemnie będzie, dla odmiany, odpowiedzieć twierdząco, gdy jakiś zagraniczny dziennikarz lub dystrybutor filmowy poznany w kolejce albo na sali kinowej, zapyta mnie, czy jakiś film z mojego kraju można zobaczyć w tym roku w Cannes. Tym bardziej, że podobno jest to bardzo dobra produkcja. Film pokazano na jakimś zamkniętym pokazie w Berlinie i opinie były rewelacyjne. Nowy film autora „Idy” to opowieść o muzyce i miłości w latach 50. i 60. ubiegłego stulecia. Akcja toczy się w Polsce, Jugosławii, Berlinie i Paryżu. Historia opowiada o uczuciu pomiędzy młodą solistką (Joanna Kulig), która próbuje się dostać do powstającego właśnie zespołu ludowego Mazurek (wzorowanego na Mazowszu, które zresztą pomagało aktorce podczas kilkumiesięcznych przygotowań do roli), a akompaniatorze granym przez Tomasza Kota. Pawlikowski znów zdecydował się na czarno-biały obraz. Miejmy nadzieję, że z większej palety kolorów korzystał natomiast przy kreśleniu bohaterów i będzie można z dumą mówić o jego filmie wszystkim zagranicznym towarzyszom w niedoli (czyli staniu w kolejce na kolejny konkursowy film).

Cieszy mnie obecność na powyższej liście Spike’a Lee, niewidzianego w Cannes od czasu „Malarii” (rok 1991). Mam nadzieję, że udział w konkursie głównym zwiastuje powrót do dawnej formy i otrzymamy solidne kino na poziomie starych produkcji Spike’a. Oparta na faktach historia opowiada o czarnoskórym policjancie, który zdołał zinfiltrować lokalny oddział Ku Klux Klanu, a nawet stanąć na jego czele. W obsadzie Adam Driver, Topher Grace (występujący w dwóch tegorocznych filmach konkursowych) i znana ze „Spider-Man: Homecoming” Laura Harrier.


Z amerykańskich produkcji, które znalazły się w konkursie, bardziej jestem jednak podekscytowany „Under the Silver Lake” Davida Roberta Mitchella. Gdy ostatni raz Mitchell był widziany na Lazurowym Wybrzeżu pokazywał w bocznej sekcji „Coś za mną chodzi”. Niestety przegapiłem ten film wtedy, bo pokazywany był pierwszego dnia w programie Critics’ week, gdy tymczasem konkurs główny był wyjątkowo mocno upstrzony uznanymi twórcami, więc musiałem nadrobić go już później w normalnej dystrybucji. W tym roku Mitchell awansował do głównej sekcji festiwalu i nie zamierzam popełniać już tego samego błędu, tym bardziej, że zwiastun zapowiada intrygującą produkcję, która wygląda na pokręconą historię ze świetną rolą Andrew Garfielda. Zresztą, dość powiedzieć, że pieniądze na produkcję wyłożyło studio A24, które w ostatnich latach stało się znakiem filmowej jakości.

Ciekawy jestem nowego filmu Kiriłła Sieriebriennikowa, którego pokazywany w sekcji Un Certain Regard „Uczeń” był jednym z najlepszych tytułów, jakie widziałem na festiwalu dwa lata temu (rok temu był w polskich kinach). Nie wiem o czym jest „Lato”, ale zgaduję, że jest to biografia sowieckiego barda Wiktora Coja, którą realizował w ubiegłym roku, gdy trafił do aresztu domowego (został oskarżony o sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy). Sytuacja Kiriłła niewiele się zmieniła od tamtej pory i przedstawiciele festiwalu wystosowali oficjalną prośbę do rosyjskich władz o udzielenie reżyserowi pozwolenia na podróż do Cannes. Nie jestem do końca przekonany, czy ten film jest w ogóle już ukończony zgodnie z intencją twórcy, bo umieszczenie go w konkursie może mieć podłoże polityczne i jest sposobem na zwrócenie uwagi na problemy twórcy (obrona twierdzi, że cała afera została zaaranżowana przez nieprzychylne reżyserowi rosyjskie władze). Jego „Uczeń” to jednak nie była pojedyncza perła, bo już dwanaście lat temu na wrocławskich Nowych Horyzontach widziałem bardzo dobre „Grając ofiarę” o studencie dorabiającym wcielaniem się w ofiary w policyjnych rekonstrukcjach zbrodni. „Lato” może być jednym z najlepszych tytułów w tegorocznym konkursie.

Problemy z własnym państwem ma również Jafar Panahi, który pomimo dwudziestoletniego zakazu wykonywania zawodu kręci kolejne filmy goszczące na różnych festiwalach i w kinach studyjnych na całym świecie (ostatnim było „Taxi-Teheran” dostępne w polskich kinach trzy lata temu). Irańczyk ma również zakaz wyjazdów zagranicznych, zdecydowanie nie będący pustą groźbą, co władze jego kraju udowodniły kilka lat temu, gdy w ostatniej chwili cofnęły pozwolenie na podróż do Cannes i dołączenie do składu jury. Najprawdopodobniej nie pojawi się więc również w maju żeby uczestniczyć w światowej premierze filmu „Three Faces”.


Zaskakujące, ale w pozytywny sposób, jest postawienie w tym roku na dużą ilość produkcji azjatyckich. Nie mam nic przeciwko, bo jestem fanem japońskich i koreańskich filmów, które zawsze chętnie oglądam na festiwalach filmowych. Hirokazu Koreeda to już stały bywalec festiwalu, kilka lat temu nagrodzony przez jury za film „Jak ojciec i syn”, ostatnio widziany natomiast dwa lata temu, gdy pokazywano w Un Certain Regard „Po burzy”. Bazując na krótkim teaserze, który można zobaczyć na Youtube, będzie to kolejna historia w ciepły sposób opowiadająca o swoich bohaterach i skupiona na portretowaniu japońskiej rodziny. Złotej Palmy z tego raczej nie będzie, ale jak zwykle obejrzy się to z dużą przyjemnością.

O reszcie azjatyckich produkcji ciężko się na razie szerzej wypowiedzieć. Intrygująco wygląda teaser koreańskiego „Burning” Chang-Dong Lee, opartego na krótkim opowiadaniu Haruki Murakamiego. „Asako I & II” jest niewiadomą, opis fabuły jest zdawkowy, wcześniejszych filmów jego twórcy (Ryusuke Hamaguchi) nie widziałem, więc na sali kinowej zasiądę bez żadnych oczekiwań. Czego nie mogę powiedzieć o chińskim „Ash Is Purest White” Zhangke Jia, który już czterokrotnie walczył o Złotą Palmę (ostatnio dwa lata temu z filmem „Nawet góry przeminą”), a raz nawet wyjechał z Francji z nagrodą za scenariusz („Dotyk grzechu”). Chińczyk ponownie opowiada rozciągniętą na dekady (a konkretnie to szesnaście lat) brutalną historię o miłości.

Oczywiście musiało się znaleźć też miejsce dla kilku produkcji francuskich. Najciekawiej zapowiada się „Girls of the Sun”, który nakręciła Eva Husson („Bang Gang”). Film opowiada o kurdyjskim kobiecym oddziale militarnym, zwanym Dziewczyny Słońca, przygotowującym się do odbicia z rąk ekstremistów małego miasteczka. Stéphane Brizé, nagrodzony dwa lata temu w Cannes przez Jury Ekumeniczne za „Miarę człowieka”, wraca z nowym filmem o tytule „At War”. W zwiastunie dużo krzyczą po francusku, a historia dotyczy walki robotników z zarządem fabryki, która ma zostać zamknięta. Nie odliczam dni do seansu, ale może zostanę mile zaskoczony przez społecznie zaangażowanego reżysera. Zagadkę stanowi „Sorry Angel” Christophera Honoré, o którym na razie niewiele wiadomo oprócz zdawkowego opisu fabuły. A, no i jeszcze jest nowy filmowy projekt Jeana-Luca Godarda o tajemniczym opisie: „Nic poza ciszą. Nic poza rewolucyjną piosenką. Historia w pięciu rozdziałach jak pięć palców u dłoni”. No nie wiem…


O kilku filmach i reżyserach nie znalazłem jeszcze zbyt wielu satysfakcjonujących informacji, na przykład o włoskim „Lazzaro Felice” nakręconym przez Alice Rohrwacher i libańskim „Capernaum” autorstwa Nadine Labaki. O debiutanckim „Yomeddine” wiem natomiast tyle, że opowiada o trędowatym mężczyźnie i sierocie, którzy postanawiają opuścić kolonię trędowatych i wyruszyć w podróż po Egipcie w celu odnalezienie swoich rodzin. Więcej wiadomo o „Wszyscy wiedzą” Asghara Farhadiego, bo jest zwiastun, gwiazdorska obsada (Penelope Cruz, Javier Bardem) oraz krótki opis fabuły. Nie chce mi się jednak na razie rozpisywać o Farhadim, wszyscy chyba wiemy, czego możemy się spodziewać – dobrej jakości. Jedyną zagadkę stanowi, czy będzie to film bardzo dobry, czy tylko dobry. Okaże się już pierwszego dnia, bo film otwiera w tym roku festiwal.

I w końcu włoski „Dogman” Matteo Garrone, którym chciałbym się bardzo ekscytować, ale dotąd „nie dogadywałem się” z reżyserem. Zarówno „Gomorra” (Grand Prix Festiwalu w roku 2008), jak i „Pentameron”, nie trafiły do mnie. Jeden mnie uśpił, drugi rozczarował, bo zamiast soczystej, mrocznej baśni, otrzymałem film piękny, ale w gruncie rzeczy daremny. Oba znalazły jednak wielu zwolenników, temu drugiemu kiedyś jeszcze podaruję drugą szansę, bo niewykluczone, że w domowym zaciszu spojrzę na niego cieplej, gdy będę w lepszym humorze (długo by opowiadać, jak wyglądało kilka poprzedzających go godzin z mojego pierwszego festiwalowego dnia tamtego roku). „Dogman” sprawia wrażenie powrotu do stylistyki znanej z „Gomorry”, chropowatej, brutalnej rzeczywistości włoskiego przestępczego półświatka. Ogólnie jest to tematyka, którą lubię oglądać w kinie, więc mam nadzieję, że tym razem zachwycę się filmem Matteo Garrone.

Co jeszcze?


Wiadomo, kolejnych kilkanaście tytułów w sekcji Un Certain Regard, nakręconych przez ludzi, których nazwiska nic mi nie mówią (albo kojarzę tylko z występów aktorskich). Un Certain Regard to każdego roku skakanie na główkę w nieznaną wodę z nadzieją, że nie trafi się na kamień albo płyciznę. Zbyt często niestety się trafia, ale te eksperymenty zostają nagrodzone odkrywaniem prawdziwych perełek, które deklasują niejeden konkursowy film. Nie ma więc wyjścia, trzeba ryzykować. Mam nadzieję, że w tym roku częściej będę za to nagradzany jak rok temu.

Nagłe wycofanie się Netflixa z Cannes uczyniło sekcję pozakonkursową dość wymarłą w chwili ogłaszania tytułów, więc przez następne dwa tygodnie pewnie jeszcze zostanie ona uzupełniona o kolejne filmy. Na razie potwierdzono tylko „Le grand bain” Gillesa Lellouche’a, które jest mi zupełnie obojętne oraz „Solo: A Star Wars Story”. Możliwości przedpremierowego zobaczenia filmu z uniwersum Star Wars z całą pewnością nie przegapię, tym bardziej, że ostatni zwiastun zmienił moje nastawienie do projektu (byłem obojętny, jestem zaintrygowany i liczę na miłą niespodziankę).

Pokazy o północy każdego roku odpuszczam sobie, bo wychodzenie z sali kinowej o drugiej albo trzeciej rano to już jednak przesada moim zdaniem (zwłaszcza w realiach festiwalowych). „Arctic” nakręcone przez popularnego Youtubera (Joe Penna) zapowiada się jednak obiecująco, bo to kino survivalowe z Madsem Mikkelsenem próbującym przeżyć arktyczne warunki i wrócić do cywilizacji. Jeżeli tylko zorganizują jakiś pokaz za dnia to zdecydowanie się na to wybiorę. O koreańskim „Gongjak” nie znalazłem żadnych informacji, ale hej, to koreańskie kino szpiegowskie (angielski tytuł to „The Spy Gone North”), jestem więc zainteresowany.


Z pokazów specjalnych nic mnie w tej chwili nie zaciekawiło, bo wprawdzie uwielbiam ostatni dokument Wima Wendersa („Sól ziemi”), ale niestety ten reżyser nie jest gwarancją jakości, a niespecjalnie jestem zainteresowany ślicznym dokumentem o papieżu Franciszku.

Program wydaje się być wciąż niekompletny. Nagłe wycofanie się Netflixa pozostawiło festiwal bez przynajmniej pięciu tytułów i jest to luka, którą zapewne będą chcieli czymś załatać. Z wypowiedzi Thierry’ego Fremauxa można wywnioskować, że wciąż jest szansa na zobaczenie w tym roku nowego filmu Larsa von Triera („The House that Jack built”). Ja nadal liczę na to, że dodadzą jeszcze „Incredibles 2”, bo amerykańskie filmy animowane często były pokazywane na festiwalu pozakonkursowo i nie wykluczano przy tym kontynuacji („Jak wytresować smoka 3”, „Kung Fu Panda 2”). Szanse już na to raczej marne, ale wciąż mam małą nadzieję, że jednak dogadają się z Netflixem i pokażą chociaż pozakonkursowo nowy film Alfonso Cuarona („Roma”), ale nie zdziwiłbym się, gdyby serwis zdecydował się teraz pojechał z nim do Wenecji. Jeżeli więc pogodzą się w jakiejś kwestii to chyba tylko w temacie „The Other Side of the Wind”, czyli nieukończonego filmu Orsona Wellesa, którego Netflix miał zaprezentować na festiwalu, ale wycofał się z tego żeby zrobić na złość Fremauxowi. Wiedzieli, że to go zaboli najbardziej. Cholernie mi szkoda nieobecności nowych filmów Jeremy’ego Saulniera („Hold the Dark”) i Paula Greengrassa („Norway”), ale chyba jedyną okazją na zobaczenie ich w Cannes byłoby teraz niespodziewane umieszczenie ich w sekcji Directors’ Fortnight (w której zresztą pokazywano poprzednie filmy Saulniera). Cieszyłbym się bardzo, ale wydaje mi się, że również będą z nimi teraz celować w wenecki konkurs główny.

Z nadzieją spoglądam w bliską przyszłość. Lista filmów konkursowych jeszcze na pewno zostanie uzupełniona o jakieś tytuły. Przed nami też jeszcze ogłoszenie programów bocznych sekcji Directors’ Fortnight i Critcs’ Week, a liczę na to, że znajdzie się tam miejsce dla jeszcze jednego polskiego filmu, „Fugi” Agnieszki Smoczyńskiej („Córki dancingu”). Wciąż jest jeszcze nadzieja na to, że zostanie też pokazany nowy film Paolo Sorrentino („Loro” o Silvio Berlusconim). I jeszcze kilka innych tytułów kołacze mi się po głowie, ale dość już tych marzeń, pozostaje teraz czekać i trzymać kciuki za jak najlepszy program.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Ghost Stories - recenzja


Jeremy’ego Dysona i Andy’ego Nymana połączyła miłość. Miłość do brytyjskich horrorów z lat 70. Obaj mieli wtedy po piętnaście lat i mogli godzinami rozmawiać o duchach, demonach i innych cholerstwach. Obecnie mają po pięćdziesiąt jeden lat i debiut reżyserski na koncie. Oczywiście jest to horror. Oczywiście stanowi hołd dla brytyjskich horrorów z lat 70. Nieoczywistym jest natomiast, że jest to jeden z najlepszych filmów grozy ostatnich lat.

„Ghost Stories” narodziło się jako sztuka teatralna. Początkowo wystawiana w Liverpoolu szybko przeniosła się do Londynu, gdzie święciła triumfy i była bazą wypadową do kolejnych występów organizowanych na całym świecie. Dyson i Nymon (autorzy sztuki) postanowili po latach zaadaptować ją na duży ekran. Główne wątki pozostały, ale doszło kilka nowych warstw fabuły, twistów i wątek poboczny. Warto zaznaczyć, że „Ghost Stories” nie wygląda jak sztuka teatralna przeniesiona na duży ekran, często będziecie się natomiast zastanawiać jak to zdołali wcześniej zrealizować na scenie.


Film Dysona i Nymana to antologia historii z dreszczykiem. Całość spina wątek profesora zajmującego się demaskowaniem oszustów i szarlatanów twierdzących, że mają kontakt z duchami. W jego ręce wpadają trzy sprawy nierozwiązane przez jego dawnego guru, którego program telewizyjny zainspirował go przed laty do poświęcenia swego życia tej tematyce. Pierwsza nowela opowiada o nocnym stróżu (Paul Whitehouse), spędzającym wieczory w opuszczonym budynku szpitalnym, którego zaczyna prześladować duch dziewczynki w żółtej sukience. Bohaterem drugiej historii jest młody chłopak (Alex Lawther znany z seriali „Black Mirror” i „The End of the F***ing World”), który utknął na leśnej drodze po tym, jak potrącił coś przypominającego diabelską istotę. I w końcu biznesmen (Martin Freeman) czekający w swoim pięknym, sterylnym, designerskim domu na informacje ze szpitala o aktualnie stanie jego ciężarnej żony. Oczywiście szybko zaczyna doświadczać aktywności jakiegoś złośliwego ducha, która zdaje się być powiązana z komplikacjami zdrowotnymi jego żony.

Wszystkie historie sprawiają wrażenie opowiedzianych od połowy i do tego nagle urwanych. Szybko zaczynamy podejrzewać więc, że zostanie to jakoś zaadresowane w finale filmu. Rzeczywiście tak się dzieje, gdyż całość zostaje spięta pewną klamrą, która jakkolwiek nieco niedorzeczna, zgrabnie porządkuje rozsypane przez cały film puzzle, zachęcając przy okazji do kolejnych seansów, bo pewne elementy historii nabierają teraz dodatkowego znaczenia.

„Ghost Stories” nie jest filmem przerażającym, a przynajmniej nie w sposób przytłaczający, jest natomiast odpowiednio straszną historią, która łapie w pewnym momencie widza za gardło i zaczyna je bardzo powoli zaciskać. Jest to wzorcowa popisówa w operowaniu ekranową grozą. Nie zliczę ile razy podczas seansu moje ciało przeszły autentyczne dreszcze, w czym niemałą zasługę ma klimatyczny soundtrack i udźwiękowienie. Reżyserzy mistrzowsko opanowali też sztukę straszenia obrazem i tym, czego nie widać. Kamera często jest ustawiana bardzo blisko postaci, sprawiając wrażenie, że źródło niebezpieczeństwa jest na skraju kadru, wystarczyłoby przesunąć kamerę o kilkanaście centymetrów żeby zobaczyć coś przerażającego. Twórcy uwielbiają przeciągać takie momenty, nie spiesząc się z przejściem do następnego punktu - zapewnienia odbiorcy ulgi albo strasznego wydarzenia. W pewnej chwili ustawienie kamery, gra światłem i kilka innych elementów, sprawiły, że zacząłem nieufnie spoglądać na zagłówek w samochodzie, który mógł być zwykłym zagłówkiem, a mógł też być czymś człekokształtnym sprawiającym wrażenie zagłówka. Spodziewałem się więc, że w każdej chwili twórcy zagrają jakoś tym motywem, uderzając we mnie czymś strasznym albo udając, że uderzają we mnie czymś strasznym, ale w ostatniej sekundzie się wycofają i puszczą do mnie oko, jakby wypowiadając w podtekście: „ha ha, ty głuptasie, przecież to tylko zagłówek”. Dyson i Nyman zamiast tego przeciągają moment niedopowiedzenia i w końcu atakują elementem grozy z zupełnie innej strony, co czynią w filmie jeszcze wielokrotnie.


Dyson należy do angielskiej komediowej trupy The League of Gentlemen, nie jest więc specjalnie zaskakujące, że humor jest obecny w „Ghost Stories”. Zazwyczaj jest to jednak żart sytuacyjny, celnie użyty w odpowiednim momencie („fuck this!”, krzyczy pewien bohater, gdy pierwszy raz słyszy głos demonicznej istoty i natychmiast rzuca się do ucieczki) albo nawiązujący do brytyjskich realiów („fucking O2”, wyrzuca z siebie ten sam bohater, gdy odkrywa, że jego telefon nie ma zasięgu w terenie niezabudowanym, z czym sympatyzuję, jako nieszczęśliwy były abonament rzeczonej sieci). Nigdy jednak nie ulega pokusie naśmiewania się z gatunku, nie skręca w kierunku łatwej parodii i ciągłych żarcików rozładowujących napięcie. Film czerpie garściami z klasyków kina grozy, nawiązując do nich (oprócz wspomnianych produkcji brytyjskich z lat 70. można dostrzec chociażby ukłon w stronę „Evil Dead”), składając im hołd, ale też bawiąc się w błyskotliwy sposób kliszami gatunku i zapewniając tym samym stałą rozrywkę jego miłośnikom.

Film rozkręca się powoli, na pierwsze porządne operowanie klimatem niepokoju i grozy potrzeba poczekać z przynajmniej dwadzieścia minut, ale od tamtego punktu zaczyna być już być tylko coraz straszniej. Panowie stopniują grozę, dozując ją pewną ręką i zapewniając coraz lepsze wrażenia, które często kwitujemy nerwowym śmiechem, będącym bardziej ujściem dla skołatanych nerwów, jak niewinnym rozbawianiem sytuacją na ekranie. „Ghost Stories” to jeden z tych filmów, które im straszniejsze się robią, tym bardziej bawią i sprawiają przyjemność, bo doceniamy kunszt w operowania grozą i ogromną pomysłowość twórców.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Isle of Dogs (Wyspa psów) - recenzja


Zważywszy na to, jak bezceremonialnie i często ginęły psy w jego poprzednich filmach, zakrawa na ironię, że nowa produkcja od Wesa Andersona nazywa się „Kocham psy”. Wprawdzie niedosłownie, ale przeczytajcie sobie na głos oryginalny tytuł („Isle of dogs”) a odkryjecie sprytnie ukryte - „I love dogs”. Anderson jednak rzeczywiście musi kochać psy, bo świadczy o tym każda minuta jego przeuroczej „Wyspy psów” z sympatią i ciepłem opowiadającej o czworonogach.

„Wyspa psów” przenosi widza w niedaleką przyszłość do japońskiej metropolii, której mieszkańcy zmagają się z tajemniczą psią grypą. Wygląda na to, że każdy zwierzak jest nosicielem, lokalne władze, kierowane przez groźnego burmistrza Kobayashiego, postanawiają więc zesłać wszystkie psy na pobliską Wyspę Śmieci. Kilka miesięcy później, dwunastoletni krewniak burmistrza, Atari Kobayashi, kradnie mały samolot i udaje się do wspomnianego miejsca żeby odszukać swojego ukochanego psa. Niestety rozbija się tam swoim pojazdem, czego efektem jest kawał metalu wystający z jego czaszki przez resztę filmu, ale szczęśliwie dla niego chłopiec trafia na przyjaźnie nastawioną watahę psów. Początkowo wydaje się, że grupie przewodzi Rex (Edward Norton), inicjujący kolejne głosowania rozstrzygane na jego korzyść, ale szybko okazuje się, że to outsider - bezpański, zaniedbany Chief (Bryan Cranston), trzymający się nieco na boku i podchodzący do ludzi z niechęcią, kategorycznie odmawiając okazywania uległości względem człowieka, wyrasta na prawdziwego bohatera filmu. Z Chiefem wiążą się dwa twisty fabularne, przechodzi ewolucję, metamorfozę (a nawet dwie) i skutecznie kradnie serce odbiorcy.

Film Andersona jest wypełniony kapitalnymi pomysłami. Jest to produkcja zrobiona przy pomocy techniki animacji poklatkowej. Ekipa animatorów bawi się wykorzystywaną technologią, zgrabnie korzystając z jej możliwości, ale też ograniczeń, czyniąc z nich zalety i pomysłowo adaptując do roli gagów wizualnych. Chociaż scenografie oraz ogólnie cały przedstawiony świat jest ponury (wszakże lwia część akcji ma miejsce na wysypisku) i ciągle operuje się tutaj odcieniami szarzyzny to nie ma mowy o nudzie w warstwie wizualnej. Każda kolejna lokacja to nowa wartość i doznanie, ciesząca oczy detalami, pociesznymi zabudowaniami, pomysłową architekturą, ciekawie rozstawionymi w ekranowej przestrzeni rekwizytami, a wszystko zrobione wedle wzorca – ma bawić, ale nie może to zarazem dominować sceny i narzucać humorystycznej tonacji na wszystko, co się wydarzy w danym miejscu. Częściej więc siedzi się z szerokim uśmiechem na twarzy wywołanym przez ogólny klimat filmu, jak wybucha gromkim śmiechem, bo komizm często łączy się tutaj z czymś niezręcznym. Źródłem humoru potrafią być na przykład samobójcze myśli bohaterów, temat mało zabawny, ale poprowadzony jest w taki sposób, że widz pozostaje w stanie rozbawienia, a jednak nie ma wrażenia obcowania ze smoliście czarnym humorem.


Jest to niewątpliwie dzieło Wesa Andersona, produkcja nieco dziwna, z pogranicza kina dla dzieci i dorosłych, nigdy nieprzekraczająca granicy dobrego smaku, ale jednak daleka od bezpiecznych, uładzonych bajek, które nikogo nie zbulwersują. W dialogach słyszymy o spółkujących psach, w ruch idzie trucizna, widzimy patroszenie ryby podczas przygotowywania sushi, a nawet operację przeszczepu wątroby. Jest to na tyle umowne, na ile czyni to animowana forma filmu, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że jakiś rodzic będzie podirytowany, a nadwrażliwe dziecko nieco poruszone taką treścią. Jedno jest pewne, nie nudziłem się nawet przez minutę, twórcy cały czas dbają o to, żeby jakoś zaciekawić odbiorcę. Fabuła jest nielinearna, często wskakują retrospekcje, zabawy formalne i błyskotliwe sztuczki narracyjne. Zawsze czeka na widza jakiś gag - wizualny, muzyczny, czy też skrywający się w dialogu, który zapewni, że nie zniknie nam z ust ten grymas rozbawienia, który jest stałym ustawieniem naszej twarzy podczas seansu.

Obsada aktorka jest imponująca, a wszyscy wykonują kawał dobrej roboty, bez większego wysiłku nadając życie swoim animowanym podopiecznym. Cholernie przyjemnie się słucha tych wszystkich głosów. Szczególnie należy pochwalić Bryana Cranstona, Edwarda Nortona i Scarlett Johansson, bo to sceny z ich bohaterami i wypowiadane przez nich kwestie najbardziej zostają z widzem po seansie. Każdy jednak ma tutaj swój moment, kiedy może zabłysnąć - Greta Gerwig, Jeff Goldblum, Tilda Swinton, Harvey Keitel, czy też (w końcu) stały element filmografii Andersona, czyli Bill Murray.

Jeżeli miałbym podsumować „Wyspę psów” jednym słowem byłoby to: doskonałość. Niczego bym tutaj nie zmienił. Ogląda się to ze stałym zainteresowaniem, interakcje pomiędzy bohaterami bawią, kolejne lokacje nie przestają zaskakiwać pomysłowością twórców, orientalne kompozycje Desplata są idealnie dobrane, podobnie jak znana ze zwiastuna piosenka „I won’t hurt you” (The West Coast Pop Art Experimental Band), humor jest subtelny, często uderzający w specyficzne tonacje, idealnie trafiający jednak w moją wrażliwość, podobnie jak dziwaczny klimat filmu, przy którym nie sposób się nudzić, ale zapewne nie każdemu on podejdzie. Fan twórczości Andersona powinien być jednak zachwycony. Ja byłem.

sobota, 24 marca 2018

Pacific Rim: Uprising (Pacific Rim: Rebelia) - recenzja


Pierwszy „Pacific Rim” może pozostawiał nieco do życzenia, ale nie można mu było odmówić pomysłowości i przynajmniej kilku zapadających w pamięci scen, a także wyczuwalnej miłości jaką reżyser włożył w jego stworzenie. W porównaniu do sequela był „Obywatelem Kane’em” kina rozrywkowego. Filmowi „Pacific Rim: Rebelia” chciałbym poświęcić jak najmniej czasu (wystarczy, że straciłem już prawie dwie godziny życia na seans) więc będzie to krótki wpis.

Jest to jeden z tych filmów podczas których momentami nudzimy się tak bardzo, że zaczynamy liczyć nasze umierające komórki mózgowe, które wykańczają kolejne idiotyzmy fabuły. I ja rozumiem, że można to samo zarzucić też pierwszej części, ale tam infantylizmy i bzdury były podporządkowane jednemu pytaniu: „czy nie byłoby zajebiście jakby…?” i na przykład towarzyszyło temu: „...ogromny robot użył okrętu jako broni do zdzielenia w czerep wielkiego potwora”. Oczywiście, że byłoby to zajebiste więc del Toro przenosił to na ekran z dziecięcym entuzjazmem. A widz, jeżeli tylko przypasowała mu taka konwencja, bawił się równie dobrze. Przy realizowaniu „Pacific Rim: Rebelii” nikt nie zadał sobie trudu wymyślenia czegoś zajebistego, bo pewnie nie pracował przy tym nikt, komu świeciłyby się oczy podczas planowania scen akcji. Od premiery pierwszej części minęło już kilka lat, technologia poszła do przodu, sequel wygląda niewątpliwie lepiej i nie musiano ratować się robieniem wszystkiego w nocy (bo wtedy łatwiej implementuje się komputerowe efekty), ale wszystko to jest tak bardzo nijakie, że już chyba nie można mieć bardziej w tyłku tego, czego się ogląda.

Zresztą jakie sceny akcji, taka też reszta filmu – pozbawiona polotu, przewidywalna, nudna i odtwórcza. Kilka razy pojawia się krótki motyw muzyczny żywcem zerżnięty z filmu „Tron: Dziedzictwo”, jest to tak bardzo podobne, że zacząłem się zastanawiać, czy czasem nie zostało po prostu wzięte ze ścieżki muzycznej panów z Daft Punka. Nie wiem co w sumie byłoby gorsze, bezczelne skopiowanie pomysłu, czy leniwe wykupienie praw do niego, bo nie było chęci do stworzenia czegoś własnego. „Pacific Rim: Uprising” to komputerowa papka, która sprawia wrażenie kiepskiej ekranizacji „Power Rangers” w którą nie włożono nawet odrobiny serca. Scenariusz jest toporny i pisany od linijki, interakcje pomiędzy bohaterami są do bólu oczywiste i sztampowe, tutaj ktoś się przekomarza, tam się czubi, nie ma w tym cienia prawdy i wrażenia obserwowania realnych ludzkich relacji, jest natomiast uczucie, że patrzymy na surową wersję fabuły, którą zapomniano dopracować.

Nie jest to film do którego będzie chciało się kiedyś wrócić, bo ciężko wysiedzieć do końca nawet pierwszego seansu. W zasadzie to widziałem trójkę gości, którzy po godzinie skapitulowali i wyszli z sali kinowej. Zapewne znajdą się amatorzy takiej komputerowej młócki, ale jeżeli komuś nie przypasowała do gustu nawet pierwsza część to sequel powinien obchodzić szerokim łukiem. Fani „Transformersów” będą jednak zadowoleni, nie ma tutaj równie żenującego humoru, ale jest to kino podobnie puste i niewyraziste, chociaż ładnie zrealizowane i wypełnione akcją. I wzorem wspomnianej serii jest tutaj równie niesubtelny product placement chińskich produktów, a także tamtejsza aktorka, gdy dodać do tego część dialogów po mandaryńsku to robi się boleśnie oczywiste na jakim rynku producenci zamierzają wypchać sobie portfele.

Wyszedł tekst dłuższy niż początkowo planowałem może jednak przynajmniej dzięki temu zaoszczędzę komuś zmarnowanego czasu i pieniędzy.

poniedziałek, 19 marca 2018

Annihilation (Anihilacja) - recenzja


Już zdążyłem dwa razy obejrzeć nowy film Alexa Garlanda. Obejrzę jeszcze wiele razy. „Anihilacja” to psychodeliczny trip przez przepiękne leśne tereny, w których nic nie ma sensu, a zarazem wszystko jest na miejscu, albo raczej nie na miejscu. Film w Europie trafia bezpośrednio na Netflix, bo Paramount Pictures przestraszyło się jego intelektualnego uroku i postanowiło opchnąć zagraniczne prawa dystrybucyjne. Szkoda, bo te zielone krajobrazy i kwasowe elementy wizualne muszą wyglądać obłędnie na dużym ekranie, ale rozumiem ich decyzję, bo to zdecydowanie nie jest kino dla każdego.

„Anihilacja” to science-fiction pełną piersią, ale zamiast na oczarowywaniu futurystycznymi błyskotkami i efekciarskimi pomysłami fabularnymi, nastawione jest raczej na budowanie klimatu, niejednoznacznej treści, filozoficznych warstw i dostarczaniu pożywki dla mózgu. Garland niespiesznie wgryza się w historię, piętrząc zagadkowe sceny, w których jest jednak całkiem sporo treści oraz informacji o postaciach i fabule, jeżeli tylko uważnie słuchamy i wiemy czemu się przyglądać. Historia opowiada o grupie kobiet, które wkraczają do strefy X, gdzie kilka lat temu rozbiło się coś pochodzącego z kosmosu. Zainicjowało to tzw. Iskrzenie, które zaczęło się stopniowo rozrastać i nic nie wskazuje na to, żeby ten proces miał się wkrótce zatrzymać. Bohaterki mają dotrzeć do epicentrum, czyli latarni w którą uderzył pozaziemski obiekt, żeby to jednak zrobić muszą przekroczyć barierę, za którą nie ma łączności ze światem zewnętrznym, a jak dotąd (z wielu wojskowych oddziałów) wróciła stamtąd tylko jedna osoba, mąż Leny (świetna rola Natalie Portman, skupiona, opanowana, ale też intensywna w przekazywaniu emocji jeżeli jest ku temu podstawa).

Zawiązanie akcji i poczynania bohaterek już po przekroczeniu bariery niestety wzbudzają w widzu nieco wątpliwości. Kobiety zachowują się dość niefrasobliwie zważywszy na to, że trafiły do obcego środowiska i nie wiedzą, czego mogą się tam spodziewać (najprawdopodobniej niczego dobrego, skoro dotąd nikt nie wrócił bez szwanku z tego miejsca). Zadziwiające jest również, jak łatwo do zespołu dołącza Lena, wprawdzie ma militarne doświadczenie (w zasadzie chyba jako jedyna w zespole), a do tego stopień naukowy z dziedziny biologii, ale ciężko uwierzyć, że bez większych problemów zostałaby zaakceptowana do udziału w misji, która ma na celu zbadanie fenomenu, o istnieniu którego bohaterka nie miała najmniejszego pojęcia zaledwie kilka dni wcześniej. Jest to pewna ułomność scenariusza Garlanda, niejedyna zresztą, bo liczne retrospekcje z przeszłości Leny, z których dowiadujemy się o tym, że zdradzała swojego partnera, wydają się niepotrzebne. No właśnie, wydają.


Im głębiej wgryzamy się w „Anihilację” i poznajemy świat za barierą, tym więcej rzeczy zaczyna nabierać sensu, wliczając niektóre zachowania bohaterek i to, co reżyser postanowił nam pokazać. „Anihilacja” to film o autodestrukcji i depersonifikacji, a także o miejscu, w którym dochodzi do zaburzenie naturalnego porządku rzeczy - rozszczepienia organizmów na poziomie komórkowym, złożenia ich na nowo, ale mieszając przy tym pojedyncze elementy i korzystając z innych „zestawów” biologicznych klocków. W tych świecie wszystko przechodzi ciągłą mutację, jest powielane, przerabiane, uśmiercane, ale bywa też unieśmiertelniane, zamykane w swoistej pętli albo „zamrażane” w czasie. Nie dziwne więc, że postaciom miesza się w głowach i często zachowują się zwyczajnie głupio. Jest to przy okazji film o tym, że ludzka natura dąży do samozniszczenia, czasem świadomie, a czasem podświadomie, czego przykładem mają być właśnie te „niepotrzebne” sceny z przeszłości bohaterki, pokazujące, jak sabotowała swój (teoretycznie) szczęśliwy związek.

„Anihilacja” jest kinem niespiesznym, ale Garland wie, jak trzymać widza na skraju fotela. Osiąga to korzystając na przykład z pomocy pewnego aligatora (już zapomniałem, jak do twarzy jest Natalie Portman z karabinem), ale to jedynie przystawka do mocarnej sceny z niedźwiedziem, która niejednego wbije w fotel i zapewni później bezsenną noc. Alex potrafi budować niepokój, stopniować grozę, ale też podkręcać ją przy pomocy zaskakujących pomysłów bazujących na specyfice miejsca akcji, a efekt podbija jeszcze fantastyczny soundtrack, często przypominający odjechane kompozycje z „Pod skórą”.

Ten film wygląda przepięknie, wszechobecna zieleń we wszelakich odcieniach, kolory rodem z kwasowego weekendu z doktorem Gonzo i skąpane w mroku wnętrza budynków oraz nory rozświetlane pojedynczym źródłem światła, wszystko to syci oczy. Czego nie można powiedzieć o efektach specjalnych, które bywają brzydkie, ale nawet to ma swoje uzasadnienie, bo w zasadzie pasuje do tej wynaturzonej rzeczywistości wewnątrz bariery. Nie jest to film, który raczej zachwyci duże grono odbiorców, ale jeżeli ktoś wkręci się w jego powolne tempo i wchłonie psychodeliczno-oniryczny klimat historii, ten będzie się wpatrywać w ekran jak zahipnotyzowany jeszcze długo po wejściu napisów końcowych (które oczywiście też zrobiono na kwasowym tripie).

piątek, 16 marca 2018

Mom and Dad - recenzja


Jeżeli przed filmem widzisz planszę z uzasadnieniem przyznanej kategorii wiekowej (normalna praktyka w Anglii), na której jest napisane: „strong violence, threat, language, nudity, sex references”, odpowiedzialny jest za to Brian Taylor (seria „Crank” i drugi „Ghost Rider”), a w obsadzie jest Nicolas Cage, to poprawiasz się wygodniej w kinowym fotelu, bo już wiesz, że będzie jazda bez trzymanki. Szczególnie, gdy w pierwszej scenie filmu kobieta zatrzymuje samochód na przejeździe kolejowym i odchodzi od niego zostawiając w środku swoje dziecko. O fabule nie ma co się zbytnio rozpisywać, bo jest szczątkowa, ale oparta na pomyśle z potencjałem: w całym kraju rodzice wpadają w szał i zaczynają mordować swoje dzieci. Dlaczego? Bo tak. No dobra, niby jest tam jakieś niemrawe wytłumaczenie (naturalna reakcja na przeludnienie gatunku, która występuje czasem w świecie zwierząt, bla, bla, whatever). Jest to niezbyt istotne, bo dobrze wiadomo, że chodzi po prostu o bekę z zabijania rozwydrzonych gówniarzy.

„Mom and Dad” to kino śmieciowe, kiepsko opowiedziane, tanio zrealizowane, ale na tyle absurdalne (scenom mordów często towarzyszy muzyka rodem z windy) i bzdurne, że czeka się z zaciekawieniem, co jeszcze dziwacznego twórcy wymyślą. Gorzej, że trzeba swoje odczekać, bo wprawdzie morderczy szał rusza niemal od razu, ale film nabiera energii dopiero po godzinie, gdy w końcu dostajemy to po co przyszliśmy – Cage’a na dopalaczach. Wcześniej Taylor krąży trochę bez celu, skupiając się na filmowych dzieciach i żonie, wrzucając co jakiś czas kolejne sceny mordów (w których zazwyczaj ucieka z kamerą w bok, nie decydując się na pokazywanie rzeźni dokonywanej na nieletnich), ale brak temu wszystkiemu polotu. Jest to jednak na tyle złe, że dość skutecznie bawi, zwłaszcza gdy oglądane jest w towarzystwie, które załapało z jakiego rodzaju filmem ma do czynienia i zgodnie obśmiewa wszystkie jego elementy składowe.

Gdy już jednak wszystkie pionki na okrwawionej szachownicy trafiają na swoje miejsce, cała rodzinka dociera w końcu do domu i rozpoczyna się rozgrywka 2 na 2 (Nicolas i Selma Blair kontra potomstwo), film nabiera rumieńców. Cage podkręca swoją aktorską szarżę, Blair próbuje mu dotrzymać kroku, a reżyser zaczyna się fajnie bawić całym motywem (jest coś ujmującego w tym, że zwaśnione małżeństwo, od dawna znudzone sobą nawzajem i swoim ułożonym życiem, odżywa na nowo, gdy łączy się w próbie ukatrupienia latorośli) i dorzuca do tego jeszcze nowych „zawodników”. Jest to niestety zarazem przykład niewykorzystanego potencjału tkwiącego w porąbanej historii, która sporo obiecuje na wstępie, ale niestety niewiele ma do zaoferowania. Scenariusz jest przeciętny, pretekstowy i w zasadzie pozbawiony jakiegoś sensownego zakończenia, ale całość jest na tyle krótka, a chwilami energetyczna i zabawna, że ogląda się to bezboleśnie, a nawet z pewnym zaciekawieniem. Zwłaszcza, gdy na ekranie jest Cage, który nie potrzebuje ogólnokrajowej psychozy żeby zrobić coś autentycznie psychotycznego, czemu daje świadectwo w scenie ze stołem bilardowym.

I jeszcze na koniec dwa cytaty, które należy wyobrazić sobie, że zostają wypowiedziane/wykrzyczane przez Cage’a przełączonego na tryb: Full Nicolas Fucking Cage

„Your motherfucking mother said to open this door! And motherfuckers, you’re going to open this motherfucking door!”

„It’s a SAWZALL! Because it SAWS ALL!”

Nuff said.

sobota, 3 marca 2018

Oskary 2018: nadzieje i przewidywania



Już jutro wieczorem kolejne oskarowe rozdanie. Poniżej rozpisałem się na ten temat w sposób nieprzyzwoity, więc żeby nie pogarszać sprawy i nie nadwyrężać cierpliwości czytelników, przejdźmy do rzeczy bez zbędnych wstępów.


NAJLEPSZY FILM

Nominowani:

Tamte dni, tamte noce
Czas mroku
Dunkierka
Uciekaj!
Lady Bird
Nić widmo
Czwarta władza
Kształt wody
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri

Chciałbym, żeby Oskar trafił do:

„Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”, bo to już dzieło dojrzałego twórcy, pokorniejsze, bardziej stonowane, ale bynajmniej niewykastrowane z tego, co czyniło jego dotychczasowe filmy tak ekscytującymi. W świecie McDonagha nic nie jest czarno-białe, chętnie wywleka przywary bohaterów, ale w zaskakująco naturalny sposób potrafi również odkrywać powoli przed widzem delikatne cechy ich osobowości, skrywane dobro i ciepło. Gdy już wydaje się, że rozpracowaliśmy klimat filmu i kierunek obrany przez scenarzystę, ten zaczyna zaskakiwać, czasem na poziomie fabuły, a czasem nagłymi zmianami dynamiki i nastroju rozmów oraz interakcji pomiędzy postaciami. Później ciężko już przewidzieć w jakim konkretnym kierunku podąży ta historia, ale chociaż wyłamuje się schematom i ucieka łatwym odpowiedziom, wszystko to wypada szczerze, naturalnie i wynika jasno z fabuły.

Wydaje mi się, że Oskar trafi do:

Mocna lista. „Nić widmo” pewnie niczego istotnego nie ugra w tym roku, ale to fantastyczny film, a Paul Thomas Anderson w szczytowej formie. Nie jest to jednak efekciarskie kino, wręcz przeciwnie, subtelne, delikatne, powolne, zbyt łatwo się od niego odbić żeby można się było spodziewać zwycięstwa. Członkowie Akademii mogą natomiast zaskoczyć dwoma tytułami: „Uciekaj!” i „Lady Bird”. Nie jestem specjalnym fanem filmu Jordana Peele’a. Nie przeczę, stanowi intrygujące połączenie kina grozy z komedią i jest to pokręcona historia bazująca na tajemnicy, która pobudza widza do zgadywania. Dziwny nastrój, fajne pojedyncze sceny, ale to w zasadzie tyle, kilka miesięcy temu nawet nie pomyślałbym, że ma szansę na zgarnięcie nominacji w najważniejszej oskarowej kategorii. Jest to jednak tematyka, która inaczej rezonuje w Stanach Zjednoczonych, a zatem wybór tego filmu byłby nie tylko decyzją artystyczną, ale też polityczną deklaracją. W ostatnich latach zadbano o to, żeby w skład członków Akademii Filmowej weszła większa liczba czarnoskórych artystów, co w połączeniu z tym, że również wielu ich białych kolegów i koleżanek po fachu zachwycała się „Uciekaj!”, może zaowocować zaskakującą decyzją.

Z podobnych powodów może dojść do wyboru „Lady Bird”, który zdecydowanie nie jest najlepszym tytułem z wyżej wymienionych, ale w świetle tego, co się działo przez ostatnie miesiące (#MeToo oraz trwająca od lat dyskusja o równych płacach w Hollywood, a także większym zatrudnieniu kobiet na reżyserskich stanowiskach) również może to zaowocować wygraną podyktowaną polityczną deklaracją. Greta Gerwig jest dość lubianą i szanowaną aktorką, która zjadła zęby na planach mniejszych, ambitniejszych produkcji, nie jest więc wykluczone, że z samej sympatii powędruje do niej sporo głosów.

Najprawdopodobniej walka rozegra się jednak pomiędzy „Trzema Billboardami...”, a „Kształtem wody” i będzie to bardzo wyrównane starcie. W ostatnich tygodniach obydwa filmy wzbudziły nieco kontrowersji, jeden został oskarżony o przedstawianie w sympatyczny sposób rasistowskiego bohatera, drugi natomiast o plagiat sztuki sprzed dekad oraz holenderskiego filmu krótkometrażowego. Szczególnie problemy tego drugiego mogą zaważyć na końcowym wyniku, szczególnie jeżeli głosujący nie zadadzą sobie trudu żeby poznać wszystkie szczegóły tej nieoczywistej sprawy. Wydaje mi się, że statuetka trafi więc do „Trzech Billboardów...”, ale wyborem tego drugiego filmu również nie byłbym zaskoczony.


NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY:

Nominowani:

Timothy Chalamed – Tamte dni, tamte noce
Daniel Day-Lewis – Nić widmo
Daniel Kaluuya – Get Out
Gary Oldman – Czas mroku
Denzel Washington – Romans J. Israel Esquire

Chciałbym, żeby Oskar trafił do:

Obawiałem się trochę, że potencjalny Oskar dla Gary’ego Oldmana za rolę Churchilla będzie „skażony”. Chciałbym oczywiście, żeby ten znakomity aktor został w końcu nagrodzony, ale wolałbym gdyby zgarnął go za występ, który na to zasługiwał. Patrząc na pierwsze zdjęcie w pełnej charakteryzacji i zwiastun filmu, nie miałem wątpliwości, że ten sezon nagród będzie należeć do niego. Jednocześnie martwiłem się, że będzie to cała seria nagród przyznawanych za całokształt kariery oraz imponujący kostium.

Film wszelkie wątpliwości rozwiewa jednak już w pierwszych minutach. Oldman może i ukrywa się pod toną makijażu, ale jego charyzma i osobowość jest wyczuwalna w każdej scenie. Wielka to zasługa fenomenalnej pracy głosem, gdyby nawet nałożono na niego czarny koc, ale obdarzono kwestiami Churchilla, dalej przyciągałby uwagę odbiorcy. Osoby odpowiedzialne za kostium i charakteryzację wykonali mistrzowską robotę. Nigdy nie rozpraszał mnie, pozwalał aktorowi na operowanie mimiką twarzy i zachowanie w tym „siebie”, łatwo więc było zapomnieć o kostiumie. Gary Oldman daje tutaj popis talentu, jest to oczywiście „oskarowa rola”, ale nie wyczuwam w tym wyrachowania, za to wybitny warsztat aktorski. Oby w końcu doczekał się tej cholernej statuetki.

Wydaje mi się, że Oskar trafi do:

Zdecydowanie Gary Oldman, każda inna decyzja byłaby największym tegorocznym zaskoczeniem, ale chyba też i rozczarowaniem. Timothée Chalamet jest wprawdzie rewelacyjny w „Tamtych dniach, tamtych nocach”. Młody aktor operuje subtelnymi środkami gry aktorskiej, jest równie przekonujący jako młody bystrzacha, co wrażliwy młody człowiek, przeżywający pierwsze poważne emocje w życiu, a ostatnia scena z jego udziałem pozostaje z widzem długo po seansie. Nie jest to jednak jego rok, trafił na zbyt mocną konkurencję, bo walczy nie tylko z doskonałymi rolami, ale też budowaną przez lata opinią. I z tego powodu jedynym poważnym rywalem dla Oldmana może być Daniel Day-Lewis, który jest w zasadzie taką męską Meryl Streep - żyjącą legendą kina. „Nić widmo” to nie jest jego najlepsza rola w karierze, ale nie jest to też przeciętna kreacja, a co więcej, jest to najprawdopodobniej ostatni występ w karierze (pozwolę sobie być sceptycznym w tej kwestii) więc członkowie Akademii mogą wywinąć numer i wybrać jego. Nie wierzę w to jednak, jestem przekonany, że tegoroczne rozdanie będzie należeć do Oldmana.


NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA:

Nominowane:

Sally Hawkins – Kształt wody
Francis McDormand – Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri
Margot Robbie – Ja, Tonya
Saoirse Ronan – Lady Bird
Meryl Streep – Czwarta władza

Chciałbym, żeby Oskar trafił do:

Frances McDormand za „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”. Mildred jest siłą natury, niewzruszoną, charyzmatyczną wojowniczką, która zmiata wszystko, co stanie jej na drodze. McDormand to aktorka ekstraklasy, która nigdy nie odwala pańszczyzny i nawet z planu „Transformersów” potrafi zejść niepoturbowana (a co najwyżej zażenowana), więc gdy dostaje coś tak doskonale napisanego, jak scenariusz filmu „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri”, można sobie łatwo wyobrazić efekt finalny. Jakby ktoś cierpiał na ubogą wyobraźnię to służę odpowiednim sformułowaniem – miazga.

Wydaje mi się, że Oskar trafi do:

Bardzo mocna kategoria, wszystkie cztery nominowane (bo Streep to już dostaje chyba automatycznie za fakt bycia Meryl Streep) w gruncie rzeczy zasługują na wygraną. Wydaje mi się, że wygra Frances McDormand, ale Sally Hawkins jest poważną rywalką i osobiście miałbym problem z wyborem pomiędzy nimi. Hawkins jest fantastyczna, przy pomocy tylko mimiki i gestykulacji tworzy wspaniałą postać, która jest niewinna, urocza i zabawna, ale też zadziorna, charakterna i seksualna. W samych jej oczach potrafi skrywać się zarówno opiekuńczość i ciepło, jak i również namiętność, a chwilami wręcz zwierzęce pożądanie. Gdybym miał teraz wybierać, miałbym poważny problem, ale chyba jednak wskazałbym na Frances, bo strasznie lubię ją jako osobę i nie mogę się doczekać jej reakcji na wygraną. Jeżeli wygra jednak Sally to nie będę rozdzierać szat, pokiwam głową ze zrozumieniem, bo to doskonała rola. Jedno jest jednak pewne, w tym roku młodość musi ustąpić doświadczeniu, Margot Robbie i Saoirse Ronan jeszcze muszą poczekać na swoją kolej. Szczególnie szkoda tej pierwszej, bo przy słabszej konkurencji miałaby pewną statuetkę.


NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY:

Nominowani:

Willem Dafoe – Florida Project
Woody Harrelson – Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri
Richard Jenkins – Kształt Wody
Christopher Plummer – Wszystkie pieniądze świata
Sam Rockwell – Trzy Billboardy za Ebbing, Missour


Chciałbym, żeby Oskar trafił do:

Sam Rockwell, bo jego kolega z planu (Woody Harrelson) jest wprawdzie równie dobry, ale to bohater Rockwella przechodzi w tym filmie największą ewolucję, chociaż jest to paradoksalnie bardzo subtelna przemiana, która została pierwszorzędnie rozplanowana, poprowadzona i odegrana przez aktora.

Wydaje mi się, że Oskar trafi do:

Sam Rockwell. I tyle, chyba nie ma najmniejszej wątpliwości, że w tym roku to on zgarnie Złotego Rycerza, bo większość rozdań w tym sezonie nagród filmowych należało do niego. Całkiem zasłużenie.


NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA:

Nominowane:

Mary J. Blige – Mudbound
Allison Janney – Ja, Tonya
Leslie Malfive – Phantom Thead
Laurie Metcale – Lady Bird
Octavia Spencer – Kształt wody


Chciałbym, żeby Oskar trafił do:

W tym roku kategorię zdominowały role matek. Szczególnie zawzięta walka rozegra się zapewne pomiędzy Allison Janney i Laurie Metcale. Osobiście kibicować będę Janney, która dostała bardziej wyrazistą postać, co ułatwiło jej zadanie, ale też uczyniło bohaterkę ciekawszą dla odbiorcy. Janney w tym filmie to chodzącej spalarnia nikotyny, złośliwa, jędzowata i wulgarna tupeciara, która chyba szczerze wierzy w to, że działa zawsze na korzyść zmaltretowanej córki.

Wydaje mi się, że Oskar trafi do:

Allison Janney z powodów, które wymieniłem powyżej, ale nie bez szans jest również wspomniana Laurie Metcale.


NAJLEPSZY REŻYSER:

Nominowani:

Christopher Nolan – Dunkierka
Jordan Peele – Get Out
Greta Gerwig – Lady Bird
Paul Thomas Anderson – Nić widmo
Guillermo del Toro – Kształt wody

Chciałbym, żeby Oskar trafił do:

Guillermo del Toro, bo „Kształt wody” to pięknie i płynnie opowiedziana historia, a to zasługa właśnie sympatycznego Meksykanina. Jest to film niezaprzeczalnie w jego stylu, kolejny raz stanowiący świadectwo ogromnej miłości do potworów i dziwadeł, bardzo hollywoodzki, baśniowy, nostalgiczny, puszczający oko do klasyki kina, ale zarazem też bardzo niehollywoodzki, bo mroczny, brutalny, rozerotyzowany. Wątpię żeby w przyszłości Guillermo zdołał stworzyć jeszcze coś tak bardzo popularnego, zachowującego jednocześnie jego unikatowy styl, trafiającego przy tym idealnie w stronę wizualną, wspartego świetnym soundtrackiem i kreacjami aktorskimi. Nie jest to historia oryginalna (stąd tyle zarzutów o plagiat, bo reżyser czerpał z pomysłów, które w popkulturze pojawiały się od dekad), ale opowiedziana tak, że można o tym zapomnieć. Jest to jego najlepsza szansa w życiu na zdobycie statuetki, jeżeli nie wygra teraz to prawdopodobnie już nigdy. Wydaje mi się, że to chyba jego czas. To powinien być jego czas.

Wydaje mi się, że Oskar trafi do:

Guillermo del Toro z powodów podanych wyżej, ale członkowie Akademii mogą jeszcze zaskoczyć wyborem Grety Gerwig albo Jordana Peele’a. W pierwszej kategorii podałem już przyczyny, które mogłyby stać za taką decyzją (bo nie uważam, żeby zasługiwali na nagrodę), a jak się nad tym zastanowić to w zasadzie jest większa szansa, że wyróżniono by w takim przypadku twórcę zamiast całego dzieła. Jestem zaskoczony, że pominięto Luca Guadagnino i Martina McDonagha, bo gdyby ich nazwiska widniały na powyższej liście to stawiałbym ich szanse bardzo wysoko. Cieszy mnie, że Christopher Nolan doczekał się w końcu swojej pierwszej (!) nominacji, w pełni zasłużonej, bo to skomplikowany projekt, kręcony w ciężkich warunkach, a imponujący od strony technicznej i realizacyjnej. Nie sądzę jednak, żeby to był jego rok, już prędzej zostałby nagrodzony Anderson, który wciąż czeka na swoją pierwszą statuetkę. Cieszyłbym się z jego wygranej, ale wydaje mi się, że ponownie będzie musiał obejść się smakiem.


NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY:

Nominowani:

I tak cię kocham
Get Out
Lady Bird
Kształt wody
Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri

Chciałbym, żeby Oskar trafił do: Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri
Wydaje mi się, że Oskar trafi do: Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri

„Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri” jest zdecydowanie najlepsze z tej piątki. O tym, że McDonagh ma talent do pisania wpadających w ucho, efekciarskich dialogów, doprawionych humorem, błyskotliwymi puentami i soczystymi bluzgami, wiadomo od pierwszego filmu. Niewielu scenarzystów potrafi wulgaryzmami operować niczym poezją, nadając im rytmikę i odpowiednią dynamikę, ale unikając przy tym prostactwa. McDonagh opanował to do perfekcji, a McDormand rozsmakowuje się w każdym przekleństwie niczym w smakołyku, czasem pozwalając wybrzmieć pojedynczej obeldze, ale za to dobitnej, żeby w kolejnej scenie wystrzelić z siebie długą wiązankę nastawioną na oszołomienie ofiary ilością wulgaryzmów.

Jeżeli coś może zagrozić temu filmowi w tej kategorii to chyba tylko „Lady Bird”, które prawdopodobnie nie zgarnie żadnej innej statuetki, ewentualnie „Get Out”. „I tak cię kocham” jest sympatyczne, ale nie dość dobre, a nagrodzenie „Kształtu wody” za jego najsłabszy element nie jest wprawdzie zupełnie niemożliwe, nie świadczyłoby to jednak najlepiej o członkach Akademii. Sama nominacja już zresztą jest dziwną decyzją.


NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY:

Nominowani:

Tamte dni, tamte noce
The Disaster Artist
Logan: Wolverine
Gra o wszystko
Mudbound

Chciałbym, żeby Oskar trafił do: Tamte dni, tamte noce
Wydaje mi się, że Oskar trafi do: Tamte dni, tamte noce

Wyróżnienie „Logana” było przyjemną niespodzianką, ale raczej nie należy traktować go jako poważnego kandydata. Pozostałe trzy filmy to dobre scenariusze, każdy z różnych powodów nie jest zupełnie bez szans na wygraną, ale „Tamte dni, tamte noce” to materiał stojący o półkę wyżej. Film portretuje rodzące się gejowskie uczucie, ale unika typowych dramatów i sensacyjnej otoczki często występującej w historiach o takiej tematyce, skupiając się za to na zniuansowanej relacji pomiędzy dwójką bohaterów, ale też poświęcając wystarczająco dużo uwagi postaciom pobocznym, żeby tchnąć życie w otaczający ich świat i nadać mu kolorytu.


NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY:

Nominowani:

Fantastyczna kobieta
L'insulte
Dusza i ciało
Niemiłość
The Square

Chciałbym, żeby wygrało „The Square”, bo są w tym filmie sceny prawdziwe magnetyzujące, gdy czas się zatrzymuje, świat przestaje istnieć, a widz zostaje przykuty do ekranu, z fascynacją obserwując wydarzenia i zastanawiając się w jakim kierunku to dalej podąży. Zupełnie nie jestem jednak w stanie wskazać tytułu, który wygra. W przeszłości Oskar często trafiał do zaskakującego tytułu, ciężko więc przewidzieć, co członkom Akademii spodobało się najbardziej (albo co w ogóle raczyli zobaczyć) z powyższej piątki. Sam jeszcze nie widziałem „L'insulte” oraz „Fantastycznej kobiety”, którą niestety zignorowałem podczas zeszłorocznych Nowych Horyzontów. Nie bez szans wydaje się być „Niemiłość”, a „Dusza i ciało” byłaby sympatyczną niespodzianką.


NAJLEPSZY DŁUGOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY:

Nominowani:

Twój Vincent
Ferdinand
Dzieciak rządzi
The Breadwinner
Coco

Chciałbym, żeby Oskar trafił do: Twój Vincent
Wydaje mi się, że Oskar trafi do: Coco

Cieszyłaby mnie wygrana „naszego” filmu, zwłaszcza oferującego tak niepowtarzalną, plastyczną i piękną stronę formalną, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, wygra „Coco”. Nieamerykański film miałby problem z wygraniem ze słabszym filmem Pixara, a co dopiero z „Coco”, zachwycającego najwyższym kunsztem w operowaniu zarówno przepiękną stroną wizualną, jak też emocjonalną.


NAJLEPSZE ZDJĘCIA:

Nominowani:

Dunkierka
Mudbound
Kształt wody
Blade Runner 2049
Czas mroku

Chciałbym, żeby Oskar trafił do: Blade Runner 2049
Wydaje mi się, że Oskar trafi do: Blade Runner 2049

Konkurencja jest zacna, mógłbym dużo dobrego napisać o każdym z nominowanych, ale chyba nie muszę nikogo przekonywać, że w tym roku wygrać musi „Blade Runner 2049”. O tym, że Roger Deakins jest doskonałym operatorem wiadomo nie od dziś, nigdy nie miał jednak szczęścia do Oskarów, trzynaście razy był nominowany, trzynaście razy musiał obejść się smakiem. I chociaż można jeszcze zrozumieć jego niefart w ostatnich latach, gdy musiał ustępować miejsca Emmanuelowi Lubezkiemu, odstawiającego niesamowite piruety z kamerą przy swoich firmowych długich ujęciach, tak niektóre decyzje z wcześniejszych lat był dość dyskusyjne. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby tym razem mogło paść na kogoś innego. „Blade Runner 2049” wygląda przepięknie w praktycznie każdej możliwej scenie. I nie jest to tylko powielanie neonowej estetyki z pierwszego filmu. W filmowej rzeczywistości minęło od tamtej pory 30 lat, co ma swoje przełożenie na stronę wizualną, której bliżej teraz świetlistym scenografiom z filmu „Tron: Dziedzictwo” oraz jednolitym kolorystycznie realiom postapokaliptycznego pozamiejskiego krajobrazu z filmów Richarda Stanleya („Hardware”). Jest to nie tylko film cudnie skadrowany i nakręcony, ale też oświetlony. Nie brakuje ujęć w dziennym świetle (najczęściej przebijającym się przez jakiegoś rodzaju naturalną osłonę - mgłę, dym, deszcz, śnieg), ale najbardziej zapadają w pamięci te w pomieszczeniach skąpanych w mroku, który otula oświetloną przestrzeń. Kapitalna jest również scena, gdy jedynym źródłem światła jest futurystyczny Peugeot, dosłownie tonący w mroku, który skrywa tony wzburzonej wody. Nie ma innej opcji, w tym roku to już musi być Deakins.

I na tym w zasadzie zakończę ten nieprzyzwoicie długi tekst, bo próba dalszego opisywania wszystkich kategorii technicznych mogłaby zakończyć się podwojeniem jego objętości, a byłoby to już przesadnym testowaniem cierpliwości czytelników.

środa, 28 lutego 2018

Lady Bird - recenzja


Czasem się zastanawiam, czy filmom takim jak „Lady Bird”, czy też w ogóle tytułom, które zdobywają dużo nagród i pozytywnych recenzji, cały ten szum medialny bardziej pomaga, czy też szkodzi. Z jednej strony więcej osób o nich usłyszy i zobaczy, z drugiej strony mogą do nich podchodzić ze zbyt wygórowanymi oczekiwaniami, a to zazwyczaj źle się kończy. W tym biznesie (zazwyczaj) chodzi jednak o to żeby dotrzeć do jak największej grupy odbiorców więc chyba jakiś tam procent rozczarowanych jest akceptowalny.

„Lady Bird” może rozczarować. Przez długi czas debiut reżyserski Grety Gerwig miał nieskazitelny licznik na Rottentomatoes (a obecnie ma zaledwie cztery negatywne recenzje przy łącznej liczbie ponad 280), a przez wielu zachodnich krytyków był do tego wychwalany pod niebiosa i stawiany na równi z najgłośniejszymi filmami tego sezonu oskarowego. Mogło to sprawić mylne wrażenie, że mamy do czynienia z arcydziełem. Nie mamy. Co nie znaczy, że nie jest to bardzo dobry film. Nie jest to natomiast kino odkrywcze, opowiadające jakieś nowe prawdy o życiu lub przenicowujące gatunek. „Lady Bird” to kino o rozterkach, problemach oraz przemyśleniach nastolatków i jako takie odhacza większość tematów typowych dla tego rodzaju filmów: młodzieńczy bunt, niemożność znalezienia wspólnego języka z rodzicem, inicjację seksualną, uczucie zagubienia u progu dorosłego życia i obawę o to, co przyniesie przyszłość. Siła filmu Grety Gerwig leży w tym, jak o tym wszystkim opowiada, a jest to historia szczera, osobista, czasami zabawna, czasami skłaniająca do refleksji albo powrotu wspomnieniami do własnych nastoletnich przeżyć.

W „Lady Bird” osoba autorki jest ważna, bo Gretę czuć w tym filmie, jest to opowieść o jej rodzinnych stronach, własnych doświadczeniach i relacji z matką, ale przepuszczona przez filtr dorosłego artysty, wprawdzie czule patrzącego na młodzieńczą naiwność, a jednak wytykającego egoizm i egocentryzm skupionej na sobie nastolatki, nieświadomie raniącej uczucia bliskich. Gerwig zgrabnie wyłuskuje kolejne małe-wielkie momenty z życia maturzystki, skupiając się na skrawkach z życia, ale pokazując też, jak różne drobnostki, wręcz pierdoły z perspektywy dorosłego, mogą być istotne, a wręcz formatywne dla osobowości młodego człowieka. Jednocześnie przedstawia perspektywę rodzica, rozdartego pomiędzy przytłaczającymi kłopotami finansowymi, depresją partnera, chęcią pomocy swojemu dziecku, ale też nadzieją na to, że wybierze ono prostszą drogę edukacji, tańszą, a do tego bliższą miejscu zamieszkania.

Gerwig ma talent do drążenia w ludzkich emocjach i wyciskania naturalności z prostych scen (na przykład zakupu sukienki na szkolny bal) oraz budowaniu wokół tego interesującej relacji pomiędzy matką i córką. Piękna jest sekwencja poprzedzająca wylot z Sacramento, zarówno wymiana zdań przed wejściem do budynku, jak i późniejsza kilkuminutowa scena z kamerą przyklejoną do twarzy Laurie Metcalf, obserwująca jak stopniowo puszczają w niej emocje i zmienia się jej postawa do pewnego wydarzenia. Piękny jest też finał, prosty, skromny i pokazujący, że bohaterka czegoś się nauczyła, coś zrozumiała, ale przed nią jeszcze całe życie kolejnych błędnych decyzji i niewłaściwych zachowań.

„Lady Bird” może rozczarowywać, ale krzywdzącym jest nazywanie go kinem błahym, bo drzemią w nim emocje, spostrzeżenia i obserwacje, które często nie zostają wypowiedziane wprost, działają natomiast na poziomie empatycznym. Oczywiście nie bez znaczenia jest to, ile w tej historii dostrzeżemy z własnego życia, a także czy pochodzimy z podobnego miejsca, które również chcieliśmy jak najszybciej opuścić w poszukiwaniu lepszego i ciekawszego życia w większym mieście. Nie jest to kino odkrywcze, ale jest to szczerze i mądrze opowiedziana historia.

sobota, 24 lutego 2018

Mute (Bez słowa) - recenzja


Prawie dziesięć lat czekania na możliwość zobaczenia tego filmu. Kilkanaście lat nieudanych prób sfinansowania go, ale uparte dążenie do tego przez Duncana Jonesa. I dostaliśmy coś TAKIEGO? Ech, okropne rozczarowanie, ale niekoniecznie totalne zaskoczenie, bo wydawało mi się podejrzane, że Netflix tak niechętnie dzielił się materiałami promocyjnymi, a do tego nie udostępnił dziennikarzom możliwości zobaczenia go przedpremierowo, co zazwyczaj zwiastuje słaby film. „Mute” miał być pierwszym filmem w karierze Jonesa, nie został. Nie był też drugim, a nawet trzecim. Wygląda na to, że studia filmowe nie zdecydowały się podarować mu walizki z pieniędzmi, bo się nie poznały na jego scenariuszu, ale właśnie dlatego, że się poznały.

Scenariusz „Bez słowa” jest bardzo zły. Gdyby rozebrać go z elementów futurystycznych otrzymalibyśmy kiepską historię kryminalną, która jest rozwleczona, pozbawiona emocji, interesującej tajemnicy do rozwiązania i świeżych elementów fabularnych. Cyberpunkowy sztafaż nie nadaje temu nowej wartości, bo wprawdzie z artykułów o realizacji projektu wiem, że Jones stworzył sobie w głowie potencjalnie interesującą wizję przyszłości to jednak w samym filmie tego nie widać, nie ma tutaj śmiałych, błyskotliwych, wizjonerskich pomysłów, jedynie poprawne odtwórstwo, a największą ekscytację wzbudzają dwa małe nawiązania do „Moon”. Nie pomaga, że główny bohater jest jednowymiarową, bezbarwną postacią, a do tego niemową, co jeszcze bardziej pogrąża wątek kryminalny. Ponieważ bohater nie może zadawać pytań w sposób bezpośredni, jego śledztwo polega więc na pokazywaniu zdjęcia zaginionej dziewczyny, albo jakiegoś innego fanta, i czekanie na reakcję rozmówcy. Sporo tutaj przypadkowości i schematyzmu, jeden trop można przewidzieć kilkadziesiąt minut wcześniej, jeszcze zanim w ogóle dojdzie do zniknięcia kobiety, a cały ten wątek nie wzbudza w odbiorcy najmniejszego zainteresowania. Pewnie dlatego, że dziewczyny było za mało na ekranie żeby jej późniejsza nieobecność wzbudzała jakąkolwiek reakcję emocjonalną, tym bardziej, że nie była to interesująco napisana bohaterka, bo pokazanie kawałka piersi pod prysznicem i dorzucenie tylko niebieskich włosów na głowie ciężko nazwać dobrym zarysowaniem postaci.

Oczywiście czas ekranowy nie musi się przekładać na jakość postaci, czego dobitnym przykładem jest Leo. Alexander Skarsgård niestety nie jest drugą Sally Hawkins, nie potrafi samym tylko wzrokiem, mimiką i mową ciała stworzyć pełnokrwistej postaci oraz uwieść tym odbiorcę. Leo nie ma charakteru, jest kolejnym elementem dekoracji. Życie w film wtłaczają nieco Paul Rudd i Justin Theroux, ale scenariusz im tego nie ułatwia, wrzucając ich do kiepskiego wątku gangsterskiego, a temu drugiemu dorzucając jeszcze chybiony motyw pedofilskich ciągot. Jest to wszystko dziwacznie i niezgrabnie ze sobą połączone, oferując kilka momentów, gdy wykazujemy lekkie zainteresowanie tym, co nastąpi dalej, ale całościowo szkodzi to tylko historii.

I tym sposobem, po prawie dziesięcioletniej karierze i czterech zrobionych filmach, Duncan Jones stał się reżyserem, który z obiecującego debiutanta został zdegradowany do poziomu przeciętnego wyrobnika. W przypadku tragicznie złego „Warcrafta” mógł się jeszcze zasłaniać tym, że był jedynie trybikiem w wielkiej komercyjnej maszynie sterowanej przez studio. Przy realizacji „Bez słowa” miał wolną rękę, Netflix nie bruździł w jego piaskownicy, czekał na taką możliwość przez kilkanaście lat, a w efekcie otrzymaliśmy kino bez polotu, wizji, a co najgorsze – pozbawione życia i energii.

środa, 21 lutego 2018

Altered Carbon - pierwszy sezon


Przedpremierowe chłodne/negatywne recenzje zniechęciły mnie do serialu „Altered Carbon”, po premierze również docierał do mnie głównie przekaz negatywny i zamierzałem unikać tej produkcji, ale coś mnie tknęło jakiś tydzień temu, odpaliłem pierwszy odcinek i spodobało mi się. Jest to niezaprzeczalnie produkcja pulpowa, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, pewnie dlatego, że nigdy nie czytałem oryginału.

Serialowy „Altered Carbon” urzekł mnie przede wszystkim stroną wizualną, wysokiej jakości wykonaniem i zgrabnym budowaniem świata przyszłości. Futurystyczna, neo-noirowa, cybernetyczna estetyka, czerpie garściami z czego się tylko da, wszystko to już gdzieś było, ale nie przestało być przez to przyjemnym dla oczu, słodkim cukierkiem. Jest to chyba najładniej wyglądająca produkcja Netflixa i przy tym najstaranniej wykonana w temacie efektów specjalnych. Imponujący jest rozmach tego serialu - namacalne, rozbudowane scenografie, duże ilości statystów w tle (zajmujących się swoim zmyślonym życiem), którzy pozwalają uwierzyć w ten świat, a ten jest budowany w sposób pomysłowy i intrygujący.

Jak wspomniałem, nie czytałem powieści Morgana, zamiast tego odpływałem więc skojarzeniami w kierunku „Hyperiona” Dana Simmonsa i jego kontynuacji, które tworzyły dość podobną wizję przyszłości, stawiającą na transhumanizm, stopniowe porzucanie ograniczeń ludzkiego ciała (a w zasadzie to już zapomnienie o takowych) i ostrzegającą przed nieroztropnym niedocenianiem potencjalnego zagrożenia, jakie może stanowić „społeczność” cyfrowych sztucznych inteligencji. „Altered Carbon” po tym wszystkim się niestety ledwie prześlizguje, zazwyczaj zmierzając do jakiejś kolejnej jatki, rąbaniny albo szczucia cycem, ale jeżeli załapie się ten pulpowy klimat to będzie to całkiem przyjemne dziesięć godzin. Najgorszy jest w zasadzie ostatni odcinek, finałowe starcie z głównym mącicielem sezonu jest napisane bez polotu, podobnie jak sama postać, która stanowi zbitek różnych nudnych schematów, a gdy już zaczyna biadolić o swoich motywacjach to żenometr rozsadza skalę. Ostatnie 20 minut to natomiast festiwal rozpaplanych bohaterów, który niezgrabnie domyka liczne wątki i niezachęcająco otwiera furtkę dla ewentualnego przyszłego sezonu. Nie będę odliczać dni do premiery.

Jeżeli ktoś jednak lubi tematykę sci-fi, nie jest zagorzałym fanem książkowego oryginału i nie przeszkadzają mu klimaty rodem z kina eksploatacji (ale takiego za grubsze pieniądze i robionego z większym rozmachem oraz dbałością o szczegóły) to powinien spróbować zobaczyć chociaż dwa pierwsze odcinki. Niewykluczone, że odrzucą od serialu, wtedy chyba lepiej dać sobie spokój i nie męczyć się dalej, ale jest też spora szansa, że ten świat przypadnie Wam do gustu wystarczająco mocno żebyście byli w stanie zaakceptować wszystko to, co twórcom nie wyszło.