niedziela, 6 stycznia 2019

Najlepsze filmy 2018


2018 był bardzo dobrym rokiem dla polskiego kina. Premierę miało dużo udanych i ciekawych filmów. W rodzimych kinach niewątpliwym fenomenem był „Kler”, który rozbił bank, a na świecie było o nas głośno za sprawą festiwalu w Cannes, gdzie pokazywano w tym roku aż trzy polskie produkcje. Najwięcej szumu oczywiście zrobiła „Zimna wojna”, nagrodzona za reżyserię, co bynajmniej nie zakończyło listy sukcesów filmu Pawlikowskiego. Cieszyło mnie to, jak i fakt, że to Wojciech Smarzowski, a nie pewien łysy pan, podbijał portfele polskich widzów. „Kler” nie znalazł się na poniższej liście, bo nie spełnił podstawowej zasady, jaką się każdego roku kieruję przy jej układaniu – film musiał dostać ode mnie co najmniej 8/10. Nie jest to czas i miejsce, żeby tłumaczyć się z tej oceny, więc przejdźmy szybko do wyjaśnienia drugiej zasady, której się zawsze stosuję – film musiał mieć polską dystrybucję kinową w ubiegłym roku.

W tym roku padło więc na siedemnaście filmów, w tym trzy produkcje polskie, oraz jeden bonusowy tytuł, który niestety w Europie był dostępny jedynie na Netfliksie. Kolejność filmów na poniższej liście nie jest zupełnie przypadkowa, ale oprócz pierwszych kilku pozycji, nie poświęcałem tej kwestii przesadnie dużo czasu i nie biłem się przesadnie z myślami. Wszystkie te filmy są warte zobaczenia, ale niekoniecznie przez każdego odbiorcę, i chodziło głównie o to, żeby je jakoś wyróżnić, a nie wartościować względem siebie.

No dobrze, przejdźmy zatem do dania głównego...



WYSPA PSÓW

Jeżeli miałbym podsumować „Wyspę psów” jednym słowem byłaby to: doskonałość. Niczego bym tutaj nie zmienił. Ogląda się to ze stałym zainteresowaniem, interakcje pomiędzy bohaterami bawią, kolejne lokacje nie przestają zaskakiwać pomysłowością twórców, orientalne kompozycje Desplata są idealnie dobrane, humor jest subtelny, często uderzający w specyficzne tonacje, idealnie trafiający jednak w moją wrażliwość, podobnie jak dziwaczny klimat filmu, przy którym nie sposób się nudzić. Film Andersona jest wypełniony kapitalnymi pomysłami. Ekipa animatorów bawi się wykorzystywaną technologią, zgrabnie korzystając z jej możliwości, ale też ograniczeń, czyniąc z nich zalety i pomysłowo adaptując do roli gagów wizualnych. Każde kolejne filmowe miejsce to nowa wartość i doznanie, cieszące oczy detalami, pociesznymi zabudowaniami, pomysłową architekturą, ciekawie rozstawionymi w ekranowej przestrzeni rekwizytami, a wszystko zrobione wedle wzorca – ma bawić. Jest to niewątpliwie dzieło Wesa Andersona, produkcja nieco dziwna, z pogranicza kina dla dzieci i dorosłych, nigdy nieprzekraczająca granicy dobrego smaku, ale jednak daleka od bezpiecznych, uładzonych bajek, które nikogo nie zbulwersują. Nie nudziłem się nawet przez minutę, twórcy cały czas dbają o to, żeby jakoś zaciekawić odbiorcę. Fabuła jest nielinearna, często wskakują retrospekcje, zabawy formalne i błyskotliwe sztuczki narracyjne. Zawsze czeka na widza jakiś gag - wizualny, muzyczny, czy też skrywający się w dialogu, który zapewni, że nie zniknie nam z ust grymas rozbawienia, będący stałym ustawieniem naszej twarzy podczas seansu. Doskonałość.

Recenzja: KLIK



TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI

O tym, że McDonagh ma talent do pisania wpadających w ucho, efekciarskich dialogów, doprawionych humorem, błyskotliwymi puentami i soczystymi bluzgami, wiadomo od pierwszego filmu. Niewielu scenarzystów potrafi wulgaryzmami operować niczym poezją, nadając im rytmikę i odpowiednią dynamikę, ale unikając przy tym prostactwa. Frances McDormand jest bardzo wdzięczną tubą dla jego „wierszy”. Aktorka rozsmakowuje się w każdym przekleństwie niczym w smakołyku, czasem pozwalając wybrzmieć pojedynczej obeldze, ale za to dobitnej, żeby w kolejnej scenie wystrzelić z siebie długą wiązankę nastawioną na oszołomienie ofiary ilością wulgaryzmów. „Trzy Billboardy za Ebbing, Missouri” to dzieło dojrzałego już twórcy, pokorniejsze, bardziej stonowane, ale bynajmniej niewykastrowane z tego, co czyniło jego dotychczasowe filmy tak ekscytującymi. W świecie McDonagha nic nie jest czarno-białe, chętnie wywleka przywary bohaterów, ale w zaskakująco naturalny sposób również powoli odkrywa przed widzem delikatne cechy ich osobowości, skrywane dobro i ciepło. Pierwsza godzina seansu może zmylić. Gdy już wydaje się, że rozpracowaliśmy klimat filmu i kierunek obrany przez scenarzystę, ten zaczyna zaskakiwać, czasem na poziomie fabuły, a czasem nagłymi zmianami dynamiki i nastroju rozmów oraz interakcji pomiędzy postaciami. Później ciężko już przewidzieć w jakim konkretnym kierunku podąży ta historia, ale chociaż wyłamuje się schematom i ucieka łatwym odpowiedziom, wszystko to wypada szczerze, naturalnie i wynika jasno z fabuły. Uwieńczeniem tego jest otwarte zakończenie, nieco melancholijne, ale też w ciekawy sposób krzyżujące ścieżki niektórych postaci.

Recenzja: KLIK



TAMTE DNI, TAMTE NOCE

Film niczym pierwsza letnia miłość, delikatny, niepozorny, nieco leniwy, pozornie błahy, ale wchodzący pod skórę i niedający o sobie zapomnieć. Luca Guadagnino niejako kontynuuje to, co rozpoczął w „Nienasyconych”, czyli filmową pocztówkę z wakacji w słonecznych Włoszech. Oba filmy oczarowują klimatem, pięknymi zdjęciami i krajobrazami, relacjami pomiędzy bohaterami, no i oczywiście aktorstwem. Dużo w nich nagości i seksu, bo leniwy wakacyjny klimat skąpanych w słońcu Włoszech sprzyja większej rozwiązłości i uleganiu pokusom. Różni się jednak sposób portretowania tychże. Pożądanie seksualne w „Nienasyconych” jest wykorzystywane do testowania granic bohaterów, ich wierności, miłości, stanowi możliwość rozpoczęcia nowej relacji, odnowienia starej albo jej definitywnego zakończenia. „Tamte dni, tamte noce” są pod tym względem bardziej niewinne, mniej cyniczne, a do tego skąpane w nostalgii do czasów, gdy łatwiej było odciąć się od świata, zaszyć na jakimś bezludziu i spędzić godziny przy książce albo w księżycowym blasku. „Tamte dni, tamte noce” portretują rodzące się gejowskie uczucie, ale unikają typowych dramatów i sensacyjnej otoczki często występującej w filmach o takiej tematyce, skupiając się za to na zniuansowanej relacji pomiędzy dwójką bohaterów, ale też poświęcając wystarczająco dużo uwagi postaciom pobocznym, żeby tchnąć życie w otaczający ich świat i nadać mu kolorytu.

Recenzja: KLIK



PŁOMIENIE

Film, którego w pełni doceniłem dopiero przy drugim seansie, gdy byłem wyspany i w pełni skupiony na fabule. Jeżeli powolne kino zbyt mocno testuje waszą cierpliwość to „Płomienie” będą męczarnią. Historia korzysta ze szkieletu dreszczowca, ale wyrzuca z niego mięso, wnętrzności, krwiobieg i serce, zastępując je organami przeniesionymi z kina arthouse’owego, stawiając na niemrawy rytm slow cinema, skupiony raczej na refleksji i klimacie, jak dreszczu emocji oraz nerwowym napięciu kina gatunkowego. Reżysera „Płomieni” bardziej interesuje budowanie niedopowiedzeń, wątpliwości i zagadek, jak udzielanie odpowiedzi, straszenie i wstrząsanie. Cierpliwie buduje świat, starannie kreując rzeczywistość otaczającą bohaterów, usilnie próbując pokazać jak najwięcej z tego, co składa się na ich życie, nie zdradzając zbyt wiele o nich samych. Chang-dong Lee zdecydowanie dopieszcza odbiorców skupionych na historii i bawi się w podsuwanie im potencjalnych odpowiedzi na różne pytania, które później również kwestionuje. Jeżeli należycie do takich widzów to „Płomienie” będą siedzieć Wam w głowie jeszcze przez długie tygodnie, szczególnie, jeżeli znajdziecie sobie odpowiedniego partnera do dyskusji po filmie, bo jest o czym rozmawiać jeżeli różnicie się zdaniem w pewnej kwestii.

Recenzja: KLIK



NIĆ WIDMO

Najlepszy film Paula Thomasa Andersona od czasu „Aż poleje się krew”, ale też zupełnie inny, subtelny, delikatny, nieoczywisty, a przy tym cholernie intrygujący. Zaczyna się jako opowieść o szarej myszce z prowincji, która wchodzi w świat mody kuchennymi drzwiami, wpuszczona przez rozkapryszonego egocentryka, ale niespodziewanie ewoluuje w historię niebanalnego związku opartego na skomplikowanej relacji dwójki ludzi (i sekundującej im kobiety). On potrzebuje żeby całe życie domu kręciło się wokół niego, podporządkowane jego fanaberiom i potrzebom, ale rozumie też, że będzie w stanie pokochać jedynie kobietę, która zdoła raz na jakiś czas powalić go na kolana (i to dosłownie), a następnie otoczyć matczyną opieką. Ona potrzebuje czasu, żeby to rozgryźć, nie bez problemów, ale w końcu odczytuje jego potrzeby i zaczyna nimi pogrywać. Z boku przygląda się temu jego siostra, na co dzień podległa jego potrzebom, ale potrafiąca warknąć i przywołać go do porządku, gdy zaczyna sobie pozwalać na zbyt wiele. I chyba największym zaskoczeniem jest to, że to miała być ostatnia wielka rola Daniela Day-Lewisa, no i jest, ale nie pozostawia w cieniu partnerujące mu dwie doskonałe aktorki, które tworzą zniuansowane i nieoczywiste bohaterki. W tle plumka sobie subtelne pianinko, nerwowe szarpnięcia skrzypków podbijają napięcie, a pewną ręką opowiada to wszystko wybitny reżyser.



ROMA

„Roma” to fascynujący wgląd w czyjeś wspomnienia. Dzieło na wskroś osobiste. Alfonso Cuarón zbiera od kilku miesięcy liczne laury i pochwały za głębokie zanurkowanie w odmętach nostalgii oraz sentymentalnych skrawków z własnej przeszłości. To film, który był podporządkowany przeszłości. Gdy szukano ludzi, którzy wcielą się w filmową rodzinę, podstawowym kryterium był wygląd zbliżony do prawdziwej rodziny Cuaróna. Reżyser nie dbał o to, czy będą to zawodowi aktorzy, i ostatecznie jedynie Marina de Tavira, wcielająca się w matkę, miała doświadczenie w zawodzie. W scenariuszu były wyszczególnione daty prezentowanych zdarzeń i bardzo dbano, żeby to, co w filmie było pokazywane w kinie, telewizji oraz nagłówkach gazet, było zgodne z prawdą. „Roma” jest filmem opowiedzianym długimi ujęciami, ale Cuarón nie był niewolniczo poddany tej formie, bo wizualną ucztę potrafi stworzyć chociażby z krótkich ujęć dokumentujących skomplikowaną operację parkowania samochodu w ciasnym korytarzu. Jest to produkcja niewątpliwie oszałamiająca stroną techniczną, dbałością o detale, scenami, gdy kamera śledzi bohaterkę przechadzającą się meksykańskimi ulicami upstrzonymi statystami pochłoniętymi swoimi codziennymi czynnościami. Ilość rzeczy, jakie tutaj mają miejsce na drugim planie (albo pierwszym, bo czasem to Cleo przemyka gdzieś w tle) jest zachwycająca. I do tego te przepiękne czarno-białe zdjęcia, którym przyglądamy się w niemym zachwycie przez cały seans. Dlaczego więc „Roma” nie tylko nie znalazła się na podium, ale nawet nie zmieściła się do pierwszej piątki? Pozostałe filmy po prostu mocniej łechtały mnie intelektualnie, albo emocjonalnie, w efekcie na dłużej pozostały ze mną po seansie, co jednak stawiam nieco wyżej, jak zachwyt nad mistrzowskim operowaniem kamerą i starannie przygotowanym scenom.



SPIDER-MAN UNIWERSUM

Gdy już pogodziłem się z myślą, że po raz pierwszy na tej liście nie znajdzie się żaden film superbohaterski to nagle pojawił się ON, cały na czerwono-niebiesko. „Spider-Man Uniwersum” jest dokładnie taką animacją, jaką wydawał się być po pierwszych zwiastunach – świeżą, oszałamiającą wizualnie, zabawną i cholernie pomysłową. Ilość fajnych pomysłów, którymi ciska się tutaj pełnymi seriami w widza, jest doprawdy oszałamiająca. Gdy tempo w scenach akcji wskakiwało na najwyższy bieg, a liczba pajęczaków obecnych na ekranie zaczynała przekraczać normy unijne, to chwilami działo się tyle rzeczy, że nie wiedziałem gdzie się patrzyć najpierw. Jest sporo niespodzianek, jest tysiąc nawiązań do komiksów, starszych filmów oraz kreskówek ze Spiderem, ale przede wszystkim to jest ogromna miłość do tej postaci. I do tego ta niesamowita strona wizualna. Piękna, niebanalna, dynamiczna, stale czymś zaskakująca, z lekkością skacząca pomiędzy konwencjami i stylami, bawiąca się formą, perspektywą oraz oczekiwaniami widza. Pełny zachwyt.



ZIMNA WOJNA

„Zimna wojna” to historia pary, która nie mogła bez siebie żyć, ale nie mogła też znieść wspólnego życia. Film niesie do przodu przede wszystkim kreacja Joanny Kulig, ciepła i zmysłowa, gdy staje przed mikrofonem i śpiewa, ale też wariacka, żywiołowa oraz impulsywna w codziennym życiu. Kulig spycha w cień resztę obsady, zwłaszcza nieco wycofanego Tomasza Kota, znajdując równą sobie partnerkę w osobie Agaty Kuleszy, której postać niestety szybko zostaje porzucona przez scenarzystę. Podobnie jak w przypadku „Idy” jest to film pięknie nakręcony. Czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala ponownie stanowią źródło estetycznych doznań najwyższej jakości. Widać, że operator (wspólnie z reżyserem) starannie układał kadry i bohaterów w filmowej przestrzeni żeby zapewnić widzowi wizualną podróż najwyższej jakości. Film jest bardzo krótki, a do tego sporo czasu zajmują w nim pięknie zrealizowane sceny występów muzycznych. Reżyser wyciska jednak z nich o wiele więcej, jak tylko wartość estetyczną, pokazując przy ich pomocy aktualne relacje pomiędzy bohaterami, ewolucję postaci albo dowalając dającym po głowie obrazkiem (ludowy zespół fikający na tle wielkiego wizerunku Stalina śpiewając przy tym o socjalistycznych wartościach). Jestem dumny, że polska kinematografia zaczyna być kojarzona na zachodzie z takimi dobrymi produkcjami.

Recenzja: KLIK



KSZTAŁT WODY

Film wygrał cholernego Złotego Lwa, dostał też Złoty Glob oraz Oscara, ale czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, której się on podobał. Pewnie dlatego, że przeciwnicy tak żarliwie krzyczeli o tym, dlaczego powinien się nie podobać. Osobiście nie dałbym mu statuetki za najlepszy film, ale za reżyserię już tak. „Kształt wody” to pięknie i płynnie opowiedziana historia, a to zasługa właśnie sympatycznego Meksykanina. Jest to film bardzo w jego stylu, kolejny raz stanowiący świadectwo ogromnej miłości do potworów i dziwadeł, bardzo hollywoodzki, baśniowy, nostalgiczny, dość naiwny, puszczający oko do klasyki kina, ale zarazem też bardzo niehollywoodzki, bo mroczny, brutalny, rozerotyzowany. Wątpię żeby Guillermo del Toro stworzył jeszcze w przyszłości coś tak bardzo mainstreamowego, zachowując jednocześnie swój unikatowy styl, trafiając przy tym idealnie w stronę wizualną, dostając przy okazji dodatkowe wsparcie w postaci świetnego soundtracku i kreacji aktorskich (uważam, że Sally Hawkins była w tym filmie fantastyczna). To była jego najlepsza szansa na zdobycie kiedyś statuetki, i to prawdopodobnie jedyna, bo pewnie teraz odpłynie ponownie w kierunku jakichś „dziwnych” projektów, więc cieszę się, że mu się udało.



LADY BIRD

Nie jest to kino odkrywcze, opowiadające jakieś nowe prawdy o życiu lub przenicowujące gatunek. „Lady Bird” to kino o rozterkach, problemach oraz przemyśleniach nastolatków, i jako takie odhacza większość tematów typowych dla tego rodzaju filmów: młodzieńczy bunt, niemożność znalezienia wspólnego języka z rodzicem, inicjację seksualną, uczucie zagubienia u progu dorosłego życia i obawę o to, co przyniesie przyszłość. Siła filmu Grety Gerwig leży w tym, jak o tym wszystkim opowiada, a jest to historia szczera, osobista, czasami zabawna, czasami skłaniająca do refleksji albo powrotu wspomnieniami do własnych nastoletnich przeżyć. W „Lady Bird” osoba autorki jest ważna, bo Gretę czuć w tym filmie, jest to opowieść o jej rodzinnych stronach, własnych doświadczeniach i relacji z matką, ale przepuszczona przez filtr dorosłego artysty, wprawdzie czule patrzącego na młodzieńczą naiwność, a jednak wytykającego egoizm i egocentryzm skupionej na sobie nastolatki, nieświadomie raniącej uczucia bliskich. Gerwig zgrabnie wyłuskuje kolejne małe-wielkie momenty z życia maturzystki, skupiając się na skrawkach z życia, ale pokazując też, jak różne drobnostki, wręcz pierdoły z perspektywy dorosłego, mogą być istotne, a wręcz formatywne dla osobowości młodego człowieka.

Recenzja: KLIK



DOGMAN

„Dogman” oferuje najlepsze elementy „Gomorry” porzucając jednocześnie jej usypiające tempo narracji. Jest to mroczna, ponura, chwilami brutalna opowieść o miejscu w którym nie chciałbym spędzić nawet godziny. Miejscowa zabudowa, składająca się z rozsypujących się starych budynków, przypomina postapokaliptyczną scenografię. Rozległy, praktycznie wymarły plac, będący areną wielu wydarzeń w filmie, jest niczym z westernu. Wszechobecny brud, szarzyzna i bogate pokłady błota pojawiające się po każdym deszczu, przypominają natomiast o tym, że istnieją na zachodzie miejsca, które szerokim łukiem obchodziłby nawet największy drab ze Śląska. Garrone nie pędzi do przodu, spokojnie wgryza się w realia tego świata, pokazując nam codzienność głównego bohatera (świetna rola Marcello Fonte, nagrodzonego w Cannes) i mnożąc przykłady kolejnych zbójeckich zachowań miejscowego bandyty o imieniu Simone (Edoardo Pesce). Nie jest to jednak kino ślamazarne, dzieje się tutaj sporo, tempo jest wartkie, klimat budowany wzorcowo, a postacie starannie rozbudowywane. Mój ulubiony film Matteo Garrone.

Recenzja: KLIK



FOKSTROT

Rewelacja festiwalu w Wenecji sprzed dwóch lat. Izraelski film kilkukrotnie zmienia klimat i ciężar historii, ale konsekwentnie zmierza ku najważniejszemu – opowiedzeniu o realiach życia we współczesnym Izraelu, miejscu stojącym w rozkroku pomiędzy wojną, a pokojem. Film składa się z trzech segmentów. Pierwszy opowiada o rodzicach zdruzgotanych informacją o śmierci syna, który zginął na służbie. Maoz wnikliwie, ale też czule, z empatią, przygląda się rodzinnej tragedii i sfrustrowanemu ojcu, który próbuje odnaleźć w tym jakiś sens i nie oszaleć w kontakcie z wojskowymi przepisami. Drugi segment skręca w bardziej surrealne i absurdalne rejony, gdy śledzimy znudzonych żołnierzy spędzających w swoim towarzystwie długie godziny na posterunku położonym pośrodku pustyni. Maoz potrafi jednak postawić ich, a także odbiorcę, do pionu i przypomnieć, jak łatwo ich rutyna może przerodzić się w koszmar. O trzecim segmencie najlepiej nie pisać zbyt wiele. Stanowi wprawdzie najsłabszy element filmu, ale jest bardzo istotny, bo wyjaśnia znaczenie tytułu filmu, a także dostarcza istotnych informacji o całej rodzinie. „Fokstrot” to kino niebanalne, nieoferujące łatwych rozwiązań fabularnych i sympatycznych bohaterów, co jednak nie przeszkadza we współczuciu im, gdy muszą zmagać się z żałobą, ale też zrozumieniu ich, gdy pozwalają sobie odpocząć od niej. A scena tańca z karabinem maszynowym to jeden z najbardziej zapadających w pamięci obrazów z zeszłorocznych filmów.



FUGA

Zwolennicy „Córek dancingu” mogą być rozczarowani, bo nie jest to równie wariacka opowieść. Zarówno w formie, jak i treści, jest to kino stonowane, chłodne, ale jest to też dzieło o wiele dojrzalsze, ciekawsze, szczersze na poziomie emocjonalnym. „Fuga” to kino kameralne, opowiadające o schorzeniu zwanym fugą dysocjacyjną, czyli specyficznemu rodzajowi amnezji. Osoba dotknięta tym całkowicie zapomina o wszystkim czego doświadczyła, stając się praktycznie nowym człowiekiem. Główna bohaterka, grana przez Gabrielę Muskałę (autorkę scenariusza), musi się skonfrontować ze swoją przeszłością zanim będzie gotowa odnaleźć się w nowej sytuacji i zdecydować o tym, jaką będzie teraz matką i żoną, albo raczej – czy zechce ponowne wcielić się w te role. Jest to fascynujący proces, ogląda się go z zaintrygowaniem, bo relacje pomiędzy bohaterami są nieoczywiste. Ona jest rozdrażniona tym, że musi odgrywać jakąś kobietę, która jest jej obca. Rodzina natomiast podchodzi do niej i jej schorzenia z dystansem, jakby nie do końca wierząc w niecodzienny problem niegdyś bliskiej im kobiety. Jest to odważna i dobra rola Muskały, wymagająca obnażenia zarówno cielesnego, jak i emocjonalnego. Całe szczęście, że miała oparcie w solidnej kreacji Łukasza Simlata i reżyserce, która pewną ręką prowadziła ich postacie.



DZIEDZICTWO. HEREDITARY

„Hereditary” został okrzyknięty jednym z najstraszniejszych horrorów, co jest nieprawdziwe i krzywdzące dla filmu, bo Ari Aster skupiał się na innych wartościach, elementy klasycznej grozy niejako doklejając do historii o czymś zupełnie innym. Reżyser jest bardziej zainteresowany niuansami psychologicznymi, jak tanim straszeniem widza, więc to w momentach, gdy przygląda się zachowaniom swoich bohaterów - które bywają zaskakujące, ale nie ma w tym fałszu, bo jest w tym jakaś prawda o ludzkiej psychice - rozkręca się najbardziej i wtedy ogląda się ten film z największą fascynacją. Gdy już jednak straszy, robi to z przytupem, dosadnie i bez ściemy, podśmiechujek i mrugania do widza. Przez większość filmu są to nieczęste momenty, ale tym mocniej wybrzmiewające, aczkolwiek nastrój grozy unosi się nad tą opowieścią od pierwszych scen. Często wynika to jednak ze specyficznego, nieco dziwacznego klimatu, który wtłacza obłęd i niepokój do pozornie normalnych wydarzeń. Nie jest to film, który przeraża w sposób paraliżujący, ale gdy już Aster wskakuje na odpowiednie tory to nie sposób oderwać wzroku od ekranu, w który wpatrujemy się niczym zahipnotyzowani, nie chcąc uronić jakiegoś drobiazgu, ale też zainteresowani tym, co wydarzy się dalej. Jest to przy tym ten rodzaj horroru, który ma szansę zostawić piętno na umyśle odbiorcy i przypomnieć o sobie w najgorszym możliwym momencie, czyli gdy jesteśmy sami, nocą, we własnym domu.

Recenzja: KLIK



WIEŻA. JASNY DZIEŃ

O „Wieży. Jasny dzień” reżyserka (Jagoda Szelc) mówi, że chciała zrobić normalny film, który rozpada się w finale. I tak rzeczywiście jest. O tym, że jest to coś więcej, jak tylko rodzinny dramat zbudowany wokół komunijnych obrzędów, wiadomo już w zasadzie od samego początku. Zwiastują to pojedyncze nadnaturalne elementy i lekka groza oraz „dziwaczność” przeszywająca okazjonalnie nasze kości niczym niespodziewany powiew zimnego wiatru późnym latem. Im bliżej końca, tym mocniejsze ich oddziaływanie na strukturę i nastrój filmu, który zabiera nas w podróż do nowego świata, chociaż nie ruszamy się z domu nawet na kilometr. Stąd też dwa tytuły, które pojawiają się w oderwaniu od siebie na początku i końcu filmu. Kończymy z zupełnie innym filmem, jak zaczynaliśmy seans. „Wieża. Jasny dzień” pozostawia władzę w rękach widza, który może zupełnie dowolnie interpretować sobie to, co właśnie zobaczył i doszukiwać się sensu w tropach podsuniętych przez reżyserkę. Może to być frustrujące, ale należy spojrzeć na to jak zaproszenie do intelektualnej zabawy z zagadkowym filmem. Oczywiście trzeba lubić takie zabawy. Nie każdemu będzie się to podobać, ale ja darzę dużym szacunkiem twórców, którzy mają własny pomysł na to, czym kino powinno być i konsekwentnie się tego trzymają. Zwłaszcza, gdy mają taki talent do dialogów, dyscyplinę w opowiadaniu niejasnych historii i kunszt w przelewaniu tych dziwnych pomysłów na język filmu, jak Jagoda Szelc.

Artykuł: KLIK



DUSZA I CIAŁO

Ildikó Enyedi udowadnia, że historię miłosną można osadzić wszędzie, nawet w węgierskiej rzeźni. On jest starzejącym się mężczyzną, który już stracił nadzieję na znalezienie partnerki na resztę życia. Ona jest źródłem kpin w zakładzie, bo jest osobą bardzo sztywną, formalną, obsesyjnie przestrzegającą reguł i maniakalnie dbającą o porządek. Bohater próbuje wyciągnąć do niej rękę i zaprzyjaźnić się, ale kolejne rozmowy zupełnie się nie kleją. Ich relacja nabiera rozpędu (do tempa spacerowego), gdy przypadkiem odkrywają, że nocami spotykają się w swoich snach pod postacią jeleni. Z tych bardzo nietypowych elementów fabularnych węgierska reżyserka układa ujmująco delikatną i szczerą opowieść o dwójce „dziwaków”, którym nie jest łatwo samotnie, ale niestety jeszcze trudniej bywa u boku kogoś innego. Enyedi niespiesznie rozwija historię ich relacji, mnożąc poboczne wątki, humorystyczne scenki i dorzucając do tego jeszcze coś w rodzaju śledztwa kryminalnego. Wszystko to jednak ma swoje miejsce w scenariuszu, zgrabnie splata się ze sobą, nie rozcieńcza głównej fabuły, a wręcz wzbogaca ją. Delikatne, szczere, zabawne i niebanalne love story osadzone w węgierskiej rzeźni. Można? Można!

Recenzja: KLIK



PRZEBUDZENIE DUSZ

„Przebudzenie dusz” nie jest filmem przerażającym, a przynajmniej nie w sposób przytłaczający, jest natomiast odpowiednio straszną historią, która łapie w pewnym momencie widza za gardło i zaczyna je bardzo powoli zaciskać. Jest to wzorcowy popis w operowaniu ekranową grozą. Reżyserzy mistrzowsko opanowali sztukę straszenia obrazem i tym, czego nie widać. Kamera często jest ustawiana bardzo blisko postaci, sprawiając wrażenie, że źródło niebezpieczeństwa jest na skraju kadru, wystarczyłoby przesunąć kamerę o kilkanaście centymetrów żeby zobaczyć coś przerażającego. Twórcy uwielbiają przeciągać takie momenty, nie spiesząc się z przejściem do następnego punktu - zapewnienia odbiorcy ulgi albo strasznego wydarzenia. Film czerpie garściami z klasyków kina grozy, nawiązując do nich, składając im hołd, ale też bawiąc się w błyskotliwy sposób kliszami gatunku i zapewniając tym samym stałą rozrywkę jego miłośnikom. Panowie stopniują grozę, dozując ją pewną ręką i zapewniając coraz lepsze wrażenia, które często kwitujemy nerwowym śmiechem, będącym bardziej ujściem dla skołatanych nerwów, jak niewinnym rozbawianiem sytuacją na ekranie. „Przebudzenie dusz” to jeden z tych filmów, które im straszniejsze się robią, tym bardziej bawią i sprawiają przyjemność, bo doceniamy kunszt w operowania grozą i ogromną pomysłowość twórców.

Recenzja: KLIK



BONUS: ANIHILACJA

Film w Europie trafił bezpośrednio na Netflix, bo Paramount Pictures przestraszyło się jego intelektualnego uroku i postanowiło opchnąć zagraniczne prawa dystrybucyjne. Szkoda, bo te zielone krajobrazy i kwasowe elementy wizualne musiały wyglądać obłędnie na dużym ekranie, ale rozumiem ich decyzję, bo to zdecydowanie nie jest kino dla każdego. „Anihilacja” to science-fiction pełną piersią, ale zamiast na oczarowywaniu futurystycznymi błyskotkami i efekciarskimi pomysłami fabularnymi, nastawione jest raczej na budowanie klimatu, niejednoznacznej treści, filozoficznych warstw i dostarczaniu pożywki dla mózgu. „Anihilacja” jest kinem niespiesznym, ale Garland wie, jak trzymać widza na skraju fotela. Osiąga to korzystając na przykład z pomocy pewnego aligatora, co i tak jest jedynie przystawką do mocarnej sceny z niedźwiedziem, która niejednego wbije w kanapę i zapewni później bezsenną noc. Alex potrafi budować niepokój i stopniować grozę, ale też podkręcać ją przy pomocy zaskakujących pomysłów bazujących na specyfice miejsca akcji, a efekt podbija jeszcze fantastyczny soundtrack, przypominający nieco odjechane kompozycje z „Pod skórą”. Ten film wygląda przepięknie, wszechobecna zieleń we wszelakich odcieniach, kolory rodem z kwasowego weekendu z doktorem Gonzo i skąpane w mroku wnętrza budynków oraz nory rozświetlane pojedynczym źródłem światła - wszystko to syci oczy. Nie jest to film, który zachwyci duże grono odbiorców, ale jeżeli ktoś wkręci się w jego powolne tempo i pozwoli się pochłonąć psychodeliczno-onirycznemu klimatowi historii, ten będzie się wpatrywać w ekran jak zahipnotyzowany jeszcze długo po wejściu napisów końcowych (które chyba też zrobiono na kwasowym tripie).

Recenzja: KLIK

1 komentarz:

  1. Wymieniając tyle tytułów, dajesz gwarancje przygotowania do tematu.

    Ja oglądałęm tylko 3 bilbordy. Rewalacja dla mnie. Klimat nieco jak z braci Coen.

    A nie do końca mówie prawdę. Kształ wody również widziałem. Tak mi się raczej podobało, ale bez fajerwerków.

    Postaram się jeszcze wpaść. Może mój zapał do filmów się kiedyś odnowi i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń