poniedziałek, 15 maja 2017

Alien: Covenant (Obcy: Przymierze) - recenzja


Zanim przejdę do recenzji filmu „Obcy: Przymierze” muszę się do czegoś przyznać. Lubię „Prometeusza”. Serio. Oczywiście dostrzegam jego liczne wady, przede wszystkim – kretyńskie zachowania bohaterów. Ridley Scott wykazał się jednak pewną odwagą, bo nie spełnił oczekiwań widowni (czyli kolejnego filmu o xenomorphach wyrzynających ludzi), a zamiast tego postawił na coś, czego w wysokobudżetowym kinie sci-fi nie dostajemy już zbyt często – opowiedzianą z rozmachem opowieść o odkrywaniu nieznanego świata, zadającą fundamentalne filozoficzne pytania, ale niespieszącą się z udzielaniem odpowiedzi. Film jest pięknie nakręcony, zdjęcia Dariusza Wolskiego cieszą oczy, efekty wizualne wciąż prezentują się bardzo dobrze, dbałość o różne detale, opowiadające widzowi o świecie przyszłości, jest godna pochwały, obsada zacna, a historia interesująca. No, tak do połowy filmu, który zaczyna rozczarowywać, jak tylko akcja się rozkręca, a na scenę wchodzą różne pozaziemskie formy życia. Od tamtego momentu scenariusz często bywa idiotyczny, postacie zachowują się kretyńsko, a klimat przygody, ekscytacja z odkrywania czegoś nowego i wiszące w powietrzu filozoficzne pytania, gdzieś ulatują, pozostawiając odbiorcę z poczuciem niesmaku.

„Obcy: Przymierze” miał to wszystko naprawić. Film miał kontynuować wątek istot, które stworzyły ludzkość, ale zarazem powrócić do korzeni serii, czyli surwiwalu i grozy. Scott obiecywał, że tym razem fani dostaną dokładnie to, czego oczekują po filmie z Obcym w tytule. Nie wiem, czy łgał bezczelnie, czy też zwyczajnie już nie rozumie, co stanowiło o sile serii zapoczątkowanej przez niego kilka dekad temu. Początkowo nie jest to jeszcze oczywiste, bo wzorem „Prometeusza”, zanim zacznie się „coś” dziać, reżyser całkiem sprawnie uwodzi odbiorcę początkowymi scenami. Ekran tytułowy, z kawałkami liter powoli układającymi się w tytuł filmu, rodzi właściwe (przyjemne) skojarzenia. Znowu cieszy dbałość o detale, strona wizualna (piękna jest scena rozkładania „żagli”, które mają zbierać energię słoneczną potrzebną do naładowania statku) i jakość wykonania. Wszystko powyższe będzie później chronić odbiorcę przed upadkiem w otchłań zupełnej rozpaczy, która go dopada, gdy film zaczyna się „rozkręcać”.


Jedno trzeba oddać Scottowi, znów wykazał się odwagą i pewną przewrotnością. Opierając się na materiałach promocyjnych i różnych wypowiedziach reżysera oraz aktorów, nie spodziewałem się tego, jak szybko niektóre postacie zginą (jeden przykład jest dość ekstremalny), nie spodziewałem się również tego, kto pozostanie przy życiu praktycznie do samego końca. Przewrotne jest natomiast jak bezceremonialnie potraktowano wiele wątków z „Prometeusza”, których rozwinięcia należało się spodziewać w kolejnym filmie. Z większością decyzji fabularnych w tej kwestii mam większy lub mniejszy problem, ale w pewnym stopniu cieszy mnie, jak zdawkowo je tutaj opowiedziano, wiele pozostawiając wyobraźni widza. Obawiam się jednak, że wynika to z chęci przedstawienia całej historii w kolejnym filmie, który ma być bezpośrednim sequelem „Prometeusza”, a zarazem prequelem recenzowanego tutaj filmu (współczesne Hollywood w jednym pokrętnym zdaniu). Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, a Scott pozostawi wątek Davida i Elizabeth w spokoju. A najlepiej, to jakby zostawił już w spokoju serię, bo jak na razie to im więcej babrze się w tej historii, tym większe zniszczenia pozostawia za sobą.

Nie chciałbym wdawać się tutaj w zbytnie szczegóły, żeby nie zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale wychodząc z kina czułem się zdruzgotany tym, jak w filmie potraktowano xenomorphy i genezę ich powstania. Przez całą druga połowę filmu czułem, jak coś we mnie powoli umiera ze smutku, to był zapewne mały zarodek czarnego anioła śmierci, perfekcyjnej maszyny do zabijania, o której nie wiedzieliśmy dotąd zbyt wiele, przez co była taka fascynująca. Scott natomiast w nowym filmie umiejscowił ich w scenach tak żenujących (pierwsze „tradycyjne” narodziny, ech...), ograbiających ich z całego uroku wynikającego z drapieżnej i nieprzewidywalnej natury, że ciężko będzie to teraz wyrzucić z pamięci. Ich zachowanie często przeczy logice, biologii oraz temu, co sam Scott stworzył w pierwszym filmie z serii.

Obiecywano, że tym razem więcej będzie grozy i przemocy. Rzeczywiście, chwilami jest bardzo krwawo. Szkoda tylko, że jest to zrobione bez smaku, jakiegoś stylu i wyczucia klimatu. Flaki na wierzchu nie czynią filmu od razu lepszym, w tym konkretnym przypadku raczej rodzą skojarzenia z kinem eksploatacji i mnie osobiście to chwilami nawet bawiło, a chyba nie o to chodziło twórcy. O grozie natomiast ciężko pisać, bo występowania takowej, w śladowej nawet ilości, nie stwierdziłem. Gdy w końcówce filmu złapałem się na tym, że klasyczne dla serii starcie z kosmitą w wąskich korytarzach, nie wywołuje we mnie nawet grama emocji, zrobiło mi się potwornie (hehe) przykro. Machinalne, pozbawione serca i twórczej energii, powielanie schematów, które ogląda się bez zainteresowania.


Film znośnym czynią jedynie pojedyncze pomysły fabularne, różne drobne elementy, które potrafią na chwilę rozpalić serce odbiorcy. Niewątpliwym plusem jest również jakość wykonania, która sprawia, że przynajmniej patrzy się na to wszystko dość przyjemnie, no i jeszcze Michael Fassbender, tym razem w podwójnej roli. David był najciekawszą postacią w „Prometeuszu”. Poświęcono mu zdecydowanie najwięcej uwagi przy pisaniu scenariusza, uczyniono bohaterem świetnej viralowej kampanii, a w samym filmie okazał się być intrygującą i niejednoznaczną postacią. Jego chęć zrozumienia swoich stwórców, stanowiła zarazem odbicie motywacji napędzającej działania ludzkich bohaterów. Jednocześnie okazał się być też głównym mącicielem, który zainicjował tragiczny w skutkach ciąg wydarzeń i pod koniec filmu było pewną niewiadomą, jakie będą jego dalsze relacje z Elizabeth Shaw. W kontynuacji szybko staje się jasne, że jest zwyczajnie szalony i chociaż nie wszystkie motywacje jego działań są w pełni jasne, to jednak stracił sporo uroku, snute przez niego dywagacje filozoficzne są niezbyt zajmujące, a do tego niełatwo jest wybaczyć fakt, że to właśnie z nim wiąże się najwięcej kontrowersyjnych decyzji dotyczących xenomorphów. Co nie zmienia faktu, że Fassbender to klasa i wycisnął z tego materiału tyle, ile mógł. A niektóre wspólne sceny z udziałem jego brata są… no cóż, niczego nie będę zdradzać, ale za jakiś czas internet będzie mieć z tym sporo zabawy.

Tekst wyszedł przydługawy, więc jeżeli ktoś jest niecierpliwy i przeskoczył do ostatniego akapitu, w nadziei, że dowie się z niego, czy warto – otóż, nie warto. Serio, nie idźcie na to do kina. Scott stworzył prawdziwe monstrum, które opróżnia portfele i bezlitośnie łamie fanowskie serca. Kiepski interes.

piątek, 12 maja 2017

(M)uchenik (Uczeń) - recenzja


Można się w ten weekend wybrać do kina na film „Obcy: Przymierze”. Gorąco polecam, jeżeli lubicie, gdy filmowcy łapią się za coś bliskiego waszemu sercu, i nie zważając na konsekwencje, tarmoszą tym, poniewierają, przyczepiają „śmieszne” wąsy i rogi, no traktują jak ostatnią szmatę. Uczucie zdruzgotania po seansie: bezcenne. Można też w ten weekend wybrać się do kina na bardzo dobry film. Gorąco polecam, fajne uczucie.

Zawsze z zaintrygowaniem zasiadam do współczesnych rosyjskich filmów. Dużo ciekawego dzieje się w ich kinematografii, na festiwalach filmowych ochoczo więc chodzę na ruskie tytuły. Zeszłoroczny „Uczeń” jest potwierdzeniem, że warto.

Film jest fascynującym obrazem procesu pogrążania się w religijny fanatyzm. Zaczyna się niewinnie. Młody chłopak odmawia uczestniczenia z resztą klasy w szkolnych zajęciach na basenie. Wydaje się, że to fanaberia, niezrozumiałe dziwactwo zbuntowanego nastolatka. Dopytywany przez mamę w końcu tłumaczy to względami religijnymi. Brzmi to jak żart. Tak samo uważa zresztą jego matka, która jako osoba niepraktykująca, nie próbowała zaszczepić wiary w dziecku . Gdy więc pierwszy raz widzimy go siedzącego na basenie i pogrążonego w lekturze Biblii, od razu zakładamy, że to tylko gra z jego strony, podtrzymywanie pozorów, albo po prostu zwykła drwina ze szkolnych zasad.

Mijają jednak kolejne tygodnie, a chłopak nie tylko nie zaprzestaje lektury Pisma Świętego, ale zaczyna też wszystkich pouczać, cytuje z pamięci całe wersy i gromi wzrokiem grzesznie prowadzących się rówieśników. Zaczyna również przeszkadzać w lekcjach, zwłaszcza nauczycielce od biologi, progresywnej młodej kobiecie, która próbuje nauczać nastolatków o bezpiecznym współżyciu oraz o takich wywrotowych tematach jak teoria ewolucji.

Przemowy chłopaka stają się coraz bardziej płomienne, charyzmy mógłby mu pozazdrościć niejeden amerykański telewizyjny kaznodzieja, przeprowadza coraz śmielsze prowokacje na lekcjach biologii, wymusza na dyrekcji wprowadzenie nakazu noszenia skromniejszych kostiumów kąpielowych, buduje ogromny krzyż, zrywa tapetę ze ścian w swoim pokoju i zabija okno deskami, nadając pomieszczeniu ascetycznego wyglądu. Szybko staje się jasne, że poglądy chłopaka nie tylko się radykalizują, zmianie ulega jego psychika, otoczenie jeszcze tego nie dostrzega, ale nastolatek staje się naprawdę niebezpieczny. Jest już tykającą bombą czekająca na właściwy zapłon. Na przykład grzeszną nauczycielkę biologi, która naucza „bluźnierczych” treści...

„Uczeń” nie podąża jednak przewidywalną ścieżką, fabuła skrywa sporo zaskoczeń, postacie ewoluują w ciekawy sposób, a główny bohater jednocześnie przeraża nas, jak i rozbawia swoim zachowaniem. Reżyser przygląda się jego poczynaniom z niemałą fascynacją. Nie bez znaczenia jest, że wcielający się w niego młody aktor wykazał się niemałym talentem i charyzmą. Autor filmu niejednokrotnie wyśmiewa jednak krótkowzroczność bohatera, wytyka dziury w rozumowaniu i stawianych mentorskim tonem tezach oraz podkreśla to, jak bardzo jest on głuchy na jakąkolwiek polemiczną dyskusję. Chłopak obmyślił już sobie porządek jaki należy wprowadzić (albo raczej przywrócić) na świecie i zamierza zmusić innych żeby dostosowali się do tego. A jeżeli będzie zmuszony dokonać tego poprzez zastraszanie, niech i tak będzie...

sobota, 29 kwietnia 2017

Guardians of the Galaxy Vol. 2 (Strażnicy Galaktyki vol. 2) - recenzja


Każdego roku dostajemy solidną dawkę blockbusterów, które może i są wykonane bez zarzutu od strony technicznej, obsadzone znanymi aktorami i wyreżyserowanie przez utalentowanych reżyserów, ale zarazem pozbawione serca, zrobione bez pasji, wedle wytycznych działu marketingowego, w celu zmaksymalizowania zysku, przy jednoczesnym zminimalizowaniu ryzyka. Gdy więc trafia się taki gość, jak James Gunn, którego głowa aż kipi od pomysłów, a serce wyrywa się z piersi, bo tak jest podekscytowane możliwością przeniesienia ich na ekran i pokazania całemu światu, zaczynam się ekscytować równie mocno jak on i pełen entuzjazmu przebieram nogami, nie mogąc doczekać się kolejnej sceny. „Strażnicy Galaktyki vol.2” podbijają serce od pierwszych minut, gdy już zaczynamy rozważać kolejny seans, po godzinie rozważamy już wystawienie niedorzecznie wysokiej oceny, a później… no cóż, do tego jeszcze przejdziemy.

Pierwsza część „Strażników Galaktyki” zaczynała się dość nietypowo jak na radosny marvelowski blockbuster, bo sceną śmierci matki małego chłopca. Szybko przenosiliśmy się jednak głęboko w kosmos, po chwili z głośników zaczynała lecieć piosenka „Come and get your love”, na ekran wjeżdżały ogromne napisy tytułowe, główny bohater zaczynał radośnie tańczyć, wchodząc w interakcje z pozaziemską fauną, a widz uśmiechał się szeroko, bo już wiedział, jakiego rodzaju będzie to film. Bardzo fajnego rodzaju, znaczy się. Podobny zabieg zastosowano w początkowych minutach kontynuacji: znów jest wpadająca w ucho piosenka, tańczący bohater, ale wokół niego odgrywa się prawdziwa orgia zniszczenia, bo cały zespół walczy z ogromną, bogato uzębioną, pokraką, którą pokazywano w materiałach promocyjnych. Gunn ponownie nadaje ton kolejnym kilkudziesięciu minutom przy pomocy sceny otwierającej i znów wytraci nieco rytm w drugiej połowie filmu, ale… tak jest, do tego jeszcze przejdziemy.


Pierwsza godzina seansu to czysta przyjemność. Jedna z najlepszych rzeczy, jakie wypuściło Marvel Studios. Od groma fantastycznych pomysłów, dobrze dawkowany humor, idealne tempo, fajne pomysły realizacyjne oraz sceny akcji robione z głową, ale też z jajem, tętniące pozytywną energią i sprawiające odbiorcy dużo radości. Jakość efektów komputerowych wyraźnie podskoczyła w ostatnim roku, co było szczególnie widoczne w zeszłorocznych filmach Disneya. Widać to również w kontynuacji „Strażników Galaktyki”, bo Groot i Rocket zaliczyli zauważalny upgrade od strony wizualnej. Zresztą, film w ogóle jest bardzo ładny, cieszy oczy bogatą paletą barw, kolorowych stworzeń i ciekawych planet. Gunn zabronił korzystania na planie z koloru fioletowego, który zbytnio zdominował poprzedni film, i całe szczęście, bo zaowocowało to bardzo zróżnicowaną tonacją, operującą szczególnie czerwienią i żółcią, ale niezapominającą również o innych kolorach. Kosmos w końcu jest różnorodny, cieszący oczy i oferujący coś ciekawego w każdym nowym zakątku galaktyki. Jest w to wszystko oczywiście wpisany kicz, który nierozerwalnie łączy się z gatunkiem space opery, ale Gunn nie próbuje tego maskować, wręcz przeciwnie, czerpie z tego garściami, bawi się tym i pławi w bajecznie kolorowej historii.

Kolejnym dużym plusem filmu są jego bohaterowie. Zespół jest uformowany, współpracują ze sobą już od jakiegoś czasu, więc możemy od razu obserwować ich w akcji, śledząc grupę indywidualistów, którzy nauczyli się ze sobą żyć, wzajemnie uzupełniać na polu bitwy, co nie znaczy, że nie wchodzą sobie czasem w drogę i nie dochodzi do sprzeczek. Więcej miejsca poświęcono tym razem siostrzanej relacji Nebuli i Gamory, a także ojcowsko-synowskiej relacji pomiędzy Yondu i Quillem, który poznaje w końcu również swojego biologicznego ojca (Kurt Russell). Jest to wszystko rozpisane bardzo dobrze, postacie zyskują głębię, obserwowanie interakcji pomiędzy nimi sprawia dużo radochy i w zasadzie to nie miałbym nic przeciwko, gdyby film skupił się właśnie na tym, a fabuła nie dotyczyła kolejnego galaktycznego kryzysu, który należy zażegnać. Szkoda, że tak się nie stało, bo gdy zaczyna się w końcu zarysowywać konflikt i Główny Zły tego filmu, wszystko w nim nieco siada, tempo zaczyna być nierówne, żarty nie zawsze trafione, a scenom akcji zaczyna brakować serca, co skutkuje kolejną komputerową młócką w finale, przy której się chwilami wyłączałem i traciłem połączenie z filmem.


Żeby jednak nie było wątpliwości - „Strażnicy Galaktyki vol. 2” nawet w słabszych momentach, wciąż prezentują wysoki poziom, bo pomysłów i energii mógłby pozazdrościć im niejeden blockbuster, a bohaterowie są tak dobrze napisani, że potrafią uratować nieco sytuację i przyciągać naszą uwagę podczas chwilami nudnawej ferii efektów komputerowych w finale. Film jest oczywiście wypełniony nawiązaniami popkulturowymi, jeszcze więcej smaczków wyłapią miłośnicy marvelowskich komiksów, zwolennicy pewnej teorii związanej z gościnnymi występami Stana Lee będą również uradowani, podobnie jak i fani całego filmowego uniwersum, bo napisy końcowe oferują tym razem aż pięć bonusowych scen. Film znacząco rozbudowuje galaktykę całego uniwersum, co w połączeniu z cholernie obiecującym tegorocznym „Thor: Ragnarok” może sprawić, że wkrótce najciekawsze filmy Marvela będą się działy nie na Ziemi, ale lata świetlne od niej.

sobota, 22 kwietnia 2017

The Belko Experiment - recenzja


Na tydzień przed brytyjską premierą kontynuacji „Strażników Galaktyki” wszedł do kin film, za którego scenariusz odpowiada James Gunn. Jest to pomysł, na który wpadł kilka lat temu, ale ponieważ był zbyt pochłonięty oliwieniem trybów marvelowskiej maszyny do robienia pieniędzy, postanowił w końcu odstąpić projekt Gregowi McLeanowi („Wolf Creek”, „Rogue”), a samemu zadowolić się pozycją producenta filmu.

sobota, 15 kwietnia 2017

The Fate of the Furious (Szybcy i wściekli 8) - recenzja


Lekkie zaskoczenie. Poprzednia odsłona, chociaż była porządnym widowiskiem, sprawiła, że poczułem już mały przesyt bombastyczną formułą serii oraz spory niedosyt w temacie fabuły (przeskakiwanie do kolejnych lokacji i Statham pojawiający się znikąd w każdej z nich oraz pretekstowa intryga to jednak za mało, żeby nazwać to przyzwoitym scenariuszem). Zwiastuny ósmej części zapowiadały kolejną telenowelową historię, upstrzoną głupotami oraz przesadzonymi scenami akcji, czyli godnego kontynuatora tradycji. Nie wzbudzało to we mnie entuzjazmu, więc na sali kinowej zasiadałem bez specjalnych oczekiwań, licząc na zobaczenie przyzwoitej rozwałki oraz przeciętnej fabułki, o której szybko zapomnę. Po pierwszych dziesięciu minutach siedziałem już z szerokim uśmiechem na twarzy, podekscytowany i mile zaskoczony. Przypomniałem sobie, dlaczego tak bardzo podobał mi się kierunek, jaki seria obrała w piątej części, co skutecznie powtórzono w szóstej odsłonie, ale wypaczono w siódmym filmie.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Cannes 2017 - tegoroczny program.


Doczekaliśmy się w końcu listy filmów, które przeszły selekcję i zostaną pokazane podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. W przeciwieństwie do zeszłorocznego programu, nie zapełniono go tym razem popularnymi twórcami, o nazwiskach rozpoznawalnych na całym świecie i ugruntowanej pozycji zawodowej. Nie jest to więc lista, którą zobaczy przeciętny kinoman (mam na myśli osobę interesującą się X muzą, regularnie oglądającą filmy, orientującą się w temacie, ale nie śledzącą z dużą uwagą nieangielskojęzycznego kina festiwalowego) i pomyśli sobie: WOW! W programie nie znalazło się miejsca dla żadnej gorącej premiery mainstreamowej produkcji z Hollywood. Co nie znaczy, że nie będzie ciekawie.

niedziela, 9 kwietnia 2017

The Lost City of Z - recenzja


Jeżeli ktoś szuka pełnego atrakcji przygodowego kina awanturniczego to lepiej niech omija szerokim łukiem nowy film Jamesa Gray’a. „The Lost City of Z” jest tak bardzo niedzisiejsze jak to tylko możliwe. Prawdziwe plenery (ekipa filmowa naprawdę wybrała się do dżungli), niespieszne tempo, surowa forma, brak podśmiechujek, czyste mięcho – czyli długa, żmudna, niebezpieczna wyprawa po nieodkrytych terenach Amazonii, zamieszkiwanej przez niebezpieczne zwierzęta i agresywne prymitywne plemiona, oddające się praktykom kanibalistycznym. Film Gray’a sprawia wrażenie zapomnianej produkcji z lat 70. i kojarzy się nieco z filmem „Aguirre, gniew boży” Wernera Herzoga. Jeżeli tamten przypadł Wam do gustu to zapewne poczujecie się jak w domu.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Legion - pierwszy sezon


W końcu znalazłem czas żeby sięgnąć po serial „Legion”. Dobrze się stało, że zabrałem się za niego dopiero teraz, gdy już jest dostępny cały sezon. Oglądanie tego (a przede wszystkim czekanie) w tygodniowych odstępach byłoby wyzwaniem. Nie chodzi jednak tylko o test cierpliwości, a komfort śledzenia zakręconej fabuły, którą łatwiej składa się do kupy, gdy wszystko dobrze pamiętamy. „Legion” nie jest serialem, który można oglądać jednym okiem, bo czasem jedna scena, dialog lub gest, mogą stanowić klucz do zrozumienia jakiegoś elementu fabuły, uważne śledzenie wydarzeń jest więc wskazane.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Ghost in the Shell - recenzja


Kilka miesięcy temu powtórzyłem sobie anime. Jakie to było dobre! Oglądałem już kilka razy w życiu, ale ostatnio jeszcze w ubiegłej dekadzie, zapomniałem już jaki to jest fantastyczny film. Powiem więcej, dopiero teraz należycie doceniłem jego wartość, bo byłem zmieciony tym, jak wiele idei filozoficznych oraz cyberpunkowych zawarto w tak krótkim filmie (82 minuty!), jednocześnie przykładając uwagę do sensacyjnej treści osadzonej w gatunku sci-fi, detali militarystycznych oraz intrygujących futurystycznych pomysłów, a przy okazji zadbano o zapadające w pamięci sceny akcji, piękną oprawę muzyczną i oświetlenie. Ghost in the Shell to wzorcowy przykład na to, jak treść z wyższej półki należy mieszać z porządną rozwałką, dbając o to, żeby na dłużej nie przysypiało ani serce widza, ani jego mózg. Dawniej wystawiłem 8/10, bez wahania podniosłem teraz ocenę na 9/10.

sobota, 1 kwietnia 2017

Life - recenzja


Daniel Espinosa, odkąd zaczął kręcić produkcje angielskojęzyczne, nie ma nosa do wybierania dobrych scenariuszy filmowych. „System” był dość ponurym i niecodziennym (w amerykańskim kinie) obrazem stalinowskiej Rosji, ale realia, w jakich osadzono historię, stłamsiły jej sensacyjny potencjał. Espinosa trochę pogubił się przy budowie filmu, ambitnie sięgnął po zbyt wiele wątków, próbując ugryźć temat od zbyt wielu stron, a jednocześnie nie zdołał wgryźć się w niego porządnie od żadnej z nich. „Safe House” natomiast był patrzydłem aspirującym do porównań z „The International”, nie był jednak niczym więcej, jak tylko kolejną przeciętną kopią Bourne’a. Rozczarowywał przede wszystkim scenariusz, bo fabułę można było rozpracować już po obejrzeniu zwiastuna. Sceny akcji może i były dynamiczne, ale zupełnie bez wizji, na jeden ciekawy pomysł przypadało dziesięć przeciętnych. Jednocześnie Espinosa zrezygnował z możliwości wyreżyserowania takich filmów jak: „Marsjanin”, „Labirynt” i „Sicario”. Później tłumaczył to tym, że wszystkie te scenariusze były już gotowymi filmami, do których nie mógłby dodać niczego od siebie, a poszukuje tylko projektów, na których mógłby odcisnąć swój ślad. Podejście zrozumiałe, ale dość zabawne, gdy się zobaczy jego najnowszy film.