wtorek, 6 czerwca 2023

Spider-Man: Across the Spider-Verse - recenzja

 


„Spider-Man: Across the Spider-Verse” przez zaledwie kilka dni, jakie minęły od premiery, zdążył zarobić na świecie ponad 200 milionów dolarów. Jest to już ponad połowa łącznych zarobków pierwszej części! Wygląda na to, że masowa publiczność potrzebowała trochę czasu na należyte docenienie najlepszego filmu o Spider-Manie, a jednocześnie jednej z najlepszych, najładniejszych, najfajniejszych i najbardziej pomysłowych oraz przełomowych animacji ostatnich lat, ale udało się, pieniądze w końcu lecą w odpowiednim kierunku. 
 
Czy jednak kontynuacja „Spider-Man: Into the Spider-Verse” zasłużenie zbiera teraz owoce z nasion zasianych kilka lat temu przez inny film? No pewnie! „Across…” nie jest oczywiście animacją tak przełomową w wyznaczaniu nowych trendów na swoim poletku jak poprzedni film (przypominam, że jesteśmy kilka miesięcy po premierze filmu „Puss in Boots: The Last Wish”, a kilka tygodni przed premierą „Teenage Mutant Ninja Turtles: Mutant Mayhem”, produkcji czerpiących garściami z pomysłów wizualnych animacji o Spider-manie), ale bierze to, co stworzono kilka lat temu, i podkręca w imponujący sposób zgodnie z zasadą porządnego sequela: więcej, lepiej, fajniej. 
 
Od pierwszych minut filmu widać, że twórcy nie próżnowali przez te wszystkie lata, przygotowując starannie animację, która zrobi wszystko, co tylko możliwe, żeby wgnieść widza w fotel. Jeszcze zanim dostaniemy planszę tytułową i świat głównego bohatera znany z pierwszego filmu, to zaliczymy długi wstęp w oceanie atrakcji, jakie ofiaruje wymiar Spider-Gwen, rzeczywistość odmalowana w akwarelowej stylistyce nawiedzona przez renesansowego Vulture’a. Gwen jest klamrą spinającą ten film, postacią, która musi przejść ewolucję, zanim będzie w stanie zainicjować rewolucję, od niej się wszystko zaczyna, na niej też kończy, to dusza tej historii, pięknie uzupełniająca się z jej sercem, czyli Milesem. On instynktownie wie, gdzie należy ulokować uczucia i co jest właściwe, ale idące za tym działania skażone są brakiem doświadczenia oraz chaosem spontaniczności i nieprzygotowania. Ona pewne rzeczy musi zrozumieć, nauczyć się słuchać serca, a nie zawierzać życie jedynie zimnej kalkulacji, ale gdy już o coś walczy z przekonaniem to działa metodycznie, sprytnie, skutecznie. Oboje są równomiernymi bohaterami tej historii. 
 
Jeżeli coś uwiera w „Across the Spider-Verse” to jego urwany finał. Jest to zaledwie połowa historii, której zakończenie poznamy dopiero w przyszłym roku (w „Spider-Man: Beyond the Spider-Verse”), co jest odczuwalne, bo film kończy się wyraźnym zawieszeniem akcji w kulminacyjnym momencie, ale jest to zarazem błogosławieństwo dla tej opowieści. „Across...” to animacja wypełniona po brzegi atrakcjami i bodźcami, szalona, energetyczna, pomysłowa, naładowana akcją i emocjami, ale nigdy nie zapominająca o swoich bohaterach, o tworzeniu i rozwijaniu relacji pomiędzy nimi, plątaniu gęstych sieci powiązań, emocjonalnych, fabularnych, motywacyjnych, nadających tej historii głębi, ale też serca. Przez rozbicie fabuły na dwa filmy scenarzyści pozwolili odetchnąć temu światu pełną piersią, rozwinąć się w wielu interesujących kierunkach, przystanąć na chwilę, żeby zawiesić się na jakiejś emocjonalnej prawdzie, ale też nigdy nie uciekając zbyt daleko od szalonej jazdy przez multiwersum popkulturowych nawiązań i powiązań, stylistycznych fikołków, wizualnych wodotrysków oraz klęski urodzaju pomysłów, ciskając w kierunku widza tyloma konceptami naraz, że nie sposób tego wszystko wyłapać przy pierwszym seansie. 
 
Kolejne alternatywne uniwersa mają swoje unikalne style animacji, kolorystykę, szaty graficzne, czerpiące z komiksów, artystów (futurystyczny Nueva York inspirowany twórczością Syda Meada, nieżyjącego już artysty odpowiedzialnego za projekty w takich filmach sci-fi jak obie części „Blade Runnera”, „Tron”, „Aliens”, „Elysium”), albo sięgające po kulturę jakiegoś regionu i wyciskające z tego bajecznie piękną wizję Nowego Jorku skrzyżowanego z indyjskim miejskim molochem. Ekran często rozszczepia się, dzieląc się na mniejsze, komiksowe kadry, a poliwizja staje się tutaj nie tylko zabiegiem efekciarskim, ale też efektywnym, bo treściwym, serwującym dodatkowe szczegóły, wzbogacając narrację, dynamikę i dorzucając widzowi informacje o postaciach. Jest to wszystko chwilami nieco przytłaczające, jeżeli przymknie się oko na dwie sekundy to można przeoczyć z pół tony wizualnej treści, trzeba więc oglądać to łapczywie, z szeroko otwartymi oczami, na bezdechu, żeby nie uronić jakiegoś klawego motywu, pociesznego gagu, popkulturowego nawiązania albo ciekawej informacji. Jednocześnie jest to wszystko podawane z taką precyzją, dbałością o rytm i czytelność, że nie sposób się w tym wizualnym chaosie pogubić, jeżeli tylko poświęca się filmowi całą uwagę. 
 
Jest tu jeszcze wiele interesujących rzeczy do rozpakowania. Narrację o determinizmie i okrutnym przeznaczeniu, od którego nie można, a nawet nie powinno się, uciekać. Kult rozwoju poprzez cierpienie i poświęcenie, ale też narzucanie tego innym. Postać lidera „spider-społeczności”, która jest trochę kreślona na głównego antagonistę, a trochę na ponurego mędrca, który dostrzega szerszy ogląd sprawy i rozumie, że wizjoner musi podejmować niezwykle trudne i niepopularne decyzje dla „większego dobra”. Naukę, że dzieci trzeba kiedyś wypuścić z bezpiecznego gniazda do nieprzyjaznego świata, bo tylko w ten sposób będą mogły osiągnąć pełny potencjał. Ostrzeżenie, że nierozważne ciskanie bajglami w innych może wiązać się z poważnymi konsekwencjami. 
 
Przede wszystkim jednak, jest to cholernie dobre, pomysłowe i satysfakcjonujące kino rozrywkowe, które pokazuje, że o superbohaterach wciąż można opowiadać bez sztampy i nadęcia.

wtorek, 30 maja 2023

Anatomy of a Fall (Anatomia upadku) - recenzja

 


„Anatomia upadku” to chyba największa pozytywna niespodzianka tegoroczonego canneńskiego konkursu głównego. Z całą pewnościa nikt nie spodziewał się przed imprezą, że to właśnie Justine Triet wyjedzie z Cannes z główną nagrodą. Obecność w programie reżyserki dotąd conajwyżej dobrej, ostatnio (w roku 2019) widzianej na Lazurowym Wybrzeżu z filmem dość przeciętnym („Sybilla”), nie wzbudzała zbyt wielkiej ekscytacji i oczekiwania przed pierwszymi pokazami prasowymi. Aż do pierwszego pokazu po którym poszły w świat pierwsze głosy zachwytu. 

Odizolowana górska willa położona w pobliżu Grenoble. Posiadłość należy do małżeństwa dwójki pisarzy wychowujących w niej niewidomego syna. Ona pochodzi z Niemiec. On z Francji. Rozmawiają ze sobą po angielsku. Sandra odniosła już jakiś sukces w świecie literatury. Ma na koncie wiele publikacji. Samuel na razie próbuje walczyć z twórczą blokadą i wydać swoją pierwszą powieść. Jest to źródłem rozdarcia w ich związku. Jednym z wielu. On kiedyś dokonał fatalnej decyzji, która kosztowała wzrok ich dziecko. Ona wzięła sobie z jego nieukończonej powieści pomysł, który wykorzystała w swojej książce. On jest sfrustrowany swoim brakiem życiowych osiągnięć za co próbuje obwiniać Sandrę. Ona wielokrotnie zdradzała Samuela w przeszłości. Wszystko to buduje coraz większy mur w ich związku i składa się na drążący go kryzys. 

Pewnego dnia studentka próbuje przeprowadzić z nią wywiad. On skutecznie to utrudnia przeszkadzając w ich rozmowie odtwarzając na poddaszu niesamowicie głośną muzykę. Studentka i Sandra poddają się, rezygnują z dalszego prowadzenia wywiadu, postanawiają dokończyć w innym terminie. Syn wychodzi na dłuższy spacer z psem. W drodze powrotnej odkrywa przed domem martwe ciało ojca. Wygląda na to, że wypadł z okna na poddaszu, które remontował. Dziwaczny wypadek, samobójstwo, czy może morderstwo? Odpowiedzi na to pytanie spróbuje udzielić proces sądowy, który zainicjuje odkrycie nagrania audio z agresywnej kłótni pomiędzy Sandrą i Samuelem mającej miejsce na dzień przed wypadkiem. Sandra staje się oczywiście główną podejrzaną potencjalnego morderstwa męża. 

„Anatomia upadku” to głównie dramat sądowy w którym słowna ekwilibrystyka i prawnicze sztuczki erystyczne służą ocenie Sandry. Na wadze kładzione są takie rzeczy, jak jakość jej związku z mężem, ocena tego, kto był bardziej pokrzywdzony w tej relacji, ile było w nim jeszcze miłości, a ile niechęci, a mo ze nawet nienawiści. Czy Samuel był ofiarą własnych frustracji i rozczarowań życiem, które pchnęły go ostatecznie w ramiona samobójczej śmierci, czy też jednak wykonał o jeden niewłaściwy gest za dużo, wypowiedział o kilka bolesnych słów za wiele, doprowadzając żonę do dokonania największej zbrodni. Triet nie chce udzielać bezpośredniej odpowiedzi na to pytanie, woli pozostawić tę kwestię niedopowiedzianą, ostateczną decyzję składając w ręce widza. 

 Jest to film znakomicie napisany, oferujący kilka naprawdę mięsistych scen smakowitego słownego ping-ponga, dający materiał do rozmyślań, kilka solidnych fabularnych zwrotów, ale też liczne wątpliwości na temat winy bądź niewiności głównej bohaterki pozostające z widzem po seansie. Sandra Hüller jest tutaj wyśmienita. Zimna, opanowana, bystra, ale niepozbawiona emocji, ciepła względem swojego dziecka, ale też wspomnienia o mężu. Czy „Anatomia upadku” to film, który osobiście nagrodziłbym Złotą Palmą? Nie. Czy to jeden z najlepszych filmów w tegorocznym konkursie? Zdecydowanie tak.

środa, 24 maja 2023

Asteroid City - recenzja

 


Odbiór twórczości Wesa Andersona to ciekawy paradoks. Z jednej strony jest to twórca o bardzo oryginalnym, wyrazistym, rozpoznawalnym stylu, którego nie sposób pomylić z żadnym innym reżyserem. W tym tkwi zapewne tajemnica łatwości z jaką kolekcjonuje do każdego filmu te imponujące obsady wypełnione absurdalną liczbą gwiazdorskich nazwisk. Aktorzy i aktorki wiedzą, że ten angaż będzie ciekawym doświadczeniem, wyróżniającym się na tle większości mainstreamowych produkcji z Hollywood w jakich występują. Dziwny, specyficzny humor i klimat, charakterystyczny styl gry aktorskiej, a do tego operowanie w ramach wiadomej kompozycji kadru – to wszystko musi być niczym odhaczenie jakiegoś aktorskiego rytuału wtajemniczenia. Ewidentnie wiedzą na co się piszą i szanują tę artystyczną konsekwencję i samego reżysera, bo nawet tacy aktorzy jak Bill Murray, Edward Norton, czy też (albo raczej: przede wszystkim) Bruce Willis, znani z niesubordynacji i sprawiania kłopotów na planach innych reżyserów, zawsze grzecznie wchodzili w andersonowską konwencję. Jeżeli występuje się u Andersona to tylko wedle jego reguł. 
 
Z drugiej strony Anderson bawi się na swoich zasadach od tak wielu lat, że dawno stał się w tym przewidywalny stylistycznie. Chociaż na tle reszty filmów z Hollywood wciąż jest to oryginalne podejście do opowiadania historii, no to zarazem cholernie wtórne względem poprzednich filmów reżysera. 
 
Osobiście odbieram to jako konsekwentnie szlifowany autorski styl, który niezmiennie trafia w mój gust, ale doskonale rozumiem głosy, że jest coś rozczarowującego w tej powtarzalności. Rozumiem, ale nie podzielam. Lubię w nim to, że nie zamierza się zmieniać na siłę, bo bardzo wcześnie odnalazł swój język filmowca i biegle się nim posługuje od ubiegłego stulecia. „Asteroid City” jest najnowszym przykładem, że ta formuła wciąż działa i bawi. Albo i nie, zależy to już tylko od podejścia odbiorcy do twórczości artysty. Jest w tym filmie wszystko, czego należałoby oczekiwać po kinie Wesa Andersona. Pastelowe kolory? Oczywiście. Czarnobiałe sekwencje w proporcjach obrazu 4:3? O tak. Ekran zaludniony przez neurotyków, dziwaków i neurotycznych dziwaków? No raczej. Specyficzny humor, klimat i styl narracji? Mhm. Znajoma kompozycja kadru? A jakże! 
 
Jeżeli kupujecie u niego to wszystko, seans będzie jedną wielką przyjemnością, bo „Asteroid city” jest opowiedziane z biegłością bajarza, który poświecił całe życie na doskonalenie sposobu podania treści. Główna historia jest dość pretekstowa, ale to nieistotne, bo stanowi tak naprawdę tylko punkt wyjścia dla kolejnych gagów, absurdalnych sytuacji, cudownych pomysłów realizacyjnych, zabawy formą i zderzania ze sobą bogatego zbioru barwnych postaci odgrywanych przez plejadę Hollywood. Dbałość o szczegóły wypełniające ekranowy świat, piętrowe żarty umieszczone na drugim planie, piękno tej scenografii i kostiumów, wszystko to się składa na niezwykle satysfakcjonujące doświadczenie kinowe, bo widać, że tworzono to wszystko z sercem, rozrzutnie sypiąc na wszystkie strony kreatywnymi pomysłami. 
 
Nie będę niczego więcej zdradzać, bo główną atrakcją tutaj jest możliwość oddania lejców w ręce Andersona, zaufania mu i ruszenia na oślep, doświadczając z radością kolejne atrakcje jakie przygotował. Jeżeli kochacie ten styl to szeroki uśmiech nie będzie schodzić z waszej twarzy podczas seansu.

wtorek, 23 maja 2023

Killers of the Flower Moon - recenzja

 Nie mam najmniejszej wątpliwości – pokaz „Killers of the Flower Moon” jest najgorętszym wydarzeniem tegorocznego festiwalu w Cannes. Żyją tym obserwatorzy imprezy, od samego początku dopytujący się w jaki dzień będzie, o której się rozpocznie, wypatrujący później pierwszych opinii. Przeżywają też uczestnicy, najpierw z obawą wyczekujący momentu, gdy wszyscy się rzucą - w tej samej chwili - do zaklepywania biletów na jedyny dostępny pokaz prasowy, później celebrujący ewentualny sukces lub ciężko przeżywający porażkę, a następnie rozpoczynający kilkudniowy proces nerwowego odświeżania strony z rezerwacjami, w nadziei, że jeszcze zwolnią się jakieś miejsca. „Udało ci się?” było jednym z najczęściej zadawanych pytań w kolejkach na seanse w pierwszym tygodniu imprezy. Martin Scorsese nie gościł w programie głównym od kilkudziesięciu lat i festiwal przyjął jego powrót z entuzjazmem połączonym z histerią. 

 Na szczęście osiemdziesięcioletni reżyser nie okazał się być zarazem największym rozczarowaniem imprezy i przyjechał do Francji z filmem, który wynagrodził całe to zamieszanie jakie powstało wokół niego. 

 W „Killers of the Flower Moon” Scorsese rozlicza się z problematyczną historią Stanów Zjednoczonych ubiegłego wieku. Co jest oczywiście niemałym eufemizmem dla systemowego i oddolnego mordowania ludzi nie pasujących do świata ułożonego przez białych ludzi oraz szybkiego sprowadzania ich na dno, gdy tylko zdołali się wybić nieco ponad swój status społeczny. W filmie kilkukrotnie wspomniana jest masakra w Tulsy, przez długi czas dość zapomniana rzeź sprzed stu lat, gdy duże skupisko czarnoskórych bogaczy zostało zbombardowane przez członków Ku Klux Klanu, co zainicjowało największe zamieszki na tle rasowym w historii USA. Nieprzypadkowo Scorsese przypomina o tej tragedii, bo jej mroczne widmo unosi się nad portretowaną w filmie społecznością Osagów. Tulsa była dla nich przypomnieniem, że nawet jeżeli ktoś spoza świata białych zdoła się w tamtych czasach wznieść finansowo ponad ich poziom to znajdą jakiś sposób na ściągnięcie w dół. 

 


W okresie, gdy „czarne Wall Street” w Tulsie spływało krwią, w małym miasteczku w północno-wschodniej Oklahomie żyli jedni z najbogatszych ludzi na świecie – plemię Osagów. Zostali tam przesiedleni pod koniec XIX wieku z Kansas. Nieurodzajne, skaliste ziemie, były kolejnym przekleństwem zesłanym im przez białych ludzi. Wbrew pierwotnej intencji okazały się jednak błogosławieństwem, gdy wiele lat później odkryto tam jedne z największych złóż ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych. Lokalni rdzenni Amerykanie zaczęli opływać w luksusach, co szybko ściągnęło w ich strony tłumy chciwych białych Amerykanów, którzy im usługiwali, nadskakiwali, oszukiwali i okradali. Jak się niebawem miało okazać dopuszczali się też o wiele gorszych praktyk, bo Osagowie zaczęli umierać w tajemniczych okolicznościach. Gdy zginęło już ponad 20 osób, w tym osoby, które próbowały się przyjrzeć tej zagadce, na miejsce wysłano agentów - niedawno utworzonego - FBI. Film opowiada o odkrytym przez nich spisku, który funkcjonował przez długie lata, czego efektem były liczne morderstwa, otrucia, nie wspominając już o tysiącach, jeżeli nie milionach, skradzionych dolarów. 

 Głównym bohaterem filmu jest Ernest Burkhart (Leonardo DiCaprio), weteran wojenny, któremu oszczędzono piekła okopów I Wojny Światowej, bo służbę odbył głównie w kuchni. Ernesta poznajemy, gdy przybywa do Fairfax, śladem starszego brata i wuja – Williama Hale’a (Robert De Niro), bogatego właściciela rancza. Hale to oszust i kombinator wiecznie kręcący jakieś przekręty ubezpieczeniowe, ale to tak przy okazji, na boku, bo głównym źródłem zysku w Fairfax jest dojenie Osagów z ich fortun. Krąg Williama robi to w wyjątkowo wyrachowany i okrutny sposób, uwodząc bogate kobiety, wchodząc z nimi w związki małżeńskie, a następnie zabijając. Ernest niebawem też znajdzie sobie bogatą żonę Mollie (Lily Gladstone) i zanim zdąży się jeszcze dobrze doliczyć posiadanego przez nią majątku to prędko zabierze się – nagabywany przez wuja – za powolne podtruwanie małżonki trucizną zmieszaną z podawaną jej insuliną. 

Powiązania pomiędzy postaciami, jak i same ich rysy psychologiczne, nie są jednak tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Ernest to prosty facet, obdarzony jakimś tam urokiem osobistym, ale niezbyt bystry i obciążony rozregulowanym kompasem moralnym. Najprawdopodniej związek z Mollie rozpoczął z niewinnymi intencjami, nawet jeżeli główną motywacją było wzbogacenie się poprzez małżeństwo, to chyba rzeczywiście pokochał wybrankę i początkowo nie planował dorabiać się kosztem jej życia. Za ten diaboliczny pomysł odpowiada Hale, lokalny „dobroczyńca”, prawdziwie demoniczny starszy pan, pozornie potulny i przyjazny Osagom, a jednocześnie bez mrugnięcia okiem skazujący na śmierć każdą osobę na której tragedii mógłby zarobić. Ernest jest postacią skonfliktowaną wewnętrznie, wije się i cierpi moralne katusze, gdyż uczucie do żony gryzie się z powolnym jej zabijaniem, ale obrzydliwa chciwość i obawa przed gniewem wuja są jednak silniejsze od miłości do kobiety. William nie ma takich problemów moralnych, co więcej, na wszelkie ich przejawy u innych patrzy z dezaprobatą i niesmakiem. Jest to idealna rola dla De Niro, którego jedno surowe spojrzenie potrafi sprawić, że człowiek zaczyna rozważać wyprowadzkę na inny kontynent w trybie natychmiastowym. Wszystkie jego interakcje z głupawym krewniakiem oraz innymi sługusami to festiwal najlepszych aktorskich trików z dostępnego repertuaru legendy kina. Cudownie jest znowu zobaczyć go w tak dobrej formie. 

 


Leonardo DiCaprio wprawdzie przy wyborze ról i środków wyrazu nigdy nie zszedł poniżej dobrego poziomu, ale w jego przypadku też będzie można w przyszłości wymieniać tę rolę jako znaczący punkt w karierze. Odegrana na subtelnościach, kreślących siatkę nieoczywistych zachowań i niedookreślonej postawy, zapewne przyniesie mu w przyszłym roku kolejną nominację do Oscara. Podobnie zresztą jak reszcie głównej obsady włącznie z Jesse’em Plemonsem, którego co prawda tutaj nie ma tak dużo, jak moglibyśmy sobie tego życzyć, pojawia się dopiero w ostatniej godzinie filmu, ale z czasu ekranowego, jaki mu podarowano, wyciska ile się da, przy czym to też rola z gatunku tych opartych na skromnych środkach wyrazu. Prawdziwą gwiazdą ekranu jest tu jednak Lily Gladstone, operująca niesamowitą skalą emocji i aktorskich sztuczek. Łatwo byłoby sprowadzić postać Mollie do roli wyniosłej, opanowanej kobiety o stalowym spojrzeniu, ale Lily nadaje jej wiele nieoczywistych warstw, pozwalając bohaterce na okazjonalne bycie figlarną, zadziorną, wrażliwą, albo zalotną. 

Scorsese z tej bardzo utalentowanej obsady i fascynującej historii o bezdennej otchłani moralnego dna oraz bezmiaru ludzkiej chciwości, lepi kawał imponującego kina, które wprawdzie mogłoby być krótsze o jakieś 30 minut, ale też nigdy nie dłuży się jakoś niemiłosiernie. Od początkowych minut, gdy członkowie plemienia Osagów, po odkryciu pierwszego złoża ropy, zaczynają tańczyć w jej strugach, w spowolnionym tempie, do rytmu ekstatycznych pulsacyjnych bębnów, poprzez stylizowane na czarnobiałą kronikę filmową sceny opowiadające pokrótce historię plemienia, aż po kolejne wybuchy nagłej przemocy stale towarzyszącej życiu w miasteczku Fairfax, ten film płynie w niezwykle piękny, majestatyczny sposób, trzymając uwagę widza zarówno w licznych powolnych momentach, gdy reżyser zawiesza się na detalach i scenach z ówczesnego życia, jak i wtedy, gdy knowania Hale’a przynoszą kolejne krwawe żniwa. Scorsese lubi się też nieco zabawić formułą i pomysłowo odświeżyć sposób podania typowych informacji tekstowych umieszczanych w tego typu autentycznych opowieściach pod koniec filmu. 

„Killers of the Flower Moon” to kino długie i powolne, ale jeżeli kogoś zmęczył „Irlandczyk” to niekoniecznie odbije się również od nowego filmu Martina, bo ta historia ma zdecydowanie lepsze tempo, choć dalej niespieszne, ciekawi, prowokuje do rozmyślań, a nierzadko też bawi, choć to humor czarny i niewygodny, bo oparty na paskudnych machlojach bandy chciwych ludzi, których nic nie jest w stanie zatrzymać w pogoni za bogactwem.

niedziela, 21 maja 2023

Zone of interest (Strefa interesów) - recenzja

 


10 lat po premierze hipnotyzującego „Pod skórą” jego twórca powraca z nowym projektem. Zapewniam, że nie jest to ostatni raz w tym roku, gdy usłyszycie o „Strefie interesów”, która raczej nie wyjedzie z Cannes bez jakiejkolwiek nagrody. 

Bohaterami filmu Jonathana Glazera jest rodzina Rudolfa Hössa, zbrodniarza wojennego, komendanta obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W filmie przyglądamy się ich codziennemu życiu. Starannej pielęgnacji przydomowego ogródka, pięknego, zadbanego, kojącego. Nie zwracaniu uwagi na krzyki ludzi konających za murem. Wypoczynku na łonie sielskiej polskiej natury. Ignorowaniu pobliskich odgłosów wystrzałów z broni. Kąpielach w rzecze. Znajdywaniu ludzkich kości na jej dnie. Piknikach na trawie. Obozowych psach warczących agresywnie w tle. Przejażdżkach konnych. Kominach pieców kremacyjnych prujących czarnym dymem. Dyskusjach o pokryciu muru oddzielającego obóz od rodzinnej idylli jakąś roślinnością żeby był przyjemniejszy dla oczu. 

Glazer mierzy się z tematem holokaustu, uwagę skupia jednak nie tyle na portretowaniu szczegółów bestialskiego ludobójstwa, a na tym, co się wtedy działo „za płotem”, po stronie oprawców, niby tuż obok, a jakby w jakimś równoległym świecie. Do samego oświęcimskiego obozu praktycznie nie zaglądamy, nie obserwujemy trybów fabryki śmierci, ale widzimy proces dostrajania ich, „oliwienia”, bezlitosną, pozbawioną cienia empatii, stronę logistyczną, ciągłą pracę nad „optymalizacją” zbrodniczych działań. Reżyser nie pokazuje żydowskiego cierpienia w sposób bezpośredni, ale nigdy też nie pozwala widzowi zapomnieć o nim. Rodzina Hössów jest głucha na ciągłe odgłosy horroru, który stanowi tło dla ich „szczęśliwego życia rodzinnego”, ale komfort wyparcia nie udziela się widzowi, obserwującego to z grozą. 

O „Strefie interesów” na pewno będzie głośno po premierze kinowej, zwłaszcza w Polsce, gdy osoby poruszone tym, co zobaczyły, będą się spierać z tymi, którzy odbiorą film jako nadużycie, niemoralne wykorzystywanie ludzkiego dramatu do artystycznego wyrazu własnej kreatywności. Jedni ujrzą w tym wstrząsający obraz ludzkości zdolnej do ekstremalnej przemocy i bezrefleksyjnego życia w jej cieniu. Drudzy zarzucą, że Glazer wykorzystuje oświęcimski horror do wykoncypowanego technicznie (piękne zdjęcia Łukasza Żala i kompozycje Mica Leviego) popisu własnego warsztatu. Osobiście jestem zdecydowanie po tej pierwszej stronie. W „Strefie interesów” znaleziono nowy środek wyrazu na przypomnienie kolejny raz o tym, jak niewiele brakuje, żebyśmy przeszli do porządku dziennego nad ludzkim cierpieniem, które dzieje się na naszych oczach. Jest to oczywiście też portret potwora, który był w tym wyjątkowo efektywny, ale jeszcze bardziej przygnębiający obraz tych wszystkich ludzi z jego otoczenia, którzy nie widzieli w tym nic złego.

piątek, 12 maja 2023

Gorączka 2 - recenzja książki

 


Michael Mann coraz głośniej mówi o zamiarze realizacji kontynuacji doskonałej „Gorączki”. Zbyt wcześnie żeby traktować jeszcze takie pomysły obsadowe w pełni poważnie, ale wygląda na to, że w młodego McCauleya (Robert De Niro) może się wcielić Adam Driver. Al Pacino miałby powrócić w roli Vincenta, a Ana de Armas zagrać dawną partnerkę McCauleya. Prawdę mówiąc to nie podoba mi się żaden z tych pomysłów. Bardzo wysoki Driver nie byłby zbyt wiarygodny jako młody Neil albo Vincent (początkowe plotki łączyły go z tą postacią). Ana nie pasuje mi do charakteru książkowej postaci. Pacino natomiast jest już zbyt stary żeby przekonująco udawać, że od wydarzeń z pierwszej „Gorączki” minęło zaledwie kilka lat. Mam nadzieję, że Mann postawi na jakieś odważniejsze, nieoczywiste wybory obsadowe, które lepiej oddadzą naturę tych postaci. Zwłaszcza, że Val Kilmer nie będzie przecież mógł powtórzyć roli Chrisa, a skoro jego trzeba będzie zastąpić to nie ma też potrzeby żeby kurczowo trzymać się Pacino. 
 
Najważniejsze jednak, że kręgosłup historii, którą mielibyśmy dostać, istnieje już w formie książki, i jest naprawdę dobry. Co więcej, od kilku miesięcy jest dostępny po polsku, co mogło umknąć osobom nieśledzącym premier książkowych, bo wydawnictwo Harper Collins Polska najwyraźniej postanowiło, że nie musi jej promować wśród kinomanów. 
 
„Gorączka 2” została napisana przez samego Michaela Manna wspieranego przez Meg Gardiner. On pewnie zapewnił pomysły na fabułę i dbałość o opisywane detale techniczne, ona wypolerowała jego kanciasty styl i sprawiła, że zaczęło to przypominać dzieło literackie, a nie rozciągnięty scenariusz filmowy. Efekt finalny jest generalnie satysfakcjonujący, ale odniosłem wrażenie, że duet docierał się powoli, a stylowość tekstu była ulepszana wraz z postępem prac nad książką i pewna toporność stylu Manna bardziej wybijała się przez pierwszych kilkadziesiąt stron, co później zgrabniej było już przykrywane przez Gardiner. Oczywiście bazuję tę opinię na podstawie lektury polskiego przekładu Danuty Fryzowskiej, która to mogła być tak naprawdę odpowiedzialna za ten efekt stopniowego „polerowania” stylu książki. Możliwe też, że to po prostu historia zrobiła się na tyle interesująca, że przestałem zwracać uwagę na takie stylistyczne wymysły, bo byłem zbyt pochłonięty samą opowieścią. 
 
Właściwie to tutaj nie ma miejsca na jakąś wątpliwość, zdecydowanie byłem pochłonięty treścią, bo „Gorączka 2” to 544 stron wypełnionych tyloma wątkami, że spokojnie by wystarczyły na osobne filmy opowiedziane z dwóch perspektyw czasowych (przed i po „Gorączce”). Osobiście to chyba nawet wolałbym żeby Mann najpierw się skupił na historii z lat 80., bo jest ciekawsza i bardziej „filmowa”. Jest też zdecydowanie mroczniejsza i wypełniona po brzegi tym wysokokalorycznym sensacyjnym „mięskiem” połączonym z interesującymi relacjami pomiędzy postaciami za które kochamy filmowy pierwowzór. Autorzy zadbali również o kilka znakomitych scen akcji, od których trudno się oderwać podczas lektury, jednocześnie wyobrażając sobie jak potężnego kopa adrenaliny mogą zapewnić w ewentualnej wersji ekranowej. Nie jest zresztą trudno sobie to wyobrazić, bo duet Mann/Gardiner wszystkie momenty akcji w książce opisuje w taki sposób, że stanowią już praktycznie gotową matrycę do odbicia w scenariuszu filmowym. 
 
W sumie to jedyny moment kręcenia nosem zaliczyłem na początku lektury, gdy streszczana jest pokrótce fabuła filmowej „Gorączki”, a czytelnik dowiaduje się ze szczegółami o tym, co dokładnie działo się z Chrisem przez następnych kilkadziesiąt godzin po wydarzeniach z finału pierwowzoru i jak wyglądało dochodzenie Vincenta w tej sprawie. W moim odczuciu było to dopisywanie niepotrzebnych szczegółów do kompletnego już arcydzieła. Im bardziej jednak fabuła książki odskakuje od filmowych wydarzeń, zarówno w przeszłość, jak i przyszłość, tym ciekawsza i bardziej satysfakcjonująca staje się jej lektura. 
 
Jeżeli również uwielbiacie „Gorączkę” to nawet nie macie się nad czym zastanawiać, im głębiej wgryziecie się w książkę, tym trudniej będzie się od niej oderwać, a jeżeli z filmowej ekranizacji ostatecznie jednak nic nie wyjdzie to obrazy jakie pozostaną w głowie po lekturze powinny zaspokoić na jakiś czas głód porządnej sensacji działającej na wyobraźnię i emocje.

niedziela, 16 kwietnia 2023

Beef (Awantura) - pierwszy sezon

 


Zaczyna się od nagłej psychozy na drodze. Ktoś komuś zajeżdża drogę. Zostaje wytrąbiony i potraktowany środkowym palcem. Sytuacja prędko eskaluje do szalonego pościgu ulicami L.A., rajdu przez cudze trawniki i niemalże staranowania jednego samochodu przez drugi. Później jest już tylko coraz ostrzej i absurdalniej, bo życiowe ścieżki dwójki narwanych osób jeszcze wielokrotnie będą się przecinać, a efektem tego będzie narastający chaos w ich życiu i coraz tragiczniejsze konsekwencje tegoż. 
 
„Beef” („Awantura”) wciąga odbiorcę w swój szalony świat od pierwszego odcinka i nie puszcza do samego końca. Osią całej akcji jest konflikt w którym nie ma „dobrej” strony. Oboje głównych bohaterów (doskonałe role Ali Wong i Stevena Yeuna) jest równie antypatycznymi osobami, których grzechy i naganne życiowe postawy mogą się od siebie różnić, ale generalnie to kosa trafiła na kamień, a wynikające z tego iskry wzniecą w ich otoczeniu niejeden pożar. 
 
Serial porusza wiele interesujących zagadnień, takich jak nierówności społeczne, depresja, agresja zatruwająca relacje międzyludzkie, rozczarowanie egzystencją, no i wieczne widmo wypalenia życiowego kroczącego tuż za chwilami osiągnięcia tej prawdziwej satysfakcji. Jest tu miejsce na krytykę i satyrę na świat bogaczy oraz sztuki współczesnej, ale też niepochlebny portret gościa z dolnych szczebel drabiny społecznej, który całe życie musiał kombinować i oszukiwać żeby coś ugrać dla siebie. Znaleziono przestrzeń na surrealne i absurdalne momenty rodem z „Fargo” i „Atlanty”, ale też sporo emocjonalnej prawdy i niejednoznacznego kreślenia portretów różnych postaci. 
 
Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale twórcy „Beef” nigdy nie traktują swojej historii zbyt serio, zawsze utrzymując odpowiedni poziom humoru i energii, którymi tętni serial, skutecznie trzymając odbiorcę przed ekranem, nie pozwalając odejść od siebie na zbyt długo. Kawał porządnej produkcji, która zapewne trafi pod koniec roku na większość list z najlepszymi tegorocznymi premierami. Naprawdę warto zobaczyć.

niedziela, 26 marca 2023

John Wick 4 - recenzja

 


Gdy usłyszałem, że czwarty „John Wick” będzie trwać prawie trzy godziny to pomyślałem: „kogoś tam pogrzało”. No cóż, nie wiedziałem wtedy, że w ten czas będzie wliczone 60 finałowych minut najbardziej ekscytującej (ciągłej) akcji, jaką najprawdopodobniej zobaczymy w tym roku w kinie. A wcześniej, no wiecie, jeszcze więcej solidnej nawalanki i strzelanki typowej dla „Johna Wicka”. 
 
Warto jest się przejść do kina już chociażby dla tych pierwszych dwóch godzin, pięknie nakręconych, pomysłowych wizualnie i choreograficznie, z fabułą wprawdzie prostą i dość naciąganą, ale sprawnie łączącą ze sobą kolejne sceny akcji. Wszystko to płynie dość żwawo, zatrzymuje się na dłużej tam, gdzie trzeba, żeby zapewnić jakieś emocje względem postaci (i motywacje dla nich) biorących udział w ekranowych rozróbach, ale nigdy nie pozwala nam zapomnieć o tym, że historia służy tutaj jedynie jako spoiwo pomiędzy wieloma skomplikowanymi i bardzo długimi scenami akcji. 
 
Ostatnia godzina to już jednak tak mistrzowska petarda, że głowa mała. Wszystko jest tu podporządkowane adrenalinie. Począwszy od muzyki nadającej rytmu dla tej pożogi i zbudowanej na zasadzie energetycznego mix-tape’a utworów płynnie przeskakujących pomiędzy elektroniką, metalem i… motywem rodem ze spaghetti westernów. Poprzez imponującą stronę techniczną z dłuższymi ujęciami łączącymi szaloną kaskaderkę z efektami komputerowymi. Kończąc na potężnym wysiłku fizycznym wszystkich aktorów i kaskaderów biorących udział w tym obłędzie. Widać w każdej scenie ten ból, pot i poobijane gnaty jakie musiały towarzyszyć realizacji tego. 
 
Jest w tym wszystkim sporo logiki (a może raczej braku tejże) i stylistyki zaczerpniętej z gier komputerowych. Czasem to nieco bawi, gdy bywalcy klubu nocnego, niewzruszeni brutalną rozróbą, jaka dzieje się tuż obok nich, wesoło podskakują do muzyki, robiąc za tło dla sceny sprawiającej wrażenie planszy z konsolowego mordobicia. Częściej jednak wywołuje opad szczęki, szczególnie w chwili, gdy kamera wędruje pod sufit, skąd obserwuje przez dłuższy czas efekciarską strzelaninę wewnątrz budynku, z góry pokazując nam postacie prujące do siebie z różnych pomieszczeń. Fantastyczny pomysł i wykonanie. 
 
Już dawno się tak dobrze nie bawiłem w kinie na filmie akcji. Najlepsza odsłona serii.

sobota, 11 marca 2023

Scream VI (Krzyk 6) - recenzja

 


Niesamowite, jak dobrym filmem, i to na etapie szóstej części, 27-letniej przecież serii slasherów, jest nowa odsłona „Krzyku”. Wypuszczony zaledwie rok po premierze piątej części nie sprawia wrażenie produktu pospiesznie zdjętego z bezdusznego taśmociągu corocznych krwawych straszaków. Oczywiście, że fabularnie już dawno przerodziło się to w pocieszną telenowelę z dodatkiem gore w której scenarzyści stają na głowie żeby mordercy byli jakoś powiązani w finale z bohaterami cyklu i nawiązywali do poprzednich psychopatów przebranych za Ghostface’a. W starszych odsłonach tożsamości morderców i stojące za nimi historie bywały słabe (trójka), dobre (czwórka), naciągane (dwójka i piątka), ale nigdy nie zbliżały się do piorunującego efektu (zarówno pod względem efektu samego zaskoczenia, jak i tego, co się następnie działo w finale) zakończenia pierwszego filmu. W szóstce osiąga to już doprawdy niedorzeczny poziom, ale to zarazem jedyna zła rzecz jaką mogę powiedzieć o tym filmie. 
 
„Krzyk 6” uzmysłowił mi, w połączeniu z niedawnym maratonem z wszystkimi poprzednimi filmami, że jest to moja ulubiona seria slasherów. Uwielbiam w niej to, że jej szósta odsłona wciąż potrafi zaskakiwać i satysfakcjonować świeżymi pomysłami, dając kupę radochy z oglądania krwawego baletu z nożem, ale też solidnie budowanego napięcia. Już na etapie zapowiedzi intrygowała ta znoszona maska Ghostface’a i scena w której poluje na bohaterki ze strzelbą w łapie. Skończyły się czasy zamaskowanej niezguły, która podczas pościgu za ofiarą dostaje doniczką w łeb i potyka się o przewrócone krzesło. Nowy Ghostface traktuje zamknięte drzwi z buta, a pyskate dziewczyny tnie nożem głęboko i bezlitośnie. Przy okazji jego postać bawi się oczekiwaniami widza już w prologu filmu, w którym to twórcy zdają się odrzucać pewne reguły cyklu, tym samym szybko wpuszczając do historii pierwszy powiew świeżości. 
 
Działają tutaj relacje pomiędzy bohaterami, bo to pierwsza grupa nowych postaci (mam na myśli tych, którzy przetrwali poprzedni film) od czasu wprowadzenia ekipy z oryginalnego „Krzyku”, która została napisana i zagrana na tyle zgrabnie, że sympatyzuje się z nimi i nie patrzy obojętnie na ich los. Sceny morderstw są świetnie poprowadzone, podobnie jak starcie Gale z mordercą, nie brakuje w tym wszystkim różnych małych zaskoczeń i nieoczekiwanych rozwiązań, odpowiedniego rytmu wydarzeń, no i satysfakcjonujących puent. 
 
Bawiłem się przednio, jeżeli lubicie serię to szósty „Krzyk” jest czystą przyjemnością, a stojący za tym reżyserski duet (Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett) zaczyna być coraz ciekawszym głosem w dzisiejszym kinie grozy.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

The Fabelmans (Fabelmanowie) - recenzja

 


„Fabelmanowie” wprawdzie wpisują się w mini-nurt projektów doświadczonych reżyserów opowiadających o swoim dzieciństwie, który rozpoczęła kilka lat temu „Roma” Cuarona, ale są też świadectwem tego, jak niezafiksowanym na swoim ego twórcą jest Spielberg. Jego film to oczywiście introspektywne spojrzenie w swoją daleką przeszłość, ale jeszcze bardziej czuły, pełen empatii i zrozumienia, portret niebanalnych rodziców. Obdarzonego umysłem ścisłym ojca, wspierającego zainteresowania syna, a jednocześnie nie potrafiącego spojrzeć na tworzenie filmów jak na poważny pomysł na dorosłe życie, bagatelizującego go i umniejszającego jego wartość. Nieszczęśliwej matki, która artystyczną duszę i muzyczny talent musiała złożyć na ołtarzu wielodzietnej rodziny. Steven szczerze i wnikliwie przygląda się związkowi swoich rodziców, uciekając od łatwych ocen kreśli ich relację i portrety. Dostrzega naturę ojca, poczciwiny, o łagodnej naturze i smutnym uśmiechu, która kocha swoją rodzinę, ale nie zawsze potrafi zapewnić jej szczęście, co nie przeszkadza mu próbować to robić, czasem kosztem własnego bólu. Widzi pogłębiającą się depresję matki, która dostrzega dobroć męża i bezmierne oddanie całej rodzinie, ale nie potrafi już odnaleźć w tym źródła szczęścia dla siebie, co jednocześnie stale wpędzą ją w poczucie winy. 
 
Film Spielberga to list miłosny do kina i procesu tworzenia filmów, ale to nie tylko nostalgiczna podróż do początków własnej artystycznej drogi, co raczej świadectwo tego, jak pasja przeradzała się w rzemiosło, jak rodziło się głębokie zrozumienie natury kina i tego, jak różne emocje potrafią wywierać filmy na widowni oraz jaką stawia to odpowiedzialność przed twórcą. 
 
W „Fabelmanach” bardzo interesująca jest rozpiętość tematyczna i wartość zawartych w nich spostrzeżeń. Nie tylko w temacie rodziny oraz miłości, i tego, że czasem trzeba ukochanej osobie podarować wolność, i to również od siebie, jeżeli tego potrzebuje do rozkwitnięcia. Jest to ciekawy portret żydowskiej rodziny, tradycji przesadzonej ze starego kontynentu, zderzonej z realiami Stanów Zjednoczonych z połowy ubiegłego stulecia. Zarazem bolesne wspomnienie ówczesnego antysemityzmu, agresji i uprzedzeń. 
 
Nie widzę w tym filmie „starczych” sentymentalnych wspominków o lepszych, dawnych czasach. Widzę szczere podsumowanie historii swojej rodzinny, ciepły obraz pierwszych reżyserskich kroków i ujmującej wspólnoty osób biorących w realizacji tych amatorskich produkcji, portret żydowskiej perspektywy i poświęceń jakie trzeba ponieść decydując się na podążenie drogą artysty. 
 
Przede wszystkim jednak jest to film o tym, że nigdy nie należy ustawiać horyzontu na środku kadru.