„Raid” był małym objawieniem roku 2012. Nakręcony przez Walijczyka w Indonezji za garść ziemniaków (1.1 miliona dolarów nie wystarczyłoby Jamesowi Cameronowi nawet na zakup statywu do kamery) przypuścił ostry szturm na sale kinowe i wbił w fotele kinowe nielicznych szczęściarzy, którzy podarowali mu szansę. Gareth Evans postawił na konkrety: zebrał na planie utalentowanych skośnookich rębajłów ćwiczących się w wymachiwaniu kończynami odkąd pierwszy raz w życiu stanęli o własnych siłach na nogi, ładnie ich sfotografował, dorzucił wpadającą w ucho elektroniczną muzę i pretekstową fabułkę, a całość doprawił eksplozją pękających kości, nosów i kilkoma galonami krwi. Film trochę niedomagał od strony emocjonalnej, ale jako wysokooktanowe kino akcji sprawdzał się pierwszorzędnie. „Raid” nie zarobił zawrotnej sumy pieniędzy, ale zrobił wokół siebie dość szumu, żeby na realizację sequela reżyser zdołał zebrać czterokrotnie wyższy budżet.
wtorek, 15 kwietnia 2014
sobota, 5 kwietnia 2014
Captain America: The Winter Soldier (Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz) - recenzja
Ostatni marvelowski film, „Thor: Mroczny świat”, okazał się być lekkim rozczarowaniem. Poprawnym, mało oryginalnym, przewidywalnym, szybko ulatującym z głowy blockbusterem, jakich wiele. Zdecydowanie jeden z najsłabszych tytułów powiązanych z „The Avengers”. Jak dobrze więc, że ich najnowszy film, „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”, jest jednym z najlepszych jakie zrobili.
niedziela, 23 marca 2014
Starred Up - recenzja
Pierwsze minuty „Starred Up” pokazują nam wszystko co powinniśmy wiedzieć o filmie i jego bohaterze. Główna postać, młodociany Eric, zostaje przywieziony do zakładu karnego dla dorosłych. Widać, że zwyczaje i nakazy panującego w tego typu miejscach nie są dla niego niczym nowym. Cierpliwie, w milczeniu, przechodzi pozbawiający godności proces inspekcji osobistej poprzedzającej transfer na teren zakładu, a po zostaniu ulokowanym w pojedynczej celi nie traci czasu i natychmiast zabiera się za zrobienie broni przy pomocy zapalniczki, szczoteczki do zębów i maszynki do golenia, którą następnie chowa w sprytnie zdemontowanej lampie. Na użycie przez niego ostrego narzędzia przyjdzie nam trochę poczekać, ale brutalną naturę ujawni jeszcze pierwszego dnia, gdy pobije do nieprzytomności innego więźnia, wda się w efekcie w morderczą bitwę ze strażnikami, a na koniec wgryzie się jednemu z nich w przyrodzenie. Tak, pierwsze minuty mówią o bohaterze wszystko: pozorny spokój, skupienie i posłuszeństwo, a przy tym stała troska o zachowanie „twarzy”, ale pod powierzchnią ogromne pokłady furii, które w przypadku eksplozji uderzają z siłą huraganu.
niedziela, 16 marca 2014
Need for Speed - recenzja
Gdyby dobre chęci mogły działać cuda, „Need for Speed” byłby kultowym filmem. Reżyser Scott Waugh i ekipa realizacyjna wypowiadali się przez ostatnie miesiące z takim entuzjazmem, kreśląc z przekonaniem - pełną superlatyw - wizję filmu stawiającego nacisk na tradycyjne efekty specjalne, rezygnującego ze wspomagania się komputerowymi fajerwerkami na rzecz poczciwej kaskaderki i gumy palonej na asfalcie, że może i nawet uwierzyłbym im, gdybym tylko nie miał kontaktu ze zwiastunami. Reżyser chyba nawdychał się na planie zbyt dużej dawki spalin, bo pozwalał sobie na porównywanie filmu z klasykami z lat 70., Aarona Paula określając mianem nowego Steve’a McQueena. Najwyraźniej głęboko w to wierzył, bo w filmie zamieścił nawet scenę z „Bullita”.
niedziela, 9 marca 2014
The Grand Budapest Hotel - list do Wesa Andersona
Drogi Wesie!
Przepraszam, że tak długo milczałem, ale jakoś nie miałem natchnienia do pisania i zanim się zorientowałem, minęły już prawie dwa lata od dnia, jak opowiedziałeś mi historię neurotycznego chłopca i jego dziewczyny. Tak na marginesie, powtórzę raz jeszcze - wspaniały film, muszę do niego kiedyś wrócić. Anyway, nie pisałem wcześniej, bo świat nie stoi w miejscu, a opowieściami zasypywali mnie inni twórcy (jeżeli jeszcze nie widziałeś, Joel i Ethan znowu pokazali klasę, polecam!), nie patrzyłem więc wstecz, krążyłem po świecie, poznawałem innych bajarzy i wypatrywałem nowych ciekawych historii. Nie zapomniałem jednak o Tobie, o nie, śledziłem co robisz i nie uszło mojej uwadze, że otworzyłeś hotel. I to nie jakiś tam podrzędny motelik, tylko hotel, a wręcz hotelisko, a jego nazwa idzie w parze z prezencją. Grand Budapest Hotel. Mmm, soczyste, potężne, wzniosłe. Chylę czoła.
sobota, 8 marca 2014
300: Rise of an Empire (300: Początek imperium) - recenzja
Na „300” Zacka Snydera można kręcić nosem, ale trzeba mu oddać, że nakręcił film kompletny. Energetyczną, buzującą testosteronem, epatującą kultem męskiej siły, a do tego konsekwentną od strony formalnej, laurkę dla spartan. Wszystko w tym filmie było podporządkowane chęci złożenia pokłonu starożytnym grekom hartującym od dziecka ciało i umysł w celu stworzenia armii wybitnych żołnierzy. Z tytułami kompletnymi jest ten problem, że kiepsko się nadają jako fundament pod ewentualny sequel. A jednak dostrzegałem pewną nadzieję dla filmu „300: Początek imperium”…
poniedziałek, 3 marca 2014
Historie Nie(d)opowiedziane: Pamięć absolutna, czyli dlaczego David Cronenberg nie nakręcił filmu.
W kwietniu roku 1966, Robert Shusett, przyszły współscenarzysta (i producent wykonawczy) filmu „Obcy – Ósmy pasażer Nostromo”, przeglądając najnowszy numer The Magazine of Fantasy and Science Fiction, natrafił na przyciągające uwagę dwudziestokilkustronicowe opowiadanie „Przypomnimy to panu hurtowo”. Napisane przez nieznanego i klepiącego biedę autora pulpowych historii, Philipa K. Dicka. Historia opowiadała o pogardzanym sprzedawcy, Douglasie Quailu, który pewnego dnia postanawia skorzystać z usług oferowanych przez Rekall, Inc., firmę zajmującą się implantacją fałszywych wspomnień. Quail zapisuje sobie w pamięci przygodę na Marsie, gdzie jako tajny agent został wysłany ze specjalną misją. Manipulacja z pamięcią odkrywa jednak niespodziewane fakty o samym Quailu. Okazuje się, że w niedalekiej przeszłości naprawdę był tajnym agentem i brał udział w misji na Marsie. To jednak nie wszystko, Quail okazuje się być osobą odpowiedzialną za los całej ludzkości, jego głowa skrywa bowiem jeszcze kolejną tajemnicę, w chwili gdy bohater umrze, ma się rozpocząć inwazja kosmitów. Ta niecodzienna zależność związana jest z umową, jaką podjął z ufoludkami w dzieciństwie.
wtorek, 25 lutego 2014
Heroes Reborn - akcja reanimacja
Ulubionym kłamstewkiem, jakim stacje telewizyjne karmiły w ubiegłej dekadzie fanów nierentownych seriali, które postanowiono nagle zakończyć, była obietnica dopowiedzenia pewnego dnia historii w formie pełnometrażowego filmu albo mini-sezonu. Zazwyczaj kończyło się na czczych obietnicach lub kontynuowaniu opowieści w formie komiksowej („Firefly”, „Jericho”). "Jericho" jest zapewne wskazywane obecnie na obradach różnych zarządów jako wzorcowy przykład tego, że nie należy ulegać prośbom zagorzałych fanów. Po głośnych protestach, jakie miały miejsce w Internecie po skasowaniu serialu i niepodjęciu się realizacji drugiego sezonu (pierwszy oczywiście zakończono cliffhangerem), widzowie zawrzeli. Złapali za (cyfrowe) widły i ruszyli do boju. Najpiękniejszym momentem ich kampanii sprzeciwu, było wysłanie do siedziby CBS dwudziestu ton orzechów, co było nawiązaniem do historycznego cytatu generała Anthony’ego McAuliffe’a z drugiej wojny światowej, sparafrazowanego w finałowym odcinku pierwszego sezonu. Stacja oszołomiona rozmachem (i kreatywnością) kampanii przeprowadzonej przez fanów, postanowiła podarować serialowi szansę. Podeszła jednak do tematu ostrożnie i zrealizowała drugi sezon w formie zaledwie siedmiu odcinków, z możliwością dalszej kontynuacji, jeżeli „Jericho” będzie cieszyło się większym zainteresowaniem, niż to miało miejsce przy okazji pierwszego sezonu. Historia nie miała szczęśliwego zakończenia, drugi sezon ruszył z najniższymi notowaniami w historii serialu, co uległo niewielkiemu polepszeniu po trzech pierwszych odcinkach. Tytuł ponownie więc zawieszono, przebąkując przy okazji o dokończeniu historii w pełnometrażowym filmie. W to już chyba jednak mało kto wierzył, tego typu zapewnienia słyszano już wiele razy…
niedziela, 9 lutego 2014
Lone Survivor (Ocalony) - recenzja
O morderczym treningu jaki przechodzą rekruci specjalnych sił amerykańskiej marynarki wojennej (Navy Seals) krążą legendy. Peter Berg nawiązuje do tego już w pierwszych minutach filmu, racząc nas scenkami rodzajowymi z życia amerykańskiej armii. Ustawia to ton całego filmu, będącego peanem pochwalnym dla „fok”. Przed dwoma laty wypuszczono do kin coś podobnego, nazywało się to „Akt odwagi” i było tytułem strawnym tylko dla najbardziej oddanych fanów militarystyki. Prawdziwi żołnierze Navy Seals biegali tam po ekranie strzelając z pukawek do muzułmanów współpracujących z ex-sowietami. Niewątpliwą wartością filmu był realizm z jakim zaprezentowano wojaków w akcji, ich skrytobójcze misje, schematy zachowań, używaną terminologię i tego typu militarystyczne bajery. Gorzej, że dopisano do tego tandetną fabułkę gloryfikująca dzielnych amerykańskich żołnierzy, koszmarnie zagranych przez… amerykańskich żołnierzy. Gdyby podrasować nieco fabułę tamtego filmu, sięgnąć po autentyczną historię, wyrzucić kłującą w oczy propagandę i dorzucić zawodowych aktorów, otrzymalibyśmy „Ocalonego”.
sobota, 1 lutego 2014
Inside Llewyn Davis (Co jest grane, Davis?) - recenzja
O jak cudownie, że powstają takie filmy. Tytuły odnawiające miłość do kina. Aplikujące świeży zastrzyk pasji do celuloidu. Gdy zaczynam już popadać w rutynę, machinalnie odhaczać weekendami kolejne premiery, przedzierać się przez podobne do siebie blockbustery, przebijać przez nużące schematy gatunkowe, z entuzjazmem (i lekką desperacją) wyłapując w nich wszelkie odchyły od normy, wypatrując czegoś świeżego, innego, poruszającego, dokonującego egzorcyzmu na tkwiącym we mnie zblazowanym kinomanie, który widział już „wszystko”. I oto jest, doczekałem się, bracia Coen znowu tego dokonali, kolejny już raz ocalili mnie od piekła nudy, udowodnili, że kino może wciąż poruszać, nie ulatywać z głowy tego samego dnia, a nawet towarzyszyć przez resztę tygodnia, a może i miesiąca. „Co jest grane, Davis?” mógłby leczyć raka, gdyby zdiagnozowano u kogoś nowotwór znużenia.









