piątek, 9 listopada 2018

Outlaw King (Król wyjęty spod prawa) - recenzja


Żenującym jest, że początkowy odbiór filmu Davida Mackenziego był zdominowany przez głosy podekscytowanych widokiem penisa Chrisa Pine’a. Zwłaszcza, że rzeczony narząd jest ledwo widoczny w filmie i można go nawet przeoczyć jeżeli akurat kichniemy w tym momencie. Najważniejsze jednak, że nie jest to największy (ekhm) atut filmu. „Król wyjęty spod prawa” w zasadzie zaczyna się tam, gdzie „Waleczne serce” kończyło. William Wallace wielokrotnie jest wspominany w rozmowach i mamy okazję zobaczyć bardzo ponury epilog jego rebelii (po licznych torturach, kastracji, wybebeszeniu i podpaleniu wnętrzności na jego oczach, gdy jeszcze dychał, ścięto mu w końcu głowę, a jego cztery kończyny rozwieszono w szkockich i angielskich miastach), co inspiruje kolejne powstanie na czele którego staje tytułowy król (Pine).

Mackenzie zaczyna film od popisowego dziewięciominutowego długiego ujęcia, ale jest to jedyne efekciarstwo jakiego doświadczymy w jego mrocznej, powolnej, chwilami bardzo brutalnej, ale przede wszystkim to pieczołowicie odtwarzającej realia epoki i skupionej na detalach, opowieści historycznej. Nie jest to kino wojenne upstrzone podniosłymi przedbitewnymi przemowami o żołnierskich czynach rozbrzmiewających echem w wieczności. Gdyby ktoś wyskoczył tutaj z takim natchnionym tekstem do szkockich zakapiorów, którzy przed chwilą byli po pas w błocie, włącznie z samym królem, szykując okrutną niespodziankę przeciwnikowi, to pewnie zostałby przez nich obrzucony tymże błotem. Bitwy w tym filmie są okrutne, chaotyczne, czasem wyglądają jak jesienna ustawka kiboli pod konstancińskim lasem, a czasem zachwycają rozmachem, ale w obu przypadkach wyglądają równie realistycznie i ekscytująco.

„Król wyjęty spod prawa” to jednak nie jest film o wielkich bitwach, ale o walce o beznadziejną sprawę, która zdaje się pogarszać dla bohatera i jego popleczników z każdym kolejnym dniem. Jest to film o szukaniu towarzyszy broni, a zamiast tego odkrywaniu tylko kolejnych przeciwników. O gruncie sypiącym się pod nogami, o poniesionych stratach, podzielonym narodzie, ale też wyciąganiu z tego lekcji, sztuce adaptacji, zdolności rozgrywania (i wygrywania) przy pomocy kiepskich kart, a czasem po prostu podążaniu za instynktem. Wciąga, zaciekawia i angażuje, ale wymaga poddania się tempu opowieści, która musi rozstawić wielu historycznych pionków na szachownicy, a później ich jeszcze przestawić w różnych kierunkach. W zamian dostajemy garść zaskakujących zwrotów akcji, bohaterów, którzy nie są nam obojętni, Aarona Taylora-Johnsona mającego ubaw w nieco obłąkańczej kreacji, no i starannie odtworzony świat sprzed wieków, w którym rozgościłem się z ogromną przyjemnością.

wtorek, 6 listopada 2018

Bohemian Rhapsody - recenzja


No cóż, ciężko mówić o zaskoczeniu, gdy wychodzi się z „Bohemian Rhapsody” z uczuciem niedosytu i lekkiego zniesmaczenia. Nadzorowana przez samych bohaterów filmu, którzy odrzucili „dzikszą” wersję na rzecz bezpieczniejszej, historia narodzin i sukcesu grupy Queen nie zwiastowała niczego dobrego od samego początku. Niespecjalnie uspakajały też późniejsze informacje o tym, że reżyser (Bryan Singer) bywał nieobecny na planie, a gdy nawet pojawiał się to ciężko było go nazywać prawdziwym liderem projektu, co ostatecznie zakończyło się zwolnieniem go. Zaskoczeniem byłoby więc, gdyby wszystko to zaowocowało czymś bardzo dobrym.

Co niesie ten film do przodu i sprawia, że odbiorca nie zerka notorycznie na zegarek, to sama muzyka zespołu, której niezmiennie słucha się z przyjemnością. Wystarczy odpalić te piosenki na porządnym kinowym nagłośnieniu i reżyser ma widza z głowy na kilka minut. I tak właśnie zrobiono przez większość filmu. Ostatnie 20 minut to już w ogóle jedna wielka scena koncertowa odtwarzająca legendarny występ na Live Aid. I to jest (niestety?) akurat dobre, bo przynajmniej oferuje widzowi jakąś radochę podczas seansu. Problemem jest wszystko to, co ma miejsce pomiędzy kolejnymi piosenkami. Freddie Mercury wyznaje w pewnym momencie, że desperacko goni za kolejnymi imprezami i rozrywkami, bo panicznie boi się tego, co jest pomiędzy nimi. Widz mógłby się podpisać pod tym, gdyby podmienić „chwile pomiędzy imprezami” na sztampową fabułką będącą pretekstem do odpalenia kolejnego przeboju grupy.


Nie dość, że jest to miałkie to jeszcze do tego chwilami wręcz obraźliwe, jak podchodzi się tutaj do tematu seksualności głównego bohatera i generalnie do homoseksualizmu. Jego związkowi z kobietą poświęca się tutaj sporo ekranowego czasu i przedstawia jedynie w pozytywnym świetle (jeżeli coś tu jest nie tak, to tylko sam Freddie, a nie wyrozumiała, tolerancyjna i troskliwa Mary), relacje homoseksualne natomiast prezentuje z niejakim zawstydzeniem, dbając o to, żeby jakiś nadwrażliwiec nie poczuł się zniesmaczony widokiem nadmiernej czułości pomiędzy dwoma facetami. Homoseksualizm Freddiego praktycznie diagnozuje się tutaj jako coś destrukcyjnego, hedonistyczną uciechę, która rujnuje relacje z bliskimi, krzyżuje ścieżki z łajdakami i ostatecznie wpędza do grobu. Nawet związek z Jimem Huttonem, tym „dobrym gejem”, zaczyna się od (zmyślonej, należy dodać) sceny molestowania go ze strony Freddiego, co niejako prowadzi do usprawiedliwienia samego czynu poprzez późniejszą pozytywną relację, która była tego owocem. Sprawę pogarsza, że wyreżyserował to Singer, gość, który ma równie długą historię oskarżeń o molestowania, gwałty i nadużywania władzy, co Queen listę wielkich przebojów na koncie.

Wizualnie film również pozostawia wiele do życzenia. Sceny koncertowe mają pieprznięcie, bo wystarczy podkręcić głośność, żeby panowie z zespołu zaczęli rzucać urokami z głośników, ale zaprezentowane to jest różnie. Z jednej strony mamy pomysłowe ustawienia kamery i Ramiego Maleka wychodzącego z siebie, żeby dawać czadu na scenie, a z drugiej strony sceny stadionowe straszą koślawym CGI i sztucznie wyglądającym efektem tłumu. Aktorów niby dobrano dobrze (Gwilym Lee jako Brian May to sztos), ale czasem wyglądają, jakby byli bandą przebierańców na karnawałowym balu.


Szkoda, że pierwszy film próbujący ugryźć fenomen zespołu Queen i – przede wszystkim – jego wielkiego lidera, jest takim bezpiecznym, schematycznym, pozbawionym polotu i pazura, produkcyjniakiem. Jak udowodnił przykład „Straight Outta Compton”, udział w produkcji samych zainteresowanych nie musi być jednoznaczny z nudnymi blubrami i rozpamiętywaniem dawnej glorii, odrzucając przy tym wszystko to, co pobrudziłoby budowany monument. Panowie z Queen ewidentnie tak nie potrafią, więc mam nadzieję, że kiedyś doczekamy się jeszcze jakiejś niepokornej wizji, od reżysera trzymającego się od nich z daleka, która odda im prawdziwy hołd, a przede wszystkim to podaruje widzowi pamiętnego filmowego Freddiego, skomplikowanego faceta, wielkiego artystę, dziką duszę, nieprzeciętnego człowieka.

niedziela, 4 listopada 2018

7 uczuć - recenzja


Wierzę, że bardzo łatwo się odbić od nowego filmu filmu Marka Koterskiego. "7 uczuć" opiera się na jednym koncepcie, trzyma się tego konsekwentnie i jeżeli tego nie kupimy to nie będzie to udany seans. Koterski zabiera w podróż do czasów dzieciństwa w okresie głębokiej komuny, ale wszystkie role dziecięce odgrywane są przez dorosłych aktorów. Początkowo to wprawia w zakłopotanie, bo pierwsze sceny są na tyle absurdalne, że nie sposób zareagować inaczej, jak nerwowym śmiechem, spoglądając jednocześnie z niepokojem ku pędzącej w naszym kierunku bestii o imieniu Żenada. Jest to zarazem sprytny sposób na wrzucenie widza na głęboka wodę, zanurzenie go całego, a następnie doprowadzenie bliżej brzegu, gdzie poczuje się bezpieczniej i bardziej komfortowo. Tak się dzieje, gdy zostajemy zabrani razem z Adasiem Miauczyńskim do szkoły i zaczynamy obserwować rozbudowane (i kosztowne) ćwiczenie aktorskie w wykonaniu plejady polskiego kina.

Film zaczyna się cytatem z Andrzeja Samsona mówiącym, że nasze dzieciństwo trwa 5000 dni, a pamiętamy z niego tylko 400 godzin. Nieprzypadkowo. Koterski wgryza się zarówno w te 400 godzin, zaledwie miesiąc z naszego życia, cicho zastanawiając się nad tym, dlaczego właśnie to zapadło nam w pamięci, jak również próbuje dokopać się do zapomnianych momentów i wskazać, jak te wszystkie zapomniane lata wpłynęły na ukształtowanie późniejszej dorosłej osoby. Nie spieszy się, powoli wgryza w szkolną rutynę, mnożąc powtarzalne elementy dnia w podstawówce. Wszystko to, co dość słusznie wyparliśmy z pamięci, lepiąc z tego we wspomnieniach jakiś konstrukt będących sumą doświadczeń na konkretnych lekcjach, a niektóre z nich nawet całkowicie wymazaliśmy z mózgu, bo pewnie bardziej byliśmy zajęci gryzmoleniem ludków w zeszycie, jak studiowaniem z pietyzmem tablicy Mendelejewa. Jest to chwilami męczące, niektóre sceny zdają się nie mieć końca, czasem zwyczajnie nużą, ale ma to ten plus, że szybko oswajamy się z konceptem dorosłych wcielających się w dzieci. Nigdy do końca nie przestajemy o tym pamiętać, ale przestaje mieć to znaczenie, bo razem z aktorami bierzemy udział w podróży do własnego dzieciństwa.


I jak to jest przy tym zagrane! Gabriela Muskała jest fantastyczna w roli znerwicowanej kujonki, która w przyszłości będzie pewnie jednym wielkim tikiem nerwowym. Jest świetny Andrzej Chyra w roli młodego cwaniaka. Doskonały Marcin Dorociński, jako ten „zbyt cool, żeby być zwykłym gówniarzem” (zupełnie jednak nie kupowałem tego, że jest dzieckiem, zachowywał się zbyt dojrzale, uszłoby to jeszcze, gdyby był uczniem klasy maturalnej, ale postać miał i tak fajną). Andrzej Mastalerz w dość smutnej roli chłopca skreślanego przez kadrę naukową. No długo można by jeszcze wymieniać: Robert Więckiewicz, Katarzyna Figura, a nawet Tomasz Karolak w małej roli, która nie powinna przeszkadzać największym anty-fanom jego osoby. Ogólnie to nikt tutaj nie odstaje, wszyscy pokazują kunszt, niektórzy wprawdzie są zdecydowanie lepsi (muszę to podkreślić jeszcze raz: Muskała!), ale nie ma w obsadzie ewidentnych słabych ogniw. Jest za to sporo przyjemnych niespodzianek, szczególnie w rolach rodziców bohaterów, ci dały możliwość zabłysnąć na chwilę Joanie Kulig i Piotrowi Gąsowskiemu (!). Największą niespodzianką jest jednak najnowsze wcielenie Adasia Miauczyńskiego. Obawiałem się Michała Koterskiego w tym filmie, bo jego poprzednia duża rola u ojca („Wszyscy jesteśmy Chrystusami”) nie należała raczej do zbyt udanych, ale facet dojrzał, dopracował warsztat aktorski, no i kurde, nawet trochę mnie zachwycił, a chwilami to wzruszył, w tym filmie.

Wielokrotnie spotykałem się z zarzutem czynionym filmowi Koterskiego, że opiera się na wiekowych, zużytych, czerstwych żartach. No przecież to nie miało być zabawne samo w sobie! Właśnie o to chodzi, że jako dzieci mielimy ciągle w ustach słabe żarty i gierki słowne, którymi przerzucamy się pomiędzy sobą, nie będąc nawet świadomymi tego, że stanowią one bezpośrednią kopię (albo lekką modyfikację) tego, co rozbawiało naszych rodziców. Uderzyło mnie to, że większość z tych wykorzystanych w filmie stanowiło również element mojego dzieciństwa. Jakby to były odwieczne zaklęcia trwale przypisane szkolnym murom i boiskom sportowym.


Jest to dość smutny seans, bo zaczynamy wprawdzie od humorystycznych scen umieszczających dorosłych aktorów w dziecięcych realiach, ale Koterski od samego początku zmierza zdecydowanym – choć powolnym - krokiem do przygnębiającej refleksji na temat dzieciństwa, tego co je kształtowało, emocji, które powoli traciliśmy wraz z dojrzewaniem, a także tego, jak rodziły się nasze obsesje, lęki i frustracje. Najmocniej uderza po głowie, gdy nie mówi tych rzeczy wprost, ale stawia na metafory i pozwala buzować myślom odbiorcy, rozpamiętującego podczas seansu własne dzieciństwo oraz robiącego powolny rachunek strat. Nie przeszkadzało mi jednak wyłożenie w finale bezpośrednio do kamery najważniejszych założeń przez Sonię Bohosiewicz. Po pierwsze, bo było to bardzo dobre zagrane. Po drugie, bo w tym przypadku sporo widzów będzie potrzebowało pewnego drogowskazu, który pozwoli im zrozumieć zamysł reżysera. Nie ma co się z tego zżymać. Jeżeli zrozumieliśmy wszystko wcześniej to tym lepiej dla nas. Koterski i tak wiele rzeczy zawierzył tutaj wrażliwości oraz inteligencji widza, a jeżeli Sonia pobudzi przy tym do refleksji widza, który przyszedł do kina tylko na polską komedię, a może otrzyma coś więcej, no to chyba tym lepiej?

Dał mi ten film po głowie. Dobił mnie jeszcze gorzką piosenką z napisów końcowych napisaną przez Koterskiego. Z seansu wyszedłem jak ze stypy. I to dobrze!

niedziela, 28 października 2018

Halloween - recenzja


Nie zdawałem sobie nawet z tego sprawy, ale potrzebowałem tego, znaczy się obejrzenia w kinie solidnego slashera, wzorcowego przedstawiciela gatunku, który zrobiony byłby bardzo na serio, ale bez jakiegoś przesadnego namaszczenia oraz kija w tyłku. „Halloween” dostarcza to. Zrobione 40 lat po klasyku Johna Carpentera, przekreśla wszystko to, co było w międzyczasie, i opowiada bezpośrednią kontynuację wydarzeń z pierwszego filmu. Jest to zabieg wygodny zarówno dla twórców, mogących pobawić się w tanie psychologizmy, jak i odbiorców, którzy niekoniecznie muszą (i chcą) znać wszystkie odcinki krwawej telenoweli.

Scenarzyści nie spieszą się do mordów, dając sobie czas na opowiedzenie o traumie, która naznaczyła Laurie Strode (Jamie Lee Curtis) na resztę życia i wpłynęła na jej relacje z rodziną. Poznajemy jej córkę oraz wnuczkę, której nastoletni przyjaciele będą wdzięczną kolekcją nowych ofiar Michaela. Kobieta całe życie przygotowywała się do powrotu oprawcy, to już nie jest „final girl”, ona chce być „last woman” (z którą niefortunnie zadrze psychol w masce). Szykowała się do tego starcia przez 40 lat, jest uzbrojona jak Rambo przed wakacjami w Afganistanie, a dom najeżyła pułapkami, kamerami, metalowymi kratami, silnymi lampami na zewnątrz i wszystkim innym, co tylko lokalny oddział OBI miał w magazynie. Jest więc gotowa na przyjście Myersa. Niech tylko do niej fiknie!

Oczywiście to slasher, więc rzecz jasna Laurie przez te 40 lat nie mogła się przygotować jakoś przesadnie dobrze, bo byłby przypał gdyby biedaczek z nożem nie mógł sforsować zabezpieczeń i musiał smętnym krokiem odejść do lasu. Zamiast tego mamy więc obowiązkowy festiwal kretynizmów w finale, które szczęśliwie prowadzą do całkiem emocjonującego i klimatycznie zrealizowanego ostatecznego starcia pomiędzy trzema pokoleniami kobiet (final_girl power), a mrukiem w stroju pracownika kanalizacji. Jest nawet solidna dawka napięcia, gdy jedna z bohaterek metodycznie przeczesuje skąpane w mroku domostwo. Pierwszorzędna robota w operowaniu światłem i cieniem.

Jest to bardzo satysfakcjonujący seans, jeżeli tylko wiemy, na co przyszliśmy do kina, czyli na porządny slasher o seryjnym mordercy. Trup ściele się gęsto, Michael morduje szybko, brutalnie, mało finezyjnie, ale za to cholernie efektywnie, zawsze krwawo, a czasem nawet efekciarsko. Mistrz Carpenter zaprawia to klimatycznym soundtrackiem, a reżyser chętnie sięga po genialny - klasyczny już - carpenterowski główny motyw muzyczny serii, który zupełnie się nie zestarzał. Twórcy czasem pozwalają sobie na lekkie żarty i mrugnięcia okiem do fanów serii, ale mordy są tutaj jak najbardziej na serio: brutalne, mroczne, zazwyczaj pokazywane z bezdusznym chłodem odzwierciedlającym charakter niemego bohatera serii. I prawidłowo.

sobota, 27 października 2018

Daredevil - trzeci sezon


Od samego początku tak było i nic się nie zmieniło w tej kwestii - „Daredevil” jest najlepszym marvelowym serialem Netfliksa. A ten rok udowodnił to dobitnie. Mieliśmy rekordową ilość nowych sezonów, bo pierwszy raz się zdarzyło, że mieliśmy nowe odcinki seriali o wszystkich Defendersach w tym samym roku. Podczas jednak, gdy już ledwie sobie przypominam, o co chodziło w „Jessice Jones”, przez kilka tygodni walczyłem z chęcią porzucenia „Luke’a Cage’a” i pomimo licznych wad, dobrze się bawiłem z „Iron Fistem”, twórcy „Daredevila” dostarczyli coś, do czego ciężko jest się przyczepić. Serial, którego chce się oglądać seriami po kilka odcinków, który wciąga, ekscytuje, interesuje, a okazjonalnie nawet zachwyca. Oczywiście są to takie mikro-zachwyty, zazwyczaj związane ze stroną wizualną (jak na przykład skąpane w czerwonym świetle wnętrze kościoła, które jest rodem z filmów Dario Argento).

Jest w tym sezonie od groma kapitalnych momentów: długie ujęcie w więzieniu, starcie w mieszkaniu Bullseye’a, starcie w kościele z Bullseyem, ale gdybym miał wskazać tylko jedną scenę, byłby to atak Bullseye’a na redakcję gazety. Czyli jakby nie patrzeć, Bullseye był strzałem w dziesiątkę, zarówno pod kątem obsadowym, jak i pomysłu na umieszczenie go w serialu. Najciekawsze, że nigdy w zasadzie nie zostaje tak nazwany, ale zasuwanie przez cały czas na kodach (auto-aim: on) nie pozostawia wątpliwości na jakim komiksowym łotrze go wzorowano. Jest to kozacka postać, która sprawia odbiorcy masę radochy, bo w starciu z bliska napieprza ciosami jak króliczek Duracella, a gdy musi walczyć z dystansu to pewnie potrafiłby wyrządzić jakieś szkody nawet temperówką. Jest to wdzięczny materiał dla twórców serialu i korzystają z tego obficie, stawiając na ogromną dynamikę w kolejnych scenach starć z nim, dbając też jednocześnie o walory wizualne (zdjęcia w tym serialu, a zwłaszcza oświetlenie i kolorystyka, to czysta radość dla oczu), za każdym razem uzyskując czadowy efekt finalny.


Można by trochę marudzić na jakieś pomniejsze minusy, na okazjonalnie dziwne zachowania bohaterów, powolny rozruch pierwszych odcinków, ale nie trafiłem tutaj na nic, co sprawiłoby, że chciałbym sobie zrobić przerwę od serialu. Nawet te nieszczęsne trzynaście odcinków, czyli ogólna rozlazłość wielu seriali Netfliksa, i to nie tyko tych marvelowych, nie przeszkadzała mi w tym przypadku. Udany był nawet obowiązkowy odcinek retrospektywny z drugiej połowy sezonu (jest to już praktycznie element schematu wedle którego budowane są kolejne sezony marvelowskich seriali), bo kupił mnie już samą wycieczką w mroźne amerykańskie zadupie, dobrze kojarzące mi się z wieloma udanymi filmami oraz serialami (no siema, „Fargo”). Z całą pewnością nie odczułem więc ulgi, gdy dotarłem do końca sezonu, bo jestem gotów na więcej Matta Murdocka. Ja chcę więcej Matta Murdocka. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec jego przygody z Netfliksem.

Załączam kadr po zobaczeniu którego pokiwałem głową z uznaniem. Nie jest tak plastyczny, jak wiele poprzedzających go scen skąpanych w mroku, albo tych zachwycającym światłem przebijającym się przez kolorowe kościelne witraże, czy też jakoś specjalnie efekciarski. Pokazuje jednak, że jest tutaj pomysł na niebanalne umiejscowienie postaci w kadrze, dorzucenie jakiegoś elementu, który pomimo prostoty samej sceny, czyni ją ciekawszą dla oka (siatka), a do tego przypomina, że osoba odpowiedzialna za kostiumy też wiedziała co robi, kontrastując „nudny” czarny strój Daredevila, kilkoma białymi elementami. Przyjemnie się na to patrzyło. Gdyby zrobić ten odcinek w czerni i bieli, ten moment byłby żywcem z komiksowego „Sin City”.

Frank Miller lubi to.

Kinofilia też.

I tak, dobrze wiem, że nie napisałem niczego o Wilsonie Fisku. Co tu mogłem jeszcze ciekawego dodać? Wilson Fisk jest zarąbisty. Koniec tematu.

sobota, 20 października 2018

O tym, jak studio Disneya pożarło kino rozrywkowe.


Jeżeli wydawało Wam się, że studio Disneya już masakrycznie zdominowało kino blockbusterowe to jeszcze nie widzieliście wszystkiego, poczekajcie na przyszły rok…

Dotarło to do mnie tydzień temu, gdy wrzucałem plakat „Aladyna”. W przyszłym roku zobaczymy trzy klasyczne animacje Disneya w nowej wersji. I to w bardzo krótkich odstępach czasu. Otóż najpierw w marcu mamy „Dumbo” Tima Burtona (w obsadzie Eva Green, Colin Farrell, Michael Keaton, Danny DeVito). Niecałe dwa miesiące później „Aladyna” Guya Ritchiego (który jest o tyle ciekawym przypadkiem, że w zasadzie jedyną gwiazdą projektu jest Will Smith, no i oczywiście w pewnym stopniu też sam reżyser). Nie zlecą jeszcze nawet kolejne dwa miesiące jak do kin trafi „Król Lew” Jona Favreau (Donald Glover, Seth Rogen, Beyonce, John Oliver, James Earl Jones i wielu innych).

To jednak nie koniec, bo w czerwcu przecież jeszcze wejdzie na scenę Pixar z kolejnym „Toy Story”.

I „Frozen 2” w listopadzie…

I w sierpniu podejmą próbę ruszenia z nową marką opartą na książkach z serii „Artemis Fowl”...

A, no i jeszcze niszowa seria filmów o superbohaterach. No wiecie, „Captain Marvel” w marcu, „Avengers 4” w maju (poprzednia odsłona zebrała na świecie skromne 2 miliardy dolarów) oraz „Spider-Man: Far From Home” w lipcu. Spidey oczywiście przyniesie głównie zarobki Sony, ale jestem pewien, że Marvelowi przy okazji tego filmu też wpadnie do kieszeni trochę zaskórniaków. Przecież wpływy z takiej głośnej premiery to nie tylko zyski z samych biletów, ale też wszystkiego innego związanego z Pajęczakiem i Marvelem.

Jakby tego było mało to pod koniec roku zrzucą jeszcze kolejną komercyjną bombę w postaci dziewiątego epizodu „Gwiezdnych Wojen”.


Takie nagromadzenie gorących premier o ogromnym potencjale komercyjnym zapewne nie jest przypadkowe. Od dawna trwały negocjacje w sprawie zakupu przez Disneya studia 20th Century Fox. Od razu było wiadomo, że będzie to kosztowna inwestycja, która okazała się być jeszcze dotkliwsza za sprawą konkurencji w postaci Comcastu próbującego ich przelicytować. W efekcie zamiast pierwotnych 52 miliardów dolarów musieli wyłożyć jakieś 65 miliardów (o ile nie uległo to zmianie po tym, jak Comcast się wycofał ze swoich planów i postanowił skupić na Sky). Ile by to ich ostatecznie nie wyniosło, jest to już suma odczuwalna nawet dla takiego molocha jak Disney, bo stawiająca ich w ryzykownym położeniu – wystarczyłaby teraz seria błędnych decyzji biznesowych i kosztownych porażek finansowych w kinach żeby zaczęło się robić nieciekawie dla korporacji. Przypuszczam więc, że celowo zaplanowali na przyszły rok taki zmasowany atak blockbusterów, który podreperuje ich nadwyrężone konto.

Wszystko wskazuje na to, że nie będzie z tym problemu, bo pewnie same tylko zyski z „Avengers 4”, „Króla lwa” i „Gwiezdnych Wojen” (wszystko zapewne grubo powyżej miliarda z każdego filmu, a pewnie i dwójka na przodzie nie będzie wielkim zaskoczeniem) rozpromienią twarze akcjonariuszy. Dodać do tego szereg produkcji, których rozpiętość zysków będzie pomiędzy 600 milionów a miliardem, a także kilka potencjalnych niespodzianek i z całą pewnością zarząd Disneya pod koniec przyszłego roku będzie się już klepać po pleckach.

Warto dodać, że nie uwzględniłem w powyższym jeszcze marek Foxa, które teraz wejdą pod skrzydła Disneya. Przypuszczam, że już w przyszłym roku zaczną wypuszczać do kin ich filmy ze swoim logo (niektóre źródła twierdzą, że pierwszym takim tytułem będzie „Dark Phoenix”). W takim przypadku dojdą jeszcze chociażby dwa filmy o mutantach („Dark Phoenix”, „New Mutants”), „Kingsman 3”, „Alita: Battle Angel”, „The Kid Who Would Be King” (nowy film Joego Cornisha, twórcy „Attack the Block”).

Jeżeli wydaje Wam się, że 2019 będzie masakryczny to poczekajcie na przyszłą dekadę…


Obstawiam, że „Dark Phoenix” będzie pożegnaniem z uniwersum zbudowanym przez pierwsze filmy Bryana Singera. Kwestią czasu jest kiedy mutanci zaczną być wprowadzani do MCU. Można jedynie spekulować, czy pociągnie to ze sobą reboot całego MCU (myślę, że mimo wszystko na to za wcześnie, chyba po prostu dotrzemy do momentu, gdy na „emeryturę” przejdzie pierwotny skład Avengers, bo przecież nie zdołają w nieskończoność przedłużać kontrakty wszystkich tych aktorów, a chyba nie zdecydują się na podmianę całej obsady), ale jestem przekonany, że nie będą się babrać w chronologicznym bajzlu singerowskich X-menów i po prostu zaczną od zera.

Kilka nietrafionych decyzji (głównie nieszczęsny „Solo”, przy którego realizacji i dystrybucji popełniono wiele błędów, ale też wkurzenie sporej części fanów filmem „Ostatni Jedi”) tymczasowo uwaliło pomysł corocznych premier filmów ze świata Gwiezdnych Wojen, ale z całą pewnością w przyszłej dekadzie zobaczymy więcej historii osadzonych w tym uniwersum, bo takiej marki się nie odpuszcza, będą kombinować od różnych stron i zapewne znajda sposób na ponowne generowanie ogromnych zysków z dzieła życia George’a Lucasa.

A, no i jest jeszcze James Cameron i jego nieco obłąkana wizja czterech kontynuacji „Avatara”, które powstają już od lat. Odnoszę wrażenie, że chwilowo nikt na to nie czeka i nie wierzy w sukces tego projektu, ale Cameron to gość, który wielokrotnie ignorował ludzi pukających się w czoło, robił swoje i zawsze wychodził z tego zwycięsko. Pierwszy „Avatar”, również wyśmiewany przez wielu, dobił prawie do trzech miliardów dolarów (zabrakło ponad 200 milionów, ale pewnie zrobią jakąś reedycję przed premierą drugiej części i dobiją do trójeczki na przodzie), więc nie należy przedwcześnie skreślać drugiej części, bo może ona zainicjować triumfalny kilkuletni najazd kosmicznych smerfów na portfele widzów.

Reasumując, jak to wszystko wypali i nie popełnią jakichś horrendalnych błędów po drodze to Disney w przyszłej dekadzie będzie miał tyle kasy, że nie tylko szybko odkuje się po kosztownym zakupie Foxa, ale będzie mógł zacząć kupować sobie dla beki różne państwa w Ameryce Południowej.

All Hail King Mickey!

niedziela, 7 października 2018

A Star is Born (Narodziny gwiazdy) - recenzja


Droga „Narodzin gwiazdy” na duży ekran była wyboista. Czwarta (!) już wersja filmu z roku 1937 pierwotnie miała powstać na początku obecnej dekady. Za kamerą miał siedzieć Clint Eastwood, a jego instrukcji słuchać Beyonce. Jest to dość pocieszna wizja, gdy wyobrazić sobie Clinta przekazującego tym swoim ciepłym głosem - o walorach papieru ściernego trącego o kamień – wskazówki gwieździe pop. Długo szukano aktora partnerującego piosenkarce, rozmowy prowadzono z takimi osobami jak: Tom Cruise, Christian Bale, Johnny Depp, Will Smith i Leonardo DiCaprio. W końcu z filmu zrezygnowała Beyonce, za to zaangażowano Bradleya Coopera, który z czasem przejął również pozycję Eastwooda i wybrał projekt na swój reżyserski debiut. Dwa lata temu w miejsce piosenkarki wskoczyła koleżanka po fachu, Lady Gaga, i realizacja w końcu ruszył z kopyta.

Jedno jest pewne, Cooper i Gaga to duet kompletny, idealna mieszanka chemii, talentu i charyzmy. On w ogóle nie przypomina siebie, ogorzały, zarośnięty, używający nieco niższego głosu niż zwykle. Jackson Maine to gość, który tak długo był wystawiony na zalety i wady sławy, że nie pamięta już, jak to jest nie być fotografowanym przez kasjerkę w supermarkecie i nagabywanym przez obcych w barze. Przestał już zwracać na to uwagę. W pewnej chwili stwierdza, że jednym z efektów sławy jest ciągłe zwracanie się do niego pełnym imieniem i nazwiskiem przez innych ludzi. Przestał był tylko Jacksonem, czy też Jackiem, zawsze jest Jacksonem Mainem, TYM Jacksonem Mainem. Jackson Maine to szycha, gwiazda country zapełniająca stadiony, legenda rozpoznawalna przez wszystkich. Przy tym to człowiek zmęczony życiem, na granicy wypalenia, ale wciąż jeszcze próbujący dawać z siebie wszystko na scenie i podtrzymywać w sobie płomień, a okazyjnie to nawet rozpalać porządne ognisko.


Ona natomiast wręcz musiała nie przypominać siebie, nie było innej drogi, od tego zależał los filmu, czy widz zdoła zapomnieć o jej scenicznej personie - szalonej, wyrazistej gwieździe pop w dziwacznych kostiumach. Musieliśmy uwierzyć, że patrzymy na skromną, zakompleksioną, niedoświadczoną dziewczynę, która ma ogromny talent, ale niewystarczająco oszałamiający wygląd żeby zawojować przemysł rozrywkowy. I to się udało. Film najmocniej działa w pierwszej godzinie, gdy obserwujemy jej drogę do sławy. Lady Gaga ma kawał głosu i najlepszy użytek z niego robi w tych pierwszych, prostych, naładowanych czystymi emocjami piosenkach, które wchodzą pod skórę, wywołują ciary, wbijają w fotel i poruszają serducho. Rewelacją jest natomiast Bradley Cooper, który nie tylko nie odstaje wokalnie, ale też - co ważniejsze – równie umiejętnie maluje emocje przy pomocy głosu. Czy to w duecie z piosenkarką, czy w solowych występach, udowadnia, że jest TYM Jacksonem Mainem i nie bez przyczyny jest tak kochany przez publiczność. „Narodziny gwiazdy” mają widzowi do zaoferowania jedne z najlepszych scen koncertowych w historii kina. Jest to pięknie sfilmowane i fenomenalnie udźwiękowione, warto tego doświadczyć w kinie z dobrym nagłośnieniem, bo można poczuć się, jakbyśmy byli na prawdziwym koncercie. Jeżeli film za kilka miesięcy nie zgarnie statuetek w technicznych kategoriach dźwiękowych uznam to za skandal.

Jak już wspomniałem, ale warto to podkreślić jeszcze raz - pomiędzy ekranowym duetem jest wyczuwalna prawdziwa chemia. Cooper ładnie się uzupełnia z partnerką, oboje dają subtelny popis aktorskiego rzemiosła, tworząc pełnokrwiste postacie, starannie przemyślane i konsekwentnie poprowadzone, ale sprawiające jednocześnie wrażenie prawdziwych osób, a nie tylko owoców czyjejś wyobraźni. Pierwsza godzina kradnie serce, bo opowiada po prostu o relacji dwójki ludzi, o tym jak się poznają, zakochują w sobie, wskakują oczywiście w role mentora i muzy, ale jest to pokazane w ujmująco naturalny sposób, jest w tym wyczuwalna szczerość i jakaś prawda o życiu. Gdy jest to tylko film o tym, o rodzącym się uczuciu, o życiu w trasie, uczeniu się scenicznego obycia i odkrywaniu realiów życia artysty, to wtedy pochłania bez reszty, angażując emocjonalnie, ale też wciągając w prostą opowieść o muzykach.


Urok niestety zaczyna nieco ulatywać po godzinie, gdy Ally w pogoni za sławą skręca w kierunku dość przezroczystej kariery gwiazdki pop. Jakość piosenek spada, a wraz z tym zaczyna nieco uwierać przewidywalność i sztampowość fabuły, co wcześniej skutecznie osładzały odczuwane emocje związane z wykonywaną muzyką oraz szczerością ukazywanych tutaj ludzkich zachowań. Wtedy też zaczynają się nasilać alkoholowe problemy Jacksona, obecne w zasadzie od pierwszych minut filmu, ale wcześniej bagatelizowane i spychane na bok. Oczywiście było wiadomo, że nie będzie to trwało wieczne i jest kwestią czasu zanim boleśnie ugryzie to wszystkich w tyłek. I tak się dzieje. Nie jest to chwilami najzgrabniej prowadzone, szczególnie scena podczas wręczania nagród Grammy, która zapewnia prawdziwą mieszankę przeciwstawnych emocji (w tym zażenowania), i to raczej niekoniecznie zamierzonych przez twórców. Co nie znaczy, że druga połowa filmu pozostawia widza zupełnie obojętnym na to, co ogląda. Nie jest tak, że postacie, które już wcześniej polubiliśmy, przestają nas obchodzić. Po prostu to już nie działa tak dobrze, bo widzieliśmy tę historię w kinie niezliczoną ilość razy i wyłączamy się trochę na poziomie emocjonalnym.

W finale jednak wszystko znowu wskakuje na swoje miejsce, muzyka ponownie zaczyna porządnie tarmosić emocjami, trafiając przy tym w samo sedno, czyli w serducho, pięknie uzupełniając się z poruszającym finałem historii. Jeżeli więc zapytacie, czy zachwyty zachodniej krytyki i głosy o ogromnym „oscarowym potencjale” nie są przesadzone, to odpowiem, że do pewnego stopnia niewątpliwie są. Nie wszystko tutaj działa tak jak powinno, ale gdy film wznosi się na wyżyny swojego potencjału to robi taki emocjonalny rozpieprz, że jestem w stanie zrozumieć wszystkie te entuzjastyczne głosy.

środa, 3 października 2018

Venom - recenzja


Od czasu do czasu lubię zobaczyć naprawdę zły film, bo pozwala dostroić sobie w głowie krytyczne trybiki, „odświeżyć” rozpiętość skali gustu, pokazać co powinno się znajdować na tym gorszym końcu, bardziej docenić te dobre filmy, ale też pomóc w sprawiedliwej ocenie tych „tylko” niezłych i przeciętnych. „Venom” wykonuje taką robotę dla kina superbohaterskiego, bo pozwala na nowo docenić produkcje Marvela i wprowadzoną przez nich jakość, ale też nabrać większego dystansu do tego, czym raczył Warner i jego filmowe DC Universe. „Venom” to wehikuł czasu zabierający widzów w okres powstawania takich tytułów jak „Spawn”, „Daredevil”, „Catwoman” oraz „Elektra”. Filmów nie tyle radośnie campowych, jak te nieszczęsne schumacherowskie ekranizacje Batmana, co zwyczajnie durnych, nudnych, nietrafionych tonalnie, nierozumiejących materiału źródłowego, no i zwyczajnie tandetnych.

Od pierwszych minut wiadomo, że to będzie niestety kontakt z bezdusznym filmem, pozbawioną ikry historią opartą na leniwie skleconym scenariuszu, wypchanym kretynizmami, drewnianymi dialogami, nudnymi scenami, zerowa logiką wydarzeń i obowiązkowym niewyrazistym finałowym starciem kupki pikseli o losy całej ludzkości. Osoby powiązane z filmem od miesięcy nie mogły się zdecydować jaka będzie jego kategoria wiekowa i to widać w finalnej wersji. Venom odgryza w filmie kilka głów, drugi symbiont szlachtuje ludzi, ale krew pojawia się chyba tylko przypadkiem tam, gdzie zapomniano ją usunąć cyfrowo. Obstawiam, że początkowo planowano R-kę (pewnie typowe hollywoodzkie zachłyśnięcie się sukcesem innego filmu, w tym przypadku „Deadpoola”), ale gdy studio zorientowało się jaką abominację stworzono, zaczęło w panice usuwać z filmu jatkę żeby opchnąć go w pierwszych tygodniach wyświetlania większej ilości widzów.


Zbrodnią jest, że zebrano tak utalentowany tercet aktorów (a do tego ściągnięto jeszcze - do planowanego sequela - Woody’ego Harrelsona) i pokarano ich czymś tak słabym. Michelle Williams mogłoby w tym filmie nie być, czego zresztą pewnie życzyłaby sobie sama aktorka, bo robi za pozbawioną charakteru ciapę w miniówie. Riz Ahmed musi wygadywać jakieś dyrdymały i robić za coś pomiędzy karykaturą Elona Muska, a kolejnym kreskówkowym pseudo-racjonalistą biadolącym o ludzkości wyniszczającej planetę. Natomiast Tom Hardy… Ech, Tom Hardy. Najwyraźniej ktoś zrobił mu numer dekady i powiedział, że gra w głupawej komedii, ale nie przekazał tej informacji reszcie obsady. Przypał. Jego interakcje z głosem w głowie bywają momentami zabawne, chyba przypadkiem wyszła im jedna przezabawna linia dialogowa (scena z windą), ale głównie jest to nietrafiony humor na który patrzy się z lekkim zażenowaniem.

Kończąc, chciałbym napisać coś pozytywnego, ale jedyne co mogę zaoferować, zwłaszcza osobom, które wybiorą się na to do kina – zostańcie do końca napisów. Jest kilkuminutowa scena z filmu animowanego „Spider-Man Uniwersum”, który trafi do kin pod koniec grudnia. Jest pomysłowo, niebanalnie, scenę akcji zrealizowano z polotem, strona wizualna jest cudowna, a dialogów słucha się z uśmiechem na ustach. Reasumując: jest to totalne przeciwieństwo „Venoma”. Nie wiem jakim cudem wyszło to od Sony, ale mam nadzieję, że będą od teraz szli właśnie w takim kierunku, a nie podróżowali w czasie do okresu, o którym chyba wszyscy miłośnicy kina superbohaterskiego chcieliby już zapomnieć.

wtorek, 2 października 2018

Martin Scorsese: making of, część druga

Obiecana w weekend druga część tekstu o kulisach realizacji kilku filmów Martina Scorsese.


Przylądek Strachu

Martin Scorsese długo wzbraniał się przed realizacją "Przylądka strachu", nowej wersji filmu sprzed trzydziestu lat z Gregorym Peckiem i Robertem Mitchumem. Universal jednak na niego naciskał, powołując się na umowę zawartą przy okazji "Ostatniego kuszenia Chrystusa", jego wymarzonego projektu, na który przez lata nie mógł znaleźć pieniędzy. Gdy już wydawało się, że uda mu się zrealizować film dla Paramountu, wszystko trafił szlag w 1983 r. i niechciany, kontrowersyjny projekt Scorsese przez następnych kilka lat był ofiarą żartów na hollywoodzkich imprezach. Reżyser został nawet kiedyś przedstawiony jakiemuś ważnemu prezesowi jako gość, który nakręci „Ostatnie kuszenie Chrystusa", na co tamten roześmiał mu się w twarz i odwrócił na pięcie.

W końcu jednak udało mu się, w czym nie małą zasługę miał Mike Ovitz, współzałożyciela CAA, który w latach 80. stał się jedną z najpotężniejszych figur w Hollywood. To dzięki Ovitzowi doszło do realizacji "Koloru pieniędzy", "Chłopców z ferajny", "Wieku niewinności", czy też w końcu "Ostatniego...". Ovitz przekonał do projektu Toma Pollocka z Universalu, który zdecydował się wyłożyć pieniądze (Scorsese po latach szykan i odmownych decyzji, obawiał się już prosić o więcej, jak marne 7 milionów dolarów, co nawet w latach 80. było śmieszną sumą) pod warunkiem, że reżyser zrealizuje dla nich również projekty bardziej "atrakcyjne komercyjnie".

I tu wracamy do "Przylądka strachu". Scorsese montował właśnie "Chłopców z ferajny", gdy zgłosił się do niego Steven Spielberg i wręczył scenariusz remake'u. Martin przeczytał go trzy razy. Za każdym podejściem nienawidził go coraz bardziej. Napisany pierwotnie z myślą o Spielbergu, zawierał mnóstwo scen epatujących tandetną sielanką rodziny Bowdenów, siedzącej razem przy pianinie i radośnie śpiewającej piosenki. Scorsese stwierdził, że bohaterowie są chyba z innej planety i kibicował socjopatycznemu Maksowi, licząc, że ten wyrżnie ich wszystkich.

Co ciekawe, kolejnym projektem Scorsese miała być... "Lista Schindlera". Zmęczony jednak falą krytyki i nienawiści, jaka spłynęła pod jego adresem po premierze "Ostatniego kuszenia Chrystusa", nie czuł się na siłach, żeby sięgać po kolejny delikatny temat. Ostatecznie zdecydował się więc na dokonanie wymiany z kolegą po fachu. Spielberg chciał wiedzieć tylko jedną rzecz - czy cała rodzina Bowdenów przeżyje do końca. Uspokojony przez Martina, że ten nie wyobraża sobie innej alternatywy, pozostawił całą resztę w jego rękach, udzielając pozwolenia na dowolne zmiany w scenariuszu. Pewnie trochę się później zdziwił, bo Scorsese raczej nie wspomniał, że skupi się na patologiach trawiących rodzinę Bowdenów: niewierności męża, zdradzonej żonie próbującej odegrać się na bohaterze oraz seksualnie rozbudzonej nastoletniej córce zafascynowanej drapieżnym psychopatą.



Gangi Nowego Jorku

Martin Scorsese o realizacji "Gangów Nowego Jorku" marzył od lat 70. To właśnie wtedy, w mieszkaniu znajomych, u których zatrzymał się po sylwestrowej imprezie, znalazł kopię "The Gangs of New York" Herberta Asbury'ego. Książka opowiadała o pełnym przemocy okresie pomiędzy rokiem 1830, a końcem wojny secesyjnej (1865), kiedy to gangi praktycznie rządziły ulicami dolnego Manhattanu, w tym rejonem Bowery, niedaleko którego wychowywał się Marty. Reżyser przeczytał całość przy jednym posiedzeniu i natychmiast przekazał scenarzyście, Jay'owi Cocksowi, zaznaczając, że ma do tego podejść jak do westernu w kosmosie. Pierwsza wersja scenariusza liczyła blisko 180 stron, miała dickensowski rozmach i była mocno zainspirowana "Satyriconem" Felliniego oraz "Mechaniczną pomarańczą" Kubricka. Malcolm McDowell miał zresztą wystąpić w głównej roli.

I wtedy stała się tragedia - premierę miały nieszczęsne "Wrota niebios" Michaela Cimino, słynny ambitny projekt, który okazał się być gigantyczną wpadką finansową i w efekcie pociągnął na samo dno United Artist. Scorsese, który ledwie wylizał się po rozczarowującym komercyjnie "New York, New York" sprzed trzech lat, nawet nie marzył więc o rychłej realizacji porażającej rozmachem opowieści o ulicach rządzonych przez gangi. Dopiero dziesięć lat później, gdy Hollywood spojrzało na niego przychylniejszym okiem po sukcesie "Chłopców z ferajny", projektem zainteresowało się Warner Bros, ale szybko się z tego wycofało. Kilka lat później do realizacji przymierzało się studio Disneya, ale ostatecznie odstraszył ich mizerny wynik finansowy "Kunduna" z 1997. Od tamtej pory żadne studio filmowe nie chciało się podjąć realizacji tego projektu, bo ostatnim komercyjnym sukcesem Scorsese był "Przylądek strachu" z 1991.

Dopiero na początku nowego stulecia, scenariuszem zainteresował się Harvey Weinstein, marzący o współpracy z Martinem. Wskrzeszeniu projektu z martwych niewątpliwie pomogło też zainteresowanie wyrażane przez Leonardo DiCaprio. Leo na radarze reżysera znajdował się od czasu "Chłopięcego światu" (1993), w którym wystąpił u boku Roberta De Niro. Zresztą to De Niro - zazwyczaj nieskory do tego typu zachowań - zasugerował przyjacielowi, żeby zainteresował się utalentowanym dzieciakiem z którym niedawno współpracował. Co ciekawe, to właśnie De Niro jako pierwszy otrzymał propozycję zagrania roli Rzeźnika, ale odmówił. Scorsese zgłosił się więc do Daniela Day-Lewisa, ówcześnie twierdzącego, że jest już na przedwczesnej "emeryturze". Aktor przeprowadził się nawet do Włoch żeby... pobierać nauki od szewca. Day-Lewis był zaintrygowany rolą, ale niechętnie zgodził się na występ, bo od projektu odstraszała go osoba Weinsteina.


Niewątpliwie to jednak niesławny Harvey przyczynił się w dużej mierze do zrealizowania filmu. Do przepisania scenariusza zatrudnił Steve'a Zailliana, nagrodzonego Oskarem za "Listę Schindlera". W obliczu nadchodzącego strajku scenarzystów, wymusił też skrócenie o dwa tygodnie okresu przygotowań do realizacji, co wybiło Martina z rytmu i zmusiło do dokonania wielu decyzji pod presją czasu. Później wielokrotnie dochodziło do starć pomiędzy reżyserem, a producentem, który nie rozumiał, dlaczego mając tak atrakcyjnych aktorów jak Day-Lewis i DiCaprio, duet o ogromnym potencjale marketingowym, ubiera się ich w łachmany, dobiera dziwaczne kolorystycznie ubrania oraz kapelusze, nie wspominając już o rozczochranych i przetłuszczonych włosach Daniela. Nie podobał mu się również pomysł zamieszczenia sceny walki pomiędzy terrierem i grupą szczurów oraz umieszczenia słoja z odciętymi uszami w głównej kwaterze Rzeźnika. Po jakimś czasie doszło do tego, że Martin zamontował lusterka przy swoim stanowisku z monitorami żeby ostrzegały go zawczasu o zbliżającym się Weinsteinie. Panowie kłócili się na tyle ostro, że w pewnym momencie Scorsese zagroził porzuceniem filmu i przekazaniem dokończenia go komuś innemu.

Film został finalnie ukończony z poślizgiem, budżet przekroczono o co najmniej 10 milionów, a zdjęcia przeciągnęły się tak bardzo, że Scorsese został w końcu zmuszony do zwolnienia z planu Cameron Diaz, która musiała już zacząć pracować przy filmie "Ostrożnie z dziewczynami". Scorsese oczywiście nie był z tego zadowolony i próbował przekonać Columbię do opóźnienia startu realizacji komedii, ale pokazano mu środkowego palca. Weinsteinowi zresztą też skończyła się cierpliwość i nakazał natychmiastowe przerwanie realizacji filmu, chociaż Martin wciąż dopracowywał finałowe starcie pomiędzy Amsterdamem i Rzeźnikiem. Reżyser nie zdołał więc nakręcić wszystkich zaplanowanych ujęć.

Wszystkie te problemy odcisnęły piętno na filmie, który miał wszystko co tylko potrzebne, żeby zostać arcydziełem: pełną rozmachu historię o szalenie interesującym okresie w dziejach Stanów Zjednoczonych, opowiedzianą przez utalentowanego reżysera z pomocą zdolnych aktorów, ale nie dość czasu, żeby to wszystko dopracować, poprawić słabe elementy, skorygować nierówną narrację oraz pokierować nieco inaczej DiCaprio, który wyraźnie odstawał od charyzmatycznego Day-Lewisa.

Szkoda.

niedziela, 30 września 2018

Martin Scorsese: making of, część pierwsza

Szukając czegoś w archiwum wpisów z fejsa, przypadkiem wpadłem na tekst poświęcony kulisom realizacji „Gangów Nowego Jorku”. Przypomniałem sobie, że kilka lat temu wrzuciłem kilka takich wpisów poświęconych twórczości Martina Scorsese, co było efektem lektury książki „Martin Scorsese: A Retrospective” Toma Shone’a (polecam). Szkoda, żeby to się marnowało w facebookowej próżni więc postanowiłem wykopać wszystkie wpisy, poprawić je, a następnie wrzucić na bloga. Dziś będzie o „Wagonie towarowym Bertha” oraz „Wściekłym Byku”, a kolejny tekst opowie o „Przylądku strachu” oraz wspomnianych „Gangach Nowego Jorku”.


Wagon towarowy Bertha

Na początku lat 70. Martin Scorsese przeniósł się do Los Angeles żeby być bliżej przemysłu filmowego. W L.A. wytrzymał tylko kilka lat, bo szybko doszedł do wniosku, że jego miejsce jest w ukochanym Nowym Jorku. W 1971 nie miał jeszcze żadnej pozycji w branży. Nakręcił kilka obiecujących krótkometrażówek, jeden przyzwoity film długometrażowy, w którym zadebiutował zresztą Harvey Keitel ("Kto puka do moich drzwi"), a następnie podjął się realizacji filmu na zlecenie ("The Honeymoon killers"), ale po dwóch tygodniach został zwolniony, więc gdy zaoferowano mu w L.A. pracę przy montażu dokumentu muzycznego "Medicine Ball Caravan" nie zastanawiał się długo nad przeprowadzką do Hollywood. Na miejscu od razu zaprzyjaźnił się z kilkoma innymi zdolnymi młodymi reżyserami (Francis Ford Coppola, Steven Spielberg, George Lucas, może któregoś kojarzycie) i dostał ofertę pracy od legendarnego producenta kina exploitation, Rogera Cormana.

Roger wręczył mu 200-stronicowy - a przy tym bardzo zwarty - scenariusz "Wagonu towarowego Bertha" i powiedział, że może go przerabiać do woli. Marty musiał się stosować tylko do jednej zasady: sceny rozbierane miały się pojawiać przynajmniej raz na piętnaście stron. Sama realizacja nie była już tak bezstresowa, bo Corman często pojawiał się na planie żeby upewnić się, że film zostanie zrealizowany w przewidzianym czasie. Pod koniec realizacji zażyczył sobie jeszcze nakręcenie niezaplanowanej sceny pościgu, którą Scorsese musiał wcisnąć w napięty grafik. Producent nad głową siedział mu także w studiu montażowym. Gotowa zmontowana wersja trwa 90 minut, surowa wersja była dłuższa o 30 minut. John Cassavetes po zobaczeniu tej drugiej (poproszony przez Scorsese) powiedział koledze po fachu, że zmarnował rok życia na nakręcenie gównianego filmu. Szybko uzupełnił, że w swoim gatunku jest to dobry film, ale reżyserzy jego klasy nie powinni trwonić talentu na takie produkcje. Młodemu koledze doradził żeby teraz energię poświęcił opowiedzeniu historii, która szczerze go interesuje. Marty wziął sobie radę do serca. Jego następnym filmem były "Ulice nędzy".



Wściekły Byk

Pod koniec lat 70. Martin Scorsese był wyniszczony zdrowotnie i wypalony zawodowo. Po ogromnym sukcesie artystycznym "Taksówkarza", który został nagrodzony Złotą Palmą w Cannes, reżyser nie miał pomysłu na siebie, a do tego był po uszy zanurzony w narkotykach i hedonistycznym trybie życia. Naglące terminy zmusiły go do rozpoczęcia realizacji "New York, New York" bez ukończonego scenariusza. Scenarzyści pracowali nad fabułą praktycznie do ostatniego dnia produkcji. Liza Minnelli i Robert De Niro zaczęli w końcu improwizować dialogi, a Scorsese był zbyt odurzony narkotykami żeby zapanować w pełni nad tym bałaganem. Film okazał się klęską finansową i zarobił zaledwie 16 milionów dolarów.

Scorsese był zmęczony reżyserią i przekonany o tym, że się już wypalił jako twórca filmowy. Gdy wiec De Niro kolejny raz zgłosił się do niego z propozycją realizacji "Wściekłego byka", do czego namawiał go od lat, reżyser znowu odmówił. Uważał, że kolejny wspólny projekt nie jest dobrym pomysłem i powinni od siebie odpocząć. Aktor się jednak nie poddawał i po jakimś czasie reżyser zmienił zdanie. Scorsese dostrzegł interesującą paralelę pomiędzy autodestruktywną naturą głównego bohatera, a własnym trybem życia. Martin był przekonany, że nie dożyje do czterdziestki, a "Wściekły byk" będzie ostatnim filmem w jego karierze. Drogą autodestrukcji poszedł również De Niro, który dla roli przytył prawie czterdzieści kilo - skoczył z wagi ok. 65kg na poziom bliski 100kg. Zanim do tego jednak doszło, odbył roczny trening z samym LaMottą i okazał się w tym na tyle dobry, że bokser zorganizował mu trzy profesjonalne walki pod pseudonimem, z czego dwie zdołał nawet wygrać. Cały ten trud opłacił się aktorowi, bo zaowocował drugim (i jak na razie ostatnim w karierze) wygranym Oskarem.


Co ciekawe, na czarno-białą formę reżyser zdecydował się ze względu na czerwone rękawice bokserskie, które nie podobały mu się wizualnie.

„Przed realizacją poszedłem na dwa mecze bokserskie, pięć rund pomiędzy nieznanymi bokserami. Pierwszego wieczoru, pomimo tego, że siedziałem daleko od ringu, widziałem gąbkę czerwoną od krwi, i to właśnie wtedy film zaczął nabierać kształtu. Następnym razem siedziałem o wiele bliżej i widziałem krew ściekającą z lin. Pomyślałem sobie, że to z całą pewnością nie ma nic wspólnego z żadnym sportem”.

Ciąg dalszy nastąpi…

niedziela, 16 września 2018

X-Files: pięć ulubionych momentów pomiędzy Mulderem i Scully.


Jeżeli ktoś jest tutaj wystarczająco długo to może pamiętać, że kilka lat temu zabrałem się za ponowne oglądanie „X-Files” od początku. Sporo wtedy pisałem o serialu. Liczyłem, że w kilka miesięcy uda mi się przypomnieć sobie wszystkie stare sezony (i nadrobić ostatnie dwa) przed premierą tych nowych odcinków. Nie udało się, trochę z powodu tego, że geo-piractwo na Netfliksie zrobiło się problematyczne i stało się praktycznie niemożliwym logowanie do amerykańskiej wersji na konsoli (a na ekranie komputera nie oglądam filmów). Na brytyjskiej wersji niestety nie było „X-Files”, a ja do tego odczuwałem już lekki przesyt serialem, więc odpuściłem jakoś w połowie siódmego sezonu.

Poniedziałkowa rocznica (25 lat od premiery pierwszego sezonu) zainspirowała mnie do spontanicznego tygodnia z „X-Files”, którego nie ogłaszałem jakoś specjalnie, bo postanowiłem zobaczyć, czy kolejne wpisy na facebooku będą się przyjmować równie dobrze. Przyjęły się. Mnie natomiast zaczęło teraz kusić żeby wrócić do siódmego sezonu i dokończyć stare odcinki. Całość jest obecnie na brytyjskim Amazonie Prime, więc ogranicza mnie tylko wolny czas, czyli najgorszy zabójca takich pomysłów.

Wracając jednak do tygodnia z „X-Files” to chciałem go zakończyć czymś bardziej osobistym, jak tylko kolejnym pociesznym zdjęciem na fejsie, ułożyłem więc listę pięciu ulubionych momentów pomiędzy Mulderem i Scully.


„Pilot”

A konkretnie to finał pierwszego odcinka. Początek wieloletniej wspólnej przygody, pełnej strapień, bólu i obaw, ale też radości, ekscytacji oraz wzajemnej intelektualnej stymulacji. Ona zostaje wysłana do niego żeby obserwować z bliska oszołoma i donieść szefostwu, gdy ten w końcu posunie się o jeden krok za daleko. On biega za zielonymi ludkami, wszędzie wietrząc spiski, więc realistka-konfidentka, twardo stąpająca po ziemi i zapatrzona w naukowe fakty, jest dla niego osobą z innej bajki. Pod koniec odcinka odkrywają, że jest to mieszanka przeciwnych charakterów, która owocuje czymś kreatywnym. Stanowią dla siebie nawzajem filtr, zapewniając pole do dyskusji, arenę wiecznego drążenia do prawdy, kwestionowania tego w co się wierzy, negowania bzdur i wyłuskiwania tego, co jest naprawdę wartościowe i zasługujące na dalszą analizę. Przede wszystkim jednak - odkrywają w sobie głęboką fascynację tą drugą osobą, chęć poznania jej lepiej, zgłębienia jakże odmiennego rozumowania i przeciągnięcia na swoją stronę, co oczywiście zaowocuje w przyszłości wzajemnym przepisaniem systemu wartości i modyfikacją podejścia do świata.

„War of the Coprophages” (s03e12)

Mulder na tropie morderczych metalowych karaluchów. Scully puka się w czoło i zamiast tego zostaje na weekend w domu żeby umyć psa. Mulder oczywiście ciągle wydzwania do Scully po ekspertyzę, przerywając jej pałaszowanie lodów albo lekturę „Śniadania u Tiffany’ego”. Później pojawia się seksowna pani entomolog o imieniu Bambi, o której Mulder zaczyna mówić stanowczo zbyt wiele, i nagle Scully znajduje czas żeby do niego polecieć.


„Bad Blood” (s05e12)

Mulder na początku odcinka zabija osinowym kołkiem nastoletniego wampira. Okazuje się jednak, że chłopak nosił jedynie sztuczne zęby. Przygotowując się do wizyty w gabinecie dyrektora Skinera, agenci próbują dojść do tego, czy to był przykład nadnaturalnej sprawy, czy też Mulder zapędził się w swej ocenie i w efekcie stał się mordercą. Całość opowiedziana jest niczym „Rashomon” Kurosawy, poznajemy te same wydarzenia z dwóch perspektyw. Scully jest oczywiście sceptyczna, Mulder nadmiernie podekscytowany wampiryczną naturą badanej zbrodni. Obie perspektywy są przekłamane, bo w karykaturalnie przesadzony sposób przedstawiają typowe zachowania bohaterów i opisują interakcję pomiędzy nimi. Uwieńczeniem tego jest Luke Owen, w roli miejscowego szeryfa, który według Scully był zapatrzonym w nią, dzielnym i przystojnym, stróżem prawa, a w wersji Muldera przygłupim miejscowym matołkiem, zaopatrzonym w nienaturalnie duże i wystające zęby.

The Post-Modern Prometheus (s05e05)

Mulder i Scully trafiają na współczesną wersję potwora Franksensteina, nieszczęśliwą kreaturę poszukującą miłości, beznadziejnie zakochaną w kanapkach z masłem orzechowym oraz muzyce Cher (efekt wakacyjnej obsesji Chrisa Cartera na punkcie artystki i jej piosenek). W finale agenci FBI zabierają przystojniaka na koncert artystki, on fika radośnie, sobowtór piosenkarki wciąga go na scenę (Cher odrzuciła propozycję tego małego cameo, bo liczyła na większą rolę w popularnym serialu, później tego żałowała, gdy zobaczyła gotowy odcinek), a Mulder zaprasza Scully do tańca. Za takie momenty kocham ten serial.


„The Unnatural” (s06e19)

Prolog. Lipiec 1947, Roswell. Grupa mężczyzn gra w baseball. Wśród nich utalentowany czarnoskóry zawodnik, który ma szansę na trafienie do New York Yankees. Bohaterów atakują rycerze KKK. Wywiązuje się szamotanina, jeden z klansmanów pada nieprzytomny. Któryś z graczy ściąga mu kaptur. Odkrywamy, że skrywa szarego ludka. Ja parskam. Wchodzi czołówka serialu. Nie przestaję się śmiać.

A później się okazuje, że to w sumie całkiem fajny odcinek jest i kończy go jedna z najromantyczniejszych scen pomiędzy Mulderem i Scully. Scena budowana na poziomie emocjonalnym przez sześć sezonów, spinająca długoletnią współpracę bohaterów, posyłającą mrugnięcie okiem do widzów, którzy od lat zadawali sobie pytania: „zrobią to? kiedy to zrobią? jak to zrobią? czy to już teraz?”, ale też dalej pozostawiająca to na płaszczyźnie niedopowiedzeń. Ona zdradza, że nigdy nie grała w baseball. On ją zabiera na boisko. Ocierają się ciałami, że niby ją uczy machać kijem, żartują sobie, jej się świecą oczy, on rzuca dwuznacznym tekstem, kij w dłoniach, półksiężyc na niebie, gospel w tle. Magia.
KLIK

sobota, 15 września 2018

Whiplash - o filmie, który narodził się z produkcji krótkometrażowej


"Whiplash" odniósł niezaprzeczalny sukces artystyczny. Od premiery na festiwalu w Sundance, gdzie został okrzyknięty mianem objawienia, zaliczał kolejne wielkie imprezy filmowe podbijając serca kinomanów (sam miałem szczęście zobaczyć go w Cannes i z miejsca się zakochałem), a następnie przeróżnych gremiów wręczających nagrody filmowe. Uwieńczeniem tego było zdobycie dwóch nominacji do Oscara (za najlepszy scenariusz oraz film), a do tego zgarnięcie dwóch zasłużonych statuetek w kategoriach technicznych (dźwięk i montaż) oraz dla najlepszego aktora drugoplanowego. Sukces projektu nie był jednak oczywisty. Początkowo Damien Chazelle odbijał się o kolejne zamykane mu przed nosem drzwi, bezskutecznie poszukując środków finansowych na realizację filmu. Nikt nie chciał uwierzyć, że historia ma potencjał na film pełnometrażowy.

Chazelle zmienił więc strategię i postanowił stworzyć wersję próbną. Przynajmniej on tak uważał, bo producenci i sponsorzy byli przekonani, że finansują film krótkometrażowy. Osiemnastominutowy "Whiplash" (KLIK) to w zasadzie trzy sceny z filmu, a konkretniej to słynna próba zespołu, podczas której Andrew próbuje "ustalić" z Fletcherem kwestię tempa gry na instrumencie. W krótkometrażówce nie wystąpił Miles Teller, tylko Johnny Simmons, ale kilku muzyków z zespołu powtórzyło później swoje role. Między innymi Nate Lang, czyli konkurencyjny perkusista, bohater drugiego planu robiący komiczne miny za plecami Andrew, bo już wie, że szczeniak zaraz przeżyje koszmar. Zresztą to Lang przygotowywał przez kilka tygodni Tellera, mającego już wprawdzie wieloletnie doświadczenie w grze na perkusji, ale jedynie w repertuarze rockowym.


Krótkometrażówkę nakręcono w pięć dni. Chazelle łudził się, że przy drugim podejściu będzie miał więcej czasu na realizację sceny. Szybko został sprowadzony na ziemię, bo pełnometrażowa wersja miała na tyle napięty plan zdjęciowy, że musiał się wyrobić w trzy dni. Przy pierwszym podejściu "Whiplash" kręcono w katolickiej szkole, co było o tyle problematyczne, że Fletcher klnie jak szewc i ekipa kombinowała jak mogła, żeby nie narażać uczniów na dużą dawkę wulgaryzmów. Niepotrzebnie się stresowali, bo siostry ponoć podchodziły do sprawy ze zrozumieniem.

Agresywne tyrady słowne Fletchera zresztą nie zawsze miały sens. Jak na złośliwego perfekcjonistę to zaskakująco często popełniał w nich błędy logiczne i najlepiej za wiele nie zastanawiać się nad sensem jego wypowiedzi ("This is not your boyfirend's dick, so don't come too early."). Czasem było to efektem przejęzyczenia Simmonsa, który na przykład przy jednym ujęciu zamiast "If you deliberately sabotage my band, I will gut you like a pig" powiedział "fuck you like a pig". Spodobało się to reżyserowi, który poprosił aktora o stosowanie takiej formy w kolejnych ujęciach, ale ten zdecydowanie odmówił. Chazelle wykorzystał więc później przy montażu to jedyne nakręcone z czego Simmons nie był zadowolony. W pełnometrażowej wersji również słyszymy o robieniu nieprzyzwoitych rzeczy ze świnią, aktor bynajmniej nie zmienił swojego zdania w tej kwestii i nie powtórzył na życzenie reżysera błędnej wersji. To podstępny Chazelle ponownie wykorzystał wersję nagraną na planie krótkometrażówki, co tym razem zamaskował skierowaniem kamery na przerażoną twarz Tellera.

Krótkometrażówka jest raczej tylko ciekawostką, swoistym poligonem doświadczalnym dla młodego reżysera, ale też interesującą lekcją filmowego rzemiosła, pokazującą jak duży wpływ na finalny kształt filmu mogą mieć pozornie subtelne zmiany. Większość ujęć jest żywcem skopiowana z pierwszej wersji, ale z lekko poprawionym ujęciem kamery, innym cięciem montażowym, albo punktem skupienia. Część materiału, głównie różnego rodzaju zbliżenia, nawet wykorzystano ponownie, oczywiście po odpowiednim skorygowaniu barwnym. Jeżeli ktoś ma ochotę, to może sobie całość porównać tutaj: KLIK

niedziela, 9 września 2018

Yardie - recenzja


Idris Elba to człowiek wielu talentów. Charyzmatyczny aktor, (podobno) zdolny DJ, od niedawna kickbokser (dwa lata temu stoczył zawodową walkę i wygrał z młodszym, bardziej doświadczonym rywalem), a teraz do CV może sobie wpisać również debiut reżyserski.

„Yardie” to „Chłopcy z ferajny” w rytmach reggae. Gangsterska opowieść rozpoczyna się w Kingston z lat 70., a kończy w Londynie z lat 80., gdzie zabiera nas reżyser, gdy główny bohater podrasta już nieco i musi opuścić Jamajkę. Nie jest to specjalnie oryginalna opowieść, bo scenarzyści w opowiadanej historii, a Elba w warstwie wizualnej i zabiegach realizacyjnych, zapożyczają garściami z innych filmów. Co nie znaczy, że ogląda się to źle, wręcz przeciwnie. Niełatwo się natomiast tego słucha, bo jamajskie akcenty, slang i bełkotanie pod nosem, często dają się we znaki. Nie będę udawać, że wszystko zrozumiałem z dialogów, bo tak nie było, niejednokrotnie przegrywałem to nierówne starcie. Trzeba będzie to kiedyś jeszcze raz obejrzeć z napisami. Niewątpliwie nadaje to jednak realizmu, no i świeżości, tej opowieści.

Nieczęsto przecież możemy zanurzyć się w Jamajce z przełomu lat 70. i 80., więc to już stanowi zasadniczy plus, ale film się robi jeszcze ciekawszy, gdy przenosimy się do Londynu z tamtego okresu. Elba wychowywał się w tamtych czasach, jako nastolatek swoje po mordzie dostał, niejednego sierpowego sam sprzedał, czuje więc ten klimat i ładnie odtwarza go na ekranie. Punki, tureckie kawiarnie, skłoty, czarnoskórzy gangsterzy z maczetami odstraszający krewkich Angoli, wszystko to zgrabnie przenosi widza do Londynu z lat 80.

„Yardie” bywa nierówny, reżyser próbuje znaleźć swój unikalny styl, ale odnosi połowiczny sukces, bo z filmu będzie się pamiętać motywy, o których wspomniałem wyżej, jamajskie klimaty, reggae buzujące z głośników i Anglię sprzed dekad, wciąż jednak bazuje to wszystko na schematach i rozwiązaniach wypracowanych przez tuzów gatunku. Zobaczyć jednak warto.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Alpha (Alfa) - recenzja


Bardzo przyjemna niespodzianka. Zupełnie nie kojarzyłem tego filmu, całkiem możliwe, że o nim coś czytałem, ale nie zarejestrowałem tego w pamięci. Nigdy nie trafiłem nawet w kinie na jakiś zwiastun. Gdy zobaczyłem więc ten tytuł w repertuarze to początkowo zignorowałem go. Wczoraj zerknąłem jednak na Rotten Tomatoes, zobaczyłem wynik 83% i zadecydowałem, że trzeba dać szansę. I bardzo dobrze zrobiłem, bo nieczęsto trafia się na takie filmy w multipleksie.

Europa. Jakieś 20 tysięcy lat temu. Grupa myśliwych wyrusza polować na bizony. Wśród nich nastoletni Keda, syn wodza, który musi dowieść swojego męstwa. To jego pierwsze łowy i wygląda na to, że również ostatnie. Chłopak zostaje zrzucony przez zwierzę ze skarpy, plemię uznaje go za martwego i rusza w długą drogę powrotną do domu. Keda okazuje się być jednak żywy, choć ranny, zagryza więc zęby i nie zważając na ból powoli rusza śladem łowców. Na jego trop wpada niestety wataha wilków. Po krótkim starciu, zakończonym zranieniem jednego z drapieżników, zwierzęta odpuszczają. Wrażliwy Keda nie dobija rannego wilka, porzuconego przez stado, tylko postanawia mu pomóc.

„Alfa” to kino proste, ale niecodzienne, bo nie każdego tygodnia można zobaczyć w angielskim multipleksie półtoragodzinny prehistoryczny survival z postaciami porozumiewającymi się ze sobą wymarłym językiem. Jest to mało wyszukana historia, dość oczywista, bazująca na schematach i prostych emocjach, ale to działa, ogląda się z zainteresowaniem, troską, a chwilami to nawet i zachwytem. To ostatnie jest głównie zasługą strony wizualnej, pięknie sfotografowanych równin, lasów, terenów górzystych i wodnych. Sporo tutaj postprodukcji, manipulacji kolorem obrazu, a pewnie również też porami dnia, ale wygląda to dobrze, nawet bardzo dobrze, zwłaszcza na dużym ekranie.

„Alfa” to historia o relacji człowieka z dziką naturą, a przede wszystkim, o początkach hodowli zwierząt. Wspomniany wilk powoli zaczyna się oswajać z bohaterem, który też uczy się obcować ze zwierzęciem i narzucać mu swoją wolę, ucząc podstawowych zasad, a także ustanawiając siebie w roli żywiciela. Jest to zgrabnie i przekonująco opowiedziane, bez ignorowania przy tym dzikiej natury zwierzęcia, która wielokrotnie się odzywa. Jest to też kino drogi, opowieść o długiej podróży przez prehistoryczne bezkresy, która przygotuje Kedę do przyszłej roli lidera, ale też przypieczętuje więź człowieka z czworonożnymi potomkami wilków.

Oczywiście trzeba wielokrotnie przymykać oko na pewne umowności i dość lekkie podejście do realizmu oraz zgodności z historią. Co nie znaczy, że traktuje się widza jak idiotę, po prostu twórcy musieli pójść na pewne ustępstwa dla potrzeb dramaturgicznych i wizualnych. Nie jest to wyszukana historia - chłopak musi przeżyć w pojedynkę, wrócić do domu i przy okazji poskromić dzikie zwierzę. Warto jednak rozsiąść się wygodnie w kinowym fotelu i odbyć razem z nim tę wędrówkę.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Wieża. Jasny dzień / Monument - o filmach Jagody Szelc


„Wieża. Jasny dzień” znajdowała się na szczycie mojej listy zeszłorocznych polskich premier kinowych, które chciałbym nadrobić jak tylko będzie okazja. Ucieszyłem się więc, gdy odkryłem, że podczas Nowych Horyzontów zostanie pokazana nie tylko „Wieża…”, ale również nowy film Jagody Szelc. Oba filmy uciekają od prostych znaczeń i rozwiązań, oferując intelektualną łamigłówkę do rozwiązania przy kolejnych seansach. Wierzę, że jest to doświadczenie, które zyskuje przy kolejnych podejściach do filmu, nie podjąłem się więc napisania osobnych recenzji poszczególnych filmów opartych na pierwszym (i to festiwalowym, czyli skażonym zmęczeniem umysłu) kontakcie z nimi. Możliwe, że kiedyś się jeszcze tego podejmę. O filmach nie przestaję jednak myśleć, zwłaszcza o tym najnowszym, poczułem więc potrzebę podzielenia się tym.

„Monument” zobaczyłem jako pierwszy, większość osób, z którymi rozmawiałem we Wrocławiu, stawiała go niżej od debiutu. Możliwe, że to właśnie kwestia tego, który film widziało się jako pierwszy, ale to właśnie „Monument” zrobił na mnie większe wrażenie. Chociaż nie, wrażenie to złe sformułowanie, bo oba filmy Jagody Szelc, chociaż bardzo od siebie odmienne to jednocześnie są sobie pokrewne, niczym… dwie siostry w „Wieży”. W związku z tym, po pierwszym seansie pozostawiają widza z podobnym mętlikiem w głowie. „Monument” oferuje jednak w finale klucz do rozszyfrowania znaczenia filmu, co mnie dość zdziwiło, a nawet nieco rozczarowało, bo zostało to rozwiązane dość topornie, dosłownie i mało zaskakująco (dokładnie takiego wytłumaczenia spodziewałem się już po kilku pierwszych minutach filmu). Abstrahując jednak od formy, w jakiej zostało to zaserwowane widzowi, to nie jest prawdą, że reżyserska oferuje w ostatnich minutach rozwiązanie całej zagadki na srebrnej tacy. Wręcz przeciwnie, to raczej tylko wskazówka, w jakim kierunku należy drążyć przy kolejnych seansach, odkopując kolejne fabularne skarby, czyli elementy układanki, którą należy już sobie ułożyć samemu.

„Monument” początkowo kojarzył mi się z twórczością Yorgosa Lanthimosa, głównie za sprawą wielu zagadkowych wątków i nierealistycznych reakcji postaci na dziwaczne elementy, ale końcowy „twist” nadaje temu wszystkiemu sensu i wierzę, że całość na tym zyska przy kolejnym seansie. Gdy już wiadomo co się dzieje, na wszystkie te motywy patrzy się niczym na osobne opowieści skupione na czymś, co muszą sobie przepracować w głowie wszystkie postacie przed wyruszeniem w dalszą drogę. Ciężko napisać o tym filmie coś więcej, bez wkraczania na teren spoilerów, więc na razie muszę się zatrzymać. Po kolejnym seansie, czyli pewnie dopiero, gdy zostanie wydany na jakimś nośniku, bo nie spodziewam się tego zobaczyć w angielskich kinach, chciałbym jeszcze do filmu wrócić i już pogrzebać głębiej w jego fabule.


O „Wieży. Jasny dzień” reżyserka mówi, że chciała zrobić normalny film, który rozpada się w finale. I tak rzeczywiście jest. O tym, że jest to coś więcej, jak tylko rodzinny dramat zbudowany wokół komunijnych obrzędów, wiadomo już w zasadzie od samego początku. Zwiastują to pojedyncze nadnaturalne elementy i lekka groza oraz „dziwaczność” przeszywająca okazjonalnie nasze kości niczym niespodziewany powiew zimnego wiatru późnym latem. Im bliżej końca, tym mocniejsze ich oddziaływanie na strukturę i nastrój filmu, który zabiera nas w podróż do nowego świata, chociaż nie ruszamy się z domu nawet na kilometr. Stąd też dwa tytuły, które pojawiają się w oderwaniu od siebie na początku i końcu filmu. Kończymy z zupełnie innym filmem, jak zaczynaliśmy.

„Wieża. Jasny dzień” pozostawia o wiele więcej władzy w rękach widza, który może zupełnie dowolnie interpretować sobie to, co właśnie zobaczył i doszukiwać się sensu w tropach podsuniętych przez reżyserkę. Jest to bardziej frustrujące od „Monumentu”, który oferuje przynajmniej jakieś rozwiązanie zrozumiałe przez każdego przytomnego odbiorcę posiadającego chociaż garść funkcjonujących komórek mózgowych, ale należy spojrzeć na to jak zaproszenie do intelektualnej zabawy z zagadkowym filmem. Oczywiście trzeba lubić takie zabawy. Nie każdemu będzie się to podobać, bo kino ma być przecież zawsze zrozumiałe i niepozostawiające widza ze zbyt dużą ilością pytań piętrzących się w głowie po seansie. O! I ja takie podejście rozumiem, nie oceniam negatywnie takiej postawy, ale zarazem darzę dużym szacunkiem twórców, którzy mają własny pomysł na to, czym kino powinno być i konsekwentnie się tego trzymają. Zwłaszcza, gdy mają taki talent do dialogów, dyscyplinę w opowiadaniu niejasnych historii i kunszt w przelewaniu tych dziwnych pomysłów na język filmu, jak Jagoda Szelc. Nie przeszkadza też, że oba filmy są bardzo dobrze zagrane, szczególnie ten pierwszy, bardziej kameralny, skupiony na kilku postaciach, starannie więc obsadzony. „Monument” był w zasadzie pracą dyplomową studentów aktorstwa, postaci jest dużo, każdy młody artysta musiał dostać swoje pięć minut na ekranie, nie wszyscy wykorzystali to równie dobrze, ale na szczęście nikt nie pociągnął projektu w dół, w czym chyba zasługa reżyserki, która budowała postacie w oparciu o osobowości aktorów.

Fascynujące, pobudzające intelektualnie i niepozwalające o sobie zapomnieć filmy do których chce się wracać. I jak poświadczy chyba każdy, kto miał przyjemność słuchać ją na żywo, dokładnie to samo można powiedzieć o ich autorce. Już nie mogę się doczekać następnego filmu. I kolejnego spotkania z Jagodą Szelc.

środa, 8 sierpnia 2018

Legion - o finałowym odcinku drugiego sezonu


W końcu nadrobiłem ostatnie kilka odcinków drugiego sezonu „Legionu”. Świetne w przypadku tego serialu jest to, że docierając do końca sezonu składającego się z kilkunastu odcinków, nie odczuwałem już lekkiej ulgi, jak to ma w przypadku wielu współczesnych seriali (praktycznie każdy Marvel od czasu „Luke’a Cage’a”, zresztą drugiego sezonu tegoż dalej nie dokończyłem), wręcz przeciwnie, wciąż byłem zainteresowanym tym co oglądam. Twórcy „Legionu” konstruują sezony jak pokrętną podróż, która w finałowym rozdziale nadal skrywa przed odbiorcą kilka sekretów, a przede wszystkim ten najważniejszy – ciekawość tego, co się wydarzy przez ostatnie kilkadziesiąt minut.

Otwierająca ostatni odcinek telepatyczna bitwa to wizualna i koncepcyjna petarda, pomysłowo wykorzystująca piosenkę „Behind Blue Eyes”. Warto dodać, że (mając na uwadze kolejne kilkadziesiąt minut) dość znaczący jest tekst utworu. Kapitalny jest moment, gdy Farouk zaczyna śpiewać w swoim języku: KLIK

Ostatnie 20 minut natomiast… H-O-L-Y-S-H-I-T-! I właśnie tak się powinno kończyć sezony!

[Spoilery, jeżeli jeszcze macie wątpliwości].


Imponuje mi w jak ciekawy sposób twórcy prowadzą postać głównego bohatera i to w zasadzie od samego początku serialu. W finale sezonu zacząłem się zastanawiać, czy nie zostanie jednak potwierdzone to, co podejrzewałem już po pierwszych odcinkach pierwszego, że wszystko to ma miejsce w jego głowie, a większość postaci, o ile nie wszystkie, są wytworem jego chorego umysłu. Jest to przypuszczenie tym bardziej zasadne, że komiksowy Legion posiada kilkadziesiąt osobowości i każda z nich włada inną specjalną zdolnością. Samo imię Legion jest zresztą nawiązaniem do biblijnych demonów, które przyjęły to wspólne imię po opętaniu mieszkańca Gadary. Wolałbym żeby twórcy nie podążyli w przyszłości w takim kierunku, ale w sumie scenarzystów ten serial ma na tyle kreatywnych i błyskotliwych, że nawet taki wyświechtany twist fabularny mógłby zaowocować czymś ciekawym więc w sumie zdaję się w ich ręce.

Zostawmy jednak te gdybania i skupmy na tym, co już dostaliśmy, a otrzymaliśmy coś bardzo ciekawego. Dość szybko staje się jasne, że przyczyną apokaliptycznej przyszłości jest główny bohater. Nietrudno się tego domyślić z wyprzedzeniem, ale gdy zostaje już dosłownie wypowiedziane z ekranu to robi się naprawdę ciekawie. W przeciętnym serialu prowadziłoby do jakichś banalnych dylematów i prostego wniosku typu: nasza potencjalna przyszłość nie definiuje tego, kim jesteśmy teraz, potrzebujemy tylko więcej miłości i pracy nad sobą.

„Legion” nie jest banalnym serialem więc zamiast tego okazuje się być opowieścią o narodzinach łotra. Przewrotne w tym jest to, że główny bohater, a często także odbiorca, nie zdaje sobie z tego sprawy. David jest sympatycznym gościem, któremu się kibicuje, w czym równie duża zasługa Dana Stevensa, co scenarzystów, którzy podarowali mu skomplikowaną postać o trudnej historii. W przypadku Davida ciężko powiedzieć, co jest wynikiem choroby psychicznej, co efektem ingerencji Shadow Kinga, mieszającego mu w głowie praktycznie odkąd się narodził, a co (potencjalnie) okrutnej osobowości. Najciekawsze łotry to zazwyczaj postacie, które wedle własnego uznania są pozytywnymi bohaterami o szlachetnych intencjach, co często udaje im się zresztą wmówić również innym ludziom ( w tym, nierzadko, odbiorcom), szczególnie jeżeli nie można odmówić jakiejś racji temu, co ich motywuje.


David chce dobrze, on chciałby być tym dobrym, pragnie zostać bohaterem, ale został obarczony chorobą, która mu to uniemożliwia. Już na początku serialu rząd nerwowo przygląda się jego osobie, bo przecież jest w stanie zgładzić ludzkość bez większego problemu. Pod koniec pierwszego sezonu widzowie zostają trochę uspokojeni, że nie ma obawy, wszystko co złe w Davidzie wynikało z wpływu Shadow Kinga, on sam natomiast jest dobrym facetem i nie ma czego się obawiać. Po finałowych minutach drugiego sezonu, ostatnia wymiana zdań pomiędzy przyjaciółmi Davida przebiega tak: „co teraz?”, pyta jego kobieta, „modlimy się”, odpowiada facet, który obawiał się tego momentu od pierwszego spotkania z potężnym mutantem. Rzeczywiście, mają się czego obawiać, bo David udowodnił już, że posiada boskie zdolności i zaczyna już nawet porównywać siebie do Boga. Wszystko, czym w niego rzucili, żeby okiełznać jego moce, okazało się niewystarczające, pogorszyli tylko sprawę, utwierdzając go w przekonaniu o swojej przewadze względem reszty ludzkości.

Ostatni odcinek sezonu to prawdziwa rewolucja w prowadzeniu postaci, na swoje miejsce wskakują wszystkie klocki, którymi żonglowano przez kilkanaście odcinków, a do tego zostaje zakwestionowany wątek miłosny Davida i Sydney. Pojawia się bowiem wątpliwość, czy uczucie dziewczyny nie zostało jej narzucone (nieświadomie) przez potężny umysł bohatera, gdy ten jeszcze nie panował nad swoimi mocami. Nie zostaje to jednoznacznie wyjaśnione, ale nie byłby to ostatni raz, gdy David bawił się umysłem Syd. O jego upadku, jako postaci pozytywnej, dobitnie świadczy przecież moment modyfikacji wspomnień ukochanej. Nie dość, że próbuje wymazać niewygodne informacje z jej głowy i cofnąć ją do stanu emocjonalnego z okresu, gdy nie posiadała całej wiedzy o jego osobie, ale do tego próbuje jeszcze przejść nad tym do porządku dziennego i inicjuje zbliżenie intymne ze zmieszaną dziewczyną. Ona nie stawia się, bo przecież dlaczego miałaby to robić, ale widać, że jest zagubiona, coś ewidentnie nie gra, brakuje jakiejś informacji o świecie i partnerze, instynkt krzyczy, ale odurzony umysł milczy. Dopiero zawyje z rozpaczy, gdy Farouk ujawni prawdę o krzywdzie, jaką wyrządził jej partner, dowie się o pogwałconym zaufaniu, niemoralności jego czynu oraz późniejszych zachowań.

David zapewne chciał dobrze. Niewątpliwie sądził, że intencje ma szczere. Uważał, że zmazuje skutki sprytnych manipulacji Shadow Kinga i „naprawia” ukochaną. Wzorcowy przykład brukowania piekła dobrymi intencjami. Kompas moralny Davida praktycznie przestaje istnieć. On (jeszcze?) wprawdzie nie jest złoczyńcą, który zaraz poleci zniszczyć ludzkość, obłąkańczo się przy tym śmiejąc, ale jest czymś niewiele lepszym, szaleńcem, który zniszczy ludzkość przypadkiem, bo wydawało mu się, że czyni dobrze.


Jest to cholernie intrygujący punkt startowy dla nowego sezonu. Zgaduję, że twórcy będą dalej pogrywać z pokręconą psychiką bohatera, wciąż będzie sprzedawany jako sympatyczny facet niezrozumiany przez bliskich, ale też pewnie coraz śmielej zaczną prezentować mroczną stronę jego osobowości. Przypuszczam, że właśnie na konflikcie tych dwóch postaw zostanie zbudowany trzeci sezon. Swoje dorzuci też Lenny, zawsze wyciągająca z Davida wszystko to co najgorsze, ale wbrew jego ostatnim słowom to wątpliwe jest, że zupełnie zapomni o Syd.

Jedno jest jednak pewne, twórcy serialu nigdy nie zapewniają łatwych i przewidywalnych rozwiązań. Niewykluczone więc, że dokonają kolejnych rewolucji i podążą w jeszcze nowym kierunku, a moje przewidywania będzie można wyrzucić do kosza. I dobrze. Niech mnie dalej zaskakują. Ufam im. Czekam na więcej.