wtorek, 20 grudnia 2016

Freddy Krueger - ikona kina grozy



Freddy Krueger narodził się na długo przed tym, jak Wes Craven napisał pierwszą wersję scenariusza „Koszmaru z ulicy Wiązów”. W jakiś późny wieczór, pod koniec lat 40. ubiegłego wieku, gdzieś na amerykańskich przedmieściach, kilkuletni Wes wyjrzał przez okno swojego pokoju w jednopiętrowym domku jednorodzinnym. Na ulicy przed jego domem stał nieznajomy. Być może odpalał właśnie papierosa, może na kogoś czekał, albo spacerował wieczorem i akurat postanowił tam przystanąć. Zafascynował jednak małego Wesa, który wpatrywał się w niego z bezpiecznego azylu własnego pokoju. Nieznajomy najwyraźniej wyczuł na sobie czyjś wzrok, bo nagle obrócił się i spojrzał prosto w twarz małego chłopca. Niczym na filmie, dziecko wydało z siebie jęk przerażenia i zanurkowało w kierunku podłogi. Wes przez jakiś czas leżał przerażony na podłodze, zebrał się jednak w końcu na odwagę, podniósł do góry i ostrożnie wyjrzał przez okno. Dziwny nieznajomy czekał na niego. Wpatrywał się intensywnie w jego okno, czekając na pojawienie się w nim chłopca. Gdy go dostrzegł, zrobił groźna minę, wytrzeszczył oczy, obrócił się nagle i odszedł, znikając w mroku. Wes był przerażony.

niedziela, 11 grudnia 2016

Grindhouse: Death Proof - recenzja


Death Proof” był bolesnym doświadczeniem dla Quentina Tarantino, bo kiepski wynik finansowy uświadomił mu dobitnie, że widownia nie zawsze podąży ślepo w każdym kierunku, jaki postanowi on obrać i niektóre jego filmowe obsesje zwyczajnie nie mają szans na trafienie do publiczności masowej. Nigdy do końca nie rozumiałem, dlaczego ten projekt tak bardzo nie wypalił, bo przecież narzekają na niego nawet fani twórczości wygadanego reżysera. Problem filmu leżał chyba w tym, że nie był bliższy stylistyce „Planet Terror” (czyli drugiej połowie grindhouse’owego dyptyku), stanowiąc coś pośredniego pomiędzy pierwszym aktem taniego slashera, b-klasowym thrillerem, a samochodową rozpierduchą.

The Birth of a Nation (Narodziny narodu) - recenzja


Ogromne rozczarowanie. Od stycznia czekałem na możliwość zobaczenia tego filmu. Spodziewałem się, że zostanę zmiażdżony emocjonalnie, zamiast tego zostałem przytłoczony ogromnymi pokładami nudziarstwa. Obawiałem się, że kontrowersyjna przeszłość reżysera, o której było głośno kilka miesięcy temu, pogrzebie oskarowe szanse dobrego filmu. Dziś cieszę się, że dzięki temu unikniemy nagrodzenia przeciętnego filmu, który opowiada o ważnym temacie, a trzeba będzie przecież w przyszłym roku jakoś podratować sytuację po tegorocznej oskarowej drace.

czwartek, 8 grudnia 2016

Ninja Scroll - recenzja


Pamiętam dobrze moment, gdy doczekałem się pierwszego stałego łącza. W Polsce wciąż królował format VHS, a filmy na płytach oznaczały jakiegoś podłego DivXa od kolegi, który miał go nie wiadomo skąd, zazwyczaj od innego znajomego. Nie marudziło się, oglądało. Pierwszy kontakt z filmowymi X-menami zaliczyłem za sprawą paskudnej kamerówki, która chyba nawet nie zajmowała całego obrazu, a do tego na ekranie były napisy w jakimś azjatyckim języku. Obejrzałem. Twardy byłem.

niedziela, 13 listopada 2016

Band of Brothers (Kompania braci) - recenzja


Zacznijmy od najważniejszego, żeby nie było najmniejszych wątpliwości - „Kompania braci” to dzieło wybitne. Dziesięciogodzinna opowieść o wojnie w całej jej rozciągłości, która wpisuje się w ramy telewizyjnego serialu, a zarazem rozsadza je, oferując doskonałą stronę techniczną (nie licząc okazjonalnych efektów komputerowych, które niestety zestarzały się) i znakomity scenariusz w którym nikt tak do końca nie jest głównym bohaterem, a zarazem wszyscy za niego robią. Bo to opowieść o braterskiej więzi, którą nie splątała krew płynąca w żyłach, ale przelana na polu bitewnym. Jest to serial do którego wracam regularnie, bo z tytułami wybitnymi przyjemnie jest obcować. Chociaż „przyjemność” to ostatnie co przychodzi do głowy podczas obserwowania najsmutniejszych i najtragiczniejszych momentów w historii kompanii E.

sobota, 29 października 2016

Doctor Strange (Doktor Strange) - recenzja


Jakie to niesamowite, że doczekaliśmy się czasów, gdy nie tylko powstają ekranizacje takich komiksów jak „Ant-Man” i „Doktor Strange”, ale jeszcze do tego są robione porządnie i nie krzywimy się patrząc na jakiś patałachów w pociesznych kostiumach, bo technologia pozwala już na realizację wszelkich wizualnych cudów. Niemniej niesamowite jest to, że ktoś jest gotów wyłożyć na to pieniądze, a ludzie później tłumnie przychodzą oglądać to w kinach. Jeszcze na początku ubiegłej dekady nie byłoby to możliwe, bo informacja o planach zrobienia filmu „Doktor Strange” byłaby potraktowana jako pocieszny news, który podekscytowałby zaledwie najwierniejszych fanów komików, naiwnie wierzących w sukces takiego projektu. Dużo się zmieniło od tamtego czasu...

niedziela, 16 października 2016

The French Connection (Francuski łącznik) - pościg samochodowy


Francuski łącznik” ma pewne miejsce na każdej szanującej się liście najlepszych filmowych pościgów samochodowych. Gene Hackman ściga zamachowca, który próbował zabić go w biały dzień z broni snajperskiej. Bandyta wskakuje do kolejki podmiejskiej i odjeżdża. Bohater zatrzymuje przypadkowego kierowcę przejeżdżającego właśnie brązowym Pontiakiem, rekwiruje samochód i rusza w pogoń za kolejką. Jest to początek sceny, która już na trwałe zapisała się w historii kina i do dziś stanowi za wzór dla twórców kina akcji. Sceny, którą zrealizowano w sposób partyzancki, bez żadnych pozwoleń i zupełnie lekceważąc sobie bezpieczeństwo osób postronnych.

środa, 12 października 2016

Miss Peregrine’s Home For Peculiar Children (Osobliwy dom Pani Peregrine) - recenzja


Tim Burton's Home for Peculiar Mutants, czyli co by było gdyby... Burton nakręcił "X-men: Pierwsza klasa". Eva Green z fajką w ustach, Samuel L. Jackson z gębą pełną ostrych zębów i fryzurą typu Narzeczona Frankensteina skrzyżowana z Siergiejem Eisensteinem, a reżyser niestety nieco bez ikry, ale za to z różnymi fajnymi pomysłami. Zanim jednak przejdziemy dalej muszę coś wyznać. Jestem beznadziejnym przykładem miłośnika twórczości Burtona, podoba mi się niemal wszystko, co amerykański twórca zrobił do tej pory. "Osobliwy dom Pani Peregrine", choć nie pozbawiony wad, oglądałem więc z przyjemnością.

niedziela, 9 października 2016

Swiss Army Man - recenzja


Mam duży szacunek do Daniela Radcliffe’a za to jak steruje swoją karierą po zakończeniu serii o Harrym Poterze. Gość przed osiągnięciem pełnoletności zarobił pewnie dość pieniędzy, żeby nie pracować do końca życia, ewentualnie dorabiać tylko w jakiś chałturach i odcinając kupony od dawnej sławy. Zamiast tego eksperymentuje, bawi się twórczo, czasem wystąpi w jakimś horrorze („Kobieta w czerni”), czasem w komedii romantycznej („Słowo na M”), albo w czymś totalnie od czapy („Rogi”). Próbuje repertuaru poważniejszego („Imperium”, „Na śmierć i życie”), ale też nie unika jak ognia blockbusterów jeżeli tylko oferują mu fajną rolę („Victor Frankenstein”, „Iluzja 2”). Efekt finalny tego bywa różny, ale z całą pewnością nie można mu zarzucić lenistwa i wybierania łatwych projektów dla pieniędzy. Najbardziej dobitnym tego przykładem jest „Swiss Army Man”, jeden z najbardziej szalonych tegorocznych filmów, którego w Sundance równie dużo osób chwaliło, co wychodziło z kina podczas projekcji.

sobota, 8 października 2016

Luke Cage - pierwszy sezon


Nie wiem, czy to kwestia dawnej pasji do superbohaterskich komiksów, czy też Netflix robi to naprawę dobrze, ale za każdym razem wpadam w poważny ciąg oglądania, gdy udostępniają kolejny marvelowski serial. „Luke Cage” nie jest wyjątkiem, bo do wtorku obejrzałem wszystkie 13 odcinków z czego większość przez weekend.

niedziela, 2 października 2016

The Girl with All the Gifts - recenzja


Ktoś zamawiał ekranizację „The Last of Us”? Proszę bardzo. Epidemia zombie? Jest. Przyczyna zarazy związana z grzybami? Jest. Przenoszenie choroby przez ugryzienie, ale i również zarodniki unoszące się w powietrzu? Jest. Zarażona dziewczynka, która może ocalić ludzkość? Jest. Wędrówki przez opustoszałe miasta, które zaczyna już porastać roślinność? Jest. Ludzie walczący między sobą o surowce? Je… a nie, przepraszam, tego nie ma. A więc zupełnie nie jak w „The Last of Us”!

niedziela, 25 września 2016

The Abyss (Otchłań) - sześć miesięcy w podwodnym piekle


Powiedzieć, że James Cameron jest reżyser niełatwym we współpracy byłoby oznaką dobrej woli. Gdy kręcił „Avatara”, przybijał do ściany wszystkie telefony komórkowe, które nie zostały wyciszone i zadzwoniły na planie zdjęciowym. Kate Winslet powiedziała, że nigdy więcej nie będzie z nim pracować (po tym, co przeżyła na planie „Titanica”). Linda Hamilton, jego czwarta ex-żona, stwierdziła, że jest despotycznym dupkiem na planie i w domu. Gdy kręci film wszystko musi być idealne i dokładnie po jego myśli, nie ma mowy o kompromisach. Jeżeli więc taki gość mówi, że „Otchłań” była najbardziej wyczerpującym i skomplikowanym w realizacji filmem jaki nakręcił, to już wiesz, co to oznacza. W skrócie: sześciomiesięczny plan zdjęciowy, wypełniony sześciodniowymi tygodniami, a każdy trwający ok. 70 godzin spędzonych na realizacji filmu w zupełnym odosobnieniu.

sobota, 24 września 2016

South Park - o postaci Chefa, scjentologach i pewnej szafie


Tydzień temu rozpoczął się kolejny sezon „South Park”. Już dwudziesty! Aż ciężko uwierzyć, że to już tyle lat jest na antenie. Jeszcze ciężej w to, że wciąż nie odczuwam znużenia formułą i kolejne sezony łykam z równą przyjemnością co 5, 10 i 15 lat temu. Panowie Parker i Stone są niezmiennie zabawni, błyskotliwi i cholernie bezczelni. Dwa pierwsze odcinki nowego sezonu trzymają wysoki poziom. Szacun.

niedziela, 11 września 2016

Argo - czyli o tym, jak George Lucas ocalił życie amerykańskich dyplomatów


Ogromny sukces finansowy „Gwiezdnych Wojen” zaskoczył wszystkich, łącznie z Lucasem, który obawiał się, że film nie utrzyma się długo na ekranach kin i okaże się rozczarowaniem frekwencyjnym. Krótka wizyta na planie zdjęciowym „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” Spielberga, które powstawały w tym samym czasie, jedynie pogorszyła sytuację. George poczuł się zdruzgotany, gdy zobaczył imponujące scenografie, zrealizowane za budżet dwukrotnie wyższy od tego, którym sam dysponował. Znajdował się już wtedy na skraju załamania nerwowego, był wychodzony, blady, zmęczony i ochrypły. Realizacja filmu nie była łatwa, bo brytyjska ekipa (większość materiału powstała w Anglii) nie szanowała go i wielokrotnie dawała temu wyraz. Miał wiele problemów związanych z wykonaniem efektów specjalnych i pracą kamery, a do tego końcowy efekt mocno go rozczarował, bo miał wrażenie, że zrobił produkcję tylko dla małych dzieci.

piątek, 9 września 2016

niedziela, 4 września 2016

Bolaji Badejo - człowiek, który został Xenomorphem


Przygotowując się do realizacji pierwszego „Aliena” jednym z problemów do rozwiązania była postać krwiożerczej kreatury, a konkretnie tego, kogo się wsadzi w kostium. Projekt H.R.Gigera wymagał osoby bardzo wysokiej, a zarazem szczupłej. Rozważano różne modelki, rodzinę akrobatów, a nawet Petera Mayhewa, czyli Chewbaccę. Znaleźli w końcu kaskadera, który wydawał się być wystarczająco chudy, ale po włożeniu na siebie stroju i tak wyglądał jak ludzik Michelina. W pewnej chwili Giger zamierzał już nawet machnąć ręką na pierwotny projekt i wsadzić w kostium Veronicę Cartwright, która wcieliła się w postać Lambert. Szczęśliwie dla produkcji, Peter Archer - odpowiedzialny za casting - pewnego dnia wpadł w londyńskim pubie na Nigeryjczyka mierzącego 210 centymetrów. Bolaji Badejo studiował w Anglii projektowanie grafiki, propozycja Archera zaskoczyła go nieco, ale ochoczo podjął się roli kosmity. Spadł filmowcom z nieba, bo jego nienaturalnie długie kończyny, mała głowa oraz bardzo chuda sylwetka były idealne do roli Xenomorpha.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Atonement (Pokuta) - historia długiego ujęcia


Chyba każdy kinoman uwielbia długie ujęcia. Oczywiście nie mówię tutaj o dziesięciominutowym zbliżeniu na reklamówkę z Biedronki unoszącą się majestatycznie na wietrze w Sochaczewie. Mówię o tych wszystkich filmach, gdzie ekipa zaszalała i zmajstrowała skomplikowaną sekwencję bez uciekania się do cięć montażowych. Jednym z filmów, które wymienia się w pierwszej kolejności, gdy rozmowa schodzi na temat długich ujęć, jest scena na plaży w Dunkierce z filmu „Pokuta”. Zabawne więc, że pomysł na zrealizowanie kilkuminutowej sceny na jednym ujęciu wynikł nie tyle z chęci popisania się filmowym kunsztem, co po prostu z potrzeby.

sobota, 13 sierpnia 2016

Nerve - recenzja


Największe kinowe zaskoczenie tego lata. Nie miałem wobec tego filmu żadnych oczekiwań, prawdę mówiąc to przełknął przez mój „radar” praktycznie niezauważony. Jakiś czas temu trafiłem w kinie na zwiastun. Pomyślałem, że zapowiada się na dość przyjemnego przeciętniaka o fajnym pomyśle wyjściowym i natychmiast o nim zapomniałem. Od pewnego czasu „potykałem się” też o plakat, który nie zapowiadał niczego, bo wyglądał na pozbawioną pazura wizualną kopię ostatnich filmów Nicolasa W. Refna. Skojarzenie z Refnem nie było zupełnie błędne, ale jeszcze do tego wrócę. Do kina wybrałem się dość przypadkiem, bo w ostatniej chwili skojarzyłem tytuł ze wspomnianym zwiastunem i postanowiłem dać szansę. Dobrze zrobiłem.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Suicide Squad (Legion samobójców) - recenzja


Przykro patrzeć jakie straszne baty od krytyków - i wielu widzów - zbiera nowy film Davida Ayera. Od dawna pokładałem w nim nadzieję, że okaże się fajnym letnim blockbusterem w komiksowym sosie, który zrzuci „klątwę” wiszącą nad filmowym uniwersum DC. Pierwsza fala krytycznych opinii sugerowała coś innego i internauci długo nie czekając, zaczęli wieszać psy na filmie i studiu Warner, nie czekając nawet z rozpoczęciem lawiny drwin i złośliwości na zobaczenie filmu. Niesłusznie, bo jest to tytuł, o którym po latach będzie się mówiło: „wcale nie taki znowu zły...”

środa, 3 sierpnia 2016

Suicide Squad (Legion samobójców) - co poszło nie tak?


Zasmucony patrzę na pierwsze - w większości negatywne - recenzje „Suicide Squad”. Nie spodziewałem się drugiego „Deadpoola”, ale jednak miałem nadzieję, że to będzie fajne i przyjemne w kontakcie wakacyjne patrzydło do obejrzenia bez uczucia żenady. I kto wie, może będzie, do kina wybieram się dopiero w weekend. Nawet jeżeli okaże się, że krytyka jest przesadzona (a widzę na Filmwebie, że Łukasz Muszyński wystawił 2/10, czyli jest ostro) to nie zmieni to faktu, że kolejny film DC powszechnie zebrał baty i zapewne wkrótce stanie się kolejnym obiektem złośliwych żartów.

piątek, 29 lipca 2016

Knives out - recenzja


Mam problem z oceną najnowszego filmu Przemysława Wojcieszka. Podczas seansu wielokrotnie rechotałem z jego przerysowania, niezgrabnych dialogów i tłoczonej do głów - przy pomocy ciężkiego młota – odgórnej tezy. Nie mogę mu jednak odmówić szczerości przekazu jaki wybija się spod wielu nieudanych elementów.

niedziela, 17 lipca 2016

Stranger Things - pierwszy sezon


Mała niespodzianka, spodziewałem się serialu w klimacie amblinowskich produkcji, a tymczasem dostałem ekranizację nieistniejącej książki Stephena Kinga. Oczywiście nie brakuje tutaj nawiązań do Stevena Spielberga, zwłaszcza do filmu „E.T.”, ale jeżeli miałbym wskazać jednego reżysera, który jest ojcem chrzestnym „Stranger Things”, byłby to raczej John Carpenter. Szczególnie daje o tym znać czołówka serialu, która zresztą bardzo mocno kojarzyła mi się z współczesnym „Only God Forgives” (szczególnie motywem muzycznym, który ostro zrzyna z Cliffa Martineza, ale i neonowym tytułem, rodzącym wiadome porównania).

sobota, 9 lipca 2016

T-Mobile Nowe Horyzonty 2016: Filmy, które musisz zobaczyć.


W środę opublikowano program tegorocznej edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Wszystko już przestudiowałem i „ometkowałem”. Przede mną teraz o wiele trudniejsza część - ułożenie sobie grafiku projekcji. Jest to zadanie trudne, bo niemożliwością jest zaliczenie wszystkiego, co uznałem za warte obejrzenia, a więc muszę wybierać. I nie jest to łatwy wybór. Nie mogę jednak narzekać, bo od trzech lat sprawę nieco ułatwia fakt, że wiele zacnych tytułów miałem okazję zobaczyć już w Cannes. W związku z tym, podobnie jak w zeszłym roku, postanowiłem zrobić dobry uczynek i wspomóc radą zagubionych w bogactwie festiwalowego programu. Zyskuję na tym również i ja, bo próbując się dostać na filmy, które już widziałem, nie będziecie próbować dostać się na filmy, których jeszcze nie widziałem. Przynajmniej teoretycznie…

niedziela, 26 czerwca 2016

Dredd - dziecko nieortodoksyjnej współpracy


Ciężko się dziwić sceptycyzmowi Johna Wagnera, autora komiksowej serii „Judge Dredd”, gdy skontaktował się z nim scenarzysta Alex Garland. Planował on wyprodukować nową wersję ekranizacji Dredda, bliższą oryginałowi i w ścisłej współpracy z jej twórcą. Wagner już to kiedyś słyszał, wszakże kontrakt, który podpisał w latach 90., zapewniał mu prawo do zgłaszania uwag podczas realizacji „Sędziego Dredda” z Sylvesterem Stallone. W praktyce wyglądało to tak, że jednego wieczoru otrzymał telefon z Ameryki. Ktoś zaanonsował: „To jest twoja rozmowa konsultacyjna”. Wagner zaczął więc od razu mówić, zgłaszając różne uwagi, osoba po drugiej stronie słuchawki natychmiast się rozłączyła. Klasa.

niedziela, 12 czerwca 2016

The Right Stuff (Pierwszy krok w kosmos) - recenzja


Pierwszy krok w kosmos”, wypuszczony do kin w roku 1983, jest już dość zapomnianą produkcją, co jest dość haniebne, zważywszy na jakość filmu i jego wartość merytoryczną. Postanowiłem więc zrobić dobry uczynek w niedzielne popołudnie i napisać krótko o dziele Philipa Kaufmana, żeby w ogóle zasygnalizować jego istnienie. Jeżeli znacie i lubicie, to chwała wam, idźcie i nauczajcie znajomych, bo zapewniam, że zdziwicie się jak wiele osób spojrzy zagubionym wzrokiem, gdy wspomnicie tytuł.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

The Nice Guys - recenzja


Historia realizacji najnowszego filmu Shane’a Blacka ładnie obrazuje jak funkcjonuje Hollywood i ogólnie przemysł rozrywkowy. Napisany w 2001 roku scenariusz, pierwotnie miał być pilotem serialu zrealizowanego na zlecenie CBS. Nie wypaliło. Następnie projektem zainteresowało się HBO, ale i z tego nic nie wyszło, pomysł przerobiono więc na pełnometrażową fabułę i miał być następnym filmem Seana Penna, ale ten zażądał za dużo pieniędzy i sprawa znowu się posypała. Wszystko wskazywało na to, że tym razem na dobre, ale jakiś czas temu, podczas spotkania dotyczącego ewentualnej kontynuacji filmu „Długi pocałunek na dobranoc” (!), ktoś z zarządu New Line Cinema zapytał niezobowiązująco o „The Nice Guys”. I nagle „wszyscy” w L.A. zaczęli znowu mówić o filmie, w jakiś czwartek z Blackiem skontaktował się agent Russella Crowe, w poniedziałek Shane zamierzał już do niego lecieć, żeby porozmawiać o szczegółach projektu, a jeszcze w sobotę zadzwonił do niego agent Ryana Goslinga. Tym sposobem, martwy od dziesięciu lat projekt został powołany do życia w zaledwie kilka dni. Hollywood w pigułce.

niedziela, 5 czerwca 2016

Robocop - Holender, jego żona i rozmiar buta Petera Wellera.


Europejscy reżyserzy najczęściej emigrują do Hollywood w poszukiwaniu międzynarodowego sukcesu i ciężarówek pełnych pieniędzy. Paul Verhoeven przeprowadził się, bo nie miał innego wyjścia. W rodzimej Holandii podpadł większości branży filmowej i jego szanse na sfinansowanie tam kolejnego tytułu były znikome. Czym podpadł? Najprościej mówiąc: byciem Verhoevenem. Jego filmy nie dość, że były krwawe i zawierały odważne sceny seksu to jeszcze na dodatek cieszyły się ogromnym sukcesem kasowym. O zgrozo! Zazdrośni koledzy z branży nie mogli ścierpieć, że Paul demoralizuje społeczeństwo, a jego komercyjne „płytkie” filmy odnoszą sukces w kraju i na świecie. Utrudniali więc realizację kolejnych. W kraju, gdzie ponad połowa budżetu pochodziła od rządowych komisji, w których zasiadali wyżej wspomnieni, było to poważnym problemem. Na szczęście dla Verhoevena już od dawna był na celowniku Hollywood. Uwagę amerykańskiego przemysłu zwrócił dekadę wcześniej filmem „Tureckie owoce”, który był nominowany do Oskara. Wsiadł więc w końcu w samolot i poleciał do USA uzbrojony w scenariusz „Robocopa”.

piątek, 3 czerwca 2016

Teenage Mutant Ninja Turtles: Out of the Shadows (Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia) - recenzja


Gdybym miał dwanaście lat to pewnie oszalałbym na punkcie tego filmu. Krytykowanie nowego wcielenia Żółwi Ninja z perspektywy dorosłego odbiorcy, wytykanie im infantylizmów, głupotek fabularnych, pretekstowej historii, przewidywalnego finału oraz efekciarstwa i tandeciarstwa, ma tyle samo sensu, co marudzenie, że w „Szczękach” jest słabo zarysowany wątek obyczajowy. Przecież nic w tym filmie nawet przez moment nie udaje, że miał być czymś więcej jak „tylko” wysokobudżetową produkcją zrobioną z myślą o młodych chłopcach. A młodzi chłopcy chcą konkretu. Film ma być dynamiczny, zabawny, ma obfitować w pomysłowe sceny akcji, to nic, że ignorujące śladowy nawet realizm i zdrowy rozsądek, a bohaterowie powinni mieć do tego zróżnicowane charaktery, żeby każdy dzieciak znalazł „swojego żółwia”. I do cholery jest.

niedziela, 29 maja 2016

Licencja na zabijanie - Rumoroso, nawiedzona meksykańska droga.


Wszyscy znamy różne historie o przeklętych rolach, nawiedzonych planach zdjęciowych i klątwach rodowych zbierających ponure żniwo w artystycznych familiach. Twórcy filmowi mają tendencję do bycia przesądnymi, a media ochoczo chwytają się takich informacji i do znudzenia powtarzają je później w niezliczonych artykułach z „dreszczykiem”. Jedna z takich historii, choć raczej mało znana, bo nie wiązała się z nią żadna większa tragedia, zdarzyła się na planie zdjęciowym jednego z filmów o Jamesie Bondzie.

poniedziałek, 23 maja 2016

Seduced and Abandoned (Uwiedź i porzuć) - recenzja


Zbierałem się od kilku tygodni do obejrzenia dokumentu „Seduced and Abandoned”. Miał mnie wprowadzić w odpowiedni nastrój przed wypadem do Cannes. Nie udało mi się, zamiast tego obejrzałem wczoraj wieczorem, gdy już wróciłem z lotniska do domu. I dobrze się stało, bo zamiast przystawki przed festiwalem, zrobił za swoisty „film pożegnania” z tegoroczną imprezą.

niedziela, 22 maja 2016

Elle - recenzja


Pierwsza scena filmu. Ciemny ekran. Słyszymy szamotaninę, coś się rozbija, kobieta jęczy. Gwałt czy element seksualnej gry? Pojawia się obraz, zamaskowany mężczyzna schodzi z rozłożonej na podłodze zakrwawionej kobiety, wychodzi przez okno. Główna bohaterka filmu, Michelle (Isabelle Huppert), podnosi się z podłogi, sprząta rozbite szkło, idzie do pracy. Ani słowem nie wspomina o wydarzeniu, nie wzywa policji, później tylko bada się na obecność chorób wenerycznych. A więc jednak gwałt. Zachowanie kobiety jednak conajmniej zadziwiające. Nowy film Paula Verhoevena. I wszystko jasne.

Divines - recenzja


I właśnie za takie filmy lubię canneński cykl Directors’ Fortnight. W tym roku nie poświęciłem mu niestety zbyt wiele czasu. Za dużo ciekawego działo się w oficjalnej selekcji, za wielu utalentowanych reżyserów prezentowało tam nowe filmy, żeby chciało mi się biegać po zatłoczonych uliczkach Cannes do oderwanych od obiektu festiwalowego sal kinowych i wciskać w napięty grafik niewiele mi mówiące tytuły z bocznych sekcji. Grafik istotnych projekcji rozluźnił się nieco w ostatnich dniach, więc wykorzystałem to i poszedłem w ciemno na kilka tytułów pokazywanych w tegorocznym Quinzaine, w tym na francuskie „Divines”. I wyszedłem zauroczony.

sobota, 21 maja 2016

piątek, 20 maja 2016

The Neon Demon - recenzja


Jestem oczarowany nowym filmem Refna. Na sali kinowej zasiadałem z bagażem wielodniowego festiwalowego zmęczenia, niewyspany, a do tego o późnej godzinie. Obawiałem się więc nieco, że mogę w trakcie odpłynąć w krainę snu. O śnie zapomniałem szybko, bo już po pierwszej minucie przepięknych wizualnie scen i towarzyszącej im pobudzającej muzyki. Wychodząc po dwóch godzinach z kina miałem na twarzy szeroki uśmiech, byłem naładowany pozytywną energią i uśmiechałem się idiotycznie do przechodniów. Dalej nie myślałem o śnie, wspominałem neonowe światła, kruchą Elle Fanning, szaloną fabułę, w głowie wciąż pobrzmiewała mi muzyka, a w sercu tkwiła radość z obejrzenia czegoś absolutnie nieprzewidywalnego. Filmu dzikiego, szalonego, przesadzonego, ale jakże pięknego.

wtorek, 17 maja 2016

Captain Fantastic - recenzja


I o to jest, zajęło to kilka dni, po drodze miałem kilka zauroczeń, ale prawdziwa kinowa miłość od pierwszego obejrzenia zdarza się tylko raz, podczas każdego festiwalu. No dobra, czasem dwa razy, ale nie każdego roku trafia się na najlepszy film Pixara od lat, i to kilka dni po obejrzeniu „Mad Maxa”. Dopiero co przekroczyłem półmetek, bywały już lepsze filmy (przede wszystkim „Służąca”), nowe dzieła kilku innych cenionych twórców jeszcze przede mną, ale niczego dotąd nie pokochałem w tym roku tak bardzo, jak filmu Matta Rossa i pewnie już nie pokocham.

poniedziałek, 16 maja 2016

niedziela, 15 maja 2016

American Honey - recenzja


Brytyjska reżyserka, Andrea Arnold (autorka m.in. bardzo dobrego „Fish Tank” oraz „Wichrowych wzgórz”), po raz pierwszy opowiada o Stanach Zjednoczonych. Już od pierwszych minut, gdy główna bohaterka - nastolatka o imieniu Star - nurkuje w śmietniku pobliskiego marketu w poszukiwaniu niedawno przeterminowanego jedzenia, wiadomo, że może Arnold i przeniosła się z kamerą za ocean, ale wrażliwość na problemy społeczne i zainteresowanie przedstawicielami jego biedniejszych warstw nie zmieniło się.

sobota, 14 maja 2016

Ah-ga-ssi (Służąca) - recenzja


Chyba na żaden inny film, mający premierę podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, nie czekałem tak bardzo, co na nowy film Park Chan-wooka. Po pierwsze, bo to Chan-wook, co jest już wystarczającym powodem do podekscytowania. Po drugie, bo niedawno opublikowany zwiastun zauroczył mnie bez reszty, nie zliczę ile razy go oglądałem.

piątek, 13 maja 2016

I, Daniel Blake - recenzja


W swoim nowym filmie, Ken Loach opowiada o brytyjskim systemie socjalnym. Główny bohater, Daniel Blake (znakomity Dave Johns), po niedawno przebytym zawale nie jest w stanie wrócić do pracy. Składa więc wniosek o zasiłek. Biurokratyczny system praktycznie od razu zaczyna ciskać kłody pod nogi bohatera. Skomplikowane procedury wymagające obycia z komputerem i internetem są poważną przeszkodą dla starszego dżentelmena, który potrafiłby samodzielnie złożyć stół, ale wypełnienie internetowego formularza jest już zadaniem ponad siły.

czwartek, 12 maja 2016

Money Monster (Zakładnik z Wall Street) - recenzja


Amerykańskie reżyserki, które sławę zdobyły jako aktorki, najwyraźniej mają słabość do Jacka O‘Connella. I uparcie „zmuszają” go do trzymania diety. Dla roli w „NiezłomnymAngeliny Jolie musiał poświęcić swoje muskularne ciało, żeby wcielić się w rolę głodującego tygodniami rozbitka. Jego wychudzony wygląd niewątpliwie był na rękę Jodie Foster, bo pasował do roli „everymana”, który rozgoryczony mętnymi zasadami jakimi rządzi się świat finansów i zdesperowany po utracie życiowych oszczędności terroryzuje telewizyjny program przy użyciu broni i kamizelki wybuchowej.

środa, 11 maja 2016

Cafe Society - recenzja


Jest to niewątpliwie lepszy film od zeszłorocznego „Nieracjonalnego mężczyzny”. Woody Allen od dawna trzaska kolejne swoje filmy na autopilocie, ciężko się dziwić przy takiej częstotliwości wypuszczania ich do kin. Fanom twórczości to nie przeszkadza, bo Allena ogląda się przecież dla klimatu, humoru, żartobliwych dialogów i błyskotliwych puent, które często 
obudowane są wokół błahych fabuł.

niedziela, 8 maja 2016

Sprawa Kramerów - udręczona Meryl Streep, okrutny Dustin Hoffman


Niedawno pisałem na Facebooku o dwuletnim związku Meryl Streep z Johnem Cazalem. Parę utalentowanych aktorów łączyło głębokie uczucie, ale kres temu położyła przedwczesna śmierć Johna w marcu 1978. Kilka tygodni później Meryl postanowiła wyprowadzić się z mieszkania, które z nim dzieliła. Przy przeprowadzce pomagał jej brat, który przyprowadził ze sobą znajomego, Dona Gummera, rzeźbiarza mieszkającego zaledwie kilka bloków dalej. Musiało pomiędzy nimi zaiskrzyć, bo mężczyzna szybko podbił serce Meryl, niecałe pół roku później wzięli ślub i są razem do dnia dzisiejszego.

sobota, 7 maja 2016

Bastille Day (Dzień Bastylii) - recenzja


Uparcie ignorowałem ten film, odstraszony niskimi ocenami krytyków i zwiastunem zapowiadającym przeciętniaka, ale on uparcie pojawiał się w kolejnych tygodniach na kinowej rozpisce. W końcu skapitulowałem, poszedłem do multipleksu. I dobrze się stało. Tak, jest to kino sztampowe, oparte na twistach rodem z „24 godzin”, bazujące na scenariuszu, który zrzyna z czego się tylko dało, opowiadając kolejną opowiastkę o stróżach prawa, którzy rozgoryczeni systemem zamierzają okraść rząd. Do tego po ekranie pałęta się Richard Madden, czyli Robb Stark z „Gry o tron”, o którym nie można powiedzieć za wiele dobrego - ma znikomą charyzmę, nie potrafi grać, ale przynajmniej nie potyka się o własne nogi. Przydatna umiejętność w pociesznym kinie akcji udającym poważną sensację.

środa, 20 kwietnia 2016

Thank You For Playing - recenzja


Stosunkowo późno, bo bodajże w ostatniej klasie szkoły podstawowej (a było to jeszcze za czasów, gdy trwała osiem lat), dostałem swój pierwszy komputer. Wcześniej miałem kontakt z różnymi zabytkami elektroniki typu: Commodore 64, Schneider, Atari, Amiga, no i w końcu PC, ale było to u kolegów, kuzynów oraz w szkole. W domu miałem tylko Pegasusa i wiązał się z nim niemały dramat, bo zgodnie z ówczesną tradycją miałem go dostać od Chrzestnej z okazji Pierwszej Komunii. Całymi tygodniami planowałem z ekscytacją w co zagram najpierw, jakie gry pożyczę od kolegów, ile radochy będę mieć przy Contrze i Mario. Aż w końcu nastąpiło rzeczone święto, z podekscytowaniem rozpakowałem prezent i odkryłem pudło skrywające jakieś czarne ustrojstwo o czadowej nazwie Rambo. A raczej RAMBO. Pomimo obiecującej nazwy, rozczarowanie było ogromne, ale nie przeszkodziło mi to cisnąć na konsoli całymi tygodniami. Gier na niej było od cholery, bo miała wbudowane chyba z kilkaset pozycji (pudełko twierdziło, że 5556!) , większość była wprawdzie niegrywalnymi knotami, które nawet małego smarka głodnego elektronicznej rozrywki nie zdołałyby utrzymać przed ekranem, ale przy wielu tytułach spędziłem dużo godzin.

piątek, 15 kwietnia 2016

Avatar 2, 3, 4, 5... - ambitna wizja, w której utonie James Cameron?


No nie wierzę. Jakiś czas temu 20th Century Fox odwołało datę premiery drugiej części „Avatara”, która była zaplanowana na grudzień przyszłego roku. Złośliwcy i poszukiwacze taniej sensacji oznajmili, że James Cameron boi się konkurowania z „Gwiezdnymi wojnami”. Taaa… Na trwającym właśnie CinemaCon reżyser oznajmił, że już nie kręci trzech sequeli naraz. Kręci cztery. Cz-te-ry. CZTERY. Bez jaj, cztery.

sobota, 9 kwietnia 2016

Hardcore Henry - recenzja


To zadziwiające, a zarazem fantastyczne, że ten film trafił do kin w normalnej dystrybucji. Zazwyczaj takie tytuły ogląda się na festiwalach filmowych w sekcjach z szalonymi produkcjami, które mają pokazy wieczorami, żeby widzowie się nieco rozluźnili po oglądaniu przez cały dzień ambitnego kina artystycznego. Kilka miesięcy później trafiają na DVD oraz strony z torrentami i rozpoczyna się ich prawdziwe życie, jako pozycji dla „wtajemniczonych”. No wiecie, tych tytułów, o których opowiada się kumplowi na przerwie w liceum, podczas nudnego wykładu na studiach albo parząc w firmowej stołówce darmową korpo-kawę. Zazwyczaj leci to jakoś tak: „o stary, ale wczoraj wieczorem obejrzałem zajebisty film...”.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Marlon Brando - aktorskie seminarium pod okiem szalonego wykładowcy


Marlon Brando zrobił w życiu wiele szalonych rzeczy, długo można by wymieniać, bo im bardziej był doświadczonym aktorem, tym dziwaczniejsze robiło się jego zachowanie. O kaprysach, szaleństwach i problematycznym charakterze jaki prezentował występując w swoich ostatnich filmach (zwłaszcza „Wyspie doktora Moreau”) krążą już legendy. Mało jednak osób słyszało o jednym z najbardziej specyficznych projektów, jakie Marlon zainicjował pod koniec życia - seminarium aktorskim, będącym kwintesencją „późnego Brando”.

wtorek, 29 marca 2016

Eddie the Eagle (Eddie zwany Orłem) - recenzja


Gdyby Adam Małysz był masywny, urodził się Anglikiem, nie potrafiłby dobrze skakać na nartach i nie gustował w bułce z bananem to tak wyglądałaby jego filmowa biografia. No dobra, tak poważnie, to jedynym wspólnym mianownikiem jest wąs pod nosem i skakanie na nartach. Czyli, że Polacy pewnie i tak pokochają nowy film Dextera Fletchera.

poniedziałek, 28 marca 2016

10 Cloverfield Lane (Cloverfield Lane 10) - recenzja


Doceniam to, co zrobiono w przypadku tego filmu. W czasach, gdy pierwsze zwiastuny pokazuje się nawet i dwa lata przed premierą, a na pół roku przed nią, publikuje się materiał zdradzający ostatni akt filmu (tak, Batmanie i Supermanie, piję do was), nie sposób nie przyklasnąć twórcom takim, jak J.J. Abrams. Reżyserom, którzy z niemalże paranoidalną maniakalnością bronią wszelkich informacji na temat swoich produkcji, z troski o to, żeby widz odkrywał ich fabułę dopiero w sali kinowej. I znowu to zrobił. Świat jeszcze podniecał się siódmym epizodem - wyreżyserowanych przed niego - „Gwiezdnych Wojen”, gdy Abrams nagle wyciągnął „z kapelusza”, zwiastun kolejnego wyprodukowanego przez siebie filmu. Na trzy miesiące przed premierą. I to do tego sequel popularnego filmu sci-fi z ubiegłej dekady („Cloverfield” przetłumaczony u nas jako „Projekt: Monster”), o którym chyba nikt nie wiedział, że w ogóle powstaje. Ale czy aby rzeczywiście jest to sequel…?

czwartek, 24 marca 2016

Kim, do cholery, jest Alexander Skarsgård?


Przedwczoraj wrzuciłem na fanpage Kinofilii zabawne zdjęcie Alexandera Skarsgårda wręczającego autograf fance, która wpatruje się w przystojnego aktora z rozdziawioną buzią. Kilkoro czytelników przyznało, że nie kojarzy jego osoby. Zaskoczony nie byłem, od jakiegoś czasu zbierałem się do krótkiej notki na jego temat…